— Jestem Wilczy Skowyt, czy twoja matka nie będzie zła, że spacerujesz po obozie z nieznanym ci wojownikiem? — Przykucnął, aby chociaż trochę dorównać wzrostem młodziakowi. Chudy trząsł się, ale nie z zimna, tylko ogólnie przez kondycję jego ciała. Bury pociągnął nosem i podrapał się w bok, z którego posypało się nieco sierści, niedługiej i w złym stanie. Słysząc pytanie wojownika, o mało się nie zakrztusił śliną.
— Ja nie mam matki! — odpowiedział. — Opiekują się nami opiekunki, ty ignorancie! Mieszkasz w tym klanie i nie wiesz?!
Wilczy Skowyt westchnął.
— Co za okropny dzieciak… — burknął pod nosem, po czym dodał:
— Nie interesują mnie sprawy żłobkowe, a tobie by się przydało szacunku do starszych chuderlaku — odpowiedział, już tym razem głośniej, z niechęcią do wyszczekanego kociaka, który jak widać, nie miał za grosz szacunku.
— Jeśli się dobrze będziesz zachowywać, zaprowadzę cię do stosu — odparł i zaczął wylizywać łapy.
— Bla, bla, bla! – cmoknął pod nosem, słuchając wywodu Wilczego Skowytu. — Nie przesadzaj! Chcesz, żebym umarł tu z głodu? Będę cię nawiedzać jako duch! Zobaczysz!
— Młody! Słuchaj no mnie, zaczynasz mi działać na nerwy i z wielką przyjemnością zaprowadzę cię do medyczki, aby przez cały księżyc karmiła cię ziołami! A są naprawdę ohydne! — parsknął. Ten kociak był dla niego nieznośny. Już lepiej znosił częste ględzenie swoich kociąt niż jego. — A jak umrzesz z głodu, to przynajmniej nikt nie będzie marudzić mi, ani innym kotom nad uchem. — Chciał już odejść, ale się powstrzymał. Mógł z nim jeszcze chwilę podyskutować o szacunku, ale wiedział, że Chudy i tak się nie posłucha.
— Ziołami?! Zwariowałeś!? — przeraził się Chudy, odskakując w tył, żeby Wilczy nie mógł go sięgnąć.
— Jesteś potworem! — krzyknął swoim skrzekliwym głosem. — Mi jest zimno, jestem głodny i jeszcze muszę znosić takiego ponuraka jak ty! Mało tego TY CHCESZ, żebym ja umarł z głodu! Poczekaj tylko, jak powiem o tobie mojej opiekunce! Ona złoi ci skórę tak, że się nie pozbierasz!
Wilczy Skowyt się zaśmiał
— Czekam! Niech mi wyrwie ogon i uszy! — Wojownik dalej się śmiał, ignorując wyzwiska Chudego.
W końcu się uspokoił i postanowił powiedzieć coś, co może by zaspokoiło potrzeby pręgowanego kociaka.
— Dobrze, pójdziemy do stosu ze zwierzyną. Ale jak zjesz, to migiem wracasz to legowiska. Zgoda?
Chudy od razu zmienił swoje nastawienie, słysząc, że kocur jednak nie będzie czekał, aż on umrze z głodu. Wyprostował się, eksponując wystające spod skóry kości.
— Ha! Wiedziałem, że porządny z ciebie kot! — miauknął dziarsko i z wysoko uniesionym ogonkiem podszedł do czekoladowego. — Się wie! Nie będę przecież jeść na tym mrozie!
— W takim razie chodźmy. — Widząc zmianę w zachowaniu Chudego, powolnym krokiem zaczął kierować się do stosu ze zwierzyną. Na polanie nie było widać za dużej ilości innych kotów. Prawdopodobnie chowali się w legowiskach przed mrozem. Gdy przed Wilczym Skowytem ukazała się niezła kupka już nie doskonale świeżej zwierzyny, choć nadal zdatnej do jedzenia, odparł:
— Chudy, proszę cię bardzo. O to twoje smaczne królestwo. Do wyboru do koloru. — Usiadł obok stosu i wpatrywał się w czarnego kociaka.
Bury kocurek zaczął się rozglądać za jakimś smakołykiem. Nagle jego uwagę przykuł puchaty, szaro-rudy ogon. Wyciągnął zimną piszczkę spod sterty chudych myszek.
— Hmmm... — Obejrzał ją. — Dam szansę tej. Wygląda względnie, w porównaniu z resztą.
Zadarł nosa i odwrócił się do Wilczego.
— Pozwolę ci odeskortować mnie do żłobka! — oznajmił.
— Odeskortuje cię nawet do samej opiekunki — odpowiedział. — Nawet cię polubiłem, wiesz? Miałem podobny charakter jak ty, jak byłem kociakiem — dodał z uśmiechem na pysku. Może nawet mógłby częściej z młodym wychodzić, aby prowadzić go do stosu ze zwierzyną. — Wiewiórki są pyszne, pamiętaj o tym! Najlepsze są te pulchne z ognisto rudym futrem!
— Ja nie mam matki! — odpowiedział. — Opiekują się nami opiekunki, ty ignorancie! Mieszkasz w tym klanie i nie wiesz?!
Wilczy Skowyt westchnął.
— Co za okropny dzieciak… — burknął pod nosem, po czym dodał:
— Nie interesują mnie sprawy żłobkowe, a tobie by się przydało szacunku do starszych chuderlaku — odpowiedział, już tym razem głośniej, z niechęcią do wyszczekanego kociaka, który jak widać, nie miał za grosz szacunku.
— Jeśli się dobrze będziesz zachowywać, zaprowadzę cię do stosu — odparł i zaczął wylizywać łapy.
— Bla, bla, bla! – cmoknął pod nosem, słuchając wywodu Wilczego Skowytu. — Nie przesadzaj! Chcesz, żebym umarł tu z głodu? Będę cię nawiedzać jako duch! Zobaczysz!
— Młody! Słuchaj no mnie, zaczynasz mi działać na nerwy i z wielką przyjemnością zaprowadzę cię do medyczki, aby przez cały księżyc karmiła cię ziołami! A są naprawdę ohydne! — parsknął. Ten kociak był dla niego nieznośny. Już lepiej znosił częste ględzenie swoich kociąt niż jego. — A jak umrzesz z głodu, to przynajmniej nikt nie będzie marudzić mi, ani innym kotom nad uchem. — Chciał już odejść, ale się powstrzymał. Mógł z nim jeszcze chwilę podyskutować o szacunku, ale wiedział, że Chudy i tak się nie posłucha.
— Ziołami?! Zwariowałeś!? — przeraził się Chudy, odskakując w tył, żeby Wilczy nie mógł go sięgnąć.
— Jesteś potworem! — krzyknął swoim skrzekliwym głosem. — Mi jest zimno, jestem głodny i jeszcze muszę znosić takiego ponuraka jak ty! Mało tego TY CHCESZ, żebym ja umarł z głodu! Poczekaj tylko, jak powiem o tobie mojej opiekunce! Ona złoi ci skórę tak, że się nie pozbierasz!
Wilczy Skowyt się zaśmiał
— Czekam! Niech mi wyrwie ogon i uszy! — Wojownik dalej się śmiał, ignorując wyzwiska Chudego.
W końcu się uspokoił i postanowił powiedzieć coś, co może by zaspokoiło potrzeby pręgowanego kociaka.
— Dobrze, pójdziemy do stosu ze zwierzyną. Ale jak zjesz, to migiem wracasz to legowiska. Zgoda?
Chudy od razu zmienił swoje nastawienie, słysząc, że kocur jednak nie będzie czekał, aż on umrze z głodu. Wyprostował się, eksponując wystające spod skóry kości.
— Ha! Wiedziałem, że porządny z ciebie kot! — miauknął dziarsko i z wysoko uniesionym ogonkiem podszedł do czekoladowego. — Się wie! Nie będę przecież jeść na tym mrozie!
— W takim razie chodźmy. — Widząc zmianę w zachowaniu Chudego, powolnym krokiem zaczął kierować się do stosu ze zwierzyną. Na polanie nie było widać za dużej ilości innych kotów. Prawdopodobnie chowali się w legowiskach przed mrozem. Gdy przed Wilczym Skowytem ukazała się niezła kupka już nie doskonale świeżej zwierzyny, choć nadal zdatnej do jedzenia, odparł:
— Chudy, proszę cię bardzo. O to twoje smaczne królestwo. Do wyboru do koloru. — Usiadł obok stosu i wpatrywał się w czarnego kociaka.
Bury kocurek zaczął się rozglądać za jakimś smakołykiem. Nagle jego uwagę przykuł puchaty, szaro-rudy ogon. Wyciągnął zimną piszczkę spod sterty chudych myszek.
— Hmmm... — Obejrzał ją. — Dam szansę tej. Wygląda względnie, w porównaniu z resztą.
Zadarł nosa i odwrócił się do Wilczego.
— Pozwolę ci odeskortować mnie do żłobka! — oznajmił.
— Odeskortuje cię nawet do samej opiekunki — odpowiedział. — Nawet cię polubiłem, wiesz? Miałem podobny charakter jak ty, jak byłem kociakiem — dodał z uśmiechem na pysku. Może nawet mógłby częściej z młodym wychodzić, aby prowadzić go do stosu ze zwierzyną. — Wiewiórki są pyszne, pamiętaj o tym! Najlepsze są te pulchne z ognisto rudym futrem!
<Chudy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz