— Korowa Łapa, prawda? — Nieznajomy głos wyrwał ją z zamyślenia.
Spojrzała na kotkę. Czekoladowa wydawała się jej znajoma, ale nie widziała skąd. Może gdzieś mignęła jej kiedyś? Albo po prostu już któryś raz są razem na polowaniu. Zrobiło się jej trochę głupio, że nie zna imienia wojowniczki.
— Tak. A ty? Przepraszam.
— Wszystko dobrze — zaśmiała się. — Jestem Iskrząca Nadzieja.
— Miło poznać.
Kora zastanawiała się, dlaczego starsza do niej zagadała. Przecież szła ładnie przy patrolu, nigdy się nie zgubiła i szukała zwierzyny. Nie była tu dla zabawy ani nic… Poza tym nie chciała rozmawiać z kotami. Wolała spokój na takich spacerach, tym bardziej, gdy musiała się na polowaniu! Nie miała jednak odwagi tego powiedzieć, no i ojciec nauczył ją, aby szanować starszych. Dlatego uśmiechnęła się tylko miło.
— Widziałam, że rozmawiasz z Kamyczkiem — zaczęła, a kotka cała się spięła. — Coś was łączy? — zachichotała.
Szkyrletka spojrzała pod łapy zawstydzona. Chciała uniknąć właśnie takich komentarzy, więc ostatnio z kocurem spotykali się dość rzadko, albo pod zasłoną nocy, gdy inne koty nie widziały. Oczywiste jednak było, że ktoś ich widział… Tylko oni wcale nie robili nic złego! Nikim takim nawet nie było, przecież Kamyczek był troszkę od niej starszy i raczej tak nie wypada… Nie mogła jednak zaprzeczyć, że czasem specjalnie mówiła, że jest chłodno, aby wtulić się w półdługie, czekoladowe futro, ani temu, że rozmawiało się z nim lepiej, niż ze Słotą, ani temu, że może trochę jej się podobał. Ale to dlatego, że pomimo trudu dał radę zostać wojownikiem! Podziwiała go. I tyle…
— Jesteśmy przyjaciółmi! — mruknęła kotka.
<Iskrząca Nadziejo?>
[387 słów]
[przyznano 8%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz