BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 stycznia 2026

Od Aminka do Pierza

Aminek krążył po żłobku znudzony. Obudził się już wieki temu, a przynajmniej tak się czuł, podczas gdy Bąbel i Pierze wciąż spali! Ile można? Najpierw próbował samotnie się czymś zająć, więc wyskubał z kąta kilka grudek mchu i zaczął lepić z nich kulki, ale robienie tego samemu było okropnie nieciekawe.
Spojrzał więc na Bąbelka. Kocur spał z głupio otwartym pyszczkiem. Był idealnym celem. Aminek wziął zamach i cisnął kulką prosto w jego bok. Przewrócił oczami, nie widząc żadnej reakcji. Druga trafiła w jego pysk, a Bąbel tylko przekręcił się na drugi bok i wymamrotał coś niezrozumiałego. Beznadzieja.
Kremowy kocurek zdenerwował się. Bez ostrzeżenia odbił się od ziemi i z triumfalnym wrzaskiem skoczył na śpiącego brata. Wbił ząbki w jego ogon i zaczął szarpać go z całej siły, warcząc przy tym, jak mały demon. Bąbelek w końcu się obudził, poderwał się z krzykiem i pacnął go w ucho, a potem zniknął za wyjściem żłobka, potykając się o własne łapy. Najpewniej biegł teraz poskarżyć się komuś starszemu.
Co za frajer.
Obrócił się i już miał brać się za budzenie Pierza, ale krzyk ich brata zadziałał wystarczająco dobrze. Rudy stał za nim ze zdziwionym wyrazem pyska. Na jego widok roześmiał się i wystawił mu język.
— Pobawisz się ze mną! — zawołał, co bardziej zabrzmiało jak rozkaz. — Pójdziemy na zewnątrz? Mówiłeś, że tam byłeś całkiem sam, praawda? — powiedział, przeciągając ostatni wyraz. Był pewien, że Pierze kłamał. Śniło mu się, że samotnie wyszedł i naopowiadał to każdemu dookoła. A Bąbel w to wierzył! W duchu pokręcił głową, zniesmaczony głupotą brata.
Nie czekając na jego odpowiedź, złapał go za ogon, podobnie jak poprzednio uczynił z czekoladowym i wyszedł na zewnątrz. Nagle uderzył w niego chłodny podmuch wiatru. Zaskoczony cofnął się o krok, wypuścił puchaty ogon brata z pyska i zwrócił na niego wzrok.
— Tym razem pozwolę ci prowadzić… — mruknął.

<Prowadź, bracie!>

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Tuż po fragmencie w opowiadaniu Stokrotki, kiedy nakrzyczała na nią

Oddech przyspieszony, pazury wbite w ziemię, nienawistne oczy wbite w podłoże. Jak. Ona. ŚMIAŁA?! Ta głupia Stokrotka. Porównuje jej syna, który był tylko ofiarą miłości do nieodpowiedniego kota do plugawego mordercy! Mówi jej, żeby przestała przyjmować koty do klanu. Namawia ją do łamania kodeksu wojownika, żeby potem napluć jej w twarz! Oj nie… Nie pozwoli na to. Nie może.
— Mandarynkowa Gwiazdo? — usłyszała głos Błękitnej Laguny.
— Nie teraz, synu — wycedziła cicho. Kocur nie kwestionował tego. Wiedział o jej relacji z Baśniową Stokrotką. Usiadł tyłem do wejścia, zasłaniając ją, żeby miała trochę prywatności. W końcu nikt nie może tak zobaczyć ich księżniczki.

***

Trochę później tego samego dnia, nadal przed ucieczką Stokrotki

— Mandarynkowa Gwiazdo… Jakoś dziwnie jesteś dzisiaj zmartwiona… — Wężynowy Kieł zauważyła. Były na spacerze na plaży. Szylkretka leżała na dużym głazie, patrząc z góry na przywódczynię siedzącą na piasku, opierając się o ten sam głaz. Było wysokie słońce. To miał być zwykły spacer. Tak jak każdy inny. Ale Mandarynka nie mogła przestać myśleć o kremowej wojowniczce.
— Chodzi o Baśniową Stokrotkę — westchnęła. Wężyna przewróciła oczami.
— Co tym razem?
Na samą myśl o tym, co się dzisiaj wydarzyło, mięśnie srebrnej napięły się.
— Przyszła do mojego legowiska i zaczęła nazywać Szałwiowe Serce zdrajcą. Do tego kwestionowała moje wybory jako przywódca.
Szylkretka zaśmiała się gardłowo.
— Dziewczyna naprawdę nie potrafi dać sobie spokoju, co? — zażartowała, oceniając ostrość swoich pazurów. Mandarynka westchnęła.
— Nawet nie o to chodzi. Mam jej już po prostu dość. Jak mam z powrotem zbudować pewność siebie mojego syna, skoro ktoś taki chodzi po obozie i rozpowiada o nim plotki? No i jak mam zbudować sobie dobrą pozycję jako przywódczyni, skoro ona ciągle podkopuje moją reputację?!
Wężyna położyła głowę na kamieniu tak, że była ona tuż obok końcówki ucha Mandarynki.
— Czemu się jej nie pozbędziesz? — zapytała chłodno, lecz szczerze. To nie był żart. Tylko opcja. Jakby rada, którą szylkretka chciała jej dać. Mandarynka z zaskoczenia spróbowała się cofnąć, ale na jej drodze był kamień, więc tylko uderzyła o niego lekko głową.
— N-nie mogę tego zrobić… co pomyśli klan?
— Wiesz, czasem trzeba podejmować radykalne działania, jeżeli chce się być dobrym przywódcą. Nie możesz wszystkiego zostawiać w łapach członków klanu jak twoja ciotka.
— To nie jest dobry pomysł… — oponowała lekko przerażona koleżanką. Wtedy usłyszała szept:
— Nikt nie musi się dowiedzieć~

“Jesteś przywódczynią, czyż nie, Mandarynkowe Pióro?”.

***

Tego samego dnia wieczorem

Chciałaby powiedzieć, że to przemyślała i rozmyśliła się, ale byłaby okropnym kłamcą. Nie była w stanie tego dobrze przemyśleć, bo jedyne, co słyszała w głowie to: “Pozbyć się Baśniowej Stokrotki”, “Nikt nie musi się dowiedzieć” i “Czyż nie”. Te zdania odbijały się echem w jej głowie, a im dłużej ich słuchała, tym bardziej miała wrażenie, że to dobry pomysł. W końcu zdecydowała. Tak. To była jedyna opcja. Tuż przed zachodem słońca podeszła do swojego zastępcy.
— Synu, masz może czas na spacer? Na osobności. Z dala od patroli.
Błękitna Laguna popatrzył na nią chwilę badawczym spojrzeniem, po czym skinął głową. Wyszli z obozu we dwójkę. I tylko we dwójkę. Nikt ich nie śledził, nikt ich nie widział. Dotarli do Zrujnowanego Mostu.
— O czym chciałaś ze mną porozmawiać?
— Wiem, jak możesz się zrehabilitować za zniszczenie reputacji Szałwiowego Serca.
Uszy księcia wyprostowały się z zainteresowaniem. Od ich rozmowy był trochę przybity, ale teraz znowu wyglądał na zdeterminowanego.
— Nie wysyłaj jutro patroli w to miejsce. Sam tam pójdziesz. Razem z Baśniową Stokrotką.
— Co-
— Nie przerywaj mi — syknęła. — Pozbędziesz się jej. Jutro. Tutaj. Ma nigdy nie wrócić do obozu. Przynajmniej nie żywa — wyszeptała.
— Ale jak to wytłumaczyć klanowi?
— Wymyślisz coś — zapewniła go. “Przynajmniej mam taką nadzieję” — dodała w myślach.

***

Po ucieczce Stokrotki i Bulwy. Około południa

Pozbyła się jej. Wreszcie. Może nie do końca tak, jakby tego chciała, ale zadziałało. Baśniowej Stokrotki nie było w Klanie Nocy. Rano dowiedziała się, że Dryfująca Bulwa uciekł w poszukiwaniu swojej partnerki. Zrobiło jej się szkoda wojownika. Mógł żyć spokojnie w klanie, ale wolał porzucić wygody dla kotki, która według oficjalnej wersji wydarzeń była zdrajczynią.
— Mandarynkowa Gwiazdo?
— Wejdź. — Nie odwróciła się do syna. Nadal, siedząc w swoim legowisku tyłem do wejścia. — Są wyniki patrolu poszukiwawczego?
— O to właśnie chodzi, patrol znalazł to.
Mandarynkowa Gwiazda odwróciła się i zobaczyła pojedynczą ususzoną stokrotkę, kilka jej płatków było w kolorze szkarłatnym. Krew zwierzyny.
— Znaleźli takich więcej. Wygląda na to, że to groźba ataku.
— Ataku, powiadasz? — zamyśliła się, przekręcając kwiat pomiędzy pazurami. — Będziemy przygotowani. Możesz iść.
Zastępca skinął głową i wyszedł. Przywódczyni nie przestała jednak wpatrywać się w kwiat. “Chcesz mnie zastraszyć, Stokrotko? Nie pójdzie ci to tak łatwo. Przyjmuję wyzwanie. Dołączę do gry. I zniszczę cię”. Zgniotła suchy kwiat w łapie. “Chyba nawet już wiem, kto mi w tym pomoże” — pomyślała.

“No, no, Mandarynko. Przynajmniej umiesz wybierać sobie znajomych~”.

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Szałwiowego Serca

Kiedyś

Patrzyła przez chwilę na swojego syna, wypłakującego z siebie resztki godności.
— Kim ona była? — zapytała krótko. Wojownik pewnie byłby zdziwiony, gdyby nie to, że był teraz w stanie histerii.
— Źródlana Łuna… wojowniczka… taka niebieska bez nogi… — odpowiedział Szałwiowe Serce, oddychając szybko i przełykając łzy. Mandarynka westchnęła z ulgą. Nie była czekoladowa. Przynajmniej tyle.
— Jestem zawiedziona. Tym, że mi nie zaufałeś. — Nie dała mu wyjść z szoku. — Jedyne co możesz teraz zrobić to odsiedzieć swoją karę, a potem zachowywać się normalnie. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.

***

Mniej więcej dzień po poprzedniej części opowiadania

— Czemu wzięłaś mnie na rozmowę? — zapytał Błękitna Laguna. Siedzieli na polanie na terenach Klanu Nocy. Wezwała go tu, bo musiała odbyć z nim rozmowę na temat tego, jak się zachował w stosunku do swojego brata.
— Czemu to zrobiłeś? — zapytała twardo. Książę wyglądał na bardzo zaskoczonego. Nim zdążył coś powiedzieć, kontynuowała:
— Czemu ogłosiłeś to przed całym klanem? — zapytała z irytacją.
— Szałwiowe Serce zdradził klan! — czarno-biały spróbował się wytłumaczyć.
— Nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Mogłeś powiedzieć mi na osobności.
Zastępcy odjęło mowę. Nie miał co na to powiedzieć.
— Zawiodłeś mnie. Obniżyłeś reputację całej swojej rodziny, a w szczególności mnie, bo to ja go wychowałam! Ród Klanu Nocy powinien trzymać się razem. Następnym razem masz przyjść do mnie i tylko do mnie.
Była jedynym kotem, który mógł jakkolwiek wpłynąć na Błękitną Lagunę. Toteż, kiedy kocur usłyszał to wszystko, położył po sobie uszy ze skruchą.
— Udawaj, jakby nic się nie wydarzyło. Prawdopodobnie wkrótce wszystko ucichnie i wszystko wróci do normy. Powinieneś też spędzać więcej czasu z bratem. Może to mu pomoże.

***

Księżyc lub dwa po rozmowie z Laguną. Przed akcją ze Stokrotką

Niestety Szałwiowe Serce nie sprawiał wrażenia, jakby bardzo mu się poprawiło. Zdjęła z niego karę i pilnie obserwowała, co się dzieje. Musiała dopilnować, żeby kocur zaczął ponownie zachowywać się tak jak zwykle. Wtedy jej rodzinka znowu będzie pięknymi kryształami błyszczącymi na tle reszty klanu. Siedziała w swoim legowisku i patrzyła uważnie, jak Szałwiowe Serce siedzi z boku obozu skulony, jakby próbował stać się niewidzialny.

Od Stroczkowej Łapy CD. Mglistego Snu

Przeszłość, przed śmiercią Amorphiny

— Nie spodziewałem się, że dobrze ci tak będzie szło kopanie. Czy jutro chciałbyś mi pomóc jeszcze raz z lecznicą?
Stroczkowa Łapa pokiwał chętnie głową, posyłając żółtookiemu szczery uśmiech. — Oczywiście! — miauknął. Nie mógł się doczekać, aż kontynuują pracę już niebawem.

***

Słońce leniwie wspinało się nad horyzontem, zalewając złocistym światłem obóz Świetlików. Stroczkowa Łapa przymrużył oczy, czując lekki dyskomfort z powodu tak intensywnego blasku skierowanego prosto na jego pysk. Wszędzie dookoła mieniły się liście na przeróżne, przyjemne dla oka kolory. Mokry, ziemisty zapach doleciał do nosa kocurka. Był intensywny i przez wielu uznawany za nieprzyjemny, chociaż rudy zdążył do niego przywyknąć. Przyłapał się nawet na myślach, że mu się podoba. Kojarzył mu się z grzybami, które napotykał co jakiś czas podczas przechadzek. Teraz było ich dużo więcej i znaleźć można było je na prawie każdym kroku. Jego myśli często kręciły się wokół tego, czy mógłby je zebrać i przetestować, czy bardzo by zaszkodziły temu, który by ich dotknął albo spożył. Z drugiej strony – nie znał żadnego antidotum na tego rodzaju rzeczy. Nie miał pojęcia, co najgorszego mogły zrobić grzyby kotu. Podejrzewał, że skoro nie używano ich do leczenia, to mogły być trujące, to by miało sporo sensu. Koty w obozie dzieliły się językami, wymieniając nowościami. Rudy kocurek poczuł, jak podmuchy wiatru mierzwią mu futro. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, chociaż on sam nie wydawał się przejmować jakoś szczególnie obniżonymi temperaturami – jemu raczej bardziej chodziła po głowie obawa o pobratymców, którzy tego futra mogli mieć mniej. Co za tym idzie, byli bardziej podatni na mrozy i szybciej tracili ustaloną temperaturę ciała. Ciekawe czy ktoś miał równie przykrą odporność co on? Zielonooki był niezwykle podatny na wszelkiego rodzaju choróbska – i zazwyczaj, jeśli ktoś miał chorować, to on był do tego pierwszy, mimo tak gęstych kłosów, jakie okrywały jego grzbiet. Wczoraj rozkopali dziurę, tworząc z niej przytulną lecznicę. Zastrzygł wąsami, segregując wszystkie zioła, jakie udało mu się do tej pory znaleźć wraz z Jarzębinowym Żarem. Kocurek rozrywał liście ogórecznika na paski, które potem zawijał w ciasne wiązanki. Dzięki temu zmieszczą dużo więcej i może zioła będą dłużej świeże.
Do jego uszu dotarło gdzieś z oddali kopanie. Wszyscy ostatnio pracowali zawzięcie i robili, co tylko było w ich mocy, żeby polepszyć zaistniałe warunki. Rozkopywali tunele, wojownicy polowali i przynosili każdy łup prosto na starannie ustawiony stos zwierzyny. Poranny patrol zdążył już dawno wyruszyć i za niedługo powinien wrócić. Ciekawe co dzisiaj złapią? Czy nie będą musieli wysyłać ich ponownie, żeby zapolowali więcej? Stroczkowa Łapa sięgnął po wysuszoną mysz, a także drugą, w lepszym stanie. Po paru uderzeniach serca podał tą ładniejszą swojej mentorce. Przysiadłszy wygodnie, zabrał się za jedzenie, gdy usłyszał głośne burczenie własnego brzucha. Wgryzł się w posiłek, czując, że zdobycz zdążyła już chwilę poleżeć na stercie, biła od niej swego rodzaju nieświeżość, ale młodziak nie miał zamiaru narzekać na takie rzeczy. Jedzenie było jedzeniem, nie mogli wybrzydzać. Zaczął odrywać coraz to większe i nowsze płaty mięsa, zostawiając za sobą dobrze oskubane kostki gryzonia.
Skończywszy, odłożył pusty szkielecik gdzieś na bok, oblizując policzki po skończonym posiłku. Zamruczał z zadowoleniem i przysiadłszy, owinął ogon szczelnie wokół łap. Zabrał się za poranną toaletę. Ostatnio utworzyły mu się kołtuny, których wolałby unikać. Rozplątywanie ich było czymś, czego bardzo nie lubił robić, zawsze zajmowało to tak długo, a efekty nie zawsze były takie, na jakich mogło mu zależeć. Ponadto często plątały mu się łapy i szarpanie za futro było bardzo bolesne.

***

Radosny śpiew ptaków poniósł się echem po obozie. Mokre liście szeleściły pod łapami Stroczkowej Łapy, gdy zmierzał pospiesznie przez azyl. Dzisiaj pomagał trochę Mglistemu Snowi z rozkopaniem legowisk. Czuł lekki dyskomfort w okolicach mięśni, jednak był szczęśliwy. Przydał się dzisiaj na coś, to było naprawdę miłe uczucie. Rehabilitacja Poziomkowej Polany oraz Porywistego Dębu szła nawet pomyślnie, z pewnością jeszcze trochę zajmie im dojście do siebie, jednakże byli na naprawdę bardzo dobrej drodze. Byli również w dobrych łapach, mimo może nieco niesprzyjających warunków momentami. Położył się w swoim posłaniu, nakrywając nos puchatym ogonem. Prędko zapadł w sen, czując przyjemne ciepło. Jego bok zaczął unosić się, a potem delikatnie opadać.
Z rana wyciągnął łapy daleko, wysuwając pazury i wyginając grzbiet w łuk. Wyszedł na polanę z zaciekawieniem na mordce, rozglądając się za czarnym kocurem. Dzisiaj też miał ochotę mu pomóc, rozkopywanie nór dobrze mu szło, a miał świadomość, że brakowało im jeszcze tej przeznaczonej dla przywódcy. Żółtooki wręcz jak na zawołanie pojawił się przed jego oczami, jakby wyrósł z ziemi niczym wiekowa roślina pokryta korą.
Kocurek podszedł do niego żwawo, postawiwszy uszy. — Mglisty Śnie, czy mogę i dzisiaj ci pomóc? — zapytał.
Starszy pokiwał głową z delikatnym uśmiechem. Rudy poczuł, jak po piersi rozpływa mu się przyjemne uczucie. Jarzębinowy Żar poradzi sobie chwilę bez niego. Potem do niej wróci i pomoże, jeśli będzie taka potrzeba.
Skierowali się do nory zasypanej gęstą, zbitą ziemią. Stroczkowa Łapa ostatnim razem bardzo zwinnie i starannie wykopał to, co mu przydzielono, dlatego i tym razem miał już jakieś pojęcie, z której strony w ogóle należało to ugryźć. Jego lekki ból mięśni nadal mu doskwierał, był bardzo drobnej budowy, aczkolwiek nie zamierzał tak łatwo się poddawać. Zaczął kopać u boku pobratymcy, wkopując się coraz głębiej i głębiej, rozrywając także górne części, które nie były konieczne. Niepotrzebne, cienkie korzenie nieznanego pochodzenia wyrywał niczym chwasty, których jakiś czas temu w obozie było niezwykle sporo, wojownicy zdążyli wynieść lwią część z nich, żeby nikomu przypadkiem nie przeszkadzały. Stroczek, oczywiście, starał się też o to, żeby ziemia mu przypadkiem nie zawaliła się na łeb, w takiej sytuacji łatwo było o zasypanie. Dobrze, że tuż za nim stał Mglisty Sen – w razie wypadku miał kogoś, kto by mu mógł od razu pomóc. Gdyby podjął się tej pracy sam, ktoś mógłby go nie usłyszeć lub nie zauważyć, a on udusiłby się pod gęstą ziemną skorupą, która nie przepuszczała żadnego powietrza. Jak o ziemi mowa, sporo z niej zsypywało się na jego grzbiet garściami. Kawałki osadziły się na jego śnieżnobiałych kłosach, a reszta spadła z głuchym trzaskiem. Będzie czekała go porządna toaleta, jak tylko skończą, zresztą Mglisty Sen najprawdopodobniej też.
Gdy zrobili konkretny postęp, Stroczkowa Łapa zauważył, że słońce powoli chyli się ku zachodowi. Spędzili tu naprawdę wiele czasu! Zerknął na starszego, poruszając ogonem delikatnie na boki z podekscytowania.
— Mglisty Śnie, czy możemy kontynuować resztę jutro? Jarzębinowy Żar może być na mnie zła, jeśli będę za długo poza lecznicą — mruknął, robiąc duże oczka.

[1051 słów - trening medyka]

[Przyznano 21%]

<Mglisty Śnie?>

Od Wzorzystej Łapy Do Truskawkowej Łapy

Wróciła właśnie do obozu z treningu. Powoli zaczynała mieć tak dość swojej mentorki, jak (przynajmniej według niej) ona miała jej dość od księżyców. Nie, żeby jakoś bardzo nie lubiła Gołębiego Puchu. Po prostu ich relacja była… skomplikowana. Gołąb robiła się przy niej dziwnie nerwowa i coraz rzadziej zabierała ją na treningi z innymi uczniami, co według Wzorek znaczyło, że się jej wstydzi. No i przede wszystkim chodziło o to, że Wzorek miała już dość bycia “Łapą”. Chciała być już Wzorzystą Myślą, Wzorzystym Malunkiem, czy Wzorzystą Wyobraźnią (spróbujcie powiedzieć to ostatnie kilka razy, a zrozumiecie, czemu Wzorek zaczęła się już z tego rozmyślać). A posiadanie mentora oznaczało bycie uczniem. Co z kolei przekładało się na czas spędzany w legowisku uczniów, pełnym kotów, które krzywo na nią patrzyły. Zamierzała teraz wziąć coś szybko ze stosu zdobyczy i zaszyć się w jakimś zakamarku obozu, żeby nikt do niej nie podchodził, do czasu następnego treningu. Niestety nie mogła mieć spokoju.
—W-Wzorzysta Łapo, pójdź do medyków… Starsi narzekali na kleszcze…
Oczywiście. Pomimo że jej kara zajmowania się starszymi już minęła, większość uczniów, jak i ich mentorów nadal była przyzwyczajona do tego, że ona to robi. Niechętnie powłóczyła łapami w stronę legowiska medyków. Tam spotkała Ćmi Księżyc. Niewidoma medyczka powąchała powietrze, próbując wyczuć zapach nowego kota w lecznicy. Wzorek zawsze zastanawiała się, jak ona to robi przy takiej ilości ziół w pobliżu.
— Wzorzysta Łapa? Mech jest tam gdzie zawsze. Zaraz podam ci mysią żółć.
Uczennica Wzięła kulkę mchu i nasączyła go mysią żółcią, którą dostała chwilę później. Z cuchnącą kulą mchu podążyła do legowiska starszych. Na początku zajęła się Wiecznym Zaćmieniem. Potem zaproponowała pomoc Bożodrzewnemu Kaprysowi, co oczywiście spotkało się z narzekaniem starszej. Kiedy podeszła do Stokrotkowej Pieśni zauważyła, że starszy trochę pokasłuje. Nie przejęła się tym, bo medyczka nie ostrzegła jej, żeby nie podchodziła do starszego, co znaczyło, że nie było to nic poważnego. Nie wszyscy chyba podzielali to zdanie.
— Wzorzysta Łapo! Stój! — Kremowo-biały kocur stał w wejściu do legowiska starszych i patrzył na nią przerażony. Wieczne Zaćmienie, która już zdążyła wcześniej zasnąć, obudziła się i rozglądała się zdezorientowana po legowisku.
— Na Klan Gwiazdy Pasterzowa Łapo! Ile pszczół masz w tej głowie, że nie rozumiesz, że Stokrotkowej Pieśni nic nie jest?! — warknęła Bożodrzewny Kaprys. Wzorek stała tam po prostu jak głupia i spoglądała to na ucznia, to na Stokrotkową Pieśń. Dymny zignorował białą i kontynuował swój wywód.
— Wzorzysta Łapo musisz natychmiast się stąd ewakuować i pójść do medyczek. Inaczej zarazisz cały klan! Albo może zostań, bo może już się zaraziłaś… Nie! Jeszcze masz szansę! Chodź! Szybko!
Wzorek nie reagowała. Stała tam nadal i patrzyła się na kocura, zastanawiając się, o co mu chodzi. Wtedy kocur ostrożnie postawił jeden krok do środka legowiska starszych i wzdrygnął się, jakby był pewien, że za chwilę zacznie dławić się kaszlem, po czym złapał jej łapę i pociągnął ją do siebie. To spowodowało, że Wzorek wywróciła się, a kulka śmierdzącego mchu wypadła z jej pyska i potoczyła się prosto pod łapy rudej kotki obserwującej całe to zamieszanie. O nie. Teraz na pewno będzie pośmiewiskiem.

<Truskawa? Pomóż>
[506 słów]

[Przyznano 10%]

Od Wzorzystej Łapy CD. Psotnego Nietoperza

Nie wiedziała, co się przed chwilą wydarzyło. Kiedy zobaczyła, jak Psotny Nietoperz do niej podchodzi, już widziała przed oczami tysiące scenariuszów, w których to ona znowu byłaby pośmiewiskiem. Ale tym razem tak się nie stało. Czarno-biała ją obroniła! I do tego zaprosiła na spacer, na którym właśnie były! Z jednej strony była okropnie zdenerwowana i bała się, że coś pójdzie nie tak. W końcu była koło niej Psotny Nietoperz – jedna z najfajniejszych kotek w Klanie Klifu. Tak bardzo nie chciała się teraz wywrócić albo powiedzieć coś głupiego. Gdyby tak się stało możliwe, że nikt już by się do niej nie odezwał. No i najgorsze – za każdym razem, kiedy widziała Psotkę, nie potrafiła myśleć o niczym innym oprócz tego, jaka to ona jest świetna, co tylko przypominało jej o własnych niepowodzeniach. Pomimo tych wszystkich negatywnych odczuć wobec starszej Klifiaczki była wdzięczna za możliwość spaceru i wyrwania się z obozu. Poczuła dziwne ciepło i łaskotanie w piersi. Czyli takie to było uczucie, gdy ktoś był dla niej miły? Dawno tego nie odczuwała, więc możliwe, że zapomniała trochę jak to jest. Szła za wojowniczką po terenach Klanu Klifu. Zmierzały do Złotych Kłosów. Przez cały ten czas Wzorek nie odezwała się ani razu, bo była zajęta rozmyślaniem nad całą tą sytuacją. Zimny podmuch wiatru załaskotał ją w nos. Kichnęła głośno. Czarno-biała stanęła i odwróciła się do niej.
— Wszystko dobrze? Jeżeli nie czujesz się dobrze, możemy wrócić.
— N-Nie! Wszystko dobrze! — zapewniła szybko szylkretka i uśmiechnęła się niezręcznie. Na to wąsy siostry Foczej Fali zadrgały z rozbawienia. Psotny Nietoperz odwróciła się do niej plecami i ruszyła dalej we wcześniej obranym kierunku. Wzorek położyła po sobie uszy na chwilę zmartwiona, ale widząc, że kotka nie przestaje się oddalać, ruszyła szybko za nią.

* * *

Dotarły do Złotych Kłosów. Niestety, teraz kiedy była prawie Pora Nagich Drzew, nie było ani złota, ani kłosów. Pole było puste, nie licząc malutkich nieściętych kawałków łodyg i resztek zboża walających się po ziemi. O tej porze roku Złote Kłosy może i nie były widokiem, który nadawał się na pocztówkę, ale nadal można było znaleźć tu myszy, które wychodziły ze swoich norek z nadzieją na znalezienie na ziemi kilku ziarenek, które mogłyby pomóc im przetrwać zimę. Wzorek szczerze nie rozumiała, czemu miałoby być to dobre miejsce na spacer, teraz kiedy wyglądało raczej smętnie, ale nie kwestionowała wyboru drugiej kotki. Chociaż ona osobiście wybrałaby Kacze Bajorko.
— To co, spróbujesz zapolować? – zapytała czarno-biała. Uczennica zdziwiła się i postawiła mały krok do tyłu.
— Ja? No nie wiem…
— No nie mów mi, że się boisz! — Starsza zażartowała. Niestety liliowa tego tak nie odebrała.
— N-nie boję się… — wyjąkała tylko i zawęszyła. Wyczuła mysz. To była jej jedyna szansa. Zauważyła małe brązowe zwierzątko chodzące między pozostałościami zboża, leżącymi na ziemi. Musiała się podkraść.
“Ogon nisko, żeby go nie zauważyła, ale nie tak nisko, żebym zaszurała nim o ziemię… Łapy lekko na ziemi…” — instruowała się w myślach. “Lisie Łajno!” — pomyślała, gdy gryzoń zaczął od niej uciekać. W panice nie mógł znaleźć wejścia do swojej nory. I już nigdy jej nie znalazł. Czarno-biały kształt śmignął w powietrzu kilka kocięcych kroków przed pyskiem Wzorzystej Łapy i przygniótł zwierzynę. Nawet nie zauważyła, że Psotny Nietoperz cały czas była blisko niej. Wojowniczka usiadła, z myszą zwisającą w pysku. Położyła ją na ziemię.
— Wiatr zmienił kierunek, kiedy już byłaś blisko — wyjaśniła. — Ale świetnie ci szło! — zapewniła, po czym popchnęła piszczkę w jej stronę.
— Weź, to twoje.
— Ale to ty ją upolowałaś…
— Już prawie ją miałaś. Poza tym ja i tak ich nie jem.

<Psotka?>
[582 słów]

[Przyznano 12%]

Od Mniszkowego Nektaru

Poranek dla Klanu Klifu zaczął się od nieprzyjemnej pogody, pomimo nowej Pory Zielonych Liści, która w każdej chwili mogła ulec zmianie. Mniszkowy Nektar obudził się, gdy obóz jeszcze spał, a blade światło dopiero zaczynało przesączać się między gałęziami. Przez dłuższą chwilę leżał bez ruchu w swoim legowisku, nasłuchując płytkich oddechów pobratymców. Gdzieś za wodospadem, kocur mógł usłyszeć stłumiony dźwięk ptaków i ich krakania. Fukanie mewy, która napatoczyła się koło klifu, czy chrapiące kociaki w żłobku. Do nozdrzy wojownika dostawał się przyjemny, znajomy zapach, z którym miał styczność codziennie. Pachniało wilgotną ziemią, mchem i liśćmi z zeszłego sezonu, które jeszcze nie zdążyły się rozkruszyć. Ten zapach był stały, cierpki i nieco gorzki, prawie jak zepsuta i stara mysz. Mniszek uniósł głowę, powoli podnosząc się z legowiska. Przeciągnął się, czując chłód poranka w poduszkach łap i wzdłuż grzbietu. Liliowy o mało nie zahaczył o sufit legowiska, dlatego przykucnął i wydostał się z leża wojowników. Cicho mrucząc pod nosem, przysiadł koło żłobka, by mieć oko na swą siostrę. Szylkretka obrócona na drugi bok, co jakiś czas machała ogonem, który zahaczał o pobliskie gałązki. Te były zapewne przeniesione przez kocięta Postrzępionego Mrozu i Źródlanej Łuny. I tak przez chwilę zamyślony Mniszek, wpatrywał się w śpiącą Jastrząb. Wojownik oprzytomniał na chwilę, po czym rozejrzał się po obozie, szukając chociaż jednej obudzonej duszy. Kocur zatrzepotał uszami, mrużąc oczy w kierunku wodospadu. Powoli podniósł gabaryty, prostując tylne łapy. Poczuł ukłucie gdzieś na karku, jakby ktoś wkładał mu tam igły igliwia. Strzepnął kurz z futra i wyszedł z obozu. Jego zielone ślepia mogły zauważyć błoto, w okolicach Kaczego Bajorka. Kremowy nieco speszony na widok krajobrazu, pokręcił nieco łbem. Las był jeszcze mokry po nocy. Krople rosy spadały z liści, gdy je mijał, a ziemia uginała się miękko pod łapami. Zatrzymał się, by zaczerpnąć powietrza. Wyłapywał stare zapachy nocnych wędrówek, rozmyte i słabe, oraz świeży trop myszy biegnący wzdłuż krzaków. Ruszył w stronę niewielkiej polany, która rozpoczynała się przed Złotymi Kłosami. Liliowy usiadł na rozdeptanej już ziemi, czując ciężar narastający w plecach. Starość przychodziła do niego wielkimi susami, a ten wciąż miał przed oczami Betonowe Miasto czy Miedziany Kieł, kiedy jeszcze był w żłobku. Tęsknił za tymi czasami, nawet nie wiedział jak bardzo. Teraz jedyne co mu pozostaje, to czekanie na kogoś, kto odmieni jego postrzeganie na ten świat. Jest taki jeden, kremowy, śmierdzi królikiem i myśli cały czas o owadach. Kocur na samą myśl o tym “osobniku” zarumienił się. Pierwszy raz przychodziło mu się z kimś… Cóż, mieć większe uczucia niż tylko obojętność. Chciałby go spotkać jeszcze raz, może niedługo?

Od Rozkwitającego Astra Do Wzorzystej Łapy

Dzień mianowania kolejnego kocięcia Postrzępionego Mrozu

Od czasu mojego mianowania nie minęło za wiele czasu, przez co nadal często zapominałam o tym, że nie jestem już dłużej uczennicą. Dosłownie chwilę wcześniej przyłapałam się na tym, jak próbowałam znaleźć pana Pomocnego Wróbelka, aby spytać, co mogłabym zrobić! Był wczesny ranek, a obóz dopiero budził się do życia, jednak to szybko się zmieniło, ponieważ głos pana Judaszowcowej Gwiazdy, który już wtedy był w podeszłym wieku, rozbrzmiał w całym obozie, wzbudzając zainteresowanie. Kiedy wszyscy się już zebraliśmy, domyśliłam się, o co chodzi.
— Naparstnico.
I trafiłam w samiutki środek, prosto w dziesiątkę.
— Podejdź tutaj — zachrypiał pan Judaszowcowiec, uważnie mierząc malucha wzrokiem, kiedy nieśmiało podszedł przed jego oblicze.
Zastanawiałam się, kogo dostanie na mentora. Może Psotnego Nietoperza? W końcu za niedługo skończy zastępować Źródlaną Łunę jako mentorkę. Lub Płomienne Serce?
— Naparstnico, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia protektora będziesz się nazywać Naparstnicowa Łapa.
Ta decyzja też nie była nie wiadomo jak zastanawiająca — niestety pierwszy miot mojej kuzynki nie miał tyle szczęścia co drugi, a kocurek był jedynym, który przeżył narodziny. Ukradkiem spojrzałam na pana Pomocnego Wróbelka, oraz Drobną Łapę. To było oczywiste, że mój “wujek” dostanie ją pod swoje skrzydła. Drobnej szło fenomenalnie, więc byłam niemal pewna, że już niedługo będę mówić do niej pełnym imieniem. A zresztą, przecież ja byłam zbyt mało doświadczona, żeby zostać…
— Twoją mentorką zostanie Rozkwitający Aster. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Mentorką.
Lider odwrócił głowę, patrząc mi prosto w oczy, a przez kręgosłup przebiegł mi dreszcz. Na wpół z ekscytacji, której nie do końca rozumiałam, a na wpół z przerażenia wynikającego z wizji dostania takiej odpowiedzialności, jaką był własny uczeń. W tym czasie Judasz kontynuował.
— Rozkwitający Astrze, jesteś gotowa do wyszkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Pomocnego Wróbelka doskonałe szkolenie i mimo wyjątkowo długiego treningu, pokazałaś swoją otwartą chęć niesienia pomocy innym, oraz nieugiętość w drodze do celu. Będziesz mentorką Naparstnicowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
Najpierw nieco oszołomiona wpatrywałam się w kocura, ale na szczęście po dwóch uderzeniach serca w moich oczach błysnęła determinacja i szczerość. Już otworzyłam pysk, chcąc powiedzieć “Postaram się i zrobię wszystko, co w mojej mocy”, jednak po kolejnym uderzeniu serca zastanowienia…
— Tak będzie — mruknęłam równym, wyjątkowo pewnym tonem, delikatnie kiwając głową, na co Judaszocowiec z aprobatą zrobił to samo.
“Oby naprawdę było tak, jak powiedziałam…” — pomyślałam, stykając się nosem ze swoim nowiusieńkim uczniem, następnie zaczynając skandować jego imię z innymi Klifiakami.
“Postaram się być dla Ciebie najlepszą mentorką, Naparstnicowa Łapo. Nie zawiodę Cię.”

✩ ★ ✩ ★ ✩

Tego dnia Naparstnicowa Łapa źle się poczuł, więc odpoczywał pod skrzydłami pani Ćmiego Księżyca oraz Jagnięcej Łapy, więc nie musiałam się nim martwić pod względem treningu, ale za to pod względem zdrowotnym. Miałam właśnie zamiar zahaczyć o stertę zwierzyny, aby przynieść mu coś do jedzenia, kiedy usłyszałam cichy płacz. Odwróciłam głowę w stronę dźwięku i ujrzałam Wzorzystą Łapę, od razu do niej podchodząc, ale nie za blisko, aby jej nie wystraszyć.
— Cześć — mruknęłam cicho, przykucając przy małej uczennicy.
Koteczka wzdrygnęła się w takim stopniu, że myślałam, że podskoczy i ucieknie, jakbym była krwiożerczym lisem, a ona malutką, szarą myszką.
— Nie wiem, czy mnie kojarzysz, jestem Rozkwitający Aster, czemu płaczesz, może ci jakoś pomogę? — spytałam miękko, słabo się uśmiechając.

< Wzorek? >

Od Wzorzystej Łapy Do Mniszkowego Nektaru

“Stąpaj lekko po ziemi… nie rzucaj cienia… jesteś pod wiatr. Musisz tylko podejść i wystarczająco szybko skoczyć.” — przypominała sobie. Patrzyła na sójkę grzebiącą w ziemi w poszukiwaniu pożywienia. Nie widziała jej. Jeżeli tylko jej teraz nie spłoszy, ma ją już w łapie. Trzy… dwa… jeden… skok! Przygniotła ptaka swoim ciężarem i zagryzła go szybko. Udało jej się! Udało jej się! Nie wierzyła w to, ale udało jej się! Patrzyła przez chwilę na ptaka z zachwytem. Był piękny! Złapała pięknego ptaka! Te niebieskie pióra… A jak dobrze musi smakować! Wreszcie miała coś, co mogła dać starszym lub karmicielkom, żeby móc zjeść pierwszy posiłek tego dnia!
— W-Wzorzysta Łapo, jesteś już gotowa, żeby wrócić do obozu? — zapytała Gołębi Puch. Wzorek strzepnęła uchem. Oczywiście, że była gotowa! Bardziej głodna… ale to tym bardziej znaczyło, że potrzebowała szybko wrócić. Podniosła sójkę i podążyła za mentorką.

* * *

Kiedy tylko przeszła za wodospadem i weszła do obozu, od razu podążyła do żłobka. Jastrzębi Zew rozmawiała z jakimś wojownikiem i już miała piszczkę przed sobą. Młoda szylkretka położyła więc ptaka obok Źródlanej Łuny i jak najszybciej ruszyła do stosu zwierzyny. Myślała przez chwilę nad odpowiednią piszczką. Wszystkie wyglądały na dość świeże. Najwyraźniej patrol łowiecki już zdążył wrócić do obozu. Na pewno nie zamierzała jeść żadnego ptaka. Nie chciało jej się wyrywać z niego piór. Mysz nie… za mała. W końcu zdecydowała się na wiewiórkę. Wzięła ją i już miała pobiec do jakiegoś skrytego kawałka obozu, gdzie mogłaby pobyć sama, gdy ktoś do niej zagadał.
— Ładną sztuke upolowałaś dla Źródlanej Łuny — powiedział Mniszkowy Nektar, który wcześniej rozmawiał z Jastrzębim Zewem w żłobku. Był pogodny i sprawiał wrażenie, jakby miał nadzieję na dłuższą pogawędkę. Uczennica uśmiechnęła się nerwowo i podziękowała, bełkocząc przez piszczkę w zębach. Naprawdę nie chciała mieć tej konwersacji. Chciała tylko zjeść wiewiórkę najlepiej jak najdalej od wszystkich innych kotów.

<Mniszek?>
[302 słowa]

[Przyznano 6%]

Od Wzorzystej Łapy Do Rozżarzonej Pieśni

Szła sobie spokojnie przez polany pełne kwiatów i motyli. Co jakiś czas zatrzymywała się, żeby obejrzeć jakiś błyszczący kamyk, albo poszukać czterolistnej koniczyny. Motyle spokojnie latały obok niej, czasami przysiadając jej na nosie lub uchu. Śmiała się, bo dawno nie czuła się tak dobrze. Nagle usłyszała inne śmiechy. Zamilkła na chwilę i zlokalizowała ich źródło. Obróciła głowę i zobaczyła Bukową Koronę i Foczą Falę leżących obok siebie na trawie. Kocur nakładał wianek z kwiatów na głowę niebieskiej. Wtedy ją zauważyli. Ich śmiech ucichł. Wyglądali na podirytowanych. Przynajmniej Bukowa Korona tak wyglądał. Na kotkę nie zwracała tak dużej uwagi. Wojownik prychnął, po czym krzyknął:— Wynoś się stąd! Psujesz nam spacer!
Łzy zalśniły w jej oczach, po czym rzuciła się biegiem, jak najdalej od tamtego miejsca.


“Proszę, niech to się już skończy!”
— myślała.
Wzięła głęboki wdech i poderwała się ze swojego posłania. To tylko sen. Tylko głupi sen. Tylko rzeczywistość nie była dużo lepsza… Od kiedy Focza Fala została mianowana na wojowniczkę, miała mieszane uczucia. Niby cieszyła się, że nie będzie mogła jej już męczyć za każdym razem, kiedy wróci do legowiska, ale z drugiej strony dostała awans. Teraz nie było już nic, co nie wskazywałoby na to, że Wzorek nie była okropnie niekompetentna. Była najstarszą uczennicą, nie licząc dwóch kotów, które dopiero dołączyły do klanu i Świetlistej Łapy, która ledwo jest w stanie przeżyć zwykły dzień, bo ma tyle problemów zdrowotnych. Do tego wszyscy mówili o tym, że Foka zbliżyła się do Bukowej Korony. Czyli wygrała. Zabrała wszystko. A ona nie mogła zrobić nic. Z ponurych myśli wyrwał ją niezadowolony pomruk Naparstnicowej Łapy, którego przez przypadek trąciła ogonem, kiedy machała nim ze zdenerwowania. Od kiedy ktoś w formie żartu postanowił przesunąć jej posłanie, tak żeby było tuż przy wejściu, a ona nic z tym nie zrobiła, naprawdę bała się zepsuć swojej opinii w oczach młodego ucznia. On był chyba ostatnim kotem w legowisku uczniów, który przynajmniej czasem rzucał jej współczujące spojrzenie i zabolałoby ją, gdyby kocur przestał tak robić. Postanowiła spróbować ponownie zasnąć. W końcu nadal było ciemno. Zwinęła się w kłębek i wsłuchała się w odgłosy wodospadu. Nic. Spróbowała położyć się na plecach. Nic. Turlała się, wstawała co chwilę i zmieniała pozycję. Nic. Nie wiedziała, ile to trwało, ale po jakimś czasie zauważyła lekką zmianę w stopniu oświetlenia obozu. Była Pora Nagich Drzew, więc nadal nie było super jasno, ale teraz zarysy legowisk w obozie stały się wyraźniejsze. Usiadła na swoim posłaniu, zastanawiając się przez chwilę, czy powinna już wstać, czy też spowoduje to zamieszanie w obozie, którego bardzo nie chciała dzisiaj wywoływać. Na szczęście zauważyła Pikującą Jaskółkę wychodzącą z legowiska wojowników, by rozdzielić patrole. Wkrótce inni wojownicy niechętnie wyszli za nią. Wzorek uznała to za znak, że może wyjść z legowiska i rozprostować kości. Zostawiła swoje posłanie za sobą i przeciągnęła się. Usiadła przed legowiskiem uczniów, żeby poczekać aż będzie trochę widniej. Nie miała jednak takiej okazji. Praktycznie od razu po tym podeszła do niej Gołębi Puch, którą rozpoznała tylko po białych plamach na łapach i brzuchu. Gdyby nie to, jej mentorka byłaby prawie zupełnie niewidoczna w takiej ciemności.
—W-Wzorzysta Łapo, idziemy na patrol graniczny. Reszta czeka już przy wyjściu z obozu. Dzisiaj odwiedzimy granicę Klanu Wilka. — Wojowniczka brzmiała, jakby naprawdę chciała przekonać ją, że będzie to “świetna przygoda” jak to się wmawia kociakom, ale niezbyt jej to wychodziło. Dołączyła wraz z Gołębim Puchem do reszty patrolu i przeszła obok wodospadu. Wzorzysta Łapa zauważyła, że poza obozem wydawało się jakby jaśniej. Niebo było koloru ciemnoniebieskiego jak borówki albo oczy niektórych kotów. Wtedy była w stanie przypatrzeć się bliżej innym kotom z patrolu. Byli to Gąsienicowy Ogryzek pogrążony w rozmowie z Morświnową Płetwą i ruda kotka z krótkim ogonem i długą grzywką – Rozżarzona Pieśń. Wzorek pamiętała, jak kotka dołączyła do Klanu Klifu, niedługo po jej mianowaniu na uczennicę. Ciekawe jak ona sobie z tym radziła. Czy też czuła się tak oddalona od wszystkich? A jeśli tak, to jak sobie z tym poradziła? W pewnym sensie podziwiała rudą. Chciałaby też się tym wszystkim nie martwić i być tak świetną wojowniczką, jak ona.

<Żar?>
[672 słów]

[Przyznano 13%]

Od Cisowego Tchnienia

Tw. opisy kłótni w myślach z samym sobą, które mogą wprowadzić niektórych w dyskomfort

Raz… dwa… trzy… Bark nastawiony. Usłyszała cichy syk wydobywający się z pyska wojownika. Pazury wbiły jej się w ziemię.
— Możesz iść — powiedziała jakby przez zęby. Była wściekła. Wściekła na siebie i na całą resztę klanu. Wściekła na ból, który musiała maskować. A ten wraz ze wzrostem wściekłości kłuł jeszcze bardziej. Zaczęła wychodzić z lecznicy.
— Gdzie idziesz Cisowe Tchnienie? — zapytało Roztargniony Koperek.
— Zioła — warknęła tylko. Co prawda nie miało to sensu, bo była Pora Nagich Drzew, ale asystent medyka nauczyło się już nie kwestionować tego. To była ich cicha umowa. Cisowe Tchnienie poczuła, jak mróz szczypie ją w nos, a jej łapy co chwilę stykają się z zimną ziemią. Szła dalej. Wyszła z obozu i zanurzyła się w las pełen drzew niepokrytych liśćmi. Musiała pobyć sama. Posiedzieć na zimnie i poczuć to, co od dawna czuła w sercu na własnej skórze. Chłód. Zimno, którego nie dało się pozbyć. To fizyczne było łatwiejsze do wytłumaczenia. Była Pora Nagich Drzew. W takich czasach jest po prostu zimno. Ale jak wytłumaczyć serce, które wcześniej wrażliwe, w końcu zamarzło? Usiadła na ziemi, opierając się plecami o chropowatą korę drzewa. Spróbowała rozplątać swoje myśli, zrozumieć co czuje. Obojętność? To ona jest kojarzona z chłodem, ale przecież nie czułaby wtedy bólu. Smutek? Nie, nie była smutna. Była wściekła… Ale nie w sposób kojarzony z ogniem pochłaniającym wszystko na swojej drodze. Bardziej, jak sopel lodu, który pragnie przebić serce konkretnej osoby.
Czy była wściekła na to, że była samotna? Tak.
Na to, że została opuszczona? Tak.
Na to, że nikt nigdy nie liczył się z jej zdaniem? Tak.
Na to, że zawsze tylko wszyscy od niej wymagali? Tak.
Na to, że ją okłamali i tak naprawdę nigdy nie była taka wyjątkowa, jak miała być?

Tak
Zacisnęła mocniej zęby i spróbowała powstrzymać łzy napływające do jej oczu. Czemu jej dzieci ją opuściły? Czemu przyciągała do siebie samych zdrajców? Czemu zawiodła kolejnego przywódcę? Nie, przecież to nie ona. Przecież to Pustułkowy Szpon, ten zdrajca! Poprzedniego zamachowca zabił, a tego nie złapał i teraz jeszcze siedzi jako wzorowy zastępca! To zwykły oszust! Gdyby Topielcowy Lament był silniejszy, wszystko byłoby lepiej. Nie cierpiałaby. To on zawiódł. Mógł zabić Nikłą Gwiazdę i- “Przestań!”, rozległ się głęboki okrzyk w jej głowie. Strumień myśli przyspieszył, jakby spłoszył się niczym mysz i próbował uciec. Nie udało mu się. Myśli powoli tłumione cichły wraz z emocjami z powrotem zwinięte w kłębek i wrzucone w najdalsze odmęty jej umysłu. Łapą otarła łzy z twarzy i popatrzyła na nie przez chwilę.
“To był tylko wypadek. Nie może się powtórzyć.” — obiecała sobie w myślach. Musiała teraz poszukać patyków. W końcu trzeba coś przynieść do obozu.

Wyleczeni: Sowi Zmierzch

Od Kamiennego Pióra CD. Korowej Łapy (Korowego Szeptu)

Kiedy Kora była uczennicą

Spojrzał w zawstydzone, żółte oczy przyjaciółki, usłyszał jej szepnięcie: “przepraszam”, poczuł dotyk jej futra, kiedy się przytulili. Kocur przez pewien czas nie wiedział, co powiedzieć, jak zareagować. Chciał wytłumaczyć szylkretce, że nic się nie stało, że wszystko znowu wróci do normy i obiecać, że zawsze będzie przy niej, jednak nie wiedział, jakich słów użyć. Nie mógł przecież powiedzieć byle czego w tak ważnej chwili, kiedy ich relacja się odbudowywała.
— Też jesteś moim najlepszym przyjacielem. Przepraszam, że się bałam. To głupie. — Kotka parsknęła śmiechem, jednak to w nie był ani trochę wesoły dźwięk. — Czy możemy o tym zapomnieć. Proszę…
Kamienne Pióro odsunął się od przyjaciółki, żeby móc z powagą spojrzeć w jej żółte, proszące oczy.
— Korowa Łapo, przecież… Nic złego się nie stało. Nie masz za co przepraszać. Twoje uczucia są, jakie są, są ważne, normalne i nie są niczym złym. Dobrze, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy. Teraz… Teraz znowu będzie jak dawniej… Prawda?
Kotka pokiwała głową bez chwili wahania, a widząc to, wojownik nie mógł powstrzymać pełnego satysfakcji głębokiego mruczenia.
Podszedł bliżej i delikatnie schował pysk w jej futrze, wtulając się w jej ciepłą sierść. Jego nozdrza zostały zalane przez zapach uczennicy. Wdychał go z przyjemnością, to był ten zapach, który tak często mu towarzyszył, który tak często go wspierał, który był bezpieczny, przyjazny i przewidywalny.

* * *
Teraźniejszość

Zimny wiatr uderzał w ciało wojownika, stawiając mu opór przy każdym kroku. Sierść czekoladowego delikatnie się napuszyła w ochronie przed chłodem. Bezszelestnie stawiał łapy na ściółce, zgrabnie przechodząc nad gałązkami, mchem i igłami wyścielającymi leśne poszycie.
Dużo się działo, od kiedy Zalotna Gwiazda przejęła władzę. Dwóch zastępców? Z tym Kamienne Pióro się jeszcze nie spotkał, jednak nie wiedział co sądzić o tym pomyśle. Przecież między dwoma kocurami mogą się wywiązać kłótnie, jeśli ci nie będą się zgadzać w różnych kwestiach, jak na przykład w wysyłaniu patrolów.
Z drugiej strony klan może być dzięki temu bardziej zorganizowany, jeśli będzie więcej kotów pilnujących porządku.
“To i tak nieważne. Jest, jak jest, nie do mnie należy obowiązek myślenia o tym. Lepiej skupię się na polowaniu” — uznał, wytężając wszystkie zmysły w poszukiwaniu zwierzyny.
Po jakimś czasie poczuł muśnięcie w lewy bok i szybko się odwrócił, a jego futro delikatnie się podniosło, tylko po to, żeby zaraz znowu opaść. To tylko Korowy Szept, która razem z nim wyszła na polowanie.
Kotka wskazała ogonem pobliskie drzewo. Kamienne Pióro skanował wzrokiem gałęzie, aż zauważył wiewiórkę na dolnym konarze. Jego przyjaciółka, zgrabnie przemykając nad krzewinkami, dotarła do pnia rośliny i zaczęła wspinać się w górę.
Wojownik uznał, że zostanie tutaj, gotowy do złapania zwierzęcia, jeśli to ucieknie Korze. Pewniej czuł się na ziemi i był szybki, a szylkretka wspinała się lepiej od niego, więc to był dobry podział ról. Poczuł, jak jego łapy automatycznie się napinają, a ciało przypada do ziemi, gotowe do wyskoczenia w każdym kierunku i rzucenia się w pogoń za wiewiórką.
Już po chwili ruda plama pobiegła prosto w jego stronę, a on przygwoździł ją do ziemi i szybko uśmiercił. Podbiegł z łupem do Korowego Szeptu.
— Super się wspinasz! — zawołał, a jego podniesiony ku górze ogon drgał z satysfakcji. — Poza tym, ja sam nigdy nie wypatrzyłbym tej wiewiórki. Dobrze, że ze mną poszłaś. — Po chwili od razu się poprawił. — Znaczy wiesz, nie tylko dlatego. Po prostu… Bardzo miło się z tobą poluje — uśmiechnął się niezręcznie.
Następnie odwrócił się i przesunął wzrokiem po drzewach otaczających ich.
— To, co teraz? Idziemy odnieść to do obozu. — Wskazał łapą na wiewiórkę — Polujemy dalej, czy może coś jeszcze innego? Na co masz ochotę? — Spojrzał przyjaźnie na Korowy Szept, zadowolony, że razem spędzają czas.

<Kora?>

Od Jagnięcej Łapy CD. Wzorzystej Łapy

Rudzinka przeniosła wzrok na pyszczek Wzorzystej Łapy. Widziała łzy, których młodsza już nie zdołała ukryć. Poczuła ucisk w sercu na ten widok. Niemal bezwiednie dotknęła ją bardzo leciutko ogonem w bok. Jej myśli niemal od razu zaczęły krążyć wokół tego, co sprawiło młodszej aż taką przykrość.
— Wzorzysta Łapo? Jesteś ranna albo coś innego ci dolega? — spytała zmartwiona Jagnięca Łapa. Przyjrzała się kotce, ale nie dostrzegła zupełnie niczego, co mogłoby wskazywać na jakieś fizyczne dolegliwości. Jeśli, więc nie chodziło o to? To co to mogło być?
— Patrzcie, Śmierdząca Łapa znów płacze! — dobiegły ją słowa gdzieś z boku. Przeniosła tam spojrzenie, a widząc Foczą Łapę i jeszcze dwóch innych uczniów, zmrużyła lekko oczy. Czyli może właśnie o to chodziło? Przyszłej wojowniczce dokuczały inne koty, ale dlaczego? Czy powodem mogło być coś podobnego do niej? Czy w tym klanie powszechnym było dokuczanie i prześladowanie tych, którzy nie urodzili się pośród nich? Jeśli chodziło o stosunek do niej samej, rozumiała go. Była pośród samotniczek, które wspomogły Klan Wilka, nawet jeśli nie walczyła. Jednak jaśniejsza uczennica była tu od kociaka i niczym nie różniła się od reszty uczniów. Uczyła się, a Jagienka o tym wiedziała. W końcu widywała ją, gdy wychodziła ze swoją mentorką na treningi. Może nie znała jej zbyt dobrze, ale wyczuwała jej chęci pokazania się innym w dobrym świetle. Wiedziała też, że takie docinki bardzo mocno wpływały na samoocenę. Nigdy nie rozumiała dokuczania innych bez względu na wszystko. Czemu niektórzy tak bardzo lubili podcinać skrzydła innym? Czy w klanach nie chodziło o to, by się wspierać? Pomagać sobie i szanować siebie nawzajem? Oczywiście, nie dało się lubić każdego. Jednak szacunek i tolerancja powinny być. Czy naprawdę leczenie czyiś kompleksów wymagało dołowania innych? Dlaczego to tak bardzo imponowało niektórym? Jagnięca Łapa nie widziała w tym nic wspaniałego. Zwykła okrutność i tyle.
— Wiem, że pewnie nie jestem odpowiednim kotem do tego, ale proszę, wysłuchaj mnie — miauknęła cicho. Przeniosła pyszczek w stronę zapłakanych oczu Wzorzystej Łapy. Zwalczyła chęć okazania jej większej czułości. Nie była pewna czy to by nie pogorszyło sytuacji. Nie chciała tego. Zresztą jakby to wyglądało? Możliwe, że by jeszcze bardziej pogrążyło młodszą w ślepiach innych. Westchnęła i przymknęła na moment kobaltowe oczka. Miała ogromną nadzieję, że nie zostanie odebrana w sposób negatywny. Nie chciała tego, a jednak była na to przygotowana.
— Wzorzysta Łapo, wiem jak trudno jest znosić takie przytyki ze strony rówieśników i nie tylko. Domyślam się, jak bardzo odbiera ci to siły do walki lub pogrąża w odmętach mroku. Wiem też, że łatwo jest mówić, by z tym walczyć. Niemniej i tak ci to powiem — kontynuowała z cichym spokojem i niemal kojącym głosem. W tym momencie nie interesowało jej nic innego. Miała przed niebieskim spojrzeniem kulącą się futrzaną kuleczkę, która nie zasługiwała na takie traktowanie. Nikt na nie nie zasługiwał.
— Nie wiem, czy wiesz, ale ja również nie urodziłam się w tym klanie. Mało tego byłam członkinią grupy, która planowała atak na Klan Klifu łapa w łapę z Klanem Wilka. Nie zgadzałam się z tym i przybyłam, by ostrzec koty tego klanu. Zdradziłam w ten sposób swoją grupę, ale nie to jest główną rzeczą o, której chcę ci powiedzieć. Po wszystkim zostałam uznana za więźniarkę, a wzrok większości kotów był tak drapieżny, że na początku czułam się jak mysz w legowisku lisów czy innych krwiożerczych stworzeń. Zamieszkiwałam sama legowisko więźniów. Mało, kto się mną interesował. Kiedy tylko poszłam pomóc sobie z okiem, zostałam wywarczana przez jednego z wojowników. Jednak wtedy zostałam zauważona przez moją obecną mentorkę i ku niezadowoleniu klanowiczów otrzymałam zaszczyt piastowania rangi adepta medyka. Jak możesz się domyślić, ich stosunek do mnie stał się jeszcze gorszy — zatrzymała się na moment, wzięła głębszy wdech.
— Przeniosłam się do legowiska medyków po przyjęciu imienia Jagnięca Łapa. Jednak wtedy przez jakiś czas żaden klanowicz nie przyszedł prosić o pomoc. Gdy tylko wychodziłam, dochodziły mnie powarkiwania, obelgi i inne przykre słowa. Byłam i wciąż jestem obserwowana. Większość czeka na moje potknięcie. Oczywiście nie spodziewałam się niczego innego. Moja przeszłość wciąż tkwi głęboko w ich sercach. Jest niczym blizna na ich duszach, a mimo to nadal staram się robić, to co kocham — dokończyła, a następnie westchnęła. Posmutniała nieco na wspomnienia, ale zaraz przegoniła tę emocję i powróciła do spokoju sprzed chwili. Nie był to czas na jej smutki.
— Ty również się starasz. Czuję to, a także ogromną siłę drzemiącą w twoim serduszku. Wiem, że na razie możesz mi w to nie wierzyć. Jednak pozwól bym wierzyła na początek i za ciebie. Wzorzysta Łapo, nie jesteś kotem słabym. Nie jesteś gorsza i z pewnością masz potencjał i duży talent. Być może wciąż tego nie odkryłaś, bo to drzemie gdzieś głęboko w tobie i jeszcze się nie obudziło. Każdy z nas odkrywa to z czasem. Pamiętaj jednak, że to nie inni cię kreują tylko ty sama. Twoje życie jest całkowicie zależne od ciebie i twoich łapek — dopowiedziała na koniec, a zaraz położyła leciutko uszka po sobie.
— Wybacz, jeśli się rozgadałam. Przepraszam też, jeśli to, co ci powiedziałam cię w jakiś sposób uraziło. Naprawdę nie miało — mruknęła z wyraźną skruchą. Jej ogon wciąż delikatnie muskał bok Wzorek.

<Wzorzysta Łapo?>
[840 słów]

[Przyznano 17%]

Od Nocy (Nocnej Łapy) do Ognikowej Słoty

Noc kochał wiele rzeczy. Od swojego klanu po swoje rodzeństwo. Od małego uważał, że miłość to najlepsza rzecz pod słońcem i nie zastanawiał się za bardzo nad tym jak to jest być wściekłym na kogoś. Jak to jest nienawidzić kogoś? Noc chciałby powiedzieć, że nie ma kota, którego nienawidzi, jednak to byłoby kłamstwo, a Noc nie lubi kłamać. Zdarza się mu to czasem, jednak unika mówienia nieprawdy.
A prawdą jest, że nienawidzi Klanu Gwiazdy. Do tej pory pamięta rozmowę z Ognikową Słotą. Pamięta tamten wieczór jakby te rozmowa odbyła się wczoraj, a nie księżyce temu. O tym jak kotka przygarnęła go tak przyjemnie do siebie i jak ładnie pachniała. Teraz Noc lubił ten zapach jeszcze bardziej. Ognikowa Słota była mu bliska. Była trochę jak taka starsza siostra dla niego.
Pamiętał, że trzymała go blisko siebie i opowiadała mu o jego rodzeństwie. O tym jak inni są, jak wyglądają. O za krótkim pysku, o chudym ciele. I to wszystko wina Klanu Gwiazdy. Tego przeklętego miejsca, gdzie złe koty idą po śmierci. Oni tak pokarali jego kochane rodzeństwo! Jego kochaną rodzinę!
Noc pamiętał jak wściekły się wtedy czuł. Jakie to było niesprawiedliwe! W oczach Nocy Klan Gwiazdy nie zasługiwał nawet na kawałek spleśniałej myszy! Nie zasługiwał nawet na odrobinę szacunku!
Dlatego też Noc był podekscytowany swoją nocą w lesie. Jako uczeń będzie w końcu mógł ćwiczyć i uczyć się aby móc walczyć z Klanem Gwiazdy! I kiedy tylko został przyprowadzony z samotnego czuwania po środku lasu i dostał swojego mentora, był bardzo z siebie zadowolony. Nawet pochwalił się swoimi planami przez rodzeństwem!
– Tropiąca Łasko! Tropiąca Łasko! – Nocna Łapa, bo tak teraz nazywał się Noc, podbiegł do kotki, kiedy tylko ją zauważył następnego dnia.
– Tak? – szylkretka uśmiechnęła się do niego.
– Co dzisiaj będziemy ćwiczyć? – zapytał się jej przeskakując z łapy na łapę w podekscytowaniu.
– Może najpierw pokażę ci trochę terenów, co? I nasze granice?
– To bardzo dobry pomysł, tak! Poproszę! – Noc skoczył do wyjścia, a Tropiąca Łaska była zaraz za nim.

Po całym tym długim i męczącym spacerze Noc był gotowy na położenie się na posłaniu i zamknięcie oczu. Jednak coś pchnęło go do poszukiwania swojej ulubionej kotki. Przebiegł przez obozowisko, porzucając swoją mentorkę w tyle. Ta tylko odetchnęła. Pewnie miała go już dość na ten dzień. Noc nie zwrócił na nią większej uwagi.
– Słota! – Nocna Łapa mało w nią nie wpadł, kiedy ją znalazł rozmawiającą z innym wojownikiem. Kociak nie zwrócił na niego uwagi. – Pogadamy?
– Możemy. – kotka odparła i rzuciła mu szeroki uśmiech. Pożegnała się z tym drugim wojownikiem i stanęła obok Nocy. – O czym chcesz pogadać
– O Klanie Gwiazdy! – odparł Noc na co kotka rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. – Pamiętasz jak opowiadałaś mi o nich! Teraz jestem uczniem!
– No jesteś uczniem i co w związku z tym? – Słota przysunęła go do siebie łapą.
– Jak to co? niedługo będę wojownikiem! – odparł Noc jakby to była największa oczywistość.
– Już nie tak niedługo! Masz wiele trenowania przed sobą! – Ognikowa Słota poklepała go pomiędzy uszami.
– No dobra, dobra. Ale kiedy będę już silnym wojownikiem chciałbym walczyć z Klanem Gwiazdy! Oni skrzywdziły moją rodzinę i nie zasługują żeby żyć! I będę nimi walczył! I wygram! – Noc wypiął dumnie pierś nie zwracając uwagi na to jak zareagowała jego towarzyszka.


<Ognikowa Słoto?>
[531 słów]

Od Baśniowej Stokrotki

Słońce odsłaniało się zza chmur, budząc koty swoimi ciepłymi promieniami. Dla Baśniowej Stokrotki było to uciążliwe, z powodu jej grubego i długiego futra. Kotce nie odpowiadał taki scenariusz, ze względów na swoją sierść, łatwo się przegrzewała, miała dość upałów. Czasami nawet letnia wodna nie była w stanie jej ulżyć. Jedynie deszcz, którego krople odbijały się echem w jaskiniach, mogły oswobodzić wojowniczkę. Tak właśnie działo się ubiegłego zachodu słońca, gdzie rosa dalej spoczywała na źdźbłach trawy. Białokremowy ogon kocicy muskał ziemię, puch prószył i zamiatał kurz na wszelkie strony, przez co koło kocicy wytworzyła się spora chmura dymu. Wojowniczka odgoniła go łapą, szukając oczami Dryfującej Bulwy, Trzcinowego Szmeru czy Porywistego Sztormu. Stokrotka chciała porozmawiać z kimś bliskim, z kimś, na kim bardzo jej zależało. Do tego w Klanie Nocy dużo się działo, odkąd Szałwiowe Serce zdradził swój dom. Baśniowa Stokrotka go rozumiała, bo sama poświęciłaby dom dla miłości, dla Dryfującej Bulwy, dla jej dzieci. Każdy z nas, z klanu był kociakiem. Każdy miał swoje szalone bądź głupie pomysły. Pomiędzy plotkującymi klanowiczami, kremowa znalazła Trzcinowy Szmer z Niezapominajkowym Życzeniem.
— W zadkach im się poprzewracało — wyszeptała kocica. Szylkretka zdjęła z dymnej listek, a ta cicho zachichotała. Trzcina nieco się zarumieniła, a Niezapominajkowe Życzenie polizała ją w policzek. Starszej kotce zmarszczył się pysk z obrzydzenia. Była tolerancyjna, ale w takiej sytuacji? Baśniowa Stokrotka nie lubiła Niezapominajki. Zawsze śmierdziało od niej bagnami, ale nie za to czuła do niej wstręt. Pręgowana nadęła policzki, zbierając w nich powietrze. Zaraz po tym westchnęła i wydaliła je niewidzialnym dymkiem. "A więc to tak..." — pomyślała. Nie spodziewała się, że jej córka będzie z... Kotką. To słowo ledwo przechodziło jej przez gardło. Dla kremowej było to niezrozumiałe i dziwne... Bo jak one się miały rozmnożyć? Wydać potomstwo na świat, poszerzyć rodzinę! Horyzonty! A nie... To coś. W napięciu Baśniowa Stokrotka odwróciła się od córki, żeby poszukać pozostałej dwójki wspomnianych kotów. Przynajmniej o nich nie musiała się martwić, bo Bulwa nigdy nie porabiał nic dziwacznego, a Porywisty Sztorm nie była wadliwym egzemplarzem. Jednak zanim kotka zdążyła przejść połowę obozu, zobaczyła "upadłego" dla niej księcia. Szałwiowe Serce w przeszłości wydawał się Stokrotce normalnym wojownikiem, jednakże nie mogła powiedzieć tego samego o nim obecnie. Nie po tym, co zrobił. Zabił jej syna z zimną krwią, a później zdradził klan. A kara? Za czasów Baśniowej Stokrotki trzeba było opiekować się starszyzną, czy wykonywać inne żenujące obowiązki ucznia. A to? To nie było dobre dla reszty Klanu Nocy! Co mogły pomyśleć koty, które otrzymały karę w przeszłości? Mandarynkowa Gwiazda traktowała swe dzieci zbyt pobłażliwie, tak jakby jeszcze były kociętami. Kremowa sama musiała to naprostować, bo nikt inny najwidoczniej nie potrafił. Jednak to mogłoby być dla niej ciężkie, bo wojowniczka dobrze wiedziała, że z Mandarynką nie da się dyskutować. Baśniowa Stokrotka ruszyła w stronę legowiska przywódczyni, czując jak, w jej piersi narasta ciężar, podobny do mokrego futra po burzy. Kurz przyklejał się do jej łap, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z goryczą, której nie potrafiła już dłużej przełykać. Mandarynkowa Gwiazda siedziała centralnie przy wejściu, skąpana w resztkach światła, które przeciskało się przez chmury. Wyglądała spokojnie. Zbyt spokojnie, jak na klan, który pękał w szwach.
— Mandarynkowa Gwiazdo — odezwała się Baśniowa Stokrotka, unosząc pysk. Jej głos był szorstki, jakby drapał o kamień. — Musimy porozmawiać.
Przywódczyni otworzyła oczy i spojrzała na nią uważnie. Nie było w tym spojrzeniu ciepła, ale też nie było zaskoczenia. Skinęła głową, a na jej czole pojawiła się drobna zmarszczka.
— Słucham — mruknęła. Srebrzysta, pręgowana kocica z gracją usiadła na legowisku, prostując się i dumnie wypinając pierś. Stokrotka zawahała się tylko przez ułamek sekundy.
— To, co robisz z Szałwiowym Sercem… to nie jest sprawiedliwość. To kpina i coś, co nie zachwyciłoby samego Klanu Gwiazdy. Zdradził klan, a ty pozwalasz mu chodzić po obozie, jakby nic się nie stało.
Mandarynkowa Gwiazda westchnęła cicho.
— Kara została ustalona — skwitowała, gładząc delikatnie futro.
— Kara? — prychnęła Stokrotka. — Za naszych czasów koty płaciły za takie czyny księżycami. Służbą i poczuciem odpowiedzialności za własne czyny i występki. A teraz? Jaką wiadomość wysyłasz reszcie klanu? Że zdrada popłaca? — wysyczała. Przez chwilę zapadła błoga cisza. Słychać było tylko szelest trawy i cichy szmer rozmów w oddali. Mandarynkowa Gwiazda wstała, jej sylwetka odcięła się wyraźnie na tle nieba.
— Wysyłam wiadomość, że nie chcę więcej krwi — odpowiedziała zirytowana. — Klan Nocy już wystarczająco jej stracił. — Przywódczyni podniosła ton. Baśniowej Stokrotce zadrżały wąsy.
— Mówisz, że nie chcesz więcej krwi, a mój syn? Szałwiowe Serce ma na swoich łapach krew mego syna. Zdradził klan, którego przysięgał zawzięcie bronić, przestrzegać kodeksu wojownika — miauknęła Stokrotka. Przywódczyni patrzyła na nią przez dłuższą chwilę, po czym jej źrenice zwęziły się.
— Pomyślałaś, ile kotów zginęło przez Pluskający Potok, a ile przez Szałwiowe Serce? — rzuciła srebrzysta, zimnym wzrokiem spoglądając na wojowniczkę. — Wydzielanie kar i sprawiedliwości to mój obowiązek, koty Klanu Nocy zaufały mi i powierzyły w moich łapach dowodzenie. Szałwiowe Serce nauczył się, że zdrada klanu do niczego nie prowadzi. Z wiekiem przybywa nam więcej odpowiedzialności — rzuciła.
— Odpowiedzialność to też stawianie granic — odparła kremowa.
Ciemna końcówka ogona Mandarynki poruszyła się niespokojnie, ta poruszyła wibrysami, które wskazywały na wojowniczkę.
— Zaczęłyśmy biegać, zanim nauczyłyśmy się chodzić. Wiesz, o co mi chodzi. Mandarynkowa Gwiazdo, traktujesz swoje dzieci zbyt pobłażliwie. Przyjmujesz obce koty do klanu, co może doprowadzić do zdrady i tragedii! — syknęła Baśniowa Stokrotka, irytując się na przywódczynię. — Nawet nie zdecydowałaś się podwoić patroli, wciąż nie mamy pewności czy sprawa z Pluskającym Potokiem się nie powtórzy. Dobrze wiesz, co oznaczało zniknięcie Czereśniowego Pocałunku, a Klan Gwiazdy nie mściłby się na nas bez powodu. — wytłumaczyła jej. Jednak srebrzysta kotka patrzyła się w ziemię, mając pazury na wierzchu. — Rozumiem, my też byłyśmy uczennicami, z dennymi i bezsensownymi pomysłami, ale to? Szałwiowe Serce jest już dorosłym wojownikiem, a za zdradę klanu trzeba odpokutować. Siedzenie w obozie nie odkupi jego win, kiedy kara się skończy, znowu nie mamy pewności, czy zrobi to ponownie — wymruczała, stawiając uszy do góry. — Nie wiem, co koty z Klanu Nocy w tobie widziały, skoro potrafisz tylko ignorować własne problemy. Zachowujesz się jak napuszone kocię, które dopiero co skończyło ssać mleko! Prędzej czy później stanie się coś złego, a ty zdążysz za to zapłacić najcenniejszą ofiarą — powiedziała.
— Wyjdź… — warknęła pod nosem Mandarynkowa Gwiazda. Baśniowa Stokrotka obróciła tylko łeb, spoglądając na nią z dezaprobatą. — Powiedziałam, wyjdź! — krzyknęła, a jej ogon jak bicz uderzył w ziemię.
Pręgowana wycofała się ze strefy wroga, uciekając do legowiska wojowników. Wojowniczka sama nie wiedziała, że przywódczyni była tak wrażliwa, chociaż nawet nie powinna jej tak nazywać. Ona nie zasługiwała na miano liderki, póki grzech Klanu Gwiazdy spoczywał na jej sumieniu. Stokrotka nie miała pojęcia, że ktoś podsłuchał ich rozmowy. Ciemnoniebieskie ślepia zniknęły w ciemnościach, pozostawiając po sobie tylko ciszę.
***
Zaproszenie od samego zastępcy Klanu Nocy na patrol wydawało się zaszczytem. Baśniowa Stokrotka mogła to poczuć, bo to właśnie ją arlekin zaprosił na przechadzkę. Kremowa wojowniczka usiadła przed wejściem do obozu, czyszcząc sobie futro. Z krzaków wyłonił się Błękitna Laguna. Opuścili obóz, zanurzając się paprociach, w znane ścieżki prowadzące ku rzece. Gdy dotarli do rzeki, chłodnej i szerokiej, o nurcie niosącym drobne gałęzie i opadłe liście, Błękitna Laguna zwolnił, zsunął się do wysokości, gdzie czuć mógł wodę tylko na łapach. Czarny arlekin nie patrząc się w tył, wskoczył do wody, brnąc dalej i zwinnie machając łapami. Stokrotka przekręciła łeb, westchnęła, po czym popłynęła w ślady księcia. Z trudem poruszała się w wodzie, czując jak ciąży na niej ciężar mokrego futra. Letnia nieco zimna woda, zaczęła szczypać Baśniową Stokrotkę w skórę, a zwłaszcza w okolicy ran po bitwie. Kocica czuła, jak lodowata ciecz oplata jej łapy i brzuch, odbierając na chwilę oddech i zmuszając mięśnie do równej, miarowej pracy. Płynęli równolegle, bez rozchlapywania, pozwalając nurtowi prowadzić się tylko odrobinę, zanim odbili w stronę przeciwległego brzegu, gdzie ziemia była twardsza, a trawy rosły wyżej i gęściej. Po wyjściu z wody nie zatrzymali się, choć futra ciążyły od wilgoci, a chłód wciskał się pod skórę. Krótka przebieżka pozwoliła rozgrzać ciało i strząsnąć większość kropel, które wpadły w trawę, pozostawiając za nimi ledwie widoczną ścieżkę. Zastępca raz jeszcze spojrzał się w stronę obozu, jakby na coś wyczekiwał, albo na kogoś? Poruszył delikatnie wibrysami, wskazując las, kiwając do pręgowanej, ruszył na przód, znikając za krzewami. Widocznie czarno biały kocur nie był zbyt rozmowny, jednak czegoś od niej chciał. Kocica przełknęła ślinę, zanurzając się w pobliskie paprocie, gdzie z oczu zniknął jej wcześniej Laguna.
Zapach rzeki szybko ustąpił miejsca woni suchej ziemi i starych liści, a po kilku długościach lasu między drzewami wyłoniła się konstrukcja, której nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym. Zrujnowany Most rozciągał się przez całą szerokość rzeki, a wystające z wody belki rzeczywiście przypominały ucięte w niecodzienny sposób pieńki cienkich drzew, nierówne i śliskie, z niektórymi połączonymi deskami, które wyglądały na nadgryzione przez czas i wodę. Błękitna Laguna zatrzymał się tylko na moment, oceniając odległości między wystającymi fragmentami, po czym ruszył pierwszy, skacząc z precyzją i spokojem, które zdradzały wielokrotne wcześniejsze przejścia. Baśniowa Stokrotka ruszyła za nim, czując napięcie w łapach przy każdym odbiciu, mierząc wzrokiem kolejne lądowania i skupiając się na równowadze, bo nie wszystkie odległości były równe, a jeden źle obliczony skok mógł skończyć się nieplanowaną kąpielą. Drewno było śliskie, ale stabilne tam, gdzie należało, a woda pod spodem płynęła nieprzerwanie, obojętna na ich obecność. Kiedy dotarli na drugi brzeg, Baśniowa Stokrotka poczuła krótką ulgę, która szybko ustąpiła skupieniu, bo teren po tej stronie rzeki był mniej uczęszczany, a zapachy nie układały się w znane wzory. Wysokie trawy falowały lekko, skrywając ziemię i wszystko, co mogło się pod nimi kryć, a Błękitna Laguna prowadził prosto w ich głąb, nie zostawiając wyraźnej ścieżki, jakby chciał, by droga nie była łatwa do odnalezienia. Im dalej szli, tym wyraźniej rysowały się przed nimi smukłe pnie młodych i starszych brzóz, jasne i gładkie, z cienkimi gałęziami, które szeleściły cicho przy każdym podmuchu wiatru. Brzozowy Zagajnik sprawiał wrażenie miejsca spokojnego, niemal lekkiego, z jasnym światłem przesączającym się przez liście i miękką ziemią pod łapami. Baśniowa Stokrotka wciąż słyszała opowieści, które chodziły po żłobku, jak i w plotkach uczniowskich, że dawno temu rozgrywały się tam bitwy i krwawe walki. Ona sama słyszała te pogłoski wiele razy. Gdy minęli ostatnie brzozy, krajobraz zaczął się zmieniać, a ziemia stawała się twardsza, porośnięta inną roślinnością, z której unosiły się zapachy nieobecne po stronie klanu. Były to tereny, które nie zostały jeszcze do końca odkryte, bez wydeptanych ścieżek czy wyraźniejszych oznaczeń zapachowych. Nagle kremowa poczuła ukłucie gdzieś za plecami, gdzie Błękitna Laguna wbił jej pazury.
— Co robisz! — jęknęła Stokrotka. Instynktownie zrzuciła księcia z pleców, z których wylewały się już cienkie strużki krwi.
— Moja matka opowiadała mi pewną historię. Szanowany kot poświęcił się dla innych. Smętna bajeczka dla kociąt, jednak prawdą jest to, że nie pomogła mu wojowniczka, będąca najbliżej. Zdradziła klan, nie sądzisz? Rachunki muszą zostać wyrównane — powiedział Błękitna Laguna niskim, chropowatym głosem, gdy zatrzymali się na skraju nierównego terenu, gdzie ziemia zapadała się wśród korzeni i kęp traw. — Oko za oko, życie za życie — kontynuował, wysuwając pazury. — Nie zasługujesz na życie w Klanie Nocy, dlatego tu jesteśmy. Ukrócę twoje cierpienie i sam się ciebie pozbędę — dokończył. W mgnieniu oka ponownie podbiegł do wojowniczki, próbując zamachnąć się na nią łapą. Jednak ta cudem odskoczyła, unikając większego rozlewu krwi.
— Stój! — pisnęła, jednak biały nie zamierzał ustąpić. Baśniowa Stokrotka cofnęła się o krok, łapy ślizgały jej się na twardej ziemi. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, a w gardle utworzył się supeł, którego nie mogła tak łatwo rozwiązać. W brzuchu urosło nieprzyjemne uczucie. Kocur rzucił się na nią, fukając i warcząc. Jego łapy uderzyły w jej bok z taką siłą, że powietrze uciekło z jej płuc. Stokrotka zatoczyła się, ale instynkt wojowniczki kazał jej odpowiedzieć. Zamachnęła się pazurami, rozcinając mu bark. Ciemna krew bryznęła na trawy, zwierzyna nieopodal nich uciekła w popłochu, a wszystko, co żyło w lesie, nagle ucichło, pozostawiając tylko odgłosy walki. Biało czarny zastępca syknął, lecz nie cofnął się nawet na krok. Odrzucony na bok, napiął mięśnie, rzucając się na wojowniczkę. Otworzył pysk, wbijając zęby w jej przedramię, z których powoli tryskała szkarłatna krew. Ból eksplodował w jej ciele, okrutny i bolesny, jednak ta nie mogła ukazać skruchy. Stokrotka zawyła, szarpnęła się, czując, jak skóra pęka pod jego szczękami. Uderzyła go łapą w pierś, a potem pazurami przejechała po jego pysku. Na jego białym futrze pojawiły się czerwone smugi. Oboje odskoczyli, dysząc ciężko. Księżyc odbijał się w ich oczach, a ziemia wokół była już splamiona krwią.
— Nie zmuszaj mnie — warknął Błękitna Laguna, krążąc wokół niej. Baśniowa Stokrotka odpowiedziała głuchym warczeniem i rzuciła się pierwsza. Ich ciała zderzyły się z głuchym łoskotem. Przetoczyli się po ziemi, łapy plątały się ze sobą, a pazury szukały miękkich miejsc pod futrem. Laguna wbił pazury w jej brzuch, gdzie ta próbowała szybko odskoczyć. Stokrotka poczuła, jak coś w niej pęka. Ciepło rozlało się po jej podbrzuszu. Krzyknęła, kopnęła go tylnymi łapami i zdołała się wyswobodzić, zostawiając w jego uścisku kępę kremowego futra. Zatoczyła się, krew kapała z niej na ziemię, gdzie piękna polana zamieniła się w krwawe pogorzelisko.
— Myślisz, że to sprawiedliwość?! — wypluła, chwytając równowagę. Zastępca wypluł ślinę z pyska, patrząc się na pręgowaną. Zadarł nos, po czym zaczął biec w jej stronę, wybijąjąc się z kamienia skoczył wprost na nią. Tym razem trafił, a jego bark uderzył w jej pierś, przewracając ją na plecy. Zanim Stokrotka zdążyła się podnieść, był już nad nią. Szczęście dopisało kotce, że jej futro było zbyt grube i splątane, żeby ten znalazł szyję pazurami. Niestety ten nie odpuścił, z furią w oczach wgryzając się w łapę ofiary. Stokrotka poczuła palący ból, a potem lepkość krwi spływającej po futrze. Wbiła mu zęby w ucho, po czym rozdarła je. Laguna tylko ryknął i uderzył jej głową o ziemię. Świat wokół niej wirował, a obraz rozmazywał się. Baśniowa Stokrotka była za stara, słaba na taką bezlitosną i brutalną walkę. Zdołała się odturlać, chwiejąc się na trzech łapach. Każdy oddech i sapanie przypominało jej, że nigdy nie była stworzona do czegoś takiego. Cofnęła się, nieświadoma, że za jej plecami ziemia opadała gwałtownie. Wojowniczce udało złapać przednimi łapami skały, gdzie ta kruszyła się z każdą chwilą. Woń krwi wisiała w powietrzu, tak samo, jak unoszący się zapach zdrajcy. Błękitna Laguna wbił pazury w łapy kotki, a ta jęknęła z bólu.
— Czy gdzieś już tego nie widziałem? — zapytał Laguna. — Ach… No tak, skończysz tak, jak twój syn. Odrzucona przez wszystkich, zabita przez pobratymca, zadziwiająco podobne, czyż nie? — Musnął kocicę ogonem.
— Z takim grzechem… K-Klan Gwiazdy nigdy cię nie przyjmie — ledwo co wydusiła z siebie kremowa.
— Kto powiedział, że chce tam iść — wysyczał, puszczając łapy Baśniowej Stokrotki. Zanim ta zdążyła czegokolwiek się chwycić, zaczęła spadać. Najpierw uderzyła o wystające korzenie, potem o kamienie. Każde zderzenie wyrywało z niej powietrze, posoka wydobywała się z niej niczym żywica z uszkodzonego drzewa. W końcu runęła na dno głębokiej dziury z głuchym trzaskiem. Oczy miała przymknięte, z jej niebieskich ślepi wylewała się wola życia. Nim zabrzmiało jej ostatnie tchnienie, kremowa zamknęła oczy, chcąc poczuć spokój.
***
Księżyc znowu wyłonił się zza chmur, rozświetlając swoim blaskiem cały las. Baśniowa Stokrotka leżała wśród splątanych korzeni i kamieni, z futrem posklejanym krwią i błotem. Poruszanie się było dla niej ciężkie, bo zdawało jej się, że do rany wdało się zakażenie. Ta z trudem uniosła głowę, rozglądając się po dziurze. Kremowa musiała udać się do obozu, ale to zdawało się zbyt ryzykowne. W takim stanie nie oszczędziliby jej, bo Błękitna Laguna mógł wcisnąć im tanią bajeczkę. Stokrotka była pewna, że długo tak nie pociągnie, a znalezienie medyka będzie trudne. Jednakże na początku, wojowniczka musiała zabrać z klanu swój najcenniejszy skarb — Dryfująca Bulwa dalej tam siedział, zakłopotany nie wiedząc, że jego partnerka nic nie zrobiła. Pręgowane ciało kotki powoli się podniosło, odkrywając przy tym kolejne guzy czy siniaki. Co jak co, ale zastępca był w tej walce brutalny. Baśniowa Stokrotka otrzepała się z grudek ziemi, próbując lepiej wyglądać, ale teraz wyglądała jak czerwony pomidor. Jej niebieskie ślepia próbowały znaleźć drogę ucieczki, przez korzenie czy pnącza. Równie dobrze, kremowa mogła wspiąć się na drzewo, jednak w obecnym stanie każdy krok był dla niej wyzwaniem, będzie to ciężkie do osiągnięcia. Wojowniczka splunęła krwią z pyska, próbując odetchnąć. Wibrysy podniosły się kotce do góry, a do nozdrzy wpełzł coraz to bardziej znajomy zapach. Bicolorka podciągnęła się, szybko wysuwając pazury, które wbiły się w korę drzewa. Tak raz za razem Stokrotka podnosiła się, człapiąc po drzewie jak gąsienica. Zwalony pień umożliwił jej przedostanie się na górę, co poprawiło jej humor. Kolejnym zadaniem było odnalezienie jej partnera, jednak ten mógł szwędać się po lesie, sam albo z patrolem. Do tego drugiego, Stokrotka miała wielkie wątpliwości, bo musiała uważać na wszystko, co chodzi i się rusza. Kremowa obniżyła się do pozycji tropiącej, zużywając jak najmniej miejsca i kroków. Kocica wolała minąć Brzozowy Zagajnik, bo tam patrole przechodziły cały czas. Gdzieś w powietrzu Baśniowa Stokrotka wyczuła zapach Kijankowych Moczarów, Porywistego Sztormu i Świteziankowego Jeziora. Pręgowana minęła to miejsce, a zza paproci ukazał jej się kolejny punkt, czyli Zrujnowany Most. Tego jednak nie mogła pokonać sama, bo gdyby się zawahała, spadając, nurt ukończyłby jej cierpienie. Dlatego wojowniczka wskoczyła do krzaków, czekając na swojego zbawcę.
— Stokrotko! Baśniowa Stokrotko! — Usłyszała. Kotka podniosła uszy, nieco wychylając się z krzaków. Dryfująca Bulwa nawoływał ją, ale chodził po lesie jak niezdarne kocię. Stokrotka westchnęła, bo kocur był jej ostatnią deską ratunku. Bicolorka wygrzebała się z paproci, ukazując się wojownikowi.
— Stokrotko! — zawołał. — Nic Ci nie jest? — wymruczał, kładąc łapę na jej ramieniu.
— A J-jak ci się wydaje? — rzuciła. Napinając mięśnie, kotce udało się rozprostować kończyny i wstać, mimo że co chwilę chwiała się jak pałąk na wietrze.
Baśniowa Stokrotka pozwoliła sobie oprzeć ciężar ciała o bok Dryfującej Bulwy, czując, jak jego ciepło powoli przenika przez jej przemoczone i posklejane futro. Przez chwilę tylko oddychała, zbierając myśli, a potem uniosła pysk i spojrzała na niego spod zmęczonych powiek.
— To nie był wypadek — powiedziała cicho, a jej głos brzmiał chropowato.— Błękitna Laguna wyprowadził mnie poza granice, złamał kodeks, atakując mnie — dokończyła, gładząc sobie futro. Na pysku czarnego pojawiła się skwaszona mina, jakby nie mógł tego pojąć. Kremowa widziała, jak napinają mu się barki, jak pazury mimowolnie wysuwają się z poduszek łap. Bulwa milczał tak przez dłuższą chwilę, a jego oczy powędrowały w stronę obozu.
— C-co robimy, nie zostawimy tego tak, prawda? — miauknął.
— Oczywiście, że nie. To miejsce dawno już zeszło na psy, przez takie koty jak Mandarynkowa Gwiazda czy jej dzieci. Zastępca klanu zamienił piękną sielankę w pogorzelisko jak na wojnie. Musimy uciec, jak najdalej i jak najszybciej. — jęknęła.
— Jednak mam dla nich prezent, ale musisz coś dla mnie zrobić — oznajmiła. Kocur przekręcił nieco łeb z zakłopotania, ale wystarczyło się tylko wsłuchać, żeby to pojąć. Po wytłumaczeniu całego planu Dryfująca Bulwa pomógł partnerce przedostać się na drugą stronę Zrujnowanego Mostu. Zadaniem burego było upolowanie zwierzyny i bezszelestne przedostanie się do obozu. Pręgowana przedostała się na pagórek Kolorowej Łąki. Wojownik wydobył spod ziemi blade, kruche stokrotki i rozsypał je pomiędzy legowiskami, pozwalając, by ich delikatny zapach zmieszał się z nocnym powietrzem. Potem rozciął skórę królika i szerokimi smugami rozlał krew po ziemi, kamieniach i suchych liściach, miała to być wiadomość dla zdrajcy, żeby wiedział, że Baśniowa Stokrotka dalej żyje. Biało czarny zastępca miał na łapach przelaną krew i dopuszczenie się zbrodni, kiedyś nadejdzie jego sąd, ale nie teraz czy za kilka księżyców.
Stokrotka i Bulwa opuścili tereny Klanu Nocy, uciekając od zmartwień, czy wyrzutów. Musieli tylko dopiąć swego, znajdując miejsce, gdzie spędzą resztę życia. Razem i na zawsze, aż po kres kociej ziemi.

Od Promiennej Łapy CD. Psotnego Nietoperza

– Obserwuj uważnie. Wiem, że szybko załapiesz, o co chodzi. – Psotka pokazała jej wszystko co Promyk musiała umieć. Tak. Jednak to nie złagodziło stresu jaki nagle zalał Promyk. Od głowy do czubków paluszków czuła się bardzo niepewnie, kiedy zbliżyła się do kraba, który miał stać się jej ofiarą. Zbliżyła się powoli i skupiła na tym czerwonym monstrum poruszającym się niedaleko jej łap. Kiedy tylko ją zauważył próbował uciec, ale Promienna Łapa zastąpiła mu drogę.
– Co.. Co było dalej? – Promyk zapytała się swojej mentorki. Piasek drapał ją w łapy, chciała już skończyć ten trening.
– Pacnij go, tak żeby się obrócił. Musisz złapać go za bok skorupy. – Psotka podyktowała jej co ma robić. No dobra! Czas spróbować. Promyk przesunęła swoją łapę bardzo szybko, podnosząc odrobinę piachu ze sobą i uderzyła w stworzenie. To tylko zakiwało się na nogach i podniosło swoje szczypce. Zupełnie jak wtedy, kiedy Psotka próbowała pokonać swojego, ale jej poszło to lepiej.
– Spróbuj jeszcze raz! – zachęciła ją jej mentorka. – Uważaj na szczypce!
Promyk przymierzyła się do kolejnego ataku. Tym razem trafiła w tył skorupiaka i ten przetoczył się tak aby Promyk mogła go chwycić w pyszczek. Zadowolona z siebie podniosła głowę i spojrzała na Psotkę, która uśmiechnęła się po czym zrobiła wielkie oczy. I wtedy Promyk poczuła ból w policzku. Wypuściła kraba ze swojego pyszczka i podskoczyła. Stworzenie uczepiło się jej sierści i skóry jak tonący brzytwy i nie chciało puścić. Promyk chwyciła go w łapy i starała się odepchnąć go od siebie, ale to nie działało, więc zaczęła trząść głową na boki. W końcu wymierzyła tak aby uderzyć krabem o jeden z kamieni, co spowodowało że ten padł w piach na plecach puszczając jej sierść. Promyk spojrzała na niego z nienawiścią w oczach.
– Auć… – skomentowała to po czym chwyciła go z powrotem w pysk i zmierzyła wściekłym wzrokiem swoją mentorkę, która śmiała się w najlepsze.
– Oh. To było dobre. A teraz, chodź. Otworzysz go!-- Psotka machnęła na nią łapą zapraszając ja do kamienia obok którego siedziała.

Promyk otwiera kraby jak profesjonalistka już od samego początku. To nie było trudne. Wystarczyło odpowiednio mocno nim stuknąć o skałę i skorupa pękła jak jajko. Potem tylko wybierało się resztki i można było zanieść zdobycz do obozu.
– Dobrze ci poszło! – Psotka uśmiechnęła się do Promyk w drodze powrotnej. Promyk rzuciła jej zrezygnowane spojrzenie.
– Pogryzły mnie. – mruknęła. Po tym jednym, którego rozbiła miała poćwiczyć jeszcze parę razy. Każdy, dosłownie każdy z krabów, którego Promyk wzięła w pysk chwycił ją w swoje szpony. Jeden nawet pogryzł ją w łapę, kiedy próbowała go pobić. Oczywiście wszystkie wylądowały koniec końców na kamieniu i zostały rozbite, ale Promyk straciła kępek futra na policzku i była niezadowolona.
– Zdarza się nawet najlepszym. Nie jest to najprzyjemniejsze uczucie, ale jak na pierwszy raz złapałaś ich całkiem sporo. I nie miałaś problemu ich rozbijać!
– Dzięki. Trochę mi to poprawia humor, ale… chyba muszę dowiedzieć medyka. – Promyk skrzywiła się na samą myśl. Przynajmniej jest tam Jagnięca Łapa.
– Definitywnie! – Psotka zaśmiała się pod nosem.


<Psotny Nietoperzu?>
Czego mnie jeszcze nauczysz?

[otwieranie krabów]
[490 słów]

Od Słonecznego Fragmentu

Słoneczny Fragment spoglądał na klanowe tereny pokryte grubą warstwą śniegu. Wypuścił z pyska sporych rozmiarów kłębek pary, mając przez cały czas spojrzenie utkwione w miejscu, gdzie kilka wschodów słońca temu trop Pacynki był jeszcze wyczuwalny. Niepotrzebnie zwlekał z poinformowaniem Burzowych Chmur o odejściu jego partnerki. Przewodnik mimo gorszego samopoczucia w ostatnim czasie, z łatwością dostrzegł, jak zachowanie niebieskiego zmieniło się diametralnie po dołączeniu do klanu innej ciężarnej kocicy. Mniej ochoczo zaglądał do żłobka, w celu odwiedzenia córek, które narodziły się z umowy pomiędzy nim a Słodką Dziewanną.
– Nie powinieneś być taki surowy dla Krokus... – wymruczał Słońce, zerkając na towarzysza, który zajął miejsce na białym puchu tuż obok niego. – To nie jej wina, że jej futerko jest brązowo-czarne. Powinieneś ją tak samo traktować, jak Rybeczkę i Równonoc…
– Ona nie jest moją córką. Wiesz to ty, ja, medycy, wszyscy dookoła. To nie możliwe, aby moje kocię nie tyle, co z wyglądu, ale również ze sposobu bycia było aż tak podobne do Poczciwego Dziwaczka... I z tego powodu nie mogę się do niej przekonać, nie ważne, jak bardzo się staram... Chociaż tyle, że jej obecność wywołuje na pysku Dziewanny uśmiech. – Pokręcił głową, strzepując z karku płatki śniegu. – Martwię się o Pacynkę. Zima jest sroga, wręcz zabójcza dla samotnej karmicielki z młodymi. – Zmrużył oczy. – Porozmawiam z Zawodzącym Echem. Powiem mu o nas, o Pacynce i naszych kociętach. Poproszę go o możliwości udania się w teren, by móc ją sprowadzić do klanu.
Słoneczny Fragment milczał. Los Pacynki, mimo że pragnął, aby był mu całkowicie obojętny, wcale taki nie był. Miał nadzieję, że kocicy udało się znaleźć bezpieczne schronienie, gdzie była w stanie zająć się kociętami.
Jego kociętami.
Wziął głęboki wdech, nim zwrócił się do Burzowych Chmur.
– Wyprawa w nieznane o tej porze roku i w taką pogodę będzie zabójcza. Pomogę ci ich odszukać. Jestem ci to winien.
~~~
Gdy Burzowe Chmury przeprowadzał rozmowę z Zawodzącym Echem, do przewodnika zbliżyła się siostra jego własnego ucznia, którego zyskał w spadku po odejściu Kwiecistej Kniei. Albinoska spoglądała uważnie na przewodnika, na co kocur zareagował prychnięciem.
– Coś się stało, Wełnista Mszyco? – spytał młodą asystentkę medyka, która niemalże natychmiast w odpowiedzi pokręciła łebkiem. Zajęła miejsce tuż obok Słońca i zwiesiła łebek, tak jakby ciężar noszony na jej barkach zaczął być cięższy.
– Ch-chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej na temat kociąt, o które tak się martwiłeś... – zaczęła łagodnym tonem. Dostrzegając zaskoczony wyraz pyska kocura, ściszyła nieco głos, lecz kontynuowałam bez zająknięcia. – Gdy byłeś chory, Słoneczny Fragmencie, Biała Łapa poprosił, abym do ciebie zajrzała. W trakcie leczenia nakazałeś mi uważać na burą kotkę kręcącą się przy granicach o imieniu Pacynka. Poza tym poprosiłeś, abym poprosiła przodków o zapewnienie twoim kociętom bezpieczeństwa...
– Ciszej! – zawołał Słoneczny Fragment, ogonem zasłaniając pysk asystentce. Spojrzał w kierunku pomieszczenia, w którym jego były uczeń nadal przeprowadzał rozmowę z zastępcą i być może z liderem? Nie był pewny czy Królicza Gwiazda towarzyszył również kocurom podczas rozmowy, nie tyle, co się udzielając, ale wysłuchując tego, co ma do powiedzenia niebieski. – Nie ma żadnych kociąt…
– Okłamujesz mnie, Słoneczny Fragmencie. – Na pyszczku Wełnistej Mszycy pojawiły się zmarszczki. Determinacja w jej spojrzeniu sprawiła, że kocur przełknął ślinę, obawiając się, że zaraz zostanie potraktowany piorunem przez albinoskę za spłodzenie kociąt z samotniczką. Wiedziała to. Musiała wiedzieć. Jako gwieździsty pomiot na pewno to widziała i być może miała zamiar ukarać za to Słoneczny Fragment, jak i za samo zauroczenie się w Wielenim Szlaku. Chociaż, Klan Burzy w sprawie kociąt, którego jeden z rodziców był samotnikiem czy nawet pieszczochem był do tej pory łagodny. Być może miał na to wpływ fakt, że większość członków klanu za młodu została znaleziona przez patrole jako znajdki? – Chcę ci pomóc, jednak jeśli nie zechcesz mi pomóc zrozumieć swojej sytuacji, nie będę w stanie ci pomóc – miauknęła, po czym westchnęła, siląc się na swoje własne wyznanie. – Jeśli chodzi o Pacynkę... prawdopodobnie się z nią spotkałam. To ona była tym "lisem", który mnie zaatakował... – Nos asystentki drgnął nerwowo na samo wspomnienie spotkania z samotniczką. – To do niej chciałeś mnie przeprowadzić, prawda? To ona była tą samotniczką przy granicy, która spodziewała się kociąt... I to ona była tą kotką, którą patrol przepędził...
Między przewodnikiem a asystentką medyka zapadła długa i ciężka cisza. Oboje milczeli, wpatrując się w kamienną posadzkę Skruszonej Wieży. W końcu na korytarzu mignęło niebieskie futro Burzowych Chmur, jednak Słoneczny Fragment, jak siedział, tak siedział. Nawet głos przyjaciela nie wytrącił go z dziwnego transu, w który wpadł.
– Burzowe Chmury... Chciałabym porozmawiać z tobą o twoich kociętach... – podjęła nagle Wełnista Mszyca, zbliżając się do niebieskiego. – Chodzi o Krokus...
Słoneczny Fragment przez cały czas miał wzrok wbity w posadzkę. Rozmowa z asystentką zamiast nadziei, ukojenia, sprawiła, że zdecydował się na coś, na co kilka wschodów słońca, by się nie zdecydował.
Odprowadził spojrzeniem Burzowe Chmury i Wełnistą Mszycę, którzy zniknęli na parterze, a sam spojrzał w kierunku legowiska, z którego wychyliła się głowa Zawodzącego Echa. Kocur również miał zamiar opuścić Skruszoną Wieżę.
– Zawodzące Echo, poczekaj! Chciałbym z tobą porozmawiać. Myślę, że to ważne i powinieneś, o tym wiedzieć. Królicza Gwiazda również.

Od Kurki CD. Smugi

– Na patrol? Z wami… – Kurka spojrzał na swojego brata, który był pochłonięty rozmową. Od dawana nie przebywał z nim za wiele, ale nadal o niego dbał. Chociaż ta cała sytuacja z Czajką wpływała na jego postrzeganie większego kocura. Zachowywał się niepoprawnie i tyle. No cóż… Tak czasem bywało w życiu i Kurka miał na razie niewielki wpływ na tego kota.
– Proszę! – Smuga przeskoczył z łapki na łapkę.
– No dobrze. Mogę pójść z Wami, o ile Topola i Żagnica się zgodzą! – Kurka oznajmił młodszemu. Uczeń widocznie ucieszył się na jego stwierdzenie. Kurka wstał ze swojego miejsca i podszedł do reszty kotów, po czym musiał poczekać parę sekund, aby wdrożyć się do konwersacji ze swoją sprawą.
Żagnica zmierzył go ostrym spojrzeniem i już miał coś powiedzieć, ale Topola wypowiedział się pierwszy.
– Przyda nam się… zwiadowca. – mruknął, na co srebrny kocur porzucił swój komentarz.
– Dobra. Niech wam będzie. Ruszamy za chwilę. – Żagnica machnął ogonem, a Kurka mu przytaknął, po czym wrócił do siedzącego samotnie Smugi.
– Załatwione. – poinformował młodego ucznia.
– Dzięki! – Smuga uśmiechnął się do niego.

Patrole jak każdy inny bywały często nudne. Nic się na nich nie działo, poza okazjonalną myszką przebiegającą po runie leśnym, spłoszona przez dźwięk wielu kocich łap. Kurka nie bardzo wiedział, na jaki rodzaj patrolu się zapisał, ale najwidoczniej nie było to polowanie. Chociaż może po prostu szli gdzieś dalej.
Borowik szedł zaraz krok za Topolą, który z uniesionym ogonem parł przed siebie, jakby wiedział dokąd idą. Żagnica nie był mu dłużny, idąc równym tempem niedaleko jego boku. Za to Kurka i Smuga szli bardziej z tyłu. Kurka odetchnął cichutko i spojrzał na korony drzew. Zieleń przykryła je jak delikatny kocyk i zapraszała go między swoje objęcia. Normalnie Kurka siedziałby między nimi i spoglądał na świat z dołu, jednak patrol z wojownikami zakładał najczęściej trasę bardziej… przyziemną.
– Jak ci idzie szkolenie? – Kurka w końcu przerwał ciszę, jaka towarzyszyła ich patrolowi. Żagnica nie skomentował.
– Chyba dobrze. – Smuga zerknął na starszego jednym okiem.
– Chyba? – Kurka uśmiechnął się pod nosem. Kiedy zwiadowca sam był uczniem, wątpił w siebie jeszcze bardziej. Smuga wydawał się znacznie bardziej pewny. Już za kociaka mówił, co myślał. Z pewnością odziedziczył to po ojcu.
Na myśl o Czerwcu Kurka uśmiechnął się tylko mocniej. Musi go gdzieś złapać i zagadać znowu. I koniecznie nazwać wujkiem, tylko po to, aby popatrzeć jak się krzywi!
Kurka zerknął na Smugę, który chwilę się zastanawiał nad odpowiedzią.

<Smuga? Jak tam idzie trening?>

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki (Wąsatkowej Łapy)

Przeszłość

Pytanie Wąsatki o matkę długo wisiało w powietrzu, jeszcze po tym, jak wojownik opuścił żłobek, podrzucając śpiącą córkę królowej, u której boku spoczywała trójka rodzeństwa. Na ten widok zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie czas, gdy zamiast nich przebywały inne kocięta, a mianowicie Gwiazdnicowy Blask, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont. Na samą myśl o tak naprawdę dwójce zdrajców, machnął gniewnie ogonem i w ciszy posprzątał po swoim posiłku. Oczywiście parę piór pozostawił, by kocięta miały się czym bawić, a jak nie to dodać je do legowisk królowych — niby nie byłoby to nic wielkiego, ale zawsze coś.Pustułkowy Szpon bez obaw o biało-czarną kotkę, udał się na patrol. Zbliżał się koniec pory opadających liści, podobnie jak przyszłe ceremonie mianowania kociąt. Miał nadzieję, że tej uda się przetrwać samotną noc w lesie, pomimo swojej niepełnosprawności związanej ze wzrokiem.
“Co za ironia losu. Półślepy wojownik ratuje życie kociakowi, który ma także problemy z oczami” — pomyślał, przechadzając się po terenach klanu. Oprócz odbycia łowów miał zamiar poszukać samotnych kotek, z nadzieją, że trafi na tę, która się okaże matką Wąsatki. Oczywiście nie miał zamiaru jej oddać biologicznej rodzinie — widać było, jak bardzo się odpowiedzialni, skoro młódka niemal się utopiła. Plan miał prosty, a jednak dość niemoralny. Miał zamiar pozbyć się samotniczki, by później przekazać córce, że ta niestety albo stety nie żyje. A jak mu się to nie uda, to po prostu wciśnie koteczce jakieś kłamstwo, była łatwowierna i zapatrzona w niego jak w ostatni cud przodków, co zamierzał wykorzystać, nim zacznie oswajać brązowooką, z tym że Mroczna Puszcza sprawuje opiekę nad klanem, w tym nad żyjącą częścią rodziny Pustułka.

***
Mianowanie Wąsatki

Pora nagich drzew zawitała na terenach Wilczaków akurat w momencie, kiedy to pewne kocię miało odbyć swój pierwszy test. Ów sezon nie był sprzyjający pod żadnym względem, dlatego też czekoladowy wojownik po zapadnięciu zmroku nie udał się do legowiska, tylko czekał skryty w cieniu rzucanym przez ściany obozu. Miał doskonały widok na żłobek i grupkę kotów, które po chwili zaczęły wyprowadzać przyszłą uczennicę lub posiłek dzikiego zwierzęcia.
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła panikować jego przybrana córka, lecz on nawet nie drgnął na jej zawodzenie. Ostatnio opowiadał jej o tradycji, w jaki sposób młode koty zostają uczniami, więc pozostało mu jedynie wierzyć w to, że wtedy Wąsatka nie odleciała gdzieś myślami i zapamiętała przekazane informacje.
Kiedy tylko niewielka grupa zniknęła w tunelu, Pustułkowy Szpon podniósł się z dotychczasowego miejsca, aby nieco się ogrzać w legowisku, dopóki kocięta nie zostaną przeprowadzone z powrotem do obozu. Wygodnie umościł się na swoim legowisku, które w końcu nie było wyleżaną kupą mchu, służącą jako jego posłanie przez jakiś czas po śmierci Makowego Nowiu. Strata matki była czymś o wiele bardziej bolesnym niż odejście Warczącego Lisa i nadal nie mógł się pogodzić z tym, że tamtego dnia tak uparcie trzymał się miłości do Poziomkowej Polany. Był w stanie oddać wszystko dla młodszego kocura, lecz jak widać, ten nie był w stanie nic poświęcić dla możliwego partnera. Teraz w jego sercu zamiast miłości płonął żar zemsty i żądza krwi. O dziwo w tym zepsutym ognisku był też zalążek, mały płomyczek oznaczający miłość do przybranej córki. Wszystkie te emocje były zmienne pod względem ilości i intensywności, dlatego też na co dzień przeważał błysk ojcowskiej troski i umiłowanie do nieco nieporadnej znajdki.
Pochłonięty myślami zawinął się w kłębek, dziękując za swoją półdługą sierść, w wyniku której aż tak nie marzł w chłodnej porze nagich drzew. Jego umysł zaczęła przysłaniać mgła zmęczenia po całym dniu, a już w szczególności po długich zabawach z Wąsatką, którą chciał wyjątkowo zmęczyć, by ta nie awanturowała się, gdy będzie odprowadzana do lasu. Cóż, widać jak mu to wyszło, lecz stwierdził, że to wina jej nadal kocięcej natury, gdzie wystarczyła dłuższa drzemka, by młódka była zwarta i gotowa do dalszych psot. Ciężko westchnął, starając się nie myśleć o wyborze mentora dla młódki przez Zalotną Gwiazdą. Miał nadzieję, że ich umowa chociaż trochę mogła sprzyjać temu, by ten zajął się szkoleniem przybranej córki. W końcu w klanie byli inni młodsi i sprawniejsi wojownicy od niego, którzy byliby idealnym kandydatami.
W końcu odpłynął, pozwalając ciału zregenerować się po ciężkim dniu. Niestety miał wrażenie, że ledwo, co zamknął oczy, a już słyszał zbiorowisko na polanie. Czując się jeszcze bardziej zmęczonym niż wcześniej, podniósł się leniwie z posłania i wyszedł na zewnątrz. Od razu został zaatakowany chłodne powietrze, które w ciągu uderzenia serca rozbudziło go całkowicie, odganiając dotychczasowe znużenie. Zielonooki na krótki moment napotkał spojrzenie liderki, mając wrażenie, że ta niemal niezauważalnie skinęła w jego stronę głową. Miał nadzieję, że ten gest oznaczał to, co myślał.
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. W tym czasie wymieniony wojownik wyszedł z szeregu, by podejść do córki i dotknąć ją nosem w czoło. Nie umknęło jego uwadze to, że początkowo zaczęła się zdezorientowana rozglądać, jakby nie wiedząc, że jej przybrany ojciec został mentorem młódki.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi, a chwilę później klan zaczął skandowanie imienia nowej uczennicy:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda z jeszcze jednym ogłoszeniem. Te jednak nie interesowało czekoladowego wojownika, który tylko czekał na koniec zebrania, by jeszcze dziś rozpocząć trening z córką.
Kiedy tylko starsza ogłosiła zakończenie, Pustułkowy Szpon poczuł, jak uczennica przytula się do jego łapy. Powstrzymał cisnące się westchnienie, zauważając, że Wąsatkowa Łapa nieco zmarzła w tym lesie.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
— Nie — odpowiedział krótko i stanowczo, lecz nim młodsza zdążyła mu przerwać, kontynuował: — Dziś zapoznasz się z terenami naszego klanu oraz zobaczymy, jak mocno jesteś ograniczona przez problemy ze wzrokiem. — Schylił łeb i nieco szturchnął brązowooką, by ruszyła z nim poza obóz.
Kiedy tylko oddalili się wystarczająco daleko, poczuł, jak dotychczasowy ciężar spada z jego barków. Nie chciał być za bardzo oschły dla córki, lecz był kultystą, a w dodatku pół ślepym wojownikiem. Szkolenie córki było dla niego szansą, by nikt nie wątpił w jego umiejętności.
— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.

<Wąsatko? Pamiętaj, ojciec chce dla ciebie, jak najlepiej>
[1177 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

[Przyznano 12%]