BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot u samotników?!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 stycznia 2026

Nowi członkowie Owocowego Lasu!

Owocowy Las znalazł dwa biedne, osierocone kociaki... No, prawie.


Lis


Od Osetka do Wiciokrzewu

Odkąd tamtego razu przeciwstawił się Ziemniakowi, nie zrobił już tego więcej. Wciąż nie potrafił wytłumaczyć, co tamtego dnia w niego wstąpiło. Choć czuł, że gdyby był nieco pewniejszy siebie, mógłby coś wskórać, to jednak coś powstrzymywało go przed złoszczeniem się. Może po prostu nie chciał przesadzić, a może bał się, że gdyby puściły mu nerwy, mógłby zrobić czekoladowemu wojownikowi krzywdę – nie wiadomo.
Siedział jednak cicho, wciąż w ciszy zbierając baty od starszego kocura. Czuł się trochę żałośnie i nie rozumiał, dlaczego pręgowany tak bardzo uwziął się na niego i Wiciokrzew, ale nie zamierzał nawet pytać. Zresztą i tak nic by to nie dało. Ziemniak wydawał się zbyt tępy na to, by móc przeprowadzić z nim normalną rozmowę. Pewnie skończyłoby się tak jak zawsze. Zostałby zwyzywany, wyśmiany, obrzucony potwornymi wyzwiskami.
Osetkowi obiło się o uszy, że nienawiść wojownika wobec dwójki uzdrowicieli mogła wynikać z tego, że Rokitnik – kimkolwiek on był – wmawiał mu jakieś oszczerstwa na ich temat. Czarno-biały bał się jednak o to pytać. Chyba wolał żyć w niewiedzy, zamiast nienawidzić kolejnego kota, bo nienawiść to rzecz… ciężka. To coś, co zatruwa cię od środka, co pcha do czynów, których normalnie nie chciałbyś wykonać.
Osetek westchnął. W tym momencie przebywał na obozowej polanie, cały spięty, z futrem sterczącym na karku. Był zgarbiony, miał położone po sobie uszy – czułby się bezpieczniej w lecznicy, lecz teraz był jak kamienna rzeźba. Nie potrafił się poruszyć, myśląc jedynie o Ziemniaku i o tym, czy ten zaraz się tu nie zjawi, by po raz kolejny obrzydzić uczniowi dzień. Zdarzało się to na tyle często, że powinien już do tego przywyknąć, a jednak każda kolejna obelga bolała za każdym razem tak samo. Była jak cierń powoli rozdzierający warstwy jego serca.
Czasem myślał, że może lepiej byłoby mu z rodziną, że może powinien wrócić, odnaleźć ich… lecz wtedy przypominał sobie, jak ciężkie brzemię na nim spoczywa. Miał zostać uzdrowicielem, miał być blisko tej całej… Wszechmatki. Poza tym, po spędzeniu z Wiciokrzewem dobrych kilku księżyców, mógł śmiało stwierdzić, że starszy kocur nie przeżyłby zniknięcia Osetka. Był zbyt… niestabilny, zbyt zmęczony tym wszystkim. Zmęczony przede wszystkim Ziemniakiem, z którym Osetek nie mógłby go zostawić sam na sam.
Przemyślenia ucznia zostały przerwane, gdy niewielki, ostry kamyk z hukiem uderzył w jego skroń. Syknął instynktownie, czując ból rozchodzący się we wnętrzu jego głowy. Podniósł pysk i zaczął rozglądać się wokół, choć już w głębi serca wiedział, kto rzucił tym kamykiem. Nie musiał nawet długo szukać – Ziemniak stał nieopodal, z tym samym parszywym uśmieszkiem pełnym drwiny.
Osetek uderzył gniewnie ogonem o ziemię, lecz zaraz odwrócił wzrok od wojownika, mając nadzieję, że ten po prostu mu odpuści. Tak się jednak nie stało; już za moment czarno-biały usłyszał zbliżające się do niego kroki.
— Ej, ty! Gdzie twój zdepresowany tatuś? — rzucił kpiąco, stając przed młodszym.
Osetek nie chciał nawet patrzeć na ten jego plugawy pysk; chyba dostałby odruchu wymiotnego, gdyby tylko to zrobił. Prychnął jedynie cicho, nie poruszając się nawet o milimetr.
— Co jest, udajesz, że mnie nie słyszysz? — zapytał twardo Ziemniak.
— Nie udaję. Moje uszy najwyraźniej filtrują twoje słowa, by do mojego mózgu nie docierały żadne głupoty — stwierdził, w końcu spoglądając prosto w żółte oczy kocura. — Daruj sobie wreszcie. Nic nie wskórasz, zaczepiając mnie co drugi dzień. Czy nie wolałbyś żyć ze mną i Wiciokrzewem w spokoju?
Czekoladowy parsknął śmiechem.
— Ja nie żartuję. Stąpasz po cienkim lodzie, Ziemniaku. Jeśli kiedyś zabraknie Purchawki i Poranka, kto ci pomoże? Kto opatrzy ci rany? Kto poda ci ziółka na ból głowy tak silny, że zapomnisz własnego imienia? — kontynuował, zachowując spokój i powagę. Nie sądził jednak, by cokolwiek z tego, co mówił, dotarło do głowy wojownika. — Wiesz, gdybyś mnie chociaż raz posłu-
— Zamknij się! — wypalił nagle żółtooki, robiąc krok w tył. — Nie myśl sobie, że jako przyszły uzdrowiciel jesteś ważniejszy od innych! Twoim obowiązkiem jest leczenie pobratymców, a twoje groźby nie wywołują na mnie wrażenia — burknął, zaciskając szczękę.
“Cóż, jeśli umrzesz, nie będziesz miał jak przekazać przywódcy, że nie zrobiliśmy nic w sprawie twojego zdrowia. Ja natomiast będę w stanie przekierować narrację tak, by wyszło na to, że starałem się cię ocalić” – chciał miauknąć, choć ostatecznie ugryzł się w język. Gdyby tak powiedział, Ziemniak pewnie nazwałby go chorym psychicznie albo zdrajcą.
Coś w jego oczach musiało jednak zdradzić jego zamiary.
— Gdyby tylko Pieczarka dowiedziała się o tym, że wykorzystujesz swoją posadę do manipulacji, już dawno wyrzuciłaby cię z Owocowego Lasu… podrzutku — oznajmił pewnie czekoladowy, po czym odwrócił się i odszedł od Osetka.
Może przesadził? Może nie powinien tyle mówić? W końcu wcale nie był zły. W razie czego… nie zamierzał zostawiać Ziemniaka na pastwę losu. Był już zmęczony tym ciągłym prześladowaniem; zdawało się, że był w stanie powiedzieć cokolwiek, byle tylko ten głupek się odczepił. Chociaż na moment, krótką chwilę. By uczeń mógł odetchnąć, by nie czuł się oceniany na każdym kroku.

* * *

Osetek wszedł do lecznicy ze zwieszoną głową i ogonem ciągnącym się za nim po ziemi. Po konfrontacji z Ziemniakiem nie miał już ochoty na choćby najmniejszą interakcję z żadnym innym kotem, co dodatkowo go dobijało. To głupie lisie serce! Jak można było być tak okrutnym? Jak można było tak aktywnie niszczyć życie biednego, młodego kota? I to bez… bez wahania, bez poczucia winy? Ziemniak zachowywał się tak, jakby uczniowi należała się kara; jakby wszystko, co mu robił, było w jakiś sposób usprawiedliwione.
Ale to nie była prawda. Osetek w życiu nie zrobił nikomu nic złego. Pilnował się, starał się słuchać, nie wychylać. Dlaczego czekoladowy wybrał sobie akurat jego – oraz jego mentora – na obiekt do wyśmiewania? Nic tu się nie kleiło. Osetek nic a nic nie rozumiał. Był zagubiony.
— H-hej, młody — przywitał się z nim Wiciokrzew, stając mu na drodze. Zielonooki zatrzymał się, ale milczał. — Znowu Ziemniak ci do-dokucza…? — dopytał, zmartwiony tym, że jego syn się nie odzywa.
Osetek musiał zmrużyć oczy, by nie rozpłakać się przed liliowym. Nie znosił, gdy Wiciokrzew był smutny, gdy coś go dręczyło. Dlaczego nie mógł po prostu być normalny? Może gdyby był inny, Ziemniak nie miałby do niego problemu.
— Ja… ja nic nie rozumiem. Czy jest coś ze mną nie tak? Czym sobie zasłużyłem na takie traktowanie? — zapytał czarno-biały, podnosząc głowę. Jego oczy były zaszklone, lecz uczeń usilnie próbował nie dopuścić łez do spłynięcia po policzkach. — Czy Ziemniak w ogóle wcześniej cię znał? Czy… czy znaliście się? Łączy was jakaś relacja? Proszę, powiedz mi. Nie będę zły. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego on to robi… Czy to moja wina?
Wiciokrzew zamyślił się na moment, wlepiając wzrok w wyjście z lecznicy. Jego oczy były puste, zmęczone.
— Nie o-obwiniaj się, to nie t-twoja wina — wydukał wreszcie, po czym westchnął ciężko. — Myślę, że mu-musisz szukać o-odpowiedzi… u kogoś i-innego — wyjaśnił, co tylko dodatkowo zdezorientowało ucznia.
— U kogo?
Liliowy znów umilkł, jakby właśnie myślał o czymś, o czym usilnie starał się zapomnieć. Jakby widział jakieś… wspomnienia, które raniły go od środka. Wyglądał tak słabo, tak mizernie, że końcówka ogona Osetka zaczęła nerwowo podrygiwać.
— R-Rokitnik… — wymówił pojedyncze imię, po czym głośno przełknął ślinę. — Mój były me-mentor… To nie k-kot, to po-potwór… — kontynuował, jednocześnie rozglądając się gorączkowo, jakby starszy mógł ich usłyszeć. — On… byłby w sta-stanie nasłać na na-nas młodego, głu-głupiego wojownika… Ła-łatwego do zmanipulowania…
Gdy ostatnie słowo opuściło pysk Wiciokrzewu, do lecznicy weszli Purchawka i Poranek, trzymając w zębach pęki ziół. Osetek odwrócił wzrok w ich stronę i przez moment wszyscy w czwórkę w niezręcznej ciszy patrzyli na siebie nawzajem, dopóki nie rozeszli się po legowiskach, nie zadając żadnych pytań.

* * *

Rokitnik… Rokitnik… Paskudny starzec, z którym musiał się rozliczyć. Tylko kiedy? I czy w ogóle powinien to robić? Z tego, co słyszał, bury był już bardzo stary. Czy wypadało tak go nachodzić? Czy nie należał mu się spokój, odpoczynek? Z drugiej jednak strony – jeśli umrze ze starości, Osetek już nigdy nie pozna odpowiedzi na swoje pytania. Nie dowie się, dlaczego bury tak bardzo go nienawidził. Nie dowie się, czemu wybrał akurat Ziemniaka i dlaczego nie okazywał wobec prześladowanych najmniejszej skruchy…
Gdy tak rozmyślał, do lecznicy wszedł srebrny kocur. Był już nieco podstarzały, choć krok miał nienaganny. Biła od niego duma, a w oczach lśniły czarujące iskry.
— Zraniłem się w ogon — wyjaśnił spokojnie, podchodząc do Osetka.
Uczeń przez moment wpatrywał się w żółte oczy pobratymca. Miał wrażenie, że wydają się dziwnie… znajome, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Szybko odepchnął od siebie tę myśl – był w końcu uczniem uzdrowiciela i musiał zająć się srebrnym jak najszybciej.
Podszedł do składziku i wyciągnął z niego szczaw. Już mielił go w zębach, idąc w stronę Bukszpanu. Ostrożnie obejrzał jego ogon, a gdy tylko znalazł ranę, delikatnie obłożył ją papką. Następnie owinął wszystko pajęczyną, którą zawsze starał się mieć przy sobie, właśnie na takie okazje.
— Gotowe, możesz już iść — mruknął łagodnie.
Srebrny podziękował mu skinieniem głowy, zawieszając na nim spojrzenie o jedno uderzenie serca za długo, po czym zniknął w świetle dnia. Osetek musiał przyznać, że gdy Bukszpan na niego patrzył, jego żołądek nieprzyjemnie się ścisnął. Miał wrażenie, że żółtooki wykonał ten gest niczym niemą groźbę… a może tylko mu się wydawało.
Nie potrafiąc jednak pozbyć się tego dziwnego wrażenia, podszedł w końcu do Wiciokrzewu.
— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.

<Wiciokrzewie?>

[1533 słów + wyleczenie postaci NPC]

Wyleczeni: Bukszpan

04 stycznia 2026

Od Strzępka Do Płomiennego Serca

Dni powoli mijały, a kocurek czuł się nieco przytłoczony tym wszystkim. Miał wrażenie, że gdzie się nie obróci, to słyszy szepty za swoimi plecami lub czuje na swoim jasnym ciele wzrok. Czyżby każde przybycie na świat kociaków wzbudzało takie sensacje? Może powinien korzystać i się cieszyć z takiej atencji ze strony starszych pobratymców? Nikogo o to nie pytał, chcąc samemu dojść do rozwiązania tej zagwozdki — a przynajmniej tak tłumaczył swoją niepewność, by zapytać o to inne karmicielki lub koty odwiedzające żłobek. Oprócz Króliczej Prawdy było jeszcze parę innych rudawych lub kremowych kotów, która czasem zawędrowała do kociarni, by zabawić się z przebywającymi tam kociętami lub porozmawiać z kotkami sprawującymi opiekę nad najmłodszymi.
Strzępek czasem był skory do zabawy, a w innych momentach miał gdzieś cały otaczający go świat. Jego zmienność można było porównać do wzburzonych fal na morzu, przy którym mieszkali. Akurat dzisiaj miał dzień na "mam wszystko gdzieś", dlatego też nie zareagował, kiedy do legowiska wkroczyła radosna ruda wojowniczka. Ta po przywitaniu się z resztą, skierowała swoją uwagę na jasnego kocurka, który siedział pod ścianą i bawił się gałązkami wystającymi z ptasiego gniazda, które służyło jako jedno z legowisk znajdujących się w żłobku.
— Cześć szkrabie — przywitała się z uśmiechem na białym pyszczku. Strzępek jedynie przelotnie na nią spojrzał i wrócił do jednej z gałązek, którą zaczepiał łapą bez większego zainteresowania, jakby z nudy, nie mając nic lepszego do zajęcia czasu. Ruda jednak tak łatwo się nie poddała i kontynuowała jednostronną rozmowę, lecz point jej nie słuchał, rozmyślając nad własną egzystencją, a dokładniej to kiedy opuści kociarnię.

<Płomienne Serce? Trudne dziecko Ci się trafiło>

Od Bruka Do Orchidei

Bruk podczas chlebkowania obok Drobinki, która gada jakieś dziwne rzeczy w nieznanym mu języku, pomyślał sobie: "Może by tak przełamać strach przed rybami? Nieee, no nie ma sensu". Odrzucił tę myśl i poszedł się dalej bawić z Drobinką, która wyglądała z uderzenia na uderzenie serca coraz dziwniej, brzmiała i wyglądała, a dokładniej jej pyszczek zaczynał przypominać karasia? Bruk zaczął się bać (nasz kochany budulec wielu polskich chodników boi się ryb). Jak chciał się zapytać jego siostry, czy wszystko w porządku, lecz jedyne co usłyszał to ciche „bul bul”.
W tamtym momencie wpadł w szał — biegał, krzyczał, machał łapami na wszystkie strony, bał się do takiego stopnia, że aż wskoczył do pobliskiej kałuży i zaczął jeszcze bardziej panikować, aż w końcu przyszła Orchidea i uspokoiła go, uświadomiła, że jego siostra dalej jest kotem, nie rybą. Stwierdziła również, że Bruk powinien iść spać. Posłuchał się, lecz nie mógł spać, co jest dla niego bardzo dziwne, nietypowe, ponieważ przeważnie zasypia nawet, jak bawi się z siostrą, a teraz nic — cały czas przejmował się tym, co zobaczył tego dnia i nie potrafi od widzieć ryby w swojej siostrze.
W końcu udało się, poszedł spać i przyśniło mu się coś bardzo dziwnego.
Kociak pojawił się nad rzeką, wzdłuż której prowadził chodnik z kostki brukowej. Bruk więc szedł po twardym, zimnym podłożu, które nie było dla niego przyjemne, lecz nagle usłyszał głos zza pleców, który mówił: „Cześć Bruk, tutaj obróć się”. Po tym, jak Bruk spojrzał za siebie, zobaczył gigantyczny chodzący chodnik, który mówił dziwnym języku, który brzmiał dokładnie, jak przerzucamy gruz. Jedyne co zrozumiał to: „Smacznej rybki”. Kocur na samo słowo ryba już był wystraszony, ale na szczęście zapomniał o tym chwilę po rozstaniu z chodnikiem. Bardziej przejmował się wtedy pięknym motylem, który wleciał do wody, a więc Bruk wskoczył za nim, aby się mu dokładniej przyjrzeć, lecz jak się można domyślić, pod wodą nie było żadnego motyla, ale było co innego — ryba. Pod wodą była ryba, więc nasz niezbyt inteligentny przyjaciel znowu zaczął panikować, przez co znaczą się topić, ale wyciągnęła go ciemna postać — coś, co wyglądało jak zdechłe ryby ściśnięte w dużego kota. Bruk powoli zaczynał łapać, co się dzieje oraz wiedział, że to musi być sen, a więc odezwał się do postaci, która była zbudowana z padliny i w tamtym momencie się obudził.
Chwilę po przebudzeniu się wstał i przeciągnął w legowisku. Nudziło mu się niemiłosiernie, więc stwierdził, że pobawi się z Drobinką, dlatego też poszedł w te pędy zacząć zabawę poprzez na skoczenie na swoją siostrę i taktyczne uderzanie jej łapami. Ta również miała ochotę na zabawę i tak tłukli się aż do zachodu słońca.

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

Przez panikę, która go okiełznana, czuł się, jakby był ofiarą transu. Czuł się jak w gęstej mgle. Zagubiony, przerażony... Jedyne co słyszał to krew dudniącą w jego liliowo białych uszach, przyozdobionych uroczymi pędzelkami. Nagle wśród tego całego chaosu wyłoniła się tego mama — Orchidea. Wyraz jej pyszczka był zatroskany, a w głosie czaiła się nuta rozbawienia, zmartwienia, ale i czułości. Jej miękki głos był dla niego ukojeniem.
— Co się stało kochanie? — spytała, łagodnie przyciągając syna do siebie.
— Mame, Drobinka strasznie wygląda, bardzo się jej boję... O-ona... Ona wygląda jak ryba, a-a jak chciałem się do niej odezwać, to nie usłyszałem, jak zwykle słodkiego i cichego głosu, a straszne i przerażające "bul bul"... Mame zrób coś, ja się boję ryb! Nie słyszałaś o Padlinie? Nie chce skończyć tak jak on! — odpowiedział
Liliowa kocica z czułością jak to na matkę przystało, zaczęła gładzić nastroszoną sierść kocięcia swoim długim, aksamitnym ogonem. Na jej pyszczku pojawił się smutny, niewielki uśmiech.
— Znałam go. Nie jakoś bardzo... Ale dobrze. Był mentorem twojego wujka i mojego brata, czyli wujka Pumy. Był dość... Specyficzny. Za młodu trochę się go bałam, ale po czasie dało się jakoś przyzwyczaić do jego sposobu bycia. Tylko zastanawia mnie jedno... Kto ci o nim naopowiadał? Jesteś jeszcze maluchem, nie musisz zaprzątać tym swojej małej główki... No, ale nie ważne, a przynajmniej na teraz. Jesteś ze mną bezpieczny, nie bój się maleństwo...
Ruchy matki były kojące i można by w tej sytuacji porównać je do wichury, która powoli zwalnia, zmieniając się w wiatr, a później — w delikatny, uspokajający świst. Jej ślepia tliły się milionem barw, pod wpływem promieni słonecznych, które na nie padały. Iskrzyła w nich matczyna troska, której nie można było pomylić z niczym innym.
Kociak bardzo uspokoił się pod wpływem dotyku matki, a jego sierść z najeżonej przeszła do młodego, pięknego i gładkiego futerka. Tak jak na kociaka przystało.
— Dziękuję mamusiu... — Bruk podziękował Orchidei, mrucząc to w jej ciepłe i pachnące futerko na klatce piersiowej. Ta woń była tak kojąca... Mleko, łąka, kwiaty, beztroska...
— Nikt nie potrafi pomóc drugiemu kotu tak jak ty, wiesz?
Kocica łagodnie się uśmiechnęła.
— Dziękuję kwiatuszku... — mruknęła w odpowiedzi niemal szeptem, a jej postawa stała się niemal promienna.
— To tylko dzięki tobie, twojej siostrzyczce i mamusi, wiesz? Wy dajecie mi siłę, by iść dalej przez mgłę w głąb lasu... Idę w nieznane, mając was w serduszku. Ono bije dla was...
Kotka przyłożyła swój pyszczek do głowy synka, wsuwając swój nos w jego futro na główce. Jej pomarańczowe oczy powoli się zamknęły, a gdzieś z głębi wychodziło ciche mruczenie.
— Kocham was najbardziej na świecie... Przypominacie mi takie trzy słoneczka górujące na niebie, oświetlając cały mój świat...
Orchidea zobaczyła, jak jej syn przeciągle ziewa w jej uścisku. Raz po raz zaczęła ciągnąć językiem po jego główce, synchronizując te ruchy z biciem swojego serca, w które on z zafascynowaniem się wsłuchiwał.
— Nigdy nie byłam szczęśliwsza... Mam ciebie, Drobinkę i Pieczarkę... Niczego więcej mi nie trzeba…
Kiedy kocię usłyszało słowa mamy, główka sama zaczęła mu opadać pod wpływem jej języka, robiąc się wyjątkowo ciężka. Nawet nie zorientował się, a w pewnym momencie oczka Kostki Brukowej same się zamknęły. Kociak zasnął w ciepłych i przytulnych objęciach swojej kochanej mamy, wciąż wsłuchując się w ten rytm. Odpłynął w swojej ulubionej, ukochanej pozycji. Na chlebek. Chwilę później Orchidea również zapadła w głęboki sen, nie opuszczając swojego Bruko-chlebko syna ani o wąs.

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

Słońce już prawie zaszło za korony drzew Owocowego Lasu, zostawiając po sobie taki pomarańczowo-fioletowy rozmazany ślad na niebie, jakby ktoś machnął pędzlem i stwierdził: „Eh, będzie, jakoś to wyglądać”. W trawie chrupały jakieś owady, a powietrze pachniało tym typowym, wieczornym chilloutem, który aż prosi się o jakieś głupoty — i oczywiście Bruk to wyczuł pierwszy.
Wyskoczył zza kamienia tak nagle, że sam się prawie potknął o własne łapy, bo przecenił swoje możliwości. Futro miał nastroszone w każdym możliwym kierunku, wyglądał jak kot, który właśnie porwał prąd, ale jeszcze nie zdecydował, czy mu się to podoba, czy nie.
— Drobinka! — ryknął, tak głośnym, że ptaki w pobliskich krzakach podskoczyły. — Podbijaj tu no!
Drobinka podniosła głowę z miną „Serio…?”, bo właśnie bawiła się listkiem i to była najlepsza rzecz na świecie w tamtym momencie. Jej ogonek poruszył się powoli jak wskaźnik, który mówi: "Lepiej, żeby to było warte mojej uwagi".
— Co tym razem? — zapytała tonem, który brzmiał jak pół westchnienie, pół groźba. — Bo jak to znowu jakieś twoje „super odkrycie”, które później trzeba gonić po całej polanie…
Bruk dumnie wyciągnął coś spod siebie.
— Patrz. — I prezentuje kulkę z trawy.
Normalną. Taką, jaką robi każdy kociak, który z nudów zaczyna turlać byle co.
Drobinka zmrużyła oczy tak mocno, że wyglądała, jakby próbowała przeskanować obiekt wzrokiem rentgenowskim.
— Ty tak serio…?
— Halo, nie śmiej się! — Bruk już oburzony. — To nie byle jaka kulka! Ona jest… wyjątkowa.
— Aha. Wyjątkowa jak twoje „zaufaj mi, wiem co robię”? — mruknęła.
Bruk pchnął kulkę łapą w jej stronę.
— No, zagraj ze mną, nie bądź taka.
Drobinka chciała tylko trącić delikatnie, ot tak, żeby mieć to z głowy, ale oczywiście los chciał inaczej. Kulka wystrzeliła jak pocisk, odbiła się od jednego kamyczka, potem od drugiego, zrobiła absurdalną pętlę w powietrzu i walnęła Bruka prosto w nos.
— AU! — wrzasnął tak, że aż motyl odleciał. — WIDZISZ?! Ona ma swoje zdanie!
— Ona ma twoje krzywe kopnięcie — poprawiła go Drobinka, ale w jej głosie czaił się taki cichy, ledwo zauważalny śmiech. Nie przyznałaby się do tego, ale to nawet było trochę zabawne.
Zanim zdążyli się dalej kłócić o fizykę kulki trawiastej, usłyszeli znajomy dźwięk.
Ten dźwięk, który potrafił zmrozić krew, ustawić łapy w szeregu i sprawić, że każdy psotny kociak zaczyna w myślach robić listę grzechów.
Ich mama.
— Bruk! Drobinka! — zawołała z tej swojej klasycznej pozycji „już wiem, że narozrabialiście, pytanie tylko jak bardzo”.
Bruk spojrzał na Drobinkę jak na kota, który go właśnie zdradził.
— No pięknie. Teraz będzie na mnie.
— Bo to jest twoja wina — odpowiedziała spokojnie, poprawiając futerko jak dama szykująca się na przesłuchanie.
— Ej! Ty też się bawiłaś!
— A ty zacząłeś.
Bruk zaczął warczeć pod nosem coś niezrozumiałego, ale wyglądał przy tym bardziej jak kot z załamaniem nerwowym niż jak groźne stworzenie z lasu.
Drobinka ruszyła pierwsza, idąc z dumą, jakby nic nie mogło jej zachwiać. Bruk człapał za nią, próbując wyglądać niewinnie, choć w jego przypadku niewinność kończyła się gdzieś po pierwszych trzech sekundach życia.
Zatrzymali się tuż przed mamą.

<Mame?>
[1480 słów]

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka) CD. Rudzikowego Skrzydełka

Przeszłość, koniec poprzedniej pory opadających liści

Po wyjściu z obozu poprowadził ich trzyosobowy patrol w stronę Drogi Grzmotu, by przy okazji sprawdzić “naturalną” granicę z Owocowym Lasem. Nawet jeśli nie mieli żadnych problemów z tamtejszymi kotami, to nadal problemem mogli być samotnicy kręcący się w tych okolicach — choć znalezienie ich zapachu było trudne pośród panującego smrodu potworów. Spokojnie szedł, nie spiesząc się zbytnio, lecz w myślach musiał powstrzymywać swoje łapy przed szybszym tempie, by wcześniej ukończyć patrol ze srebrnymi siostrami. Nie to, że ich towarzystwo było dla nich uciążliwe, jednak z każdym krokiem niepewność co do podjętej decyzji wzrastała.
— Szakłaczku! Chcesz zobaczyć moją kolekcję martwych motyli? — Na dźwięk swojego imienia, skierował wzrok na Rudzikowe Skrzydełko.
— Szakłakowa Barwa nie jest tak rozmowny. To normalne. Niektóre koty wolą mówić mniej — odparła jej siostra, posyłając mu łagodny uśmiech w przepraszającym geście. Na to czarny lekko skinął głową z powolnym przymknięciem powiek. Nie miał za złe Rudzik, że próbuje zacząć z nim rozmowę.
— No ale skoro nie mówi… To jak zdobywa przyjaciół? — mruknęła, jakby do Płomykówki, lecz po nie otrzymaniu odpowiedzi, skierowała swój wzrok na starszego. — Masz przyjaciół, prawda? Jeśli nie… To ja! Ja mogę być Twoją przyjaciółką! — dodała, a on momentalnie przystanął, jakby jego łapy niespodziewanie wrosły głęboko w ziemię. Czuł, jak jego serce przyspiesza, a w oczach pojawia się lekka panika. Nie wiedział co zrobić. Pierwszy raz ktoś mu coś takiego powiedział. Przecież… kto chciałby być jego przyjacielem? W Klanie Burzy jest znacznie więcej bardziej towarzyskich kotów od niego, więc dlaczego Rudzikowe Skrzydełko chce nawiązać z nim tak bliską relację? Czemu widzi w nim odpowiedniego kandydata na swojego przyjaciela? Robi to z litości? A może chce go jakoś wykorzystać?
Na ostatnią myśl potrząsnął głową. Nie nie, srebrna taka nie jest, nie zachowuje się i nie wygląda na kogoś, kto wykorzystuje innych.
— Szakłakowa Barwo? — mruknęła Skrzydlata Płomykówka, lecz dopiero po którymś razie jej słowa dotarły do kocura. — Wszystko w porządku? — spytała, kiedy ten zamrugał parę razy, wpatrując się w jej pysk.
— Tak… Po prostu… — zaczął, ruszając z miejsca. — Nie ważne… — dokończył, rezygnując z pierwotnej myśli.
— Szakłaczku? — Usłyszał obok siebie głos Rudzik, która zaryzykowała dalszą rozmową po chwilowym dziwnym zachowaniu kocura. Ten jedynie spojrzał na nią, dając znać, by mówiła dalej. — To… Chcesz, bym była Twoją przyjaciółką? — spytała z minimalną nutą niepewności, jakby z obawy, że ten zareaguje ponownym odrealnieniem.
Po pytaniu odwrócił wzrok, chcąc się namyślić nad odpowiedzią. W głębi duszy chciał mieć kogoś bliskiego oprócz Poczciwego Dziwaczka i Barszczowej Łodygi, lecz… Co, jeśli coś źle zrobi i Rudzik szybko stwierdzi, że nie nadaje się do takiej relacji z nią? Jednak jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie przekona, jak to mieć nieco większe grono bliższych kotów.
— Jeśli Ty tego chcesz, to tak — odpowiedział po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem na pysku. Nagła radość kotki zaskoczyła kocura, że ten zaskoczony zatrzymał się, wpatrując w Rudzik, która wręcz skakała z ekscytacji.
— Spokojnie, ona tak zawsze — oznajmiła Płomykówka, pojawiająca się obok niego. Ona również patrzyła na rozradowaną siostrę.
— Chyba jednak zaczynam mieć wątpliwości… — mruknął, ruszając powoli.
— Przywykniesz, ale teraz to będziesz mieć dwójkę kotek na głowie znacznie częściej. — Na to stwierdzenie, Szakłak spojrzał na nią zdziwiony, nie rozumiejąc do końca jej słów. — Rudzik często mnie gdzieś ciąga ze sobą jak dzisiaj.
— Im więcej, tym lepiej, prawda? A przynajmniej tak mówią… — rzucił, kierując się wzdłuż szerokiego koryta rzeki, gdzie ten naturalny twór kończył ich tereny w tym kierunku.
— Rudzikowe Skrzydełko, no już, bo zaraz wpadniesz do wody, a raczej nikt nie chce do niej wchodzić, by Cię ratować — oznajmiła Płomykówka, na której słowa jej siostra nieco się opanowała.

<Rudzikowe Skrzydełko?>

Od Niezapominajkowej Łapy (Niezapominajkowej Nadziei) CD. Trzcinowego Szmeru

Gdy wróciła z polowania zdecydowała się odwiedzić Trzcinowy Szmer. Kotka leżała w lecznicy, nadal dochodziła do siebie po walce z wydrą przy swoim mianowaniu. Niezapominajkowa Łapa nie przyznałaby tego na głos, jednak siła kotki jej bardzo imponowała. Gdy ta pomagała w odnowie obozu, czasem wręcz rumieniła się, chowając pyszczek w futrze. Gdy kotka zadała pytanie, uśmiechnęła się do niej.
— Chyba nawet dobrze. Szkolenie idzie mi nawet zaskakująco dobrze ostatnio. — Spojrzała na rany starszej. — Nieźle musiałaś się z nią poszarpać. W sensie tą wydrą.
— Tak, trochę. Ale nie dałam jej za wygraną. — odpowiedziała, spoglądając na ranę.
— Temu nie przeczę. Każdy inny kot pewnie wróciłby nieźle poturbowany. Ty wyszłaś jedynie z jedną większą raną. Dobrze ci poszło.
— Dzięki. — Trzcinowy Szmer zaczęła wylizywać swój bark. Niezapominajkowa Łapa odwróciła wzrok na chwilę, zawstydzając się przez ciszę, jaka nastała.
— Muszę już lecieć, niestety… Ale odwiedzę cię jeszcze, obiecuję. Odpoczywaj dobrze. — Wstała, otrzepując się lekko.
— Zapraszam, nie mam tu zbytnio nic do roboty póki rana się goi.

***

Niezapominajkowa Nadzieja widziała od dawna, że stan Trzcinowego Szmeru pogarsza z dnia na dzień. Coraz mniej jadła, wyglądała okropnie słabo. Inaczej niż księżyce temu, gdy była przecież tak silna… W dodatku kręcił się przy niej Zmierzchająca Fala. Dymna nie przepadała za nim. Jedyne, z czego się cieszyła, to że był wsparciem dla szylkretki, jednak na gust Niezapominajkowej Nadziei zbliżał się do niej za bardzo. Gdy jednak złapała ją samą, podeszła do niej z delikatnym uśmiechem na pyszczku, mając nadzieję, że uda jej się lekko poprawić jej humor. Jej futro było zmatowione, nie wylizane. Dawno się nim nie zajmowała, jednak to w żadnym stopniu nie odejmowało jej urody. Była tylko przygaśnięta, ale nadal była tą samą kotką, która sprawiała, że serce Niezapominajki biło szybciej.
— Hej, Trzcinowy Szmerze. Może masz ochotę na zjedzenie razem? Słyszałam, że patrol łowiecki złowił kilka okoni. Mogłybyśmy potem przejść się na spacer, co ty na to..? — zapytała delikatnie.

<Trzcinowy Szmerze?>

03 stycznia 2026

Od Strzępka Do Króliczej Prawdy

Źródlana Łuna spodziewała się kociąt i się ich doczekała, lecz widok dwójki rodzeństwa jeszcze bardziej złamał jej serce. Oba maluchy były jasne z ledwo ciemniejszymi widocznymi oznaczeniami, które wskazywały na to, że kocięta są pointami, niczym ich biologiczny ojciec, Szałwiowe Serce, książę Klanu Nocy. Kotka dostała imię Szron, a jej brat Strzępek z uwagi na jego potargane, wręcz postrzępione futerko.
Rodzeństwo już od samego momentu narodzin dostawało mało uwagi, a jeśli już to karmicielka z bólem i smutkiem patrzyła na swoje potomstwo tak podobne do partnera. Czyżby to była kara od Klanu Gwiazdy? Kto wie, lecz Strzępek dotkliwie odczuwał brak atencji ze strony rodzicielki, czując się niechcianym przez nią. Nie rozumiał, czemu tak jest, jednak nie próbował tego zmieniać, mając na uwadze, to jak Łuna patrzyła na niego lub siostrę. Szron też raczej nie ubiegała się o dodatkową uwagę ze strony matki, jakby podzielając zdanie brata.
Kocurek mógł jedynie liczyć na rozmowy z Naparstnicą, który również przebywał w kociarni, choć oprócz niego były jeszcze Jastrzębi Zew oraz Postrzępiony Mróz, lecz point czuł jakąś wewnętrzną niechęć do rozmów z nimi, jak gdyby jego instynkt samozachowawczy wyczuwał zagrożenie z ich strony. Coś może w tym było, ponieważ mało kto, a może nawet nikt, nie wierzył słowom Źródlanej Łuny, że ojcem kociąt jest Królicza Prawda. Wojownik co jakiś czas zjawiał się w żłobku, często w tym czasie karmicielka opuszczała legowisko, pozostawiając kocięta pod jego opieką oraz dwóch innych kotek.
— Królicza Prawdo — zagaił któregoś dnia Strzępek. Na dźwięk swojego imienia, kremowy jedynie skierował na niego swój wzrok, oznajmiając w ten sposób, że słucha malucha. — Czy jesteś naszym ojcem? — spytał bez owijania w bawełnę. Jako kociak nie rozumiał czegoś takiego jak skrępowanie lub niewygodne pytania.

<Królicza Prawdo?>

Od Rozżarzonej Pieśni Do Jagnięcej Łapy

Pora opadających liści dotarła także nad tereny Klanu Klifu, co wiązało się z bardziej wietrznymi dniami z racji bryzy nadciągającej od strony wielkiej wody. Miała to być pierwsza pora, którą Rozżarzona Pieśń przeżyje poza leśnymi terenami Klanu Wilka. Bywały momenty, gdy jakaś cząstka niej tęskniła za zapachem żywicy, szumem liści na wietrze, lecz mimo tych krótkich i cichych momentów czuła, że to właśnie Klan Klifu jest jej prawowitym domem, nawet jeśli znaczna większość kotów stąd patrzyła na nią przez pryzmat wychowania się w Klanie Wilka. Mimo to ten fakt nie przeszkadzał jej zbytnio, a przynajmniej dopóki nie musiał lub nie czuła potrzeby zamienienia paru słów z drugim kotem. Kiedy miała przymus rozmowy z kimś, to musiała się liczyć z mniej przychylnymi spojrzeniami lub oschłym, opryskliwym nawet tonem rozmowy. Po tego typu konwersacjach co wieczór się zastanawia, co mogłaby jeszcze zrobić, by każdy tutaj uwierzył w jej lojalność Klanowi Klifu, a nie Wilczakom. Przecież starała się, jak mogła, wypełniając sumiennie wszystkie obowiązki, czasem nawet dając więcej od siebie, niż powinna. Każde jej działanie często było oparte na udowodnieniu tego, że jest Klifiakiem, jednym z nich, a nie szpiegiem lub kimś innym w ich szeregach. Nawet nie zbliżała się do granicy z Klanem Wilka, choć czasem nawiedzała ją myśl, że gdyby się tam udała to może natrafi na Brukselkową Zadrę, Wrotyczową Szramę lub któreś z rodzeństwa, by choćby zamienić dwa słowa.
Rozłąka z rodziną początkowo była trudna, lecz tęsknota za nimi nie była na tyle silna, by wygrać nad lojalnością Klanu Klifu oraz uczuciu bycia kontrolowaną na każdym kroku przez Wilczaków. Tutaj też w jakiś sposób inni wojownicy kontrolowali jej poczynania, lecz to nie było tak negatywne odczucie, jak w Klanie Wilka.
Jej poranne rozmyślanie przerwało poruszanie przy legowisku medyków. Mając posłanie na jednej z dalszych półek, miała możliwość obserwacji pracy medyczek. Sama była szkolona do tego, lecz mało kto o tym wiedział, plus kto by jej tutaj pozwolił na dostęp do medykamentów i decydowaniu o zdrowiu wojowników, jeśli była wychowana przez Wilczaków. Fakt ten czasem godził ją w serce, że sam ten fakt wystarczył, by została ograniczona do roli wojownika. W sumie Judaszowcowa Gwiazda nie pytał jej zbytnio o nic związanego bezpośrednio z nią.
Widząc, jak Jagnięca Łapa kieruje się w stronę wyjścia, postanowiła do niej zagadać i zaoferować pomoc przy zbieraniu ziół. Na patrolach często się rozglądała za nimi, by wiedzieć później, gdzie ich szukać, gdyby przyszło jej pomóc którejś medyczce ze zbieraniem ich.
— Hej, Jagnięca Łapa, tak? Wybacz, że Cię zatrzymuje, ale czy może nie idziesz zbierać ziół? Chętnie pomogę — oznajmił, podchodząc do srebrnej, która na dźwięk jej głosu niepewnie się zatrzymała.

<Jagnięca Łapo? Jakiś wojownik u boku do obrony się zawsze przyda oraz dodatkowa para łap>

Osetek został adoptowany!

Od Złocistego Widlika CD. Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny)

Przeszłość

Zerknął na przyniesioną przez ucznia rybę. Właściwie nie jadł zbyt wiele odkąd Kotewkowy Powiew odeszła do Klanu Gwiazdy. Rana po jej stracie wciąż była świeża. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś miało to nadejść. Jednak liczył gdzieś w głębi serca, że jeszcze trochę minie do tego momentu. Nie zdążył się nawet pożegnać, bo akurat był na zgromadzeniu. Nie żałował tego, bo poznał wspaniałego kocura, ale i tak czuł się dosyć nieprzyjemnie z tą myślą. Kotewka była dla niego niczym matka, a on nawet nie towarzyszył jej w ostatnich chwilach. Jedyną ulgą był fakt, że zasnęła wśród dwóch innych kotek. Wszystkie trzy mogły w końcu zaznać spokoju i odpoczynku. Widlik wierzył, że spotka się kiedyś z Kotewką. Miał tylko nadzieję, że ta o nim nie zapomni przez ten czas. Nie był pewien, jakby to przeżył. Pewnie źle. Potok myśli został przerwany delikatnym szturchnięciem w bok.
— Och, wybacz — zwrócił się, spoglądając zielonym spojrzeniem na Konwalię. Nie chciał być nieuprzejmy, ale czasem myśli same go nawiedzały w najmniej spodziewanych momentach. Pokręcił lekko łebkiem, pozbywając się ich resztek. Potem pomyśli, bo teraz miał gościa i ku swojemu zaskoczeniu naprawdę chciał z nim pobyć. Pamiętał, że ich ostatnia rozmowa skończyła się niezbyt przyjemnie. Jednak teraz było inaczej. Obaj byli starsi, więc i więcej mieli do opowiadania.
— Ach! Nie, nie mam. Chętnie się z tobą posilę — odparł i uśmiechnął się do liliowego. Po czym przysunął sobie jedną z ryb. Zapach zwierzyny niemal od razu dotarł do jego noska, a brzuszek zdawał się dopominać posiłku.
— W takim razie smacznego — wymruczał do młodszego i ugryzł pierwszy kęs zwierzyny.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Był ciekawy tego, ponieważ trening na wojownika różnił się nieco od jego własnego. Owszem uczył się łowić ryby, wspinać na drzewa czy walczyć, jeśli potrzebna by była obrona kociąt, ale poza tym jego nauka szła innym promieniem słońca niż większości.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby. Miał nadzieję, że tak właśnie było.

<Konwaliowa Łapo? Jak Ci się wiedzie?>

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki

Kocur jakoś pozbierał się po śmierci jednej z matek, choć gdzieś w środku fakt ten go bolał i nieprzyjemnie kuł w serce, lecz był przyćmiony żarem gniewu oraz chęci zemsty, które pojawiły się stosunkowo niedawno. Wojownikowi trochę zajęło otrząśnięcie się z melancholii, która już drugi raz w jego życiu przejęła kontrolę, doprowadzając go istnego wraku samego siebie. Powrót do dawnej formy sprzed momentu utonięcia Makowego Nowiu zajęła nieco kocurowi, tak naprawdę trwając dotąd. Mimo to nikt nie narzekał na nic, nawet on. Większość kotów raczej nie poruszała w jego obecności tematu odejścia zastępczyni oraz ucieczki sporej części klanu niedługo później. Często samo zasugerowanie w rozmowie postaci Makowego Nowiu lub Poziomkowej Polany powodowało, że rozmawiający napotykali mrożące krew w żyłach spojrzenie syna kultystek.
Powoli wracał do swoich obowiązków, którymi były patrole łowieckie i graniczne. Pomimo pory opadających liści, żółte korony drzew w większości chroniły mieszkańców lasu przed mniej sprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Jedynym nieuniknionym było wszechobecne błoto, kałuże oraz bardziej wezbrana woda w rzecze, która nie tak dawno temu porwała ciało jego matki. Od tamtego czasu często można było zobaczyć, jak samotnie opuszcza obóz, by w pojedynkę odbyć patrol. Dziś było podobnie, choć pierwszy raz od pamiętnego dnia zbliżał się bliżej jakiejkolwiek wody biegnącej przez tereny klanu. Plan był prosty, udać się wzdłuż którejś z granicy, a następnie zapolować w głąb lasu. Nie wiedział dokładnie gdzie będzie zmierzać, kolejny raz stwierdził, że pójdzie tam, gdzie go łapy poniosą.
Wychodząc z obozu, skinął swojej drugiej matce, która rozmawiała z Jaskółczym Zielem o czymś, lecz czekoladowy nie zawracał sobie tym głowy. Spokojnym krokiem zgrabnie przeszedł przez tunel w krzewiastym murze, by udać się w stronę granicy z Klanem Burzy, którzy w taką pogodę mogli jedynie zazdrościć posiadanych drzew na terenie Klanu Wilka. Ich równiny raczej nigdy nie były korzystnym terenem, niezależnie od panującej pory.

***

Wszystko przebiegało po jego myśli, dopóki nie dotarł nad wodę. W jego głowie od razu pojawiły się obrazy tego, jak wzburzone fale pochłaniają jego matkę pod powierzchnię, odcinając ją od dostępu do tlenu. Potrząsnął lekko głową, jakby chcąc się w ten sposób na zawsze pozbyć tych wspomnień, gdy nagle usłyszał czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc. Głos był słaby i brzmiący na kociaka, miał jeszcze w sercu choć trochę empatii, by nieco pospiesznie przemierzać brzeg w poszukiwaniu tonącego. Wtem ujrzał małe czarno białe ciało kocięcia i zbyt dużo nie myśląc, próbował je złapać.
Na szczęście udało mu się to i po chwili przemoczona kulka zwisała w jego pysku trzymana za skórę na karku. Ostrożnie odłożył znajdę na ziemi w lisiej długości od wody, jakby z obawą, że przestraszony kociak może ponownie do niej wpaść. Całe ciało kociaka się trzęsło, a zęby szczękały o siebie, lecz maluch miał zamknięte oczy. W czułym geście nieco nieudolnie przejechał językiem po jej czole, na co przemoczona kulka wydała cichy pisk i po chwili zawiesiła oczy na jego sylwetce.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do jego łapy, wciskając nos w futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, a wojownik zdezorientowany przyglądał się temu. Zamrugał parę razy, jakby chcąc się upewnić, że to wszystko nie jest jakimiś halucynacjami, które wykreował jego umysł. Mimo to mała koteczka nadal przylegała do jego łapy, jakby ta zaraz miała zniknąć. Przymknął swe zielone ślepie, zastanawiając się co dalej, lecz poprawna odpowiedź była jedna: powrót do obozu z przemoczonym kociakiem.

***

Nikła Gwiazda nic nie miał przeciwko znajdzie, szczególnie że teraz każdy młody kot był na wagę złota przez bandę zdrajców. Po werdykcie lidera podrzucił małą do żłobka z nadzieją, że ta grzecznie tam pozostanie, lecz jego spokój nie trwał długo. Po dowiedzeniu się jakie imię nosi kotka i dojściu do siebie, Wąsatka często opuszczała bezpieczną kociarnię, by potem kręcić się przy jego łapach, nazywając go tatą. Nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, lecz możliwe było, że ten kotce przypomina swojego prawdziwego rodziciela. W końcu pogodził się z tym stanem rzeczy, lecz nie oznaczało to, że teraz ciągle będzie siedzieć przy przybranej córce, w końcu jako wojownik nadal miał swoje obowiązki. W dodatku musiał przyznać, że Wąsatka była na tyle energiczna, że ten czasem po prostu nie miał siły na jej towarzystwo.
Właśnie rozmawiał ze swoją dawną uczennicą, Tropiącą Łaską, przy stosie, chcąc wiedzieć jak sobie radzi jako wojownik, gdy niespodziewanie usłyszał czyjś niezdarny bieg, a już po chwili do jego łapy przylgnęła Wąsatka, tradycyjnie krzycząc, jakby chcąc mieć pewność, że jej przybrany ojciec usłyszy także słowo.
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz? — Ciężko na to westchnął, przepraszając szylkretową kotkę. Ta jedynie skinęła głową i zabierając coś ze stosu, oddaliła się od tego nieco głośnego towarzystwa.
— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę Cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, mogąc brzmieć oschle, lecz robił to z troski o kotkę. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.

<Wąsatko?>

Od Grubego do Chudego

Jakiś czas temu Gąsiorkowy Trzepot zaczęła im podrzucać pod nos niewielkie piszczki do spróbowania. Pilnowała, czy Kalinka dobrze się rozwija i czy rzeczywiście próbuje stałych pokarmów, odpowiednich do jej wieku. Gruby, Chudy i Noc przy okazji też uczyli się jeść coś innego, niż mleko Gąsiorek. Dzisiaj pod ich łapkami leżały niewielki piszczki, świeżo upolowane przez Sowi Szpon. Nim wyszedł, zdążył wymienić kilka słów z karmicielką i przyjrzeć się kociętom. Uciekł jednak stosunkowo szybko, nie wdając się w dyskusję z żadnym z dzieciaków.
Dla Grubego spróbowanie nowego pokarmu nie było problemem. Krótkie mysie futerko było całkiem śmiesznym doświadczeniem na jego języku, a mięso z dnia na dzień coraz bardziej mu smakowało. Noc również nie narzekał, z chęcią pałaszując zdobycz. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o Chudym. Bury powąchał mysz trzy razy, po czym trącił ją niechętnie pazurem, krzywiąc się strasznie.
— Śmierdzi — bąknął, odsuwając piszczkę od siebie. — I jest jakaś taka krzywa. Nie będę jadł krzywej myszy.
— Moja nie jest krzywa — stwierdził Gruby, przeżuwając głośno. — No spróbuj chociaż kawałek, pani Gąsiorkowy Trzepot znowu będzie marudzić, że zabieramy mleko Kalince.
— Yhhhh... — z gardła Chudego wydobył się przedłużony, ciężki pomruk. — No pokaż.
Gruby zamienił dwie myszki miejscami. Chudy powtórzył procedurę oceny krzywości myszy. Cały czas gderając pod nosem, wziął maciupeńki gryzek samymi zębami, jakby obawiał się, że jak język dotknie mięsa to mu odpadnie, po czym po długiej walce przełknął. Gruby tylko przewrócił oczami z niewielkim rozbawieniem na pyszczku, gdy Chudy się wzdrygnął.
— I co? Aż takie złe? — przez ramię Grubego zajrzał Noc, posyłając Chudemu zaciekawione spojrzenie. Dzieciak prychnął tylko, strzepując ogonem, po czym spojrzał na resztę myszy.
— Ten kawałek mi się już nie podoba. Widzisz? Wygląda na obślizgły i ma taki brzydki kolor. Fuj — wytknął w zniesmaczeniu język. Gruby absolutnie nie potrafił zobaczyć, gdzie niby Chudy widzi obślizgłość. Gryz jak gryz przecież. Pochylił się i wygryzł kawałek, który pokazywał mu brat.
— Patrz, już nie ma — mruknął Gruby. Nie chciał, żeby brat mu umarł z głodu. Już i tak wyglądał jak patyk co ma się obrócić w proch, a skoro mleko go nie podtuczyło to musieli znaleźć coś innego.
— Obśliniłeś mi teraz wszystko...
Noc wydał z siebie zmęczone jęknięcie. Najwidoczniej też powoli puszczały mu nerwy.
— Wiesz co, może to przez Twoje marudzenie wszystkie liście w żłobku więdną... — rzucił przekornie Gruby, na co nim się obejrzał dostał w mordkę nadgryzioną myszą. — Ej!
Chudy szybko ukrył złośliwy uśmieszek na pysku i w uderzenie serca, bez słowa pokazał palcem na Noc, który zrobił oburzoną minę na fałszywe oskarżenia, po czym rzucił swoim kawałkiem piszczki prosto w Chudego.

<Chudy?> 

Od Smugi CD. Kurki

Przeszłość

— Ale nie zdeptał! — miauknął z wielką pewnością, że to się nigdy nie stanie. Choć to wcale nie tak, że wychodząc ze żłobka już o mało, co nie został zdeptany. W końcu dawno i nieprawda, jak to mawiają.
— W końcu do tego dojdzie, dlatego kociaki przebywają w bezpiecznym żłobku — oznajmił zwiadowca, lecz kocurek już go nie słuchał, gdyż stwierdził, że znudziło mu się to zwiedzanie obozu.

Teraźniejszość

W końcu nadeszła pora opadających liści, co oznaczało, że zaczęło się powoli robić chłodniej, a opady coraz częściej zaszczycały swoją obecnością tereny Owocowego Lasu. W dodatku zdarzały się także wietrzne dni, przez co czekoladowy miał wrażenie, że w legowisku uczniów jest znacznie chłodniej niż pośród ściółki leśnej.
Trochę już minęło od dnia, gdy został mianowany na ucznia wojownika, a jego mentorem został Żagnica, który charakterem był podobny do Figi z tą różnicą, że raczej traktował każdego kota tak samo bez wyjątków, w tym swojego podopiecznego. Młodszy jednak nie był zrażony do wojownika, ciesząc się, że ma na kim szkolić się w docinkach. Wszelkie kąśliwe uwagi były w ich relacji na porządku dzienny, lecz mimo to Smuga szanował vana i bywało, że czasem parę razy się zastanawiał przy kolejnej docince, jakby w obawie, że faktycznie może urazić starszego. A ten, kiedy wstawał lewą łapą, to często okazywał to jeszcze większym niezadowoleniem niż na co dzień, co dla bicolora oznaczało, że szykuje się dla niego ciężki trening danego dnia.
Dziś pogoda nie była łaskawa, dlatego też mało kto miał ochotę się ruszać z obozu, lecz ktoś musiał udać się na patrole i tych paru nieszczęśników czekało przemoczone futro oraz szczękanie zębami, szczególnie tych z krótszą sierścią. Do tego grona należał Smuga z Żagnicą i jeszcze jedna dwójka kocurów, których czekoladowy nie kojarzył — choć on to większości kotów nie kojarzył, jakby Ci nie byli warci jego uwagi, wyjątkami była żyjąca rodzina, liderka z zastępcami, szaman oraz grono uzdrowicieli. Nim jednak mieli wyruszyć na patrol łowiecki, było jeszcze trochę czasu, co Żagnica chciał wykorzystać na nauczenie Smugi kolejnej zdolności, jaką było tworzenie legowisk na gałęziach drzew, szczególnie że w przypadku uczniów Ci wymieniali się posłaniami.
— Czemu już mnie gdzieś ciągniesz…? Wystarczy mi przyszły patrol — narzekał młodszy, wychodząc z obozu za mentorem.
— Nie bądź taką suchą łapą, też mam krótką sierść, mysia strawo — rzucił starszy, zmierzając do drzewa, gdzie parę księżyców temu ćwiczyli wspinaczkę.
— Nie jestem słaby! — zaprotestował od razu.
— Och, doprawdy? — mruknął, unosząc jedną brew z nieco znudzonym wyrazem pyska.
— Owszem — zapierał się Smuga.
— Jesteś synem stróża i zwiadowca — zauważył van, wspinając się na jedną z niższych gałęzi drzewa. — W dodatku z tego, co kojarzę, to obecnie żyje jedynie jeden kot w twojej rodzinie, który jest wojownikiem. Genów nie wyprzesz młody.
— I co z tego?
— To, że musisz dwa razy ciężej pracować od reszty. Dajmy na to Borowika, z którym będziemy mieć patrol, nie dość, że starszy od ciebie, większy od swoich rówieśników to on nie musi się zbytnio starać. Na spokojnie mógłby Cię pokonać jednym machnięciem łapy — oznajmił, siadając na najniższej gałęzi, czekając, aż jego uczeń sam się pofatyguje do niego.
— Wow, czasem potrafisz coś mądrego powiedzieć między kąśliwymi uwagami, Żagnico — powiedział młodszy z nieco wrednym uśmiechem, jakby nie wiedział tego, że musi znacznie ciężej pracować od innych uczniów szkolących się na wojowników. Był tego świadomy odkąd Jeżyna i Przypływ zaczęły mu opowiadać o tej profesji w Owocowym Lesie. Doskonale pamięta błysk troski w pomarańczowych oczach liliowej kotki, kiedy oznajmił, że także chce zostać wojownikiem, mimo to każdy go w tym wspierał.
Na uwagę ucznia, van przewrócił oczami, poganiając Smugę, by się sprężył z tą wspinaczką, w końcu nie mają całego dnia. A Borowik i Topola nie będą na nich czekać, dlatego że KTOŚ nie umiał się pospieszyć ze wdrapaniem się na durne drzewo.
— Wrzód na ogonie z ciebie — stwierdził wojownik, kiedy tylko drobniejszy znalazł się obok niego.
— Odezwał się rozlazły ślimak — zripostował.
— Dobra, kiedy indziej będziesz się męczyć z docinkami, najpierw nauka, byś mi wstydu nie przyniósł. Umiesz tworzyć legowiska wśród koron drzew? Nie. Więc się nauczysz — zaczął, przechodząc płynnie do tłumaczenia wszystkiego co potrzebne, począwszy od wyboru gałęzi po sposób wykonania.
Później przyszedł czas na praktykę, kiedy tylko Żagnica zakończył swój wykład, w tym celu zeszli z drzewa, by żółtooki najpierw ogarnął samo budowanie legowiska, nim przeniosą się z tym na gałęzie. Ciągła mżawka niczego nie ułatwiała, przez co materiały były wilgotne i nie współpracowały po myśli ucznia, który starał się jak mógł w akompaniamencie uwag swojego mentora.

***

Kiedy w końcu van uznał, że wystarczająco Smuga się namęczył z tworzeniem posłania i przeniesieniem tego na drzewo, wrócili do obozu akurat w momencie, kiedy Topola czekał na swojego podopiecznego. Arlekin na widok swojego dawnego mentora widocznie się spiął, co nie uszło uwadze czekoladowemu, który zastanawiał się, czy Żagnica faktycznie taki straszny jest. Fakt, do przyjemnych kotów nie należy, ale żeby od razu się bać? Na samą myśl parsknął cichym śmiechem, co spotkało się z pytającym spojrzeniem srebrnego wojownika. Smuga zbył go wzruszeniem ramion, udając się pod jeden z licznych krzewów, by jakkolwiek się uchronić przed jeszcze większym zmoknięciem, o ile było to możliwe.
Wtem zauważył, jak znany mu młody zwiadowca idzie wraz z innym kocurem u boku. Ten miał tego samego koloru sierść, co Kurka, choć był znacznie większy od niego. Po chwili Topola także spostrzegł dwójkę zmierzających i żwawym krokiem podszedł do nich, by zwrócić się do tego bardziej masywnego, wyglądającego na wojownika. Nie chcąc przeszkadzać w rozmowie, Kurka podszedł do Smugi i przysiadł na chwilę obok niego.
— Cześć Smugo, dawno nie rozmawialiśmy. Wyrosłeś nieco od czasu, gdy postanowiłeś pozwiedzać — zagaił starszy.
— Owszem. Ten, z którym szedłeś, znasz go?
— Tak, to mój brat. Borowik.
— Brat? Żagnica mi dziś o nim mówił, jak przykład, że powali mnie jednym ruchem łapy — przyznał, by na krótką chwilę zamilknąć. — Chodź z nami na patrol — oznajmił nagle, przypatrując się rozmowie Topoli ze swoim uczniem. Zastanawiało go, czemu ten nadal jest uczniem, skoro Kurka piastuje stanowisko zwiadowcy, odkąd pamięta.

<Kurko? Nie daj się prosić>

[984 słowa + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

Od Grubego CD. Wąsatki

Obudził się z własnym, ostatnim tej nocy chrapnięciem w uszach. Westchnął głęboko, ziewnął i zamlaskał parę razy. Nie lubił pobudek. Przez fakt, że za krótka kufa utrudniała mu oddychanie, w nocy oddychał też przez pyszczek co wysuszało mu potwornie gardło. Zawsze musiał obudzić się z chrypą, która owszem, może i przechodziła po jakimś czasie, to wciąż była irytująca. Zamrugał parę razy by wyostrzyć wzrok, by zaraz się wzdrygnąć, zaskoczony nagłym pojawieniem się czarno-białej mordki centymetry od jego płaskiego pyska.
— Hej, cześć! — mruknęła półszeptem, starając się nie obudzić śpiących obok kotów. — Jestem Wąsatka, nie wiem, czy wiesz — przywitała się, siadając obok.
Gruby wpatrywał się w nią w milczeniu. Nie powinien oceniać innych po wyglądzie, w końcu jego samego cały czas goniły wzmianki o jego płaskim pysku, jednak na widok kotki na myśl przyszło mu jedno - jej rozjechane oczka. Ciekawe, czy widziała jego i podłogę na raz... pokręcił zaraz głową, karcąc się w myślach i gryząc w język. Nie powinien wyciągać pochopnych wniosków, a na pewno nie takich. Głupota.
— A w ogóle… co Ci się stało w pysk? Uderzyłeś w ścianę żłobka, jak byłeś mały…? — Przechyliła głowę. — I co z Chudym? On wygląda podobnie, prawda? Dlaczego tylko Noc ma normalną mordkę?
Skrzywił się na słowa kotki. Najwidoczniej nie powinien wcześniej się hamować z komentarzami, skoro kotka robiła sobie z niego jaja.
— Nie, wiesz, zaraziłem się choróbskiem, kichnąłem i odpadł gdzieś — prychnął, wywracając oczami, na co Wąsatka wyłupiła oczyska.
— To straszne! Może da się go jeszcze znaleźć? Pomogę Ci! — pisnęła przejęta i zaczęła się rozglądać energicznie po podłożu. Chwiejnym krokiem podbiegła do najbliższego legowiska i zajrzała pod nie, potem pod kolejne i kolejne. Gruby nieco zgłupiał na jej reakcję. Był przekonany, że Wąsatka się z niego nabija, a jednak na jej pyszczku nie widział tak znajomego mu obrzydzenia czy pożałowania, a teraz jeszcze oferowała mu pomoc? Tak za nic? Pomylił się wcześniej? Zrobiło mu się trochę głupio, patrząc na koteczkę.
— Ż-żartowałem... — burknął speszony, na co Wąsatka podniosła pyszczek z podłogi. — Zawsze tak miałem. Tak jak Chudy. Nie wiem czemu Noc ma inaczej — odpowiedział w końcu na jej pytania.
— Ufff! Nastraszyłeś mnie! — przetarła łapką czółko, oddychając z ulgą. — Ale skoro Ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy. Doprawdy niedorzeczny pomysł... ale gdzieś tam w serduszku cieszył się entuzjazmem kotki. Miła odmiana od tego, co dotychczas doświadczał od odwiedzających żłobek Wilczaków.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liściami, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty, nawet jeśli myślał, że to idiotyczny pomysł. 

<Wąsatka?>

Od Pacynki (Niedźwiedziówki)

Pacynka krzątała się po terenach zupełnie obcego jej klanu, nie znając nawet jego nazwy. A co, jeśli to w ogóle nie był klan? Co, jeśli natrafiła na ziemie obce? Samotnicze? A może wciąż jeszcze znajdowała się na terytorium Klanu Burzy? Trudno było to stwierdzić, gdy wszystko wyglądało niemal tak samo. Co prawda wydawało jej się, że mijała gdzieś oznaczenie zapachowe, zwane też granicą, ale nie mogła być niczego pewna. Może z jakiegoś innego powodu nagromadził się tam silny zapach… Może nie miało to nic wspólnego z granicami.
Buraska postanowiła skryć się pod jednym z nielicznych drzew w tej okolicy. Właściwie nie podobało jej się, że tak duża część terenu była tu pod otwartym niebem. Zdecydowanie wolała gęste lasy, gdzie mogła zniknąć między krzewami i zakamuflować się. Nie bez powodu miała w końcu takie piękne, brązowe futerko! Na tych polanach czuła się… odkryta. A ona, jako istota lubiąca atakować z zaskoczenia, nie znosiła tego uczucia.
Czas mijał, a kotka wciąż siedziała pod pniem. Miała przymrużone oczy i właściwie nadal nie wiedziała, po co dokładnie tu przyszła. Może to jej umysł podświadomie czegoś szukał? Tylko czego mogła się spodziewać na tych terenach? Gdy w końcu otworzyła ślepia, w oddali dostrzegła migoczące pośród traw sylwetki. A konkretniej – były to trzy koty. Z tej odległości nie widziała wielu detali, lecz wydawały się dosyć młode. Nie były ani zbyt wysokie, ani masywne czy umięśnione. Może się zgubiły? A może Pacynka naprawdę natrafiła na kolejny klan?
Postanowiła wyjść im naprzeciw. Bez wahania opuściła kryjówkę i żwawo podeszła do obcych. W końcu nie mogli jej nic zrobić, prawda? Tym bardziej, jeśli rzeczywiście należeli do któregoś z klanów. Burzowe Chmury opowiadał jej przecież, że te klanowe kleszcze mają obowiązek przyjmować ciężarne oraz samotniczki z kociętami. Co za pech, że akurat jej nie przyjęto do Klanu Burzy… Zdrajcy. Czy przywódca Burzaków byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że jedna z jego poddanych tak bezcześci ich święte prawa?
W pewnym momencie dostrzegła, że trójka kotów zatrzymuje się w miejscu. Jeden z nich wysunął się naprzód i zaczął coś mówić do pozostałej dwójki. Pacynka delikatnie przywarła brzuchem do ziemi, kryjąc się wśród zieleni. Powoli zaczęła zmierzać w stronę obcych, zastanawiając się, o czym tak rozmawiają. Czyżby ją wyczuli? Czy to ona wywołała między nimi oburzenie?
Zajęci rozmową nawet nie zauważyli burej, która czaiła się niedaleko. Pacynka poruszyła powoli wibrysami, rozbawiona tą sytuacją. Klanowe koty – niby takie silne, zgrane, a jednocześnie tak… nieuważne. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozciąć im gardła, a żaden z nich nawet by się nie zorientował. Postawiła uszy do góry, próbując podsłuchać ich rozmowy.
— Konwalio, twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Redu… co?
Pacynka zmrużyła powieki i subtelnie wysunęła głowę w stronę obcych, próbując wyłapać sens tego dziwacznego słowa. Co ono w ogóle miało znaczyć? Czy klanowe koty porozumiewały się jakimś sekretnym kodem? A może to po prostu jeden z tych nadętych terminów, którymi lubili się popisywać.
Nagle jeden z nich uniósł głowę i spojrzał prosto na burą.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy… i czymś jeszcze…
Pacynka wyprostowała się na równe łapy i podeszła do trójki zgromadzonych, widząc, że ci nie zamierzają ruszyć się w jej stronę. Wydawali się skłóceni, może nawet odrobinę przerażeni. Świetnie. Lepiej nie mogła trafić. Czy takie młodziki w ogóle ją zrozumieją? Czy dadzą radę zaprowadzić ją do klanu? Bo właśnie tego chciała, prawda…? Chciała dołączyć do jakiegoś klanu.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — odezwała się jedna z nich. Brązowooka podniosła wzrok, spoglądając na pozostałych. Kolejna posłała jej szczery, lecz nerwowy uśmiech i mruknęła:
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Trzeci kocur natomiast zachował milczenie.
Pacynka odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie. Czemu te koty patrzyły na nią jak na idiotę? Przecież jeszcze nie zrobiła nic złego! Nie zamierzała ich nawet skrzywdzić. Głupie klanowe szczury. Nie szło się z nimi dogadać.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w stronę czarnej szylkretki, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła, niemal nie mając odruchu wymiotnego na słowo “kocięta”.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała czy cię przyjąć. Co nie? — mruknęła nagle czarna szylkretka.
“Śliczny brzuch? Czy ona mi sugeruje, że zgrubłam?” – pomyślała Pacynka, gdzieś w myślach wywracając oczami. Oczywiście w rzeczywistości tego nie zrobiła, ale gdyby mogła, pewnie… tak by się wydarzyło. Obawiała się jednak – choć obawa to słowo zbyt przesadzone – że taki gest zepsułby jej przedstawienie.
— Przepraszam, a... jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa! — dodała jeszcze.
Druga kotka zaraz zgromiła ją wzrokiem, dorzucając:
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś?
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. A co to było, jakieś przesłuchanie? Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Istniało w ogóle coś takiego? Pacynka nie wiedziała, ale brzmiało fajnie. A skoro te klanowe kotki chcą bawić się w prywatność, to ona też może. Dlaczego ma się im przedstawiać oficjalnym imieniem, skoro one nie potrafią?
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe! — skwitowała Słodka Łapa, przenosząc następnie spojrzenie na jedynego kocura w tym towarzystwie. 
— Nie patrz tak na mnie — liliowy rzucił w stronę siostry. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, po czym zwrócił się do samotniczki:
— A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie jasnej szylkretki.
No proszę, kto by się spodziewał, że ten kocur potrafi mówić. Od samego początku siedział cicho jak mysz pod miotłą. Pacynka jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do trójki kotów. Gdy chciała już otwierać pysk, nagle przerwał jej dźwięk głosu Słodkiej Łapy:
— Tja, tja… Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna — oznajmiła.
Pacynka tylko skinęła na to głową. Mało ją to interesowało. Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie. Pozwoliła, by do jej głosu wtargnęła się nutka zmęczenia. Jakby naprawdę zależało jej na miejscu, w którym wreszcie mogłaby osiąść, jak kurz na płaskiej powierzchni.
Słodka Łapa pokiwała ze zrozumieniem.
— Mhm... Pewnie ciężko jest tak latać po świecie bez swojego własnego kąta niczym wolny duch na wietrze... — Po tych słowach zwróciła głowę ku liliowemu. — Braci-, to znaczy, Konwaliowa Mielizno, myślę, że powinniśmy zabrać ją do obozu... Co o tym sądzisz?
Ten cały Konwalia nie wyglądał na przekonanego, co nieco podsyciło irytację Pacynki. Jeśli do kolejnego klanu jej nie wezmą, tym razem ze względu na jakiegoś małego kozaczka, to nie daruje. Zanim stąd odejdzie, zaatakuje go. Bez litości.
— Zabranie jej do obozu równa się przeprawa przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi — odparł.
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował.
Słodka Łapa na chwilę umilkła, zastanawiając się nad słowami Konwalii. Wkrótce ogłosiła:
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Pacynka ruszyła za trójką kotów, która najprawdopodobniej zmierzała w to całe “ustalone” miejsce, gdziekolwiek by się ono znajdowało. Bura miała nadzieję, że udało jej się podbić serca tych młodzików – szczególnie przekonana o jej prawości zdawała się Słodka Łapa, która gdyby tylko nie jej sztywni towarzysze, pewnie zaprowadziłaby brązowooką pod sam próg obozu, a potem jeszcze oddała swoje życie, próbując wytłumaczyć komukolwiek, kto rządzi tym ich klanem, że Pacynka jest tylko bezbronną samotniczką, potrzebującą pomocy.
Właśnie dlatego pręgowana postanowiła do niej podejść, mimowolnie oddalając się nieco od Konwaliowej Mielizny i tej trzeciej kotki.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na szylkretkę z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Wtedy jednak Słodka Łapa odparła:
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc…

Od Grubego CD. Ognikowej Słoty

Rozłożysty krzew robiący za wylęgarnie latorośli Klanu Wilka był bardzo skuteczną ochroną przed zewnętrznymi warunkami. Gęsto splecione gałęzie otoczone liśćmi rosnącymi w dość ciasnych rządkach stanowiły barierę, która była nie lada wyzwaniem dla wiatru, śniegu i innych humorów pogody. W całej tej konstrukcji rzucał się na pierwszy rzut oka jeden feler - w żłobku szybko robiło się duszno, a cztery harcujące kociaki i ich opiekunka rzucająca na nie od czasu do czasu okiem tylko przyspieszały ten proces. Po paru minutach zabawy, kociarnię stopniowo zaczęły wypełniać charki, posapywania i głośne dyszenie, noszące na myśl niedużą lokomotywę toczącą się do stacji.
— Noc, ja… — Gruby odepchnął brata, gdy ten próbował kolejny raz zaatakować jego ucho. Czarny kocurek rzucił mu zdziwione spojrzenie, na co Gruby ciężko usiadł i wziął parę głębszych wdechów. — Zmęczyłem się. Przerwa.
— Juuuż? — jęknął zawiedziony Noc. — Przecież przerwa była chwilę temuuu…
— To nie moja wina, że tak się męczę! — zakwilił, kładąc po sobie uszy. — Idź sobie popatrz na tego robaka tam w kącie, ja zaraz przyjdę — burknął jeszcze, pozwalając, by łapki pod jego cielskiem się rozjechały, kładąc się na mchu. Każdy ruch wymagał od niego tyle wysiłku. Jakim cudem Noc albo Kalinka byli w stanie tyle czasu biegać i skakać, gdy on miał wrażenie, że wypluje płuca po paru miernych minutach? W dodatku nawet teraz, gdy już przestał sapać, Gąsiorkowy Trzepot obrzucała go spojrzeniem, które ściskało mu żołądek. Tak samo koty, które przychodziły w odwiedziny albo by zmienić na chwilę Gąsiorek. Ten sam wyraz pyska gonił go, gdziekolwiek by nie poszedł. Był aż tak żałosny, żeby ciągle tak na niego patrzeć?
Westchnął, dźwignął się na łapy i podszedł do wyjścia. Może świeże powietrze lepiej mu zrobi? Obrócił delikatnie łeb, sprawdzając, czy karmicielka nie patrzy. Na jego szczęście była zbyt zajęta Kalinką, by zauważyć podejrzane zachowanie nieswojego dzieciaka. Gruby wykorzystał okazję i wyszedł niezauważony na zewnątrz. Zdążył przejść przez pół obozu, nacieszyć się przyjemnym wiatrem, poobserwować chwilę garstkę Wilczaków, którzy akurat zostali w obozie, aż nie trafił pod kamień, z którego niczym grom z jasnego nieba spadła Ognikowa Słota. Gruby kojarzył kotkę. Już nie raz była w żłobku, acz otwierała pysk jedynie do Gąsiorka, Kalinki i Nocy. Temu ostatniemu szeptała coś nad uszami, chociaż jeszcze nie udało mu się wyłapać co. Na Grubego i Chudego patrzyła, jakby na obiad ktoś podarował jej mysią skórkę i kosteczki. Rudzielec dokładnie zmierzył kotkę, od łapek po końcówki uszu. Podrygujący ogon, zdegustowany wyraz pyska, napięty grzbiet, ściągnięte w tył uszy i poddenerwowane ogniki w oczach… nawet jakby chciał się z nią dogadać, tak jak chociażby z Kalinką, to nie byłoby sensu. Tak więc żałośnie wykwilił, że wyszedł bo był głodny, bo nie wiedział, że nie może i nie chciał tak daleko iść. Myślał, że za złamanie takich zasad mocniej mu się oberwie, a tu - miła niespodzianka. Słota tylko prychnęła, pomarudziła pod nosem, podniosła go i zabrała z powrotem do kociarni. Od matki Kalinki dostał szorstką reprymendę, ale co ona mu może zrobić? Samej Gąsiorek niespecjalnie zależało na wychowywaniu trzech gagatków, skupiała się tylko na swojej córeczce. Gruby po wysłuchaniu marudzenia karmicielki znów zbliżył się w stronę wyjścia. Głupim by było wychodzić akurat teraz, gdy go przyłapano, ale ciekawiło go, ile takich wyjść da radę zrobić, zanim konsekwencje wykroczą poza obszar “fuj, nieładnie, wstydź się”. Nie będzie się wstydził przecież, za chęć odetchnięcia od żłobkowej duchoty. A pani Słota mogła sobie gadać ile chce, a go nie przestraszy. Bo co mu zrobi? Skrzywi się bardziej? Wszyscy patrzyli na niego dziwnie, co jedno gorsze spojrzenie zmieni? 

***

Przez następne dni robiło się coraz chłodniej. Szare chmury coraz częściej pokrywały niebo, liście żółkły, a wiatr robił się z dnia na dzień nieprzyjemniejszy. Dzieciakom nie przeszkadzało to jednak w zabawach. Jedyne co, to Chudy częściej marudził, że mu zimno, czego rudzielec nie bardzo rozumiał. Dziwne, że mu było ciepło, a jego brat trząsł się jak liść na wietrze. Starał się trzymać blisko Chudego, robiąc za przenośny grzejnik. Dzisiaj jednak chudzielcowi towarzyszył Noc, a Gruby bacznie wyglądał na zewnątrz. Przyzwyczaił się, że Ognikowa Słota do nich wpadała od czasu do czasu, a że minęło trochę czasu od jej poprzedniego przybycia, Gruby zaczął jej wypatrywać. Nie podobało mu się, że tyle uwagi poświęca samemu Nocy i ewentualnie Kalince. Jeszcze nagada im brzydkich durnot i Noc zacznie krzywo patrzeć na resztę rodzeństwa.Tak jak wykręcone mordy innych kotów go nie obchodziły, tak nie chciał, żeby rodzonemu bratu ktoś poprzewracał w łebku.
I tak jak się spodziewał, Słota przyszła tego dnia. Nim zdążyła wbić się głębiej żłobka, stanął jej na drodze i zmierzył wzrokiem. Kotka zmarszczyła delikatnie nos, patrząc na kociaka o łzawych ślepiach. Żadne z nich najwidoczniej nie chciało robić pierwszego ruchu. Gruby bacznie się jej przyglądał, w między czasie obmyślając, co powiedzieć by tym razem w miarę dotrzeć do kotki. Z jakiegoś powodu zależało jej na Nocy. Może to mógł jakoś wykorzystać?
— Czego chcesz? — westchnęła Słota po chwili niezręcznej ciszy.
— Jeśli będzie Pani niemiła dla mojego brata, to mu powiem jak się Pani wobec mnie zachowuje. Wtedy nie będzie już taki skory do słuchania Pani opowiastek — burknął, kładąc po sobie uszy. 

<Ognikowa Słoto?>

Od Pacynki CD. Słonecznego Fragmentu

— Jeśli chcesz, mogę przysłać do ciebie medyka, aby cię zbadał i upewnił się, czy ciąża przebiega prawidłowo. W końcu zostałaś sama i oprócz mnie, czy Burzowych Chmur nie masz nikogo... — mruknął.
Dobre sobie. To, że była sama, nie oznaczało jeszcze, że była słaba i niedołężna. Słoneczny Fragment najwyraźniej nie doceniał jej zdolności, jej chytrości i… różnych innych umiejętności. Nie lubiła, gdy ją w ten sposób oceniano. Gdy przedstawiano ją w takim świetle, jakby była jedynie słabeuszem, myszą we mgle. Jasne, gdyby czasem potrzebowała tego, by wyciągnąć z sytuacji jakieś korzyści, byłaby w stanie udawać nawet ślepą. Ale teraz, gdy przed nią stał tylko kremowy przewodnik, wolała wyglądać na silną. Na niezależną. Na taką, która budzi grozę i respekt.
Prychnęła.
— Ależ ty łaskawy! — rzuciła, przewracając oczami.
Niebieskooki drgnął, jakby chciał powiedzieć: “Przecież to nie tak!”, jednak w porę zamilkł.
— Daruj sobie. Nawet gdybym była sama, choć nie jestem, i tak nie miałbyś ze mną szans! — dodała, starając się brzmieć żartobliwie. Zachichotała cicho pod nosem, po czym zrobiła krok w stronę granicy. Jej ogon falował leniwie, jakby próbowała nim zahipnotyzować kremowego.
Gdy odchodziła, spojrzała na niego po raz ostatni i puściła mu oczko.
— Będę tu za dwa dni, o tej samej porze. Zabierz tego medyka ze sobą, tylko się nie spóźnij! — krzyknęła, znikając między wrzosami.
Usłyszała jeszcze za sobą jakiś głośniejszy dźwięk, lecz nie zwróciła na niego uwagi. Jej uszy nawet nie drgnęły; nie wiedziała, czy był to głos Słonecznego Fragmentu, czy może skrzek jakiegoś ptaka. Nie skupiała się na tym – jej wzrok był już utkwiony w drodze malującej się przed oczami.
Kilka uderzeń serca później rzuciła się biegiem przez Drogę Grzmotu, z lekkim oporem przebiegając przez to dziwne wzniesienie, pod którym płynęła rzeka. Kierowała się w stronę swojej nory, by zaszyć się w niej i przemyśleć swoje następne ruchy. Ten dzień przerwy od Słonecznego Fragmentu może okazać się… kluczowy.

* * *

Dzień później

Następnego ranka Pacynka postanowiła wybrać się na spacer dla “oczyszczenia umysłu”. A nuż pod łapy wskoczy jej jakiś nieuważny Burzak, na którym mogłaby się wyżyć! O niczym innym tak właściwie nie marzyła. Była sfrustrowana, odkąd wydedukowała, że musi być w ciąży. Wszystko szło nie po jej myśli. Wcale nie chciała tych głupich kociąt, ale teraz nie było już żadnego wyjścia. Może wychowanie sobie kilku pachołków wcale nie okaże się takie złe? Może dzięki miotowi uda jej się zebrać armię bezmózgich żołnierzyków? A może tylko tak mówiła, by dodać sobie otuchy? Wszystkie opcje były równie możliwe, lecz na tym etapie Pacynka nie chciała żadnej z nich wybierać – ani nawet wiedzieć, która z nich była prawidłowa.
Szlajała się po terenach Klanu Burzy, jakby specjalnie próbując sprowokować jakąś bójkę. Dotarła w ten sposób do Upadłego Potwora i wtedy jej umysł zalały wspomnienia; w końcu to tu po raz pierwszy spotkała przewodnika w pokojowej atmosferze. To w tym miejscu wszyscy spotykali się w trójkę. Ona, Słoneczny Fragment, Burzowe Chmury… I pomyśleć, że nikt ich nigdy nie przyłapał!
Gdy miała już zawracać, stwierdzając, że nikogo godnego walki tu nie znajdzie, przed jej oczami pojawiła się sylwetka białego kota. Mrużył oczy i wyglądał na zaniepokojonego – ale chyba nie tylko obecnością Pacynki. Sprawiał wrażenie, jakby był w pośpiechu i zupełnie nie spodziewał się żadnego gościa w tych okolicach. To… dobrze. To znaczyło, że będzie łatwym celem. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ostatnio, gdy myślała, że Słońce też szybko się podda, ten wrzucił ją do tuneli i gdyby nie Burzowe Chmury, być może by w nich umarła. Mimo wszystko przewodnik nie był słaby, a ten tutaj osobnik wydawał się dość… wątły. Może był medykiem? A może jakimś młodym kotem, który dopiero co został mianowany na ucznia? Trudno. Szybko nauczy się pilnować poza obozem i mieć oczy dookoła głowy.
Gdy się do niego zbliżyła, okazało się, że była to kotka. Z całą pewnością młodsza od Pacynki, lecz jednocześnie nie tak młoda, jak bura początkowo zakładała. Miała fioletowe ślepia, co samotniczka uznała za dość ciekawy przypadek. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziała kota o oczach w takim kolorze – a może widziała? Wydawało jej się, że kiedyś przed oczami przemknął jej samotnik całkiem podobny do tej istoty, gdy jeszcze żyła w siedlisku. Może byli spokrewnieni? Pewnie nie, ale byłoby zabawnie, gdyby okazało się to prawdą.
— Co tak tkwisz w miejscu, jak kołek? — rzuciła do kotki, dyskretnie wysuwając pazury. Oblizała pysk, wpatrzona w oczy młodszej. Wyglądała jak puchata kuleczka – ciekawe, czy jej krew będzie słodsza od krwi pozostałych kotów. — Powinnaś już dawno uciekać! Wiesz, gdybyś się pospieszyła, może bym ci darowała. Ale powiedz mi, jak mam puścić wolno kota, który wręcz pcha mi się pod łapy? No jak? — kontynuowała, choć białofutra milczała, marszcząc brwi i kładąc po sobie uszy.
Gdy Pacynka wykonała gwałtowny ruch, obca drgnęła i zrobiła krok w tył. Jej ogon zadrżał.
— No co jest! Uciekaj albo się chociaż odezwij! Wysłali cię tu jako przynętę, czy co? Chcesz mnie czymś zająć, żeby potem wojownicy z twojego klanu się na mnie rzucili? — zapytała, podirytowana zachowaniem kotki.
W tej chwili fioletowooka w końcu rzuciła się do biegu; Pacynka nie zamierzała jednak tak łatwo dać jej zwiać. Ruszyła za nią pędem, niemal bijąc wszystkie rekordy prędkości. Na szczęście był to dopiero początek ciąży, a kocięta jeszcze nie ograniczały jej mobilności.
Dopadła młodszą bardzo szybko, wskakując na jej grzbiet. Biedna nawet nie potrafiła utrzymać samotniczki na swoich barkach; jej łapy załamały się niemal od razu. Pręgowana rozluźniła uścisk i upadła kilka długości wąsa od swojej ofiary. Podniosła się jednak znacznie szybciej i natychmiast przypadła do kotki, chwytając jej skórę na głowie w łapę. Uniosła ją w górę tak, że ciało albinoski spoczywało na ziemi, lecz jej łeb wisiał w powietrzu.
— Dopiero teraz zachciało się uciekać, co? — splunęła, marszcząc nos.
— Zostaw mnie! — wydukała wreszcie. — Zostaw mnie… proszę… — Jej głos złagodniał, a ta prośba tylko bardziej podsyciła nienawiść w Pacynce. Co za żałosny kot.
Samotniczka z całej siły przycisnęła łapą pysk białofutrej do ziemi, wciskając jej głowę w glebę. Jej pazury raniły delikatną skórę na tyle głowy kotki, lecz nie były to poważne obrażenia – przynajmniej nie na tyle, by nie dało się ich zakryć skrawkiem futra.
W końcu bura znów pociągnęła głowę Burzaczki w górę.
— Zostawić cię? Już? Ale tak fajnie się bawimy! — zaśmiała się szyderczo, po czym gwałtownym ruchem puściła albinoskę. — Masz szczęście, że mam dziś dobry dzień. W przeciwnym razie mogłoby się to zakończyć inaczej — prychnęła, po czym odwróciła się tyłem do fioletowookiej.
Właściwie nie miała pojęcia, dlaczego ją zaatakowała. Dlaczego nie przeorała jej pyska, karku… Dlaczego zdecydowała się na tak łagodną “karę”. Może to wyjątkowość tej kotki dziś ją uratowała.
Pacynka nie obejrzała się już więcej za siebie. Pozostawiła młodszą samej sobie, czmychając gdzieś w stronę wrzosowisk, zanim natknie się na jakiś patrol. Ciekawe, co ta młoda powie reszcie klanu – o ile w ogóle coś powie. Bura byłaby wniebowzięta, gdyby Burzacy wymyślili jej jakąś zacną ksywkę, a ona sama stałaby się swego rodzaju legendą. Mogłaby być… Zmorą Burzaków, Pogromczynią Futrzaków… czy czymś w tym stylu.

* * *

Dwa dni po spotkaniu ze Słonecznym Fragmentem

Idąc na spotkanie ze Słonecznym Fragmentem, zastanawiała się, kogo przewodnik tym razem jej przyprowadzi. Może Burzowe Chmury opowiadał jej kiedyś o medykach w Klanie Burzy, ale nawet jeśli, to już kompletnie o tym zapomniała. Mimo że deklarowała się jako partnerka dymnego, nie czuła do niego prawie niczego, a co za tym idzie – nie zależało jej ani na nim, ani na tym, co mówi. Czasem się nudziła, gdy ten się rozgadywał, i po prostu odcinała się od świata, by już nie słyszeć jego głosu. Na szczęście kocur wydawał się na tyle w nią zapatrzony, że często nawet nie zauważał, iż Pacynka kompletnie go nie słucha.
W końcu bura dotarła w okolice miejsca, w którym miała spotkać się z przewodnikiem. Skryła się wśród wrzosów, by najpierw zobaczyć, kogo kremowy ze sobą zabrał, zanim do niego podejdzie. W końcu – mimo że sama na to naciskała – nie musiała się stawiać na spotkaniu. W razie, gdyby Słońce zaczął zadawać pytania, mogłaby się łatwo wywinąć. “Och, źle się czułam, nie mogłam przyjść”, “Byłam już w drodze, ale zobaczyłam lisa i musiałam się schować!” – z kłamaniem nie miała zbyt dużych problemów.
Gdy wysunęła pysk spomiędzy roślin, dostrzegła kremowego kocura stojącego tyłem do niej, a zaraz obok niego białą kotkę…
Jej serce na moment zamarło. Zamrugała kilka razy, a jej głowę ogarnęła pustka. Nie… czy to naprawdę była ta sama kotka, którą wczoraj zaatakowała? To niemożliwe! Jakim trzeba być pechowcem, by doświadczyć czegoś takiego? Czy jeśli teraz wyjdzie im na spotkanie, albinoska piśnie coś na temat samotniczki? Jak na to zareaguje Słoneczny Fragment? Czy każe burej odejść? A może nie będzie chciał o tym rozmawiać i zmusi fioletowooką do załatwienia tego, co ma, i odejścia?
Pacynka prychnęła cicho pod nosem i wycofała się w głąb wrzosowiska. Końcówka jej ogona drżała nerwowo, a oczy miała zmrużone. Co powinna zrobić? Co powinna…
Nim zdążyła pomyśleć o tym drugi raz, podniosła się i rzuciła przed siebie, gnając do przodu niczym najprawdziwsza sarna. Musiała się spieszyć, nim przewodnikowi zachce się odwrócić. Wtedy mógłby ją dostrzec – wiedziałby, że specjalnie uciekła od spotkania.
Gdy przebiegała przez Drogę Grzmotu, obejrzała się za siebie. Sylwetki tej dwójki majaczyły gdzieś w oddali, lecz wciąż były ustawione w tę samą stronę. Nie widzieli jej. Nie mogli jej widzieć.

<Słoneczny Fragmencie? Jak się czujesz z faktem, że koleżanka cię wystawiła?>

Od Wąsatki do Chudego

Następnym w kolejce do pogadania był Chudy. Wąsatka porozmawiała już z jego bratem – Grubym – ale oczywiście nie zamierzała na tym kończyć. Im więcej znajomych, tym lepiej! Gdyby była teraz w norze… pewnie wciąż rozmawiałaby tylko z Kobczykiem. Tęskniła za nią – za nią i za mamą – ale jednocześnie cieszyła się, że wreszcie może poznać jakieś nowe koty. Poza tym jeszcze nie wszystko stracone. Gdy tylko pozwolą jej wyjść z obozu, będzie mogła znów spotkać się z Mewą i siostrą, które przecież żyją gdzieś niedaleko! Poprosi swojego tatę, by ją do nich zaniósł. Żaden problem, prawda? W końcu dlaczego Wilczy Skowyt miałby trzymać ją z dala od rodziny.
Wąsatka dostrzegła, że na obozowej polanie stoi czekoladowy kocur. Przez moment miała ochotę podbiec do niego, przywitać się i zapytać, czy kiedyś zaprowadzi ją do tamtej nory, lecz ostatecznie się powstrzymała – jej uwagę przykuły bowiem głosy młodych kocurków. Rozmawiali ze sobą, a przynajmniej Gruby i Noc. Chudy siedział niedaleko, ale milczał, co czarno-biała uznała za idealną okazję.
Szybko podeszła do burego kociaka i bez wahania się z nim przywitała:
— Chudy, mam rację? — zapytała, choć oczywiście doskonale wiedziała, jak kocur ma na imię. — Chcesz się ze mną pobawić? Powinnam mieć gdzieś u siebie kulkę mchu… albo może jakieś piórka. Chyba że ty masz jakiś pomysł! Możemy też zagrać w berka, jeśli ci to odpowiada — zaproponowała zadowolona. — Bardzo lubiłam grać w berka ze swoim bratem, wiesz? Będziesz musiał się postarać, żeby ze mną wygrać! — pochwaliła się, choć w rzeczywistości wiedziała, że bieganie nigdy nie szło jej najlepiej. Przez słaby wzrok niemal za każdym razem, gdy przyspieszała, wywracała się o własne łapy albo o jakąś przeszkodę na drodze.

<Chudy?>

Od Wąsatki do Grubego

Tak oto nastał ten dzień. Gdy tylko rankiem Wąsatka otworzyła oczy, ustanowiła sobie za cel podejście do trójki braci, by się z nimi przywitać. Miała dosyć tej nudy! Dosyć polegania na Pustułkowym Szponie! Wojownik zbyt rzadko zjawiał się w żłobku, by miała okazję się z nim pobawić i zająć czymś na dłużej. A gdyby udało jej się zdobyć nowych kolegów… mogłaby się z nimi ganiać i rzucać kulkami mchu przez całe dnie! Nie dość tego – mogłaby robić to nawet całymi nocami! Oczywiście pod warunkiem, że żadna wkurzona tutejsza kocica nie zirytowałaby się hałasem i tym, że rankiem nie będą mieli już energii…
Jak się okazało, czarno-biała wybudziła się w żłobku jako pierwsza, więc musiała odczekać dobrą godzinę, zanim Gruby, Chudy albo Noc w końcu się obudzą. Nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że przez cały ten czas po prostu się w nich wpatrywała i zastanawiała, czy – jeśli coś im się śni – widzą w tych snach, że ktoś ich obserwuje.
Jako pierwszy poruszył się Gruby; drgnął lekko, a zaraz potem otworzył oczy. Rudy kocurek wyglądał w oczach Wąsatki bardzo zabawnie. Wydawało jej się, że ma zupełnie płaski pyszczek! W dodatku jego ślepia często łzawiły, a sam kociak zdawał się mieć problem z oddychaniem. Od razu po jego przebudzeniu wygramoliła się cicho z posłania i w kilku susach znalazła się tuż obok niego.
— Hej, cześć! — mruknęła półszeptem, starając się nie obudzić śpiących obok kotów. — Jestem Wąsatka, nie wiem, czy wiesz — przywitała się, siadając obok.
Gruby wpatrywał się w nią w milczeniu, więc Wąsatka uśmiechnęła się szeroko i dodała:
— A w ogóle… co ci się stało w pysk? Uderzyłeś w ścianę żłobka, jak byłeś mały…? — Przechyliła głowę. — I co z Chudym? On wygląda podobnie, prawda? Dlaczego tylko Noc ma normalną mordkę?

<Gruby?>

02 stycznia 2026

Od Ognikowej Słoty

Łapiąc oddech, Ognikowa Słota zatrzymała się przy jednym z drzew iglastych. Wiatr wdzierał jej się do uszu, szumiąc głośno. Próbował przegonić gęste, szare chmury, których skumulowało się nad lasem. Postawiła uszy czujnie, wyglądając za tropami mogącymi wskazywać na obecność zwierzyny. Należało uważać na każdy suchy liść, jakąkolwiek gałązkę, która mogłaby jej bardzo łatwo i szybko pokrzyżować plany, jeśli cokolwiek siedziałoby nieopodal. Zawęszyła w powietrzu, po czym zmarszczyła nos, gdy dopłynął do niej zapach Burzaków. Musiała więc zawędrować naprawdę niedaleko linii zapachowych, skoro odór docierał do niej z taką intensywnością. Zbliżyła się odrobinę, chowając w gęstych krzewach. Uszy Wilczaczki wykryły dźwięk, który od razu przykuł jej uwagę. Do jej ciemnych oczu napłynął widok drobnej sylwetki czarnobiałej kotki. Obserwowała nieznajomą, która blisko ich granicy zaczęła ile sił w łapach pędzić za wiewiórką. Posłała w powietrze kawałki ziemi, szeleściła przy każdym zetknięciu łapy z gruntem. Ognikowa Słota zjeżyła sierść na karku, zauważywszy tą scenkę. Pokręciła głową, jak oni uczyli ich tam polować? Spłoszyła zwierzyny pewnie aż do samego serca Klanu Wilka! Czy Burzacy rzeczywiście byli aż tacy kiepscy? Jakim cudem jeszcze nie pomarli z głodu?
Kruczofutra nadepnęła na gałązkę, która niemal wyprowadziła ją z równowagi. Zwiewny Mak goniąc za celem, przekroczyła bez zastanowienia granicę z Klanem Wilka, dumnie spozierając na własny łup, gdy wreszcie złapała rdzawą istotkę. Czy rozumiała, co najlepszego zrobiła? Miała świadomość przekroczenia ich granicy? Rudaska nie czekając ani chwili dłużej, wyłoniła się ze swojej kryjówki, jej źrenice zwężone były do szparek, wyglądały niczym cieniutkie igły upstrzone żywym ogniem. Wilczaczka ze złością odsłoniła pazury, kładąc uszy po sobie i sycząc na intruzkę.
— Czego tu chcesz? Kradniesz nam zwierzynę?! — zawarczała, zmniejszając między nimi dystans, prawie depcząc mniejszej po łapach. Nastroszyła sierść, która raptem nerwowo jej zafalowała. Budowa Zwiewnego Maku nie robiła na niej wrażenia, wyglądała na słabą, zarys mięśni pod futrem nieznajomej nie był aż tak wyraźny. Burzaczka zaczęła gorączkowo się wycofywać, kuląc ogon. Widząc to, uszy wojowniczki zadrżały. Wyczuwała zapach jej strachu. Był mocny i obrzydliwy. Zmarszczyła pysk, czując na własnej sierści kłujące kolce frustracji. Gorsza była chyba tylko Cykoriowa Łapa.
— Nie… ja… tylko chciałam… nie zauważyłam… — usiłowała się wytłumaczyć. Ognikowa Słota przecięła ogonem powietrze, obnażając wrogo kły, tym samym uniemożliwiając jej dalszej paplaniny.
Dobrze wiem czego chciałaś, chciałaś nas okraść ze zwierzyny! — pomyślała, gniewnie wymachując kitą na boki, niczym wściekły pies. Nie chciała dłużej słuchać tych żałosnych wytłumaczeń. Cała postawa nieznajomej budziła w niej jedynie pogardę. Uniosła łapę i machnąwszy nią, zadrapała złodziejkę po ramieniu. Niebieskooka wzdrygnęła się, upuszczając wiewiórkę. Pazury szylkretki przecięły delikatną skórę przeciwniczki, między łapami zostało jej trochę czarnego puchu. Zwiewny Mak otworzyła ślepia szeroko, kładąc uszy po sobie. Pisnęła, po czym przymknęła oczy i niezgrabnym ruchem próbowała się bronić, chociaż jedyne, co zrobiła, to wyrwała Wilczaczce kępkę futra.
Słota skoczyła na nią. Ciągnąc kocicę za futro, po jej pazurach spłynęła kropla krwi. Odepchnęła Zwiewny Mak bliżej granicy z Klanem Burzy, niemal przewracając ją. Broń się! — pomyślała, w jej oczach płonął żywy ogień, umysł ledwo przepuszczał jakiekolwiek sensowne myśli. Szpony Wilczaczki poorały jej pysk, z rany zaczęła wyciekać gęsto posoka, barwiąc suche liście czystym szkarłatem. W międzyczasie Słota także oberwała, gdy łaciata wymachiwała łapami na oślep. Poczuła piekący ból w okolicach policzka. Nie powstrzymał on jej przed dalszym bronieniem tego, co należało. Zmarszczyła nos, prawie podcinając łapy złodziejce.
Zwiewny Mak powoli słabła, musiała nie mieć doświadczenia w boju albo jej kondycja była bardziej przykra od jej wcale nie przemyślanego sposobu walki. Każdy następny atak intruzki był coraz gorszy i marniej wycelowany, miała kłopot, żeby nadążyć za prędkością oraz precyzyjnością Ognikowej Słoty, wycinającej coraz to nowsze wzorki na ciele złodziejki. Rudaska prychnęła z obrzydzeniem, gdy niebieskooka wyślizgnęła jej się wreszcie spod łap. Łaciata nie oglądała się już za siebie. Zaczęła uciekać ile sił w łapach, wspinając się pospiesznie slalomem na porośnięte krzewami wrzosowiska, zostawiając swoją cenną zdobycz. Ognikowa Słota spojrzała na wiewiórkę, chwytając ją za kitę. Kępka futra Zwiewnego Maku zaplątała się w delikatne kłosy rdzawej istotki, zwisającej teraz bezwładnie z pyska brązowookiej. Obejrzała się jeszcze przez ramię, widząc na horyzoncie uciekającą przeciwniczkę. Zostawiała za sobą drobniutkie ślady krwi, które zmywał wiatr i posyłał dalej, barwiąc trawę. Kierowała się chyba prosto do obozu. Wojowniczka podniosła brodę do góry, przysiadłszy. Dopóki nie zniknie jej z oczu, nie zamierzała stąd odchodzić. Należało się upewnić, że złodziejka więcej nie wtargnie na ich tereny.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc nieboskłon najróżniejszymi, przyjemnymi dla oka kolorami. Od przepięknego, czystego szkarłatu, aż po intensywny pomarańcz, kończąc swoje dzieło białokremowymi chmurkami, lekko przysłaniającymi słońce. Rudaska czuła na pysku ciepłe uczucie, przypominało spływającą kroplę wody, która łaskotała ją po skórze przy kontakcie, zjeżdżając po policzku i skapując wreszcie z brody na zimne już łapy.
Strzepnęła uchem, gdy znalazła się u wejścia do centrum Klanu Wilka. Na kufie miała wymalowaną najprawdziwszą dumę.
Przechodząc przez tunel, nikt nie zwrócił na nią początkowo uwagi. Dopiero po wetknięciu łba do legowiska przywódcy zyskała liczną ilość gapiów. Odszukała wzrokiem burego kocura, próbując przyzwyczaić się do półmroku. Położyła wiewiórkę w wejściu, pochyliwszy przed nim głowę. Gdy już otwierała pysk, żeby powiedzieć, on ją wyprzedził.
— Ognikowa Słoto? Co tu robisz? — zapytał, patrząc na nią chłodno. Zerknął na zwierzynę u jej łap, mierząc i ją wzrokiem, domagając się wyjaśnień.
— Nikła Gwiazdo, przepraszam za najście. Wracam właśnie z patrolu, byłam przy granicy z Klanem Burzy i spotkałam tam kocicę. Nazywa się chyba Makowa Łapa. Wtargnęła na nasz teren, całkowicie ignorując linie zapachowe i zapolowała na tę wiewiórkę — łapą przysunęła gryzonia bliżej zielonookiego w ramach dowodu. Zapach, jaki się z niej unosił, nadal bardzo dawał po nosie. W dodatku nie zgubiła ciemnej kępki futra. — Wyrwałam ją jej z zębów — spojrzała na niego raz jeszcze, na jej policzku widniało zadrapanie, które prezentowało się wstrętnie, chociaż w porównaniu do tego, co zrobiła jej Słota, to był pikuś. Cała reszta wszelkich małych ranek nie rzucała się aż tak bardzo w oczy, Zwiewny Mak musiałaby popracować nad swoim stylem walki, jeśli chciałaby zmierzyć się ze Słotą.
Nikła Gwiazda zamyślił się na moment, jednak po chwili w jego oczach pojawiła się czysta złość wymieszana ze swego rodzaju obrzydzeniem. A może podziwem, że ktoś był na tyle odważny… albo głupi, że zadarł z Klanem Wilka? Kiwnął jej głową, wstając ze swojego miejsca i chwytając zdobycz w pysk, po czym przeszedł tuż obok rudaski, ruchem ogona polecając jej, żeby zrobiła to samo. Wdrapał się na mównicę. Ognikowa Słota przysiadła tuż przed nią.
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe żeby polować zbiorą się pod mównicą! — zawołał i już po chwili z legowisk zaczęły wyglądać ciekawskie oczka. Nadciągający Pomrok usiadła tuż obok Słoty, posyłając jej lekko zdziwione spojrzenie. Rudaska poruszyła ogonem, spozierając z powrotem na przywódcę.
— Klanie Wilka! Od teraz każdy patrol zostanie wzmocniony. Mianowicie będzie miał przynajmniej jednego dodatkowego kota, dla bezpieczeństwa. Ta oto wojowniczka wykazała się dzisiaj odwagą godną najwybitniejszego kota oraz lojalnością taką, jaką chciałbym obserwować u każdego z was, względem naszego Klanu oraz mnie. Stoczyła zaciętą walkę ze złodziejką z Klanu Burzy, która próbowała ukraść nam zwierzynę, nie patrząc wcale na wyznaczone linie zapachowe. Ognikowa Słota wyrwała jej ją z zębów, nie bojąc się krzywdy, jaka mogła ją spotkać za bronienie tego, co należy do Klanu Wilka — wskazał ogonem na rudaskę, która napuszyła sierść na piersi z zadowoleniem tak wielkim, że czuła się, jakby miała za moment eksplodować ze szczęścia. Jej oczka zaświeciły szczęśliwie, a ogon poruszał się według własnego rytmu. Czuła spojrzenie pobratymców na karku. Zastanawiała się, czy byli z niej zadowoleni. Na pewno! W końcu Nikła Gwiazda nie chwalił kotów na co dzień. To było naprawdę wyjątkowe. Do jej uszu doleciały słówka aprobaty. Bury przywódca podniósł rdzawą istotkę za kark, pokazując ją wszystkim. Koty ze wściekłością wymachiwały ogonami, zauważywszy czarną kępkę na gryzoniu. Paru z nich nabrało powietrza ze świstem, wypuszczając go dopiero parę uderzeń serca później. Oczy niektórych Wilczaków rozszerzyły się znacznie, a pyski otworzyły, niektóre wykrzykując coś, inne jedynie nie mogąc w lepszy sposób wyrazić własnego niedowierzania czy niezadowolenia.
— Kto to zrobił?! Przerobię ją na mysi proch!
— Słabeusze! Słabi i bezwstydni!
— Łajnojady, mysie strawy! Sami złodzieje, nie szanujący granic!
— Myślą, że im wszystko wolno! Te zapchlone sierściuchy…
Wojownicy wykrzykiwali coraz to nowsze hasła, mające na celu wyładowanie ich frustracji. Nikła Gwiazda ruchem ogona uciszył ich wszystkich, spoglądając na tłum chłodnym spojrzeniem. Przesunął pazurami po wiekowej korze.
— Porozmawiam o tym z Króliczą Gwiazdą przy najbliższym zgromadzeniu. Jeśli spotkacie więcej intruzów, nie bójcie się ich zabić, jeśli będzie to konieczne. Klan Wilka nie toleruje i nigdy nie będzie tolerował złodziejstwa, ani deptania po rzeczach dla nas ważnych. To wszystko, możecie się rozejść — zeskoczył z pnia, mrugnąwszy do szylkretki. Po piersi brązowookiej rozpłynęło się przyjemne uczucie. Zaczęła głośno mruczeć.