BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 września 2026

Od Latającej Ryby

Pomimo braku zamiłowania do zimna, ceniła Porę Nagich Drzew za grubą warstwę lodu skuwającą wierzchnią część rzeki. Nie przejmowała się szczególnie tym, że przez zamarzniętą wodę Klan Nocy tracił możliwość łatwego zdobywania ryb, które przecież stanowiły główną część ich diety. Dla niej najważniejsze było to, że chcąc przedostać się na drugi brzeg jak dotąd porywistego nurtu, nie musiała moczyć futra. Wystarczyło zręcznie przeskoczyć po wystających krach i po chwili znajdowała się tam, gdzie chciała, sucha i zadowolona z własnej zaradności.
Już dawno straciła orientację w tym, co właściwie działo się w klanie. Ba, możliwe, że nigdy szczególnie jej na tym nie zależało. Dopóki nic nie zagrażało jej własnemu ogonowi, większość spraw mogła dla niej równie dobrze nie istnieć. Przywykła do samotnych polowań. Nikt wtedy nie spowalniał jej kroku, nikt nie sugerował, że może lepiej byłoby zapolować w rzece, i przede wszystkim nikt nie męczył jej uszu opowieściami, które z czasem zaczynała uważać za równie zbędne, co irytujące.
Lubiła tereny położone nieopodal granic Klanu Burzy. Z tyłu głowy wciąż miała tych kilku śmiesznych przedstawicieli sąsiedniego klanu, których dawno już nie widziała, choć kiedyś zdawali się wyrastać na jej drodze z częstotliwością grzybów po deszczu.
Ślepcowi nie wróżyła szczególnie długiego życia. Wystarczyło przecież, żeby choć raz oddalił się od reszty swej grupy, a prędzej czy później zapewne skończyłby jako trup w jakimś dole. Może nieco bardziej intrygował ją los Słonecznego... Właściwie nawet nie pamiętała już całości jego imienia. W myślach nazywała go Słonecznym Patrolem, ponieważ zazwyczaj natrafiała na niego samotnie, zupełnie jakby sam jeden pilnował granic.
Kogokolwiek wówczas szukał, być może w końcu go znalazł i zaznał upragnionego szczęścia. A może odszedł dalej, wciąż w pogoni za swoją zgubą, aż poza tereny własnego klanu. Pamiętała, że wspominana przez niego kotka kojarzyła mu się z czymś, a raczej kimś, ale Ryba nigdy nie uznała tej informacji za na tyle istotną, by zawracać sobie nią głowę. Nie jej sprawa. Jeśli chciał szukać, mógł szukać. Jeśli znalazł, tym lepiej dla niego.
Zdołała złapać wiewiórkę i drobną mysz, choć z każdym kolejnym krokiem mróz coraz bardziej dawał jej się we znaki. Chłód wciskał się pod futro, szczypał opuszki łap i nieprzyjemnie owiewał boki. W końcu uznała, że choćby miała ochotę zostać jeszcze chwilę, rozsądniej było jej wrócić do obozu. Nie zamierzała przecież marznąć tylko po to, żeby kilka dodatkowych pysków w klanie mogło się najeść.
Latająca Ryba dawno odkryła swój własny sposób na przetrwanie. Wystarczyło zaszyć się w kącie legowiska, kiedy robiło się zbyt głośno, albo wyjść na samotny spacer w odpowiedniej chwili. Wtedy nikt niczego od niej nie chciał, nikt nie zawracał jej głowy, a przede wszystkim nie musiała udawać, że obchodzi ją coś więcej niż własne futro.
I, jak dotąd, całkiem dobrze na tym wychodziła.

Czosnkowa Krewetka urodziła!

 Czosnkowa Krewetka urodziła dwójkę puchatych szkrabów!

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Migotu (Migoczącego Nieboskłonu)

Przeszłość

— Wyglądasz jak mysz! — powiedział kociak do starszego kocura. — Jak połączenie kociaka z wojownikiem! Jak to w ogóle możliwe, że przeszedłeś szkolenie i jesteś wojownikiem? — zapytał.
Serdeczna Naparstnica spodziewał się w tej chwili wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś dzieciak zacznie się z niego naśmiewać. Na dodatek nie był to byle jaki kociak, a syn samego przywódcy — Lśniącej Gwiazdy. Protektorowi od razu zrzedła mina, gdy tylko usłyszał słowa młodzieńca. Dopiero co się urodził, a już był taki wyszczekany… ale czego można było się spodziewać po synu lidera? Naparstnica doskonale zdawał sobie sprawę, że ze związku Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola wyjdą same wrzody. Westchnął ciężko, patrząc na pointa zmęczonym wzrokiem.
— Nie jestem wojownikiem — odparł, poruszając końcówką ogona. — Jeśli zależy ci na odpowiedzi, możesz spytać moją matkę, Postrzępiony Mróz — stwierdził i już miał odejść, lecz usłyszał parsknięcie Migotu.
— To czym ty niby jesteś? — zapytał kpiąco. — Taki stary jesteś i wciąż jesteś uczniem? — drążył, czując się coraz pewniej w obrażaniu Serdecznej Naparstnicy.
— Nie. Jestem protektorem — odparł krótko, próbując zachować spokój. Nie mógł w końcu wydzierać się na syna lidera, bo dostałby za to po łapach. Nie chciał być na celowniku Lśniącej Gwiazdy. Przynajmniej na ten moment.
— Protektorem? Co to niby jest? — zdziwił się Migot, wciąż nie rezygnując z drwiącego tonu.
Starszy przewrócił oczyma. Nie potrafił słuchać tego kociaka. Dźwięk jego głosu sprawiał, że miał ochotę wysunąć pazury, lecz musiał się powstrzymywać. To w końcu tylko dzieciak. Na pewno jeszcze z tego wyrośnie, czyż nie?
— Protektorzy mają za zadanie dbać o komfort zarówno fizyczny, jak i psychiczny członków Klanu Klifu. W razie, gdyby kiedyś napotkał cię jakiś problem, z którym nie potrafiłbyś sobie poradzić, możesz podejść do któregoś z nas, a my udzielimy ci rady — wyjaśnił, wciąż zachowując neutralny wyraz pyska.
Obserwował, jak mina Migotu staje się jeszcze bardziej skwaśniała. O co mogło mu chodzić tym razem?
— Słucham? — mruknął młodszy, niemal się jeżąc. — Chyba sobie żartujesz! Nie będę prosić jakichś pokrak o rady! Sam sobie dam radę, jeśli będzie trzeba! — zirytował się, marszcząc brwi.
— Jak chcesz — rzucił beznamiętnie Naparstnica, wzruszając ramionami. Naprawdę miał teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wysłuchiwanie tego, jak jakiś pyrtek obraża jego rolę w klanie.
— Co za głupia ranga! Stworzona specjalnie dla takich nieudaczników, którzy nie nadają się na posadę wojownika! Już lepiej byłoby was wysłać do starszyzny, niż udawać, że jakkolwiek się przydajecie! — trajkotał dalej Migot.
W końcu protektor stwierdził, że ma już dość.
— Przykro mi, że taka jest twoja opinia, Migocie — oznajmił, po czym bez pożegnania odszedł od młodszego kocura.
To dziwne, że tak uważał. W końcu skoro Lśniąca Gwiazda jeszcze nie zlikwidował pozycji protektora, to znaczy, że widział w niej jakiś sens. A skoro widział w niej jakiś sens, to czy jego syn również nie powinien go dostrzegać? Naparstnica zakładał, że młody kocur bardzo szanował swojego ojca i jego opinie, więc czy nie powinien ich podzielać? Nieważne. Nie było sensu szukać sensu w zachowaniu tych kotów, bo po prostu go nie było.

* * *

W Klanie Klifu ostatnimi czasy działo się naprawdę sporo. Serdeczna Naparstnica ledwo zdążył przetrawić jedno wydarzenie, a już do jego uszu docierały pogłoski o kolejnym. Przez to wszystko nie miał jak wyrobić sobie solidnej opinii na temat poszczególnych zdarzeń. Nie wiedział, co właściwie powinien czuć w związku z tym, co obecnie działo się w Klanie Klifu. Właśnie dlatego pewnego dnia postanowił udać się na samotny spacer, by przysiąść pod jakimś drzewem i spokojnie się nad tym wszystkim zastanowić. W ciszy i spokoju. Tak, by nikt mu nie przerywał, a on mógł zdecydować, czy powinien martwić się o swoje zdrowie i pozycję w Klanie Klifu. No i czy powinien kontynuować szerzenie swoich wątpliwości co do Lśniącej Gwiazdy jako lidera. Czuł, że Wzburzonego Kormorana powoli przekabacał na właściwą ścieżkę, jednak to mogło być za mało. W końcu co dwa koty mogą zrobić liderowi? We dwójkę nie mogliby nawet otwarcie się mu sprzeciwić, bo najpewniej skończyliby wyrzuceni z klanu lub ukarani rangą więźnia.
Serdeczna Naparstnica westchnął, wędrując już po terenach Klanu Klifu w stronę niewielkiego lasku. Starał się wpatrywać w drogę przed sobą i jeszcze nie myśleć o tym, o czym chciał się zastanowić, gdy będzie już na miejscu. Czuł, że jego myśli byłyby teraz zbyt chaotyczne i niepoukładane, dlatego się wstrzymywał, mimo że na myśl nasuwało mu się już jedno konkretne imię — Truskawkowe Pole. Gdy tylko myślał o pointce, mimowolnie przyspieszał kroku, by w końcu dotrzeć do miejsca docelowego.
Gdy w końcu udało mu się oprzeć o jeden z pni, wziął głęboki oddech i poczuł, jak po jego ciele przechodzi przyjemny dreszczyk. Wiedział, że już zaraz wysmaruje na temat wszystkich Klifiaków tyle stwierdzeń, że przerośnie nimi samego siebie. Wpierw oczywiście zaczął myśleć o Truskawkowym Polu. Już od początku wiedział, że nie była najlepszym wyborem na zastępcę. To dziwne. On potrafił to dostrzec, a Lśniąca Gwiazda mimo wszystko pozostawał zaślepiony. Tylko czym? Miłością? Czy ta dwójka kiedykolwiek w ogóle się kochała? Z całą pewnością pointka nie darzyła lidera żadnym szczególnym uczuciem, zważywszy na to, że nie miała najmniejszych oporów przed tym, by zostawić go za sobą w Klanie Klifu i uciec bez słowa. To samo zrobiła ze swoimi kociętami. Porzuciła je. Naparstnica mimo wszystko trochę współczuł Firmamentowi i Migotowi — nawet jeśli ten drugi był niczym cierń w łapie. W końcu kto by nie był, mając takich rodziców… Miał nadzieję, że po zostaniu uczniem wreszcie zdobędzie nieco własnych opinii i oddali się od ojca. Może w taki sposób wreszcie przejrzy na oczy.
W każdym razie — to nie ucieczka Truskawkowego Pola oburzała go najbardziej. Właściwie to po tym, jak wieści rozeszły się po azylu, poczuł pewnego rodzaju satysfakcję, że wybór Lśniącej Gwiazdy okazał się durny. Miał nadzieję, że rudofutry wyniesie z tego zdarzenia jakąś nauczkę, lecz szybko Naparstnica zrozumiał, że nie miał na co liczyć. Wkrótce na posadzie zastępcy zasiadła Źródlana Łuna, która, oczywiście, była siostrą przywódcy. Protektor nie twierdził, że nie była doświadczona — na pewno była. Ale czy w klanie nie było nikogo lepszego od niej? Kotka była naznaczona wieloma bliznami, które ograniczały jej umiejętności. Nie miała jednego oka i jednej łapy, co na zgromadzeniach na pewno nie prezentowało się zbyt dobrze. Gdyby nie łączyły jej z Lśniącą Gwiazdą więzy krwi, zapewne już dawno skończyłaby w legowisku starszyzny. Rudofutremu nawet przez myśl by nie przeszło, by spojrzeć na taką kotkę jak na kogoś wartego posady zastępcy. Po tym Naparstnica stwierdzał, że wybór jej był kolejnym błędem lidera. Tylko dlaczego jeszcze nikt mu ich nie wytykał?
Znalazł się jednak kot, którego zniknięcie nie wydawało się przypadkowe — Pchełkowy Skok. Niebieska szylkretka wcale nie tak dawno temu zaginęła bez słowa, choć od dłuższego czasu można było się spodziewać, że coś takiego nastąpi. Do uszu Serdecznej Naparstnicy doszły plotki o tym, że wojowniczka często budziła się w nocy, majacząc coś o tym, że Tawułowa Bryza był niewinny — i z tym stwierdzeniem protektor jak najbardziej się zgadzał. Może gdyby tylko pomyślał o tym wcześniej, mógłby nawiązać jakąś rozmowę z Pchełką? Może udałoby mu się zatrzymać ją w klanie, a także dowiedzieć się co nieco o Tawułowej Bryzie? Żałował, że wcześniej był tak ślepy na jej zachowanie. Wzbudzało jego ciekawość, owszem, lecz nigdy nie przyszło mu do głowy, by zamienić z nią kilka zdań. Teraz było już jednak za późno, więc Naparstnica zdecydował się tego nie roztrząsać i porzucić ten temat.
Przypomniał sobie jeszcze o tym, że Lśniąca Gwiazda wprowadził do klanu nową rangę — Jaśniejące Skrzydła. Kocur nie rozumiał, skąd rudofutry wytrzasnął tak wymyślną nazwę ani dlaczego była dwuczłonowa. Nie miało to żadnego sensu, brzmiało źle i nie pasowało do reszty ról w Klanie Klifu. Protektor był pewien, że dało się nazwać ich inaczej, lepiej. Ale kim on był, by zarzucać liderowi brak poczucia estetyki? Musiał przełknąć fakt, że mieli teraz w klanie wojowników, protektorów, zastępców i… Jaśniejące Skrzydła. Którzy zresztą nie byli nikim więcej jak sługami Lśniącej Gwiazdy. Byli niczym jego psy obronne i wykonywali za niego całą brudną robotę. Niedawno wygnali Gąsienicowego Ogryzka z terenów Klanu Klifu z rozkazu przywódcy. Nie dali mu nawet się wytłumaczyć! Protektor był jednak pewien, że jego wujek był niewinny. Odwiedzał go w końcu w żłobku i zajmował się nim wtedy, gdy Postrzępiony Mróz była zbyt przybita po śmierci dwójki swoich pozostałych kociąt. Gąsieniczek nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero liderki! To, co nagadał o nim Lśniąca Gwiazda, było po prostu bzdurą. Biało-niebieski musiał znaleźć się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym momencie, lecz to wystarczyło, by jego reputacja w klanie przepadła, a życie stało się nędzne.

* * *

Teraźniejszość

Serdeczna Naparstnica nie starał się otwarcie okazywać wrogości wobec Lśniącej Gwiazdy, lecz mimo wszystko miał wrażenie, jakby lider czytał mu w myślach. Przez ostatnie księżyce nie zabrał go na ani jedno zgromadzenie i protektor zastanawiał się, czy przywódca przypadkiem o nim zapomniał, czy może chciał mu w ten sposób zrobić na złość. Biało-niebieski chętnie porozmawiałby z kimś z innego klanu, a także jeszcze raz spojrzał na Zalotną Gwiazdę, by upewnić się, że to dziwne przeczucie wciąż mu towarzyszy. Musiał jednak czekać, aż Mirt wreszcie się nad nim zlituje i postanowi go zabrać, o ile taki dzień w ogóle nadejdzie.
Teraz kocur przechadzał się po obozie, znudzony rutyną. Ostatnimi czasy w jego życiu nie działo się nic ciekawego, a sam starał się raczej zachowywać swoje opinie dla siebie. Czuł się poniekąd zagrożony przez lidera. Nie sądził, by Lśniąca Gwiazda wiedział o tym, co Naparstnica o nim myśli, ale i tak nosił w sercu dziwną obawę. Czy powinien tak się czuć we własnym, rodzimym klanie? Czy jego przynależność nie powinna być dla niego ostoją spokoju i domem? Powoli rozumiał, że nie czuł się związany z Klanem Klifu. Nie chciał nazywać Lśniącej Gwiazdy swoim liderem ani Postrzępionego Mrozu swoją matką. Siebie natomiast nie chciał nazywać Klifiakiem. Nie czuł się dumny z reprezentowania tej zepsutej przynależności, o której ostatnimi czasy miał same negatywne rzeczy do powiedzenia.
Przez to, jak intensywnie się nad tym wszystkim zamyślił, przypadkiem niemal wpadł na syna Lśniącej Gwiazdy, który niedawno przeszedł mianowanie na wojownika. Teraz nie był już tym małym, wrednym Migotem. Teraz był dużym i wrednym Migoczącym Nieboskłonem.
— Przepraszam… — wymamrotał Naparstnica, nie zwracając zbyt dużej uwagi na kocura. Już miał ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach nad swoimi odczuciami, gdy nagle poczuł na skórze czyjeś palące spojrzenie.

<Migoczący Nieboskłonie?>

Od Żywicznej Łapy (Żywicznej Kropli)

Nie potrafiła wybić sobie z głowy słów brata. Zresztą, w tamtej chwili nie brała ich wystarczająco na poważnie. Liczyła, że się z nią droczy, że wszystko było jedynie głupim żartem, a gdy obudzi się następnego ranka, zobaczy go znowu przy swoim legowisku, może nawet z tym samym rozbawionym wyrazem pyska, który zawsze pojawiał się u niego, gdy udawało mu się ją nabrać.
Nie było go jednak następnego ranka. Ani tego kolejnego, ani jeszcze następnego.
Mogła się tego spodziewać, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyli, gdy przyłapała go w środku nocy przy granicy Klanu Burzy. Powiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. Nie sprecyzował kiedy, lecz ona skrycie liczyła, że Bursztyn szybko podkuli ogon i zawróci do klanu, zanim ktokolwiek zdąży naprawdę zauważyć jego nieobecność. Wierzyła w to uparcie, bo łatwiej było jej trzymać się tej myśli niż dopuścić do siebie możliwość, że brat rzeczywiście odszedł.
Nadzieja okazała się jednak kiepskim pocieszeniem.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Leżała częściowo na swoim posłaniu, a częściowo na tym, które jeszcze niedawno należało do Bursztyna, wciągając w nozdrza resztki jego zapachu. Wtulała pysk w mech, jakby samo to mogło zatrzymać go przy niej jeszcze odrobinę dłużej. Wiedziała, że z każdym wschodem słońca woń będzie coraz słabsza, aż w końcu nie pozostanie jej po nim nic.

*** 

Wpatrywała się bez większych emocji w nieruchomego królika leżącego przy jej łapach. Polowania już dawno przestały stanowić dla niej problem. Stały się niemal wyuczonym ciągiem ruchów: dostrzec zdobycz, przyczaić się, skoczyć i wrócić do obozu z pełnymi łapami. Nie musiała się nad tym zastanawiać, ciało samo wiedziało, co robić.
Jak na uczennicę była jednak stara. Za stara.
Czuła to w spojrzeniach wojowników i w urywanych szeptach, które milkły, gdy przechodziła obok. Wszyscy wiedzieli, że najwyższa pora, by opuściła legowisko uczniów. Coraz częściej miała wrażenie, że patrzono na nią tak, jakby lada moment miała podzielić los swojego brata. Tyle że w jej przypadku powodem nie byłaby dobrowolna ucieczka z klanu, lecz zwyczajne wygnanie z powodu braku postępów.
Radziła sobie. Radziła, jak potrafiła. Była nawet w stanie spojrzeć na swoje odbicie w Przybrzeżnym Oku i powiedzieć to sobie prosto w pysk. Nie była beznadziejna. Nie brakowało jej wiedzy ani podstawowych umiejętności. Po prostu pozostawała przygaszona, pozbawiona tej pewności siebie, którą dawniej dawała jej obecność Bursztyna. Bez brata, którego przez większość życia nie odstępowała ani na krok, czuła się nagle mniejsza, mniej pewna własnych łap. To on był jej podporą. Czymś, co przez lata osłaniało ją przed tym wszystkim, czego sama się bała.
Podejrzewała, że rozpacz, w którą wręcz ociekała po jego odejściu, była jednym z powodów, dla których nadal jej nie odsunięto od treningu. Klan i tak przeżywał ostatnio tyle katastrof, że jej problemy zdawały się ledwie źdźbłem trawy pośród znacznie poważniejszych spraw. Tak samo zniknięciem Bursztyna zdawali się przejmować głównie ona i jej ojciec. Nie potrafiła jednak powiedzieć Dzwonkowemu Świstowi, że wiedziała, co naprawdę stało się z jego synem. Wolała udawać niewiedzę. W ten sposób jej załamanie wydawało się przynajmniej bardziej zrozumiałe.
— O, tutaj jesteś. — Głos mentora rozbrzmiał po jej prawej stronie. — Ładny królik, może to w końcu jakiś dobry omen dla klanu — stwierdził.
Jej wzrok pozostał smętny.
— Jedyny zwiastun jest taki, że ktoś się po prostu dzisiaj naje — odparła bez większego przejęcia. — Wolałabym, by był w tym jakiś dobry znak dla mnie — dodała, przecierając pysk łapą.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jego uszy lekko drgnęły, a spojrzenie przesunęło się z królika na jej zmęczony pysk.
— Żywiczna Łapo, rozumiem, że jest ci ciężko po zaginięciu twojego brata, ale...
— Tu nie chodzi o niego, Oskrzydlony Ogniku — wyparowała, niemal z goryczą w głosie. — Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie chciałam nikogo zawieść, a robię to nieustannie. Zawodzę siebie, rodziców, a może i właśnie Bursztyna, i dlatego go tu już nie ma — wymamrotała, czując, jak szczęka coraz bardziej jej drży. — Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem taka toporna we wszystkim. Nie wiem, dlaczego nie robię postępów.
— Robisz postępy — przerwał jej. — Zresztą, czego od siebie jeszcze oczekujesz? Umiesz polować, twoja kondycja znacznie się poprawiła, po prostu radzisz sobie lepiej na krótkich dystansach i nie ma w tym nic złego — stwierdził.
Skrzywiła się, jakby do jej uszu docierały jedynie kolejne oszczerstwa.
— To dlaczego nadal nie zostałam mianowana? Dlaczego nie możesz iść do Zawodzącej Gwiazdy i powiedzieć mu, że jestem gotowa? — wyrzuciła niemalże z żalem, skierowanym nie tylko wobec siebie, lecz także mentora.
Kocur westchnął przeciągle, błądząc wzrokiem po okolicy.
— Wydawałaś się ostatnio niestabilna emocjonalnie. Chciałem, byś spokojnie przetworzyła sobie wszystko, co się stało, i polecić cię do mianowania, gdy będziesz już spokojniejsza — oznajmił.
Poczuła palące uczucie na języku. Gula zaciskała się w gardle coraz bardziej, ale tym razem nie pozwoliła jej się złamać.
— Jestem spokojna. Jestem gotowa, by być mianowana — oświadczyła, prostując się.
— Jesteś w rozsypce — poprawił ją. — Daj sobie jeszcze kilka wschodów słońca. Przykro mi, ale mam nadal wątpliwości co do twojego stanu. Klan Burzy potrzebuje wojowników, ale takich, którzy potrafią utrzymać łapy pod sobą również wtedy, gdy życie rzuca im kłody pod nogi. Nie chcę posyłać cię w szeregi wojowników tylko po to, żebyś po kilku księżycach znowu zaczęła tonąć we własnych myślach. Najpierw musisz sama uwierzyć, że jesteś gotowa.
Żywiczna Łapa była niezadowolona z tej odpowiedzi. Niezadowolona do tego stopnia, że poczuła napływającą irytację, ostrą i gorącą, zupełnie inną od wcześniejszego smutku. Nie miała czasu, który jej sugerował. Nie chciała kolejnych wschodów słońca spędzonych w legowisku uczniów, kolejnych spojrzeń wojowników i kolejnych pytań o to, kiedy wreszcie dorówna reszcie.
Może Bursztyn miał rację. Może matka wymieniła ich na inne, lepsze dzieci.
Ojca, który był dla niej wsparciem i jako jeden z nielicznych naprawdę się o nią troszczył, z pewnością zawodziła. Był coraz starszy, a ona z każdym kolejnym wschodem słońca ryzykowała, że nie dane będzie mu zobaczyć jej jako dobrej wojowniczki. Takiej, jaką zawsze obiecywała mu, że zostanie.

***

Z czasem nie myślała już tyle o swoim bracie. Właściwie, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęła myśleć coraz mniej o kimkolwiek poza sobą. Nie oznaczało to, że przestała za nim tęsknić. Po prostu żal przestał być jedyną rzeczą, która wypełniała jej myśli.
Stała się wręcz egoistką, skupioną przede wszystkim na własnym losie. Nie była już w wieku, w którym mogła bez końca się mazać i pozwalać sobie na kolejne błędy. Jeśli chciała opuścić legowisko uczniów, musiała przestać czekać, aż ktoś zrobi to za nią.
Uprzedała Oskrzydlonego Ognika, oczekując go przed legowiskiem wojowników każdego ranka. Ich treningi coraz mniej przypominały naukę. Były raczej wspólnymi wypadami na polowania, podczas których niemal wypruwała sobie żyły, starając się dołożyć jak najwięcej do stosu zdobyczy. Jeśli Ognik kazał jej biec, biegła. Jeśli kazał polować, polowała. Jeśli mówił, że coś robi źle, nie szukała wymówek.
Nie patrzyła już na innych. Słowa o jej wieku i pozycji z czasem zaczęły spływać po niej bez śladu. Opinia pozostałych była przecież jedną z rzeczy, które przez tak długi czas trzymały ją w miejscu.
Aż w końcu pewnego dnia usłyszała słowa, na które czekała przez tak wiele księżyców.
— Widzę, że się zawzięłaś — odezwał się Ognik. — Cóż... Chyba jesteś gotowa.
Zatrzymała się w bezruchu. Oczywiście, że takich słów oczekiwała, ale przez ostatnie księżyce zdążyła już stracić wiarę, że kiedykolwiek je usłyszy. Przez chwilę tylko patrzyła na mentora, jakby próbowała upewnić się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
— Mówisz na poważnie? — zapytała, wpatrując się w niego wyczekująco.
Rudzielec zaśmiał się na widok jej miny.
— A chcesz mi powiedzieć o czymś, co ma zmienić moje zdanie? Może czegoś nie dostrzegam...
— Masz świetny wzrok — przerwała mu. — Bardziej gotowa być już nie będę — zapewniła go.

***

Dzień mianowania wcale nie był wyjątkowy. Nie tak, jak się tego spodziewała i nie tak, jak kiedyś o nim marzyła. Podeszła do niego dosyć chłodno. Jedynym towarzyszącym jej w tym dniu uczuciem był przede wszystkim żal. Żal, że zajęło jej to tak długo i że pozwoliła własnym słabościom wziąć górę nad tym, czego tak bardzo pragnęła.
Mianowanie w podziemiach było dosyć przytłaczające. Tęskniła za ich dawnym, nadziemnym obozem, za otwartym niebem i światłem wpadającym między drzewa, jednak miała na uwadze, że tęsknota również była czymś, co przez długi czas trzymało ją w miejscu. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Nie, jeśli nie chciała dłużej być tą samą niedorajdą, która spędziła dwukrotnie więcej czasu na pozycji uczennicy, niż przeciętny kot potrzebował.
Zwołanie klanu było już tylko formalnością, mocno opóźnioną przez wszystkie wydarzenia ostatnich księżyców. Zanurzyła łapę w rdzawym barwniku i z nieznaną jej dotąd pewnością odbiła swój ślad na ścianie Groty Pamięci. Widok własnej łapy na kamieniu przypomniał jej dawny wybryk Bursztyna, przez który został mianowany później od niej. Kącik pyska uniósł jej się w niemrawym uśmiechu.
Zawodząca Gwiazda miał pysk przyozdobiony zmęczeniem. Nie winiła go za brak entuzjazmu. W Klanie Burzy dzień w dzień działo się coś, co wymagało jego uwagi, a liczba nieszczęść zdawała się nie mieć końca. Miał prawo mieć już dosyć.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. — Zastrzygła uchem. — Żywiczna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niemalże wzruszyła ramionami. Przecież nie mogła odmówić.
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazd nadaję ci imię wojownika. Żywiczna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Żywiczna Kropla. Klan Gwiazd ceni twój upór i wytrwałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Wiwat był słaby, ale nie oczekiwała niczego więcej. Swój wzrok skupiła jedynie na ojcu, którego uśmiech zdawał się jej jedyną szczerą rzeczą w całym zebranym tłumie. Miała ochotę podbiec do niego, wtulić się w jego bok i poczuć to samo ciepło, które pamiętała z najwspanialszych dni swojego kocięcego życia.
Zamiast tego czekało ją jednak całonocne czuwanie i milczenie.
Ku własnemu zaskoczeniu nie mogła się tego doczekać. Następnego dnia będzie mogła wreszcie uznać się za pełnoprawną wojowniczkę. Gdy tylko odeśpi nieprzespaną noc, pójdzie z ojcem na długo obiecywane polowanie.

[1626 słów]

[33%]

Od Żywicznej Łapy CD. Wdzięcznej Firletki

Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką. 

***

Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.


<Firletko?>
[897 słów]

[18%]

Wyleczeni: Żywiczna Łapa

Od Żywicznej Łapy

nadal przed odejściem Bursztyna
Gdy byli młodsi, ale oboje znajdowali się już poza żłobkiem, ich wspólne treningi były dla niej zawsze rozluźniające. Bursztynowa Łapa nieustannie traktował wszystko jako rywalizację, a ona, ilekroć to nie okazywałaby się od niego słabsza w danej konkurencji, potrafiła czerpać przyjemność z samego widoku jego radości po zwycięstwie. Przy nim łatwiej było jej zapomnieć o własnych brakach.
Z Oskrzydlonym Ognikiem sprawa wyglądała z lekka inaczej. On akurat były często zniesmaczony poczynaniami młodszego rudzielca. W końcu Bursztynowa Łapa zdawał się nie brać treningów na poważnie, w przeciwieństwie do Żywicy, nadmiernie przejmującej się każdym niepowodzeniem. Nie była ani silna, ani szczególnie wytrzymała, a pędzenie po otwartych przestrzeniach, z którego Burzacy wręcz słynęli, najwyraźniej nie leżało w jej naturze.
Dołowało ją to tym bardziej, że ojciec nieraz zapewniał ją, iż nie ma nic przyjemniejszego od wiatru targającego futrem, gdy pędzi się przed siebie niemal na oślep. Dla Żywicy takie biegi oznaczały jednak coś zupełnie innego. Zamiast przyjemnego chłodu czuła przede wszystkim własne płuca, które zdawały się rozpaczliwie domagać większej ilości powietrza, oraz łapy, coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Zamiast cieszyć się biegiem, odliczała w myślach chwile do końca i zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.
Jakże wielki był więc jej zawód, gdy Oskrzydlony Ognik wyciągnął ją z legowiska i zamiast skierować się w stronę spokojniejszego polowania, powitał ją słowami, które zabrzmiały niemal jak wyrok.
— Dzisiaj mniej polowania, a więcej biegania — oznajmił, a mina, jaka pojawiła się na jej pysku, niemal dorównywała tej, którą przyjęłaby, gdyby ktoś właśnie oznajmił jej, że zabił jej ojca.
Smętnie człapała za kocurem, gorączkowo rozważając każdą możliwą wymówkę. Bolała ją łapa? Ogon? Może jednak była chora? Zakaszlała, próbując wybadać, czy mentor zwróci uwagę na jej wątpliwy stan zdrowia. Owszem, spojrzał w jej stronę, lecz zamiast zawrócić albo chociażby zwolnić, przyspieszył kroku, jakby jej kaszel tylko utwierdził go w przekonaniu, że trzeba ją zmusić do większego wysiłku.
Tempo, które narzucił na początku, uznawała jeszcze za znośne. Stąpała nieco koślawo, ale oddech pozostawał względnie spokojny, a łapy wciąż słuchały jej bez większych protestów. Dopiero gdy przed jej oczami zaczęły rozpościerać się coraz bardziej otwarte przestrzenie, zrozumiała, że skończyła się wszelka nadzieja na łagodny trening.
— Może jakaś rozgrzewka najpierw? — odezwała się cicho.
Rudy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie bronię ci porozciągać się, jednak samo dojście tu powinno wystarczająco przygotować cię do dalszej części. Nie chcę słyszeć, że bolą cię łapy — uprzedził, jakby jej wcześniejsze myśli zostały przez niego w pełni odczytane.
Westchnęła cierpiętniczo i lekko się przeciągnęła, wyciągając przed siebie przednie łapy. Jeszcze poprzedniego dnia była bliska płaczu, przekonana, że jest zbyt słaba, by zostać wojowniczką, a jej rodzice mogą jedynie wstydzić się za córkę, która tak kiepsko radzi sobie z treningiem. Najgorsze było jednak to, że sama nie wiedziała, jak miałaby to zmienić. Wiedziała, co stanowi problem, widziała swoje słabości, a mimo to wciąż tkwiła w tym samym miejscu.
— Będziesz biegła pierwsza i nie zatrzymuj się, dopóki nie powiem. Będę zaraz za tobą. Nie powinno być to zresztą dla ciebie problemem, na wspólnych treningach z Bursztynową Łapą nie szło ci najgorzej — zauważył z pomrukiem, a ona tylko uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Obecność brata akurat zawsze dodawała jej otuchy. Bez niego każdy trening wydawał się cięższy, a każda porażka bardziej dotkliwa.
Skupiła się przez chwilę na wilgoci pod łapami, chłodzie przenikającym między palce i nieprzyjemnym uczuciu stania w miejscu. To wystarczyło, by w końcu ruszyła. Uciekała przed szczypaniem zimna, przed ciężarem własnych myśli i przed świadomością, że Ognik obserwuje każdy jej krok. Słaba kondycja dość szybko dała o sobie znać, lecz zmęczenie okazało się bardziej pochłaniające niż możliwość dalszego użalania się nad sobą. Każdy kolejny krok wymagał od niej coraz więcej wysiłku, ale przynajmniej nie miała już siły roztrząsać tego, jak bardzo nie nadawała się do biegania.
Wiatr szarpał jej futrem i wcale nie przynosił upragnionego ochłodzenia. Zamiast tego rozpraszał ją i utrudniał skupienie na drodze. Co jakiś czas mrużyła oczy, gdy pod powieki wpadały drobinki piasku niesione przez powiewy. Uszy przywierały jej do czaszki, a oddech stawał się coraz głośniejszy i bardziej urywany.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy przed jej oczami wyrosła Droga Grzmotu. Niepewnie obejrzała się na mentora i ze zdziwieniem zauważyła, że znajdował się znacznie dalej, niż mogła się spodziewać. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl, że może wreszcie zrezygnował.
— Co teraz? — zapytała, przestępując z łapy na łapę. — Koniec? — mruknęła z nadzieją.
— Za marzenia nie karają, Żywico — odparł spokojnie. — Teraz to samo, tylko w drugą stronę.
Mina natychmiast jej zrzedła. Po raz kolejny kaszlnęła, tym razem z nadzieją, że może chociaż w ten sposób udowodni mu, iż nie ma już sił, jednak jego spojrzenie pozostało nieugięte. Skończyło się więc na tym, że znowu musiała ruszyć. Tym razem znacznie wolniej, a Ognik niemal deptał jej po ogonie, bo nie była już w stanie utrzymać rozsądnego tempa.
Trasa wydawała jej się dwukrotnie dłuższa niż wcześniej. Kiedy w końcu znajomy teren zaczął pojawiać się przed jej oczami, poczuła ulgę tak wielką, że nie próbowała nawet udawać, iż ma jeszcze trochę sił. Po prostu opadła na ziemię i ciężko dysząc, rozciągnęła się na chłodnym podłożu. Futro miała przyklejone do boków, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownie przy każdym oddechu.
Za plecami usłyszała westchnienie Ognika, ale nie była w stanie zrobić nic ze swoją wątpliwą kondycją. Sama wiedziała, że nie było dobrze. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując uspokoić oddech i nie myśleć o tym, ile jeszcze takich treningów czeka ją przed zakończeniem nauki.
— Kiepsko to widzę — mruknął, na co tylko przełknęła głośniej ślinę, starając się ustabilizować oddech. — Chodź, zapolujemy jeszcze i dam ci na dzisiaj spokój. Bądź co bądź musisz mieć na uwadze, że młodsza już nie będziesz, a twój wiek... Nie możesz być tak długo uczennicą.
Skinęła tylko głową. Do tej pory starała się o tym nie myśleć, ale widok coraz to młodszych uczniów w legowisku, którzy opuszczali je znacznie szybciej niż ona, był co najmniej dołujący. Mimo wszystko sam wstyd nie wystarczał, by nagle znaleźć w sobie siłę do dalszego działania. Żywica chciała zostać wojowniczką. Chciała wreszcie przestać być tą słabszą, tą, której łapy nie nadążają za resztą. Tyle że samo pragnienie nie czyniło jej silniejszą, a ona wciąż nie wiedziała, jak przełamać tę granicę. 

[1017 słów]
[biegi długodystansowe]

[20% + 5%]

Od Żywicznej Łapy

przed odejściem Bursztynowej Łapy z klanu, jakiś czas po pożarze
Szurała łapami po zmarzniętej ziemi, nie potrafiąc zebrać w sobie dość sił, by nadać krokom właściwego rytmu. Jej łapy raz po raz zapadały się w śniegu, pozostawiając za sobą nierówne ślady. Zamiast jednak patrzeć wysoko przed siebie, Żywiczna Łapa wpatrywała się w odciski pozostawiane przez mentora. Ciemniejsze zagłębienia odcinały się wyraźnie od świeżej bieli, która przykryła spaloną na wiór ziemię. Śnieg był przyjemniejszym widokiem niż poczerniałe pozostałości obozu, lecz nawet on nie potrafił całkowicie przysłonić tego, czego już nie było. Najbardziej brakowało jej zieleni. Kwiatów, traw i drobnych roślin, które jeszcze niedawno rosły w znajomych miejscach. Porą Opadających Liści było ich coraz mniej, ale Żywica pamiętała każdy z tych ostatnich, które zdążyły zginąć w ogniu. Gdyby ktoś mógł oddać jej tę najbardziej beztroską część dzieciństwa, pewnie pozbierałaby wszystkie kwiaty i zaniosła do swojej dawnej kolekcji podobnych temu skarbów. 
Tyle, że tej już nie było. Właściwie nie zostało prawie nic, co przypominałoby jej spokojne, leniwe dni spędzone w żłobku. To wszystko, co miała, co było jej znane i bezpieczne, zostało pochłonięte przez ogień. Jedyne, co jej pozostało, to wspomnienia i zapach dymu, którego długo nie potrafiła wyrzucić z nozdrzy.
Z tamtego dnia pamiętała przede wszystkim towarzyszący jej nieodłącznie strach. Pamiętała żar wciskający się pod futro, dym drapiący w gardło i głosy wojowników, które mieszały się ze sobą w jeden niezrozumiały harmider. Bała się o siebie, o Bursztyna, o mamę i tatę, a nawet o babcię, której ostatecznie nie dane było wyjść z tego wszystkiego żywej. Dopiero później, gdy najgorszy chaos zaczął cichnąć, pojedyncze słowa zaczęły nabierać znaczenia. Wygnania. Egzekucje. Morderstwa. 
Wiedziała przecież, że świat poza obozem nie był tak bezpieczny, jak opowiadano w żłobku. Zawsze miała świadomość, że za granicami klanu mogą czaić się niebezpieczeństwa, przed którymi starsi ostrzegali młodszych. Nigdy jednak nie pomyślałaby, że zagrożenie może wedrzeć się prosto do ich własnego domu. Do miejsca, które miało chronić ich przed wszystkim, co było złe. 
Czasem przysiadała przy Bursztynie, próbując znaleźć ukojenie w jego towarzystwie. Brat zdawał się przeżywać to wszystko zupełnie inaczej. Jeszcze przed pożarem zaczął wymykać się w stronę granic, tłumacząc, że chce poznać „fajniejsze” koty. Kiedy ogień pochłonął obóz, przez pewien czas przestał to robić. Żywica odetchnęła wtedy z ulgą. Mogła zasypiać bez myśli, że któregoś ranka znajdzie jego posłanie puste, a gdzieś przy granicy ktoś natknie się na jego nieprzytomne ciało w kałuży krwi. 
Spokój nie trwał jednak długo. Gdy ich nowy, podziemny obóz zaczął funkcjonować, Bursztyn ponownie wrócił do swoich wędrówek, tym razem jeszcze częstszych. Żywiczna Łapa nie potrafiła zrozumieć, co właściwie nim kieruje. Kocur niechętnie odpowiadał na jej pytania i zbywał ją, kiedy próbowała dowiedzieć się, dokąd chodzi i po co. 
By jej obawy się spotęgowały, wystarczyło jej obserwować inne koty w obozie. Niektóre spojrzenia, które kierowały się za rudym, były nieprzyjemnie długie. Żywica coraz częściej zastanawiała się, czy po wszystkim, co spotkało ich klan, Bursztyn nie ściągnie na siebie podejrzeń.
— Żywiczna Łapo, czy jesteś w stanie powtórzyć to, co teraz powiedziałem?
Głos mentora wyrwał ją z natłoku myśli. Rudzielec wpatrywał się w nią wyczekująco, a ona zbyt późno zorientowała się, że zatrzymał się i zaliczyła porządne zderzenie z jego ogonem.  
Natychmiast położyła uszy i uciekła wzrokiem w bok. Gdy oderwała się od własnych myśli, chłód od razu stał się bardziej dotkliwy. Mróz szczypał ją w poduszki łap, a zimne powietrze wdzierało się do płuc przy każdym oddechu. Nerwowo przestąpiła z jednej łapy na drugą, próbując znaleźć właściwą odpowiedź.
— Żebym uważała... — odparła niezbyt pewnie, uznając jednak, że była to dosyć możliwa i oklepana śpiewka w wykonaniu jej mentora.
Oskrzydlony Ognik wypuścił powietrze z wyraźnym zawodem i mruknął coś pod nosem. Żywica nie dosłyszała słów, ale ton wystarczył jej, by poczuć nieprzyjemne ukłucie w piersi. 
— Powiedziałem, żebyś się skupiła i spojrzała przed siebie. Wiem, że w obliczu ostatnich wydarzeń możesz czuć się przytłoczona, ale nie możesz całkowicie odciąć się z życia. Klan Burzy potrzebuje teraz wojowników jak nigdy dotąd, a twój trening... idzie dosyć mozolnie, nie sądzisz?
Żywica spuściła wzrok. Wiedziała, że mentor nie chciał jej zranić. Właśnie przez to jego słowa zabolały jeszcze bardziej. Przynosiła mu zawód. Pewnie nie tylko jemu. W głowie od razu pojawili się rodzice, a później Bursztyn, który coraz częściej wydawał się od niej oddalony, nawet jeśli znajdowali się obok siebie.
— Rozumiem... — wykrztusiła tylko, przytakując. — Ja... Przepraszam, po prostu... Nie wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie — stwierdziła, nie chcąc gubić się we własnych słowach.
Bo co właściwie mogła powiedzieć? Że się bała? To było oczywiste. Bała się własnego cienia, kolejnej porażki, tego, że zawiedzie wszystkich, którzy czegoś od niej oczekiwali. Strach, który u innych mógł stać się powodem do działania, w niej odbierał siły. Zamiast pchać ją naprzód, przygniatał ją coraz mocniej do jednego miejsca. 
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wpatrywał się w nią spokojnie, aż w końcu westchnął i strzepnął ogonem.
— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać, bo zamarzniemy tu na śmierć, jednak przemyśl sobie to wszystko, Żywico — polecił, odwracając pysk. — Spójrz w dal. Co widzisz?
Żywica spróbowała podnieść wzrok, lecz oczy miała zaszklone łzami. Nie chciała płakać przy mentorze, ale łzy same zbierały się pod powiekami. Zacisnęła zęby i zamrugała kilka razy.
Przed nią rozciągała się niemal wyłącznie biel. Śnieg pokrywał ziemię, gałęzie i resztki roślin. Z trudem dostrzegała cokolwiek dalej. Mróz szczypał ją w nos, a wiatr wciskał drobne płatki pomiędzy dłuższe kosmyki futra.
— Śnieg? — wydukała, nie chcąc zostawić go bez odpowiedzi.
— Nie o to chodzi — westchnął Ognik z niezadowoleniem. — Rozumiem, że króliki mogą mieć futro zlewające się ze śniegiem, ale ten jest wyjątkowo rdzawy i tłusty... Ciężko go przeoczyć.
Żywiczna Łapa zmarszczyła nos i zrobiła krok naprzód. Zmusiła wzrok do skupienia. Dopiero wtedy zauważyła ruch pośród śniegu. Rudy królik przemykał w oddali, zatrzymując się co jakiś czas, by rozejrzeć się za czymś do zjedzenia.
Otrząsnęła się lekko. Spojrzenie mentora nie pozostawiało wątpliwości.
Gdy była mała, nie potrafiła wyobrazić sobie, że zdobywanie jedzenia może wymagać tyle wysiłku. W żłobku to inni przynosili jej pożywienie pod nos, gdy tylko zaprzestała pić mleka matki. Tutaj zwierzyna miała własne pazury, zęby, uszy i przede wszystkim ogromną chęć pozostania przy życiu. Ona chciała zjeść, a królik chciał uciec. To było proste.
Nie miała jednak dobrego miejsca do rozpoczęcia łowów. Teren był niemal zupełnie odkryty, a z rzadka porastające go, wyłysiałe krzewy dawały niewiele osłony. Żywica musiała więc wykorzystać każdą nierówność terenu.
Dotychczas polowania nie szły jej najgorzej. Potrafiła skradać się cicho i przemykać pomiędzy przeszkodami. Problemem nie były łapy. Problem tkwił w jej głowie. Myśli wciąż wracały do ognia, do Bursztyna, do babci i do wszystkiego, co mogło wydarzyć się później. Każdy trzask gałązki przyciągał jej uwagę, każdy ślad mógł stać się kolejnym powodem do niepokoju.
Złość zaczęła mieszać się ze strachem. Nie była przecież aż tak kiepska.
Skoczyła naprzód, ale nastąpiło to zbyt szybko.
Królik zdążył ją wyczuć i odbił w bok, zanim jej łapy dotknęły jego futra. Żywica straciła równowagę i runęła pyskiem w śnieg. Zimny puch dostał się do nosa. Przez moment leżała bez ruchu, czując drżenie wszystkich czterech kończyn.
Nie ruszyła od razu w pogoń. Podniosła się powoli i otrzepała futro. Śnieg posypał się z jej wąsów.
Była taka bezużyteczna.
— Żywiczna Łapo, wszystko dobrze? — Usłyszała głos mentora. — Prawie go miałaś.
— Nieprawda, mocno chybiłam — wykrztusiła, patrząc z poczuciem winy na własne łapy. — Zaraz... zaraz spróbuję jeszcze raz... Tym razem się uda — zapewniła.
Oskrzydlony Ognik zmarszczył brwi. Przez chwilę przyglądał się jej bez słowa.
— Nie wiem, czy będzie miało to sens — stwierdził. — Jesteś zbyt rozproszona, a szkoda byś się w kółko męczyła, jeśli nie przyniesie to żadnych efektów.
Żywica poczuła, jak coś zaciska się jej w gardle. Zadrżała i pociągnęła nosem. Liczyła na to, że mentor każe jej próbować dalej. Że powie coś, co pozwoli jej uwierzyć, że jeszcze może sobie poradzić. Zamiast tego zasugerował powrót. Czy naprawdę było z nią aż tak źle?
— Moje wszystkie kończyny są sprawne. Złapię go — zapewniła, postępując naprzód.
Jej chód był niepewny, choć za wszelką cenę próbowała nadać mu stanowczości. Czuła zmęczenie, lecz nie miała ku niemu prawdziwego powodu. Przez ostatnie księżyce przywykła do tego, że większość decyzji podejmowali za nią inni. Idź tam. Zrób to. Czekaj. Wracaj. Słuchała, wykonywała polecenia i miała nadzieję, że w ten sposób kiedyś stanie się wystarczająco dobra.
Dlaczego nawet teraz nie potrafiła po prostu zrobić tego, czego od niej oczekiwano?
Ogarnęło ją zniechęcenie. Nie miała sił walczyć sama ze sobą, a przecież właśnie tego potrzebowała najbardziej. Nie była taka jak Bursztyn, który zdawał się nieustannie szukać kolejnych ścieżek, nowych miejsc i nowych kotów.
— Go już raczej nie dogonisz. Poszukaj innego tropu — zasugerował Ognik, pozwalając jej na drugą próbę.
Żywiczna Łapa skinęła głową. Uspokoiła oddech i ruszyła żwawym truchtem, uważniej stawiając łapy na śniegu. Zimno nadal szczypało ją w poduszki, ale nie zamierzała wracać z pustymi łapami. Klan już wystarczająco dużo stracił. Nie mogła dokładać do tego własnego lenistwa.
Węszyła nisko przy ziemi, choć Porą Nagich Drzew złapanie tropu nie było łatwe. Wiatr mieszał zapachy, a śnieg przykrywał wiele śladów. Zamiast kierować się wyłącznie wonią, zaczęła wypatrywać odcisków łap. Ślady gryzoni były mniejsze i znacznie lżejsze od kocich. Przez chwilę jej wzrok zatrzymał się na jednym z większych odcisków. Zastanowiła się, czy nie należał do Bursztyna i czy nie mógłby doprowadzić jej do miejsca, w którym brat spotykał się z obcymi.
Otrząsnęła się jednak i wróciła do zadania.
Królika znalazł niedaleko granicy. Nie był to ten sam, którego wcześniej spłoszyła. Ten był mniejszy, wychudzony i uparcie grzebał łapami pod jednym z krzewów, próbując wydobyć spod śniegu coś do zjedzenia.
Żywica obejrzała się na mentora. Ognik pozostał kilka długości ogona za nią. 
Przywarła do ziemi. Każdą łapę stawiała ostrożnie, sprawdzając podłoże przed kolejnym krokiem. Królik uniósł łeb, lecz wiatr niósł jej zapach w przeciwną stronę. Gdzieś dalej zaszeleściły suche gałązki, odwracając uwagę zwierzęcia. Żywica wykorzystała moment. Jeszcze jeden krok. 
Gdy była już wystarczająco blisko, wybiła się z tylnych łap i skoczyła.
Tym razem nie chybiła. Zęby zacisnęły się na karku królika, a jego ciało poczęło walczyć, próbując wyszarpać się z jej ucisku. Żywica przycisnęła je do śniegu przednią łapą i nie puściła, dopóki zwierzę całkowicie nie znieruchomiało.
Dopiero wtedy uniosła łeb.
Serce waliło jej w piersi, a oddech był ciężki, ale tym razem nie ze strachu. Spojrzała na zdobycz, potem na zbliżającego się mentora. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie poczuć odrobinę dumy.
Oskrzydlony Ognik zatrzymał się obok.
— Możemy wracać do obozu — odparł tylko.
Żywica zamrugała. Tego się nie spodziewała. Spojrzała na królika, potem znowu na mentora, czekając jeszcze przez chwilę na coś więcej. Na pochwałę. Choćby jedno krótkie słowo, które powiedziałoby jej, że tym razem zrobiła coś dobrze.
Nic takiego nie nastąpiło.
Opuściła wzrok na własne łapy, a wcześniejsza duma zaczęła powoli gasnąć.

[ 1767 słów]
[polowanie na króliki]

[35% + 5%]

28 września 2026

Zimowe dolegliwości!

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Ciepła jesień, ku zaskoczeniu większości, zastąpiła wyjątkowo mroźna zima. Temperatury drastycznie spadły. Spadła duża ilość śniegu, pokrywając tereny klanów grubą warstwą białego puchu. Śnieżyce niekiedy zupełnie uniemożliwiają przeprowadzanie patroli oraz polowanie na i tak nieliczną zwierzynę. Ze względu na niedobory pożywienia samotnicy częściej zapuszczają się na leśne tereny, mając nadzieję, że ochronią je one przed głodem. Uciążliwy mróz będzie utrzymywał się niemal do upragnionego nadejścia wiosny.

Klanu Burzy:

Gadożerowy Pysk - katar
Perłówkowa Łapa - przewianie
Pląsająca Łapa - infekcja ucha
Skrzydlata Płomykówka - szkło w łamie
Biały Strumień - gorączka

Klanu Klifu:
 
Jenocia Kufa - bezsenność
Jagnięcy Ukłon - ból głowy
Przepiórcza Wichura - infekcja gardła
Zanurzona Łapa - biały kaszel
Rozkwitający Aster - swędząca infekcja

Klanu Nocy:

Żabie Oko - wymioty
Wężynowy Splot - infekcja ucha
Jasna Łapa - gorączka
Morszczynowy Wąs - infekcja oka
Milcząca Łapa - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Tęczowa Łapa - bezsenność
Nocny Śpiewak - odmrożone poduszki łap
Wodnik - katar
Pszczeli Rój - ugryzienie przez szczura
Chudy Grzbiet - wybicie barku

Owocowego Lasu:
 
Psianka - wybicie barku
Mordor - infekcja oka
Ryś - swędząca infekcja
Lis - odmrożone poduszki łap
Borowik - zranienie przedniej łapy

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Czajka - ból głowy
Kazarek - bezsenność
Węgorz - przewianie

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Żywiczna Łapa - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko

Klanu Klifu:
 
Firletkowa Łapa - zranienie przedniej łapy > infekcja > niemożność stawania na łapę
Czujny Pasterz - bezsenność > halucynacje
Słonkowa Łapa - swędząca infekcja > podrażnienie skory

Klanu Nocy:

Mandarynkowa Gwiazda - ból głowy > osłabienie > migreny
Narwana Łapa - szkło w łapie > infekcja łapy

Klanu Wilka:
 
Wąsatkowy Ruczaj - ból stawu > odrętwienie kończyny

Owocowego Lasu:

Drobinka - ból zęba > zepsucie zęba
Pierścień - bezsenność > halucynacje
Mistral - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko

Samotnicy i Pieszczochy:

Lisi Oset - zwichnięcie tylnej łapy > zwyrodnienie
Szaruga - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy- mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!
Proszę, by wymienione pod opowiadaniem imiona zgadzały się z imionami postaci w momencie ich zachorowania. Stare, zgadzające się z listą imię można zamieścić w nawiasie obok aktualnego imienia.

Od Poziomkowej Łapy

Po mianowaniu Kostki, przed zasypaniem żywcem

— Poziomkowa Łapo, nie możesz się bać używać swoich łap i pazurów. Walki uczniów to wyjątek, owszem, jednak przy nich również musisz się przyłożyć. Nie możesz wiecznie dawać się pokonywać, bo w razie wojny każde łapy będą potrzebne do pomocy — wybrzmiały słowa starszego, niczym grom niosący się po zachmurzonym, ciemnym niebie, a szylkretka kiwała główką z położonymi uszami po sobie, jakby zgarniała ochrzan od matki za najgorsze przewinienie. Nie chciała wracać do tamtego dnia, ponieważ to nie było nic przyjemnego. Sam fakt, że musiała pobić się z własną siostrą i to w dodatku tak mocno… poruszyła niespokojnie ogonem, patrząc na kocura. Chciała udawać, że tamten pojedynek nigdy nie miał miejsca. Nie miała tego za złe Porzeczce, raczej sobie, że była taka… bezużyteczna. Czy przewodnik miał pomysł na dzisiejsze szkolenie? Skoro rozmawiali o walkach uczniów, koteczka bała się, że mogła się domyślać, na co wpadł. Kocur zamyślił się jeszcze na chwilkę, jakby potrzebował posmakować własnego pomysłu przed podzieleniem się nim.
Wreszcie skinął głową.
— Zawalczysz z Jabłkową Łapą. Może problem tkwi w pokrewieństwie, a nie sposobie walki.
Niebieskooka westchnęła z ulgą. Nie chciała znowu walczyć ze swoimi bliskimi, to było dla niej niezwykle trudne. Nie tylko fizycznie, ale i też psychicznie. Oczywiście, przepychanki rodzeństwa rozumiała, jednak to było o stopień wyżej, co jej się wcale nie podobało. Jabłkowej Łapy nie znała dobrze, jedynie z widzenia, ponieważ dzieliły legowisko. Sama nie była pewna, co spowodowało jej ostatnią porażkę. To nie było tak, że się z niej cieszyła. Wręcz przeciwnie.
— Dziękuję, Śniący Obserwatorze — miauknęła ze szczerą wdzięcznością. Przewodnik podniósł się i otrzepał długie kłosy z paprochów, a następnie ruszył eleganckim krokiem w stronę Gadożerowego Pyska, już czekającego na nich, nieco na uboczu centrum. Zdziwiła się, że byli już ugadani – tak szybko? Czyli wystarczyło jedynie przekazanie jej informacji. Jednak, nie przedłużając nadto, również podniosła zadek z posadzki i zrównała z nimi kroku, czując, jak serce podchodzi jej delikatnie do gardła. Musiała tym razem wygrać. Jeśli wygra, może nie będzie musiała więcej z nikim walczyć, przynajmniej na jakiś czas.
Patrzyła dużymi oczkami na Jabłkową Łapę, starszą od siebie uczennicę. Kocur o wydłużonym, klinowym pysku również nic nie mówił, wywijając aksamitnie ogonem. Cała czwórka szła w milczeniu, co przyprawiało uczennicę o lekki dreszcz. Przywykła do tego, że podczas większych, zebranych grupek ktoś zawsze o czymś zawzięcie opowiadał albo chociażby charkał sobie na boki, a tutaj jedyną, która to robiła, była ona. Odchrząknęła w grobowej wręcz ciszy, czując, że zbiera jej się chrypka w gardle. Brązowooka spojrzała na nią, uśmiechając się delikatnie, a Poziomka wbiła wzrok w łapy ze skonfundowaniem, szybciutko tego żałując, bo gdy chciała również odwzajemnić rozpromienienie, arlekinka już na nią nie patrzyła.
Dotarli do jednej z wielu odnóg. Dwójka najstarszych usiadła nieopodal siebie, a uczennice czekały na polecenia mentorów. Szanse na zagadanie do niej właśnie przepadły, już nie było na to czasu.
— Stańcie przed sobą w równej odległości.
Obydwie wykonały polecenie. Poziomka była delikatnie niższa od Jabłkowej Łapy, jednak, całe szczęście, nie aż tak wiele, dlatego też poczuła, że może miała z nią szansę. Nie chciała z nikim walczyć, to nie wpływało na nią dobrze. Jej pierwsza i najnowsza walka uświadomiły jej, jak słaba była. Znajomy i przyjemny, ziemisty zapach wydobywał się ze ścian rozgałęzienia, przynosząc Poziomce swego rodzaju komfort. Może i nie był on ogromny, jednak doceniała go niezwykle. Końcówka ogromnego, trójkolorowego ogona wywijała na boki z nerwów, a Jabłkowa Łapa miała zawieszony wzrok na niej, mięśnie napięte. Była gotowa. Niebieskooka zaś w ogóle. Mimo to nigdy nie będzie czuć się gotowsza niż dzisiaj. Chciała to mieć już za sobą.
— Walczcie! — wybrzmiał niski głos jednego z dwójki kotów. Poziomkowa Łapa położyła uszy przy głowie i rzuciła się biegiem w stronę Jabłkowej Łapy. Znalazłszy się wystarczająco blisko, gdy liliowa miała już uskakiwać w bok w ostatniej chwili, potknęła się i przewróciła, przez co czarna wbiegła w nią z impetem. Arlekinka upadła na bok głucho, wznosząc w powietrze chmurkę kurzu, a szylkretka ułożyła się tuż obok niej. Kotki wspólnie zaczęły kaszleć, jednak nie powstrzymało to młodszej przed postawieniem swojej łapy na piersi drugiej i przyciśnięciem jej mocno do ziemi. Brązowooka szarpnęła się i spróbowała ją ugryźć w jedną z kończyn, przez co nacisk Poziomki zelżał i arlekinka prędko to wykorzystała, bowiem zamachnęła się tuż przed jej pyskiem, krzywiąc się, gdy poruszała choćby palcem. Gdyby tylko miała wysunięte pazury, z pewnością polałaby się krew. Z tą myślą zatem instynktownie, uczennica przewodnika chrząknęła i pochwyciła zranioną łapę przeciwniczki, naciskając na nią. Jabłkowa Łapa wrzasnęła, co wystraszyło długofutrą.
— Tylko bez pazurów! Nie ma się polać choćby kropla krwi — przypomniał im Gadożerowy Pysk.
— Poddaję się! — zawołała liliowa, a rudaska zrobiła duże oczka, odwracając łeb i spoglądając teraz na swojego mentora.
— Poziomkowa Łapa wygrywa! — powiedział, przymykając na chwilę oczy. Koteczka poczuła, jak serce przyspiesza jej bicia. Naprawdę udało jej się wygrać? Śnieżnobiały pomógł swojej podopiecznej wstać, arlekinka kulała. Niebieskooka zerknęła na nią ze zmartwieniem.
— Możesz stanąć na łapie? — zapytał mentor, a Burzaczka, gdy tylko zetknęła się poduszkami z gruntem, syknęła z bólu.
— Chyba ją zwichnęłam. Możemy pójść do Wdzięcznej Firletki? — zapytała, przechodząc obok Poziomki i spoglądając na nią chłodnym wzrokiem. Koteczka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Była na nią zła? Na pewno zrobiła jej krzywdę… Poczuła, jak w kącikach oczu zaczyna ją piec ze wstydu i wyrzutów sumienia.
— Nie chciałam ci zrobić krzywdy, ja… — mruknęła w jej stronę, ale spotkała się z ciszą. Śniący Obserwator ruszył u jej boku, patrząc przed siebie.
— Przejdzie jej, to na pewno nic takiego — próbował ją pocieszyć Gadożerowy Pysk. — Mamy świetną medyczkę, pomoże jej.
Czarnofutra otarła łezki, kiwając głową. Miała nadzieję, że właśnie tak będzie. Przecież nigdy nikomu nie zrobiłaby celowo krzywdy! Nie skrzywdziła w całym swoim życiu nawet muchy. Będzie musiała przeprosić koleżankę z legowiska jak najszybciej. Zrobi to wtedy, kiedy Jabłuszko ochłonie po ich walce.

[956 słów, walka w tunelach]

[19% + 5%]

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Uśmiechnęła się.
– Nie ma za co. Na pewno zostanie dobrą i szanowaną wojowniczką godną miana namiestniczki – zapewniła.

***

Teraźniejszość

Dzisiaj nakazała Błękitnej Lagunie przywołać do jej legowiska parę najstarszych namiestników pod pretekstem omówienia postępów w treningu Centuriowej Łapy i Orzechówkowej Łapy. Kiedy Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer wkroczyli do jej legowiska i zajęli swoje miejsca naprzeciwko niej, przeszła do rzeczy.
– Na pewno pamiętacie niedawny atak wydr i samotników na nasz obóz – zaczęła. – Tak się składa, że podczas przesłuchania Dryfująca Bulwa udzielił mi kilku interesujących informacji, w zamian za co został puszczony wolno i mógł odejść z terenów Klanu Nocy.
Oba koty zastrzygły uszami z zainteresowaniem na tę informację.
– Powiedział mi, że jakiś czas temu zobaczył jakiegoś kota w towarzystwie wydr. Te go nie atakowały, a więc jest szansa, że samotnicy oprócz ptaków trenują również wydry przeciwko nam – tu zrobiła pauzę. – Chciałabym, żebyście zbadali tę sprawę. To znaczy, wytropili wydry i sprawdzili ich powiązania z samotnikami, a następnie przekazali mi wyniki waszego dochodzenia.
Para skinęła głowami.
– Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie wydry zostały zaobserwowane w towarzystwie kota, więc o tym wszystkim musicie dowiedzieć się sami. Liczę na was.
Przesunęła po nich wzrokiem. Nie chciała narażać ich na niebezpieczeństwo, aczkolwiek była pewna, że poradziliby sobie z tym. Poza tym nie miała tak naprawdę innego wyboru, o ile nie zamierzała puścić tego wszystkiego mimo uszu.

<Trzcina? Dostajecie zadanie bojowe>

Od Łabędziego Tanu CD. Milczka (Milczącej Łapy)

Popatrzyła na kociaka, potem na rysunek, a potem jeszcze raz (tym razem z oburzeniem) na kociaka. Przyciągnęła jedną łapę do swojej piersi i otworzyła pysk, ale odebrało jej mowę. Czy on uważał, że była gruba?! Co za niewychowany bachor! Trudno się dziwić skoro to dziecko czekotki. Zgromiła go surowym wzrokiem, podniosła się i poszła sobie gdzieś indziej, zostawiając zdezorientowanego kociaka samego.

***

Właśnie poprawiała swoje futro po powrocie z treningu z Jasną Łapą, kiedy podszedł do niej inny uczeń. Milcząca Łapa – ten dziwak od czekoladowej samotniczki, który przy ich ostatnim spotkaniu bardzo ją zdenerwował. Usiadł naprzeciwko niej i wlepił w nią swoje ciemnoniebieskie patrzałki. Uszy opadły jej lekko z niezadowolenia, zanim nie przyjęła ponownie swojej zwyczajowej postawy.
– O co chodzi, Milcząca Łapo? – zapytała spokojnie, jednak w jej głosie można było dość łatwo wyczuć nutę niechęci. Nie patrzyła na niego, zamiast tego uniosła jedną ze swoich łap i zaczęła oceniać stan swoich pazurów. Ten zaczął coś mamrotać i bełkotać niezrozumiale. Kiedy nadal na niego nie patrzyła, wstał i przesunął się, by ponownie znaleźć się w jej linii wzroku. Był widocznie zirytowany. Zaczął wymachiwać łapami, wskazywać na nią, na niego, a potem jeszcze gdzieś indziej. W końcu opuściła swoją łapę i westchnęła.
– Przykro mi, ale nie rozumiem cię – miauknęła z udawanym smutkiem. To najwyraźniej spotęgowało frustrację kremowego, bo ku jej zaskoczeniu i oburzeniu złapał ją za łapę i pociągnął. Zabrała łapę i prawie krzyknęła:
– Co ty wyprawiasz?!

<Milczek?>

Od Księżycowej Aldrowandy

— Aldrowando, wszystko w porządku? — spytała Ćmia Łapa, patrząc z lekkim zmartwieniem na starszą koleżankę.
Księżycowa Aldrowanda zakasłała ponownie. Nie miała siły się odezwać, więc tylko skinęła głową z niemrawą miną. Gardło drapało ją niemiłosiernie od samego ranka. Najpewniej nabawiła się jakiejś choroby na sam początek Pory Opadających Liści. Pytanie teraz pozostaje, skąd się ona wzięła? Winowajców mogła wskazać kilku. Mogła zarazić się od Rybitwy, kiedy była dwa dni temu w żłobku. Mogła załapać coś podczas spożywania wraz ze swoim bratem tej samej zdobyczy dzień wcześniej. Albo zwyczajnie ją przewiało, kiedy wyszła w nocy z obozu za potrzebą.
Nieważny był teraz powód, a to, co zamierzała z tym zrobić. Medyczka podeszła do półki z ziołami i po szybkim przeglądzie wymruczała kilka mniej ładnych wyrażeń pod adresem matki natury, która nie raczyła jej dać więcej wrotyczu, czy też miodu. Jak nie to, to czym mogła jeszcze leczyć swoją infekcję gardła? Aksamitką lub tatarakiem. A że tatarak był bliżej kotki, to po niego akurat sięgnęła. Aldrowanda położyła korzeń tej rośliny wodnej na ziemi, po czym zmiażdżyła jego fragment. Zielonkawy sok wypłynął z korzenia, a ona zaczęła go od razu zlizywać. Był paskudny w smaku, ale zdążyła się już przyzwyczaić do faktu, iż zioła prawie nigdy nie smakowały. Wyjątkiem były miód, mak, kocimiętka oraz czyściec wełnisty. Chociaż co do tego ostatniego, to nie każdy by się z nią zgodził. No cóż, opinia jest jak zad — każdy ma swój.
Resztki korzenia, który na nic się już nie przyda, zutylizowała do małego dołka wykopanego w rogu zielarni. To był jej osobisty wynalazek, z którego była niezwykle dumna. Do dołka wrzuca się zużyte zioła i przykrywa je korą z brzozy. Kiedy dołek się wypełni, resztki pakuje się do liści, a następnie całą taką partię wyrzuca poza obóz. W ten sposób nie trzeba tyle chodzić. Jagna nie musiała tyle chodzić. Bo szczerze mówiąc, to Aldrowanda wymyśliła to głównie dlatego, żeby oszczędzać stawy starej medyczki. Z biegiem czasu obserwowała, jak jej mama zaczynała mieć nieco większe problemy z chodzeniem. Starość powoli dawała jej się we znaki, chociaż Jagna się do tego nie przyznawała.
— Czujesz się już lepiej? — spytała kremowa uczennica, wyrywając nagle szylkretkę z toku myśli.
— Trochę tak. Ale i tak muszę dać sobie czas na wydobrzenie — odparła, uśmiechając się delikatnie, po czym wróciła do młodszej kotki.

Wyleczona: Księżycowa Aldrowanda

Od Ślepowrona CD. Zwęglonej Kulułki

Kocurek obserwował, jak wojowniczka podreptała do stosu zwierzyny, po czym ruszyła w jego stronę. Gdy przy nim stanęła, poczuł się mniejszy niż zazwyczaj, chociaż szylkretka wcale nie należała do wysokich bądź barczystych kotów. Kukułka odłożyła na ziemię przed nim świeżą zdobycz.
— Witaj, Ślepowronie. Czemu siedzisz tu samotnie? Pora Opadających Liści robi się coraz chłodniejsza, lepiej byś nie zachorował — miauknęła łagodnie.
Ślepowron dobrze wiedział, o czym mówiła. Pomimo swego dłuższego futerka, chłód zaczął się do niego powoli dobierać. Chociaż najzimniejsze dni jeszcze daleko przed nim, to już teraz tęsknił on za wygrzewaniem się na słońcu przed żłobkiem. Nie pamiętał zbyt wiele z tamtego okresu, był na to zbyt młody, ale pamiętał tamto ciepło. Kiedy więc wojowniczka zaproponowała, aby wrócić do środka, nie wykłócał się. Chociaż chętnie podreptałby sobie teraz wokół wejścia, to jeszcze chętniej zaznałby trochę ciepła.
Wraz ze Zwęgloną Kukułką wszedł więc do środka, przesuwając się pomiędzy gałęziami krzewu, który robił za żłobek klanu. W jego wnętrzu było zdecydowanie przyjemniej niż na zewnątrz, przynajmniej jeśli rozmawialiśmy o kwestii temperatury. Kocurek spojrzał na szylkretkę, która niosła na powrót w pysku zwierzynę. Obdarowała nią karmicielki, a także zostawiła jedną dla Kwaśnej Kocanki, która akurat wyszła na chwilę ze żłobka kwadrans wcześniej, ale finalnie została jej o jedna za dużo.
— Ach, źle wyliczyłam — mruknęła cicho, strofując się sama.
Ślepowron przypatrzył się myszy, która leżała teraz u stóp Kukułki. Mała, futrzasta kulka leżała bezwiednie, nie mając już nic do piśnięcia. Kociak przypomniał sobie, że w zasadzie nigdy nie próbował jeszcze pokarmu stałego, chociaż zdaniem Ognikowej Słoty był już na to zapewne gotowy. Jakże więc smakowała mysz? Wszyscy jego starsi pobratymcy zajadali się nimi z uciechą. Musiała więc być smaczna. I aromatyczna. Miodowy Ul wspominała raz o tym, jak bardzo tęskniła już za zapachem świeżej zwierzyny, która wkrótce miała stać się jej łupem na polowaniu. Ach, jak bardzo chcę już spróbować jakiejś małej myszy!
Kocurek spojrzał na szylkretkę, przekrzywiając nieco swój łebek w bok.
— Zwęglona Kukułko, czy ja też mógłbym dostać mysz na śniadanie? — spytał.
To nagłe i niespodziewane pytanie zaskoczyło wojowniczkę. Zamrugała kilka razy, przetwarzając w mózgu tę prośbę.
— No nie wiem, Ślepowronie… Pytałeś się Kwaśnej Kocanki, czy już możesz jeść myszy? — spytała niepewnie.
— No… no nie… — odparł kociak, kładąc delikatnie uszy. — Ale Ognikowa Słota powiedziała, że już mogę zaczynać! Mam ponad dwa księżyce!
Zwęglona Kukułka zmarszczyła brwi. Nadal nie była pewna co do dawania tak młodemu kociakowi myszy do jedzenia.
— Kukułko, proszę! — miauknął przeciągle i cicho, stosując technikę swojego brata, Niedźwiedzia, który w ten sposób parę razy dostał to, czego chciał. — No chociaż jeden mały kęs!

<Zwęglona Kukułko?>

Od Wzorzystej Dali CD. Rozżarzonej Pieśni

Uśmiechnęła się na słowa Rozżarzonej Pieśni.
– Dziękuję – miauknęła, po czym popatrzyła gdzieś indziej. Nie chciała pokazywać po sobie, jak bardzo nowa rola ją stresowała. Dlatego postanowiła poddać się z podtrzymywaniem rozmowy. Mogłaby przez przypadek narobić sobie jakichś nieprzyjemności. Teraz tylko wystarczyło wytrzymać tę niezręczną ciszę, dopóki nie wrócą do obozu.

***

Od czasu mianowania dzieci Rozżarzonej Pieśni, spędzała więcej czasu sam na sam ze Skrzydlatą Pogonią. Głównie dlatego, że Różeńcowe Serce dostało własną uczennicę i nie miało już tak dużej ilości czasu, żeby spędzać go z nimi. Okazjonalnie zdarzało się jednak tak, że cała trójka jaśniejących skrzydeł prowadziła treningi dla Zanurzonej Łapy. Wzorzysta Dal uważała to za dużo trudniejsze zadanie niż szkolenie Jajecznej Łapy – teraz Jajecznej Skorupki. Uczennica miała po prostu inny charakter. Była dużo energiczniejsza i głośniejsza. Momentami jej to przeszkadzało, ale ogólnie nie żywiła negatywnych uczuć wobec młodszej. W końcu tak już było u uczniów. Przynajmniej miała wpojone ideały lojalności wobec klanu. Dzięki temu mogła daleko zajść. Aczkolwiek… nie życzyła jej tego. Żadnemu kotu nie życzyła zostania jaśniejącym skrzydłem i konieczności robienia tego, czego ona i jej przyjaciele się dopuścili. Siedziała właśnie na uboczu obozu, spożywając posiłek wspólnie ze Skrzydlatą Pogonią, kiedy zobaczyła awanturę. Przy wejściu do jaskini Klifiaków Focza Fala krzyczała na swoją uczennicę. Współczuła Krabowej Łapie mentorki. Niebieska nie zmieniła się od czasów uczniowskich, a na pewno nie na lepsze. Nadal była furiatką i awanturniczką. Zobaczyła, jak była Wilczaczka podchodzi do córki i próbuje odciągnąć ją od napastniczki. Nie pomogło to zbytnio, ponieważ młoda nie chciała dać za wygraną i zaczęła sama wykłócać się z mentorką, więc ruda po prostu stała tam, zbierając obelgi. W końcu Wzorek nie mogła już dłużej siedzieć bezczynnie.
– Zaraz wracam – rzuciła do przyjaciela, wstała i przeszła przez obóz aż do kłócących się kotek.
– Ty durna kocico! Jak mogłaś namawiać mojego partnera do zdrady?!
– Odczep się od mojej mamy, ty nadęta starucho! – odparowała czekoladowa. Rozżarzona Pieśń patrzyła na swoje dziecko ponaglająco, jakby chciała jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Kiedy szylkretka do nich podeszła, oczy Foczej Fali od razu się na nią przeniosły.
– Kolejna! Nie myśl, że Bukowa Korona nie mówił mi o tym, co działo się na zgromadzeniu!
Świetnie. Naprawdę doskonale się dobrali. Jedna głupsza od drugiego.
– Focza Falo, przestań wykrzykiwać bzdury i idź już do tego swojego, łajno wartego, partnera! – miauknęła zirytowana. – Chyba że mam powiedzieć Lśniącej Gwieździe, że nie jesteś w stanie zachować się porządnie w obozie.
– Desperatka i lizuska – prychnęła z pogardą odchodząca niebieska. “Furiatka i awanturniczka” pomyślała sobie arlekinka, ale ugryzła się w język przed wypowiedzeniem tych słów. Popatrzyła tylko na Krabową Łapę i jej matkę z niemym pytaniem, czy wszystko w porządku.

<Żar?>

Od Wrony CD. Puchacza

Przeszłość

Wrona wybiegła, aby zapytać, jakie imię duszy otrzymał jej brat. Został mianowany!
O mało nie wpadła na brata, który właśnie zszedł z drzewa.
– Cześć, Puchaczu! Jak po mianowaniu? Otrzymałeś już imię duszy?
Czekoladowy nastawił uszy.
– Wrono, nie mam żadnego…
– Jeszcze nie dostałeś?
– Nie… nie chce go mieć… nie wierzę we Wszechmatkę.
Dymna była w szoku. Nie wiedziała, że brat był niewierzący. Również było jej przez to wstyd, że o tym nie wiedziała.
– Oł, rozumiem… pamiętaj, wspieram cię, nieważne co, okej?
– Okej. – Puchacz wymusił na sobie uśmiech.

Teraźniejszość

Wrona właśnie wróciła z przyjacielskiego polowania, na którym była ona, Iskrzyk, Borowik i Śnienie.
– Super nam poszło i tym razem nic się nie zdarzyło! – zaśmiała się kłapoucha, która często była świadkiem różnych niecodziennych zdarzeń. Lubiła to, dzięki nim życie było jeszcze ciekawsze.
– No dobra, dajmy to wszystko na stertę zwierzyny! – mruknął Śnienie, który niechcący upuścił mysz, która zaczepiła się na jego brodzie.
– Śnienie, masz nowego entuzjastę swojej brody! – zaśmiała się.
– Haha, bardzo śmieszne! – powiedział z udawanym oburzeniem czarny.
– A… a… A PSIK! – kichnęła.
– Oho, może pójdziesz do uzdrowiciela? – zaproponował bury.
– Dobry pomysł, Borowiku. Później się spotkamy. Pa! – pożegnała się i poszła do nory uzdrowicieli.
– Witaj, Gołąbku i Modrogończyku! Mój nos jest strasznie zapchany, macie coś na to?
– Witaj, Wrono – kiwnął głową bury medyk. – Wydmuchaj nos w tego liścia, a potem dam ci zioła.

***

Wrona nareszcie mogła normalnie oddychać. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, a ona nie chciała, aby jej katar zaostrzył się w coś poważniejszego. Przed nią siedział Puchacz, patrzący na niebo. Dawno nie spędzała z nim czasu…
– Hej, Puchaczu! Co u ciebie? – miauknęła kotka i usiadła obok niego.

Wyleczeni: Wrona

<Puchaczu?>

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)

»» ———— ⚜ ———— ««
Przeszłość,
w nowym obozie,
pora nagich drzew
»» ———— ⚜ ———— ««

— Kurza Łapo, wiem, że może być Ci ciężko, jednak... Jednak to nadal twoja matka, a moja siostra. Jeśli myślisz, że jesteś z tymi uczuciami sam, to się mylisz. Ciągle zastanawiam się, czy podjęłam wtedy właściwą decyzję, wypowiadając się o jej losie w ten sposób, skazując na pracę w tunelach. — A mogła jednak nie wspominać o Rudzikowym Skrzydełku, teraz miała na głowie poddenerwowanego młodzika, który uważa, że jego matka powinna zginąć wraz z dwójką skazańców. — Czasem najlepszą karą jest pozostawienie przy życiu, z narastającym poczuciem winy, żalem — dodała, wracając do swojego opanowania. Nie może dać się ponieść emocją, musi pokazać, że potrafi być oparcie dla Kurzej Łapy i jego siostry.
Początkowo kobaltowe spojrzenie zmiękło, lecz z kolejnymi słowami reakcja ucznia się zmieniał, by finalnie zastępczyni mogła usłyszeć prychnięcie z tego strony.
— Zabili ci partnera, twoją matkę i matkę twojej pół siostry — mówił powoli bez krzty emocji, spoglądając w sufit — A zachowujesz się, jakby Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika nigdy tu nie było. Jakby Gradobijący Cierń nie powiedział, że ciała naszych poległych wojowników zostały wrzucone do wody i mogą w każdej chwili się wynurzyć. I z jakim spokojem żeście przyjęli tę śmierci. — Zmarszczył brwi. — ... Czy Zawodzące Echo... nie, Zawodząca Gwiazda to zaplanował? Wiedział, że nie ma morderczyni i potencjalnego truciciela w obozie, i kazał własnemu ojcu włóczyć się na samym końcu orszaku... jakby świadomie skazywał go tym na niechybną śmierć. — Obrócił głowę w jej kierunku. — I czemu Rudzik dostała najłagodniejszą karę ze wszystkich? Przyznała się do zabicia Ognistej Piękności. Przyznała się do złamania jej kości i wrzucenia do paszczy ognia. Każdy z nich zabił. Czemu dajemy im żyć? Czemu dajemy żyć Gradobijącemu Cierniowi, wiedząc, że zabił dwa koty, w tym przywódcę i najbliższą osobę dla Echa? I czemu emanujecie takim spokojem!? — Uniósł się i wstał gwałtownie, mierząc ją wzrokiem. — Wasza cała święta... nie wiem, szóstka? Śniący Obserwator, Wdzięczna Firletka, Lotosowy Pąk, Cyklonowe Oko, Zawodząca Gwiazda... i ty — mówił, podejrzliwie mrużąc oczy. — I cała ta zgraja kotów pragnących krwi! Mówiono mi o egzekucji ojca Ciernia i Berberysa! Czemu... czy to jest jakiś spisek!? — cofnął się do kamiennej ściany.
— Kurza Łapo! — syknęła, kiedy uczeń nie chciał przestać mówić i sam się jedynie nakręcał bardziej. — Zrozum, że o wielu sprawach jeszcze nie masz pojęcia. Śmierć każdego z nas czeka, czy to naturalna w sędziwym wieku, czy z łap bliskich, jak ostatnio. To, że wraz ze Śniącym Obserwatorem, Wdzięczną Firletką, Lotosowym Pąkiem, Cyklonowym Okiem, Zawodzącą Gwiazdą i pewnie innymi Burzakami zachowujemy spokój, nie znaczy, że ta sprawa w żadnym stopniu na nas nie wpłynęła. Po śmierci matki, informacji o zdradzie Rudzikowego Skrzydełka zostałam cholerną zastępczynią klanu! To ja z Zawodzącą Gwiazdą i Wdzięczną Firletką dźwigamy na barkach cały klan. Musimy myśleć o ogóle, a nie pojedynczych jednostkach. Jeśli chcesz być przewodnikiem, nie możesz mieć tak egoistycznego podejścia — wyjaśniła, pod koniec opanowując emocje. Jeszcze tego brakuje, by inni to widzieli, słyszeli, czy jakkolwiek się dowiedzieli. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie kiedy klan potrzebował silnego oparcia w liderze i zastępcy. — Jeśli chcesz jeszcze pomówić, poszukać wsparcia to jestem, ale nie myśl, że będę bezczynnie obserwować, jak podążasz obecną drogą. Jeśli będzie trzeba, to wykonam obowiązek twojej matki i wychowam ciebie i Perłówkową Łapę na dumnych Burzaków, którzy będą w stanie obiektywnie patrzeć na sprawy klanu.
Po tych słowach oddaliła się, pozostawiając ucznia samego sobie, by miał czas się uspokoić i przemyśleć jej słowa. Może i zareagowała dość ostro, a okazanie zrozumienia Kurzej Łapie niezbyt jej wyszło, lecz jeśli jest mądry, to szybko zrozumie, czemu cętkowana tak postąpiła. Musiała teraz myśleć o przyszłości klanu, tej Zawodzącącej Gwiazdy oraz własnej. Nie wiadomo, czy za parę księżyców nie pojawią się kolejni zdrajcy, którym nie spodobają się rządy dymnego. Musiała być na to gotowa. Gotowa na poświęcenie życia lub zajęcie miejsca kocura.

»» ———— ⚜ ———— ««
Obecnie, po śmierci
Rudzikowego
Skrzydełka, czuwanie
»» ———— ⚜ ———— ««

Kiedy po obozie rozeszła się wieść o śmierci Rudzikowego Skrzydełka, srebrna czuła, jak łapy się pod nią uginają, a świat przed oczami wiruje. Gdyby nie Oskrzydlony Ognik u boku, ta zapewne by upadła głucho na kamienną posadzkę obozu. Zimny dreszcz rozszedł się po jej ciele, pozostawiając po sobie uczucie zimna, a niebieskie ślepia, teraz jakby puste, nie były w stanie skupić się w jednym miejscu. Gardło ścisnął jej głęboki żal i smutek, powodując nawet trudności ze złapaniem głębszego oddechu. Miała ochotę krzyczeć, wręcz drzeć się na całe gardło, by każdy wiedział, że Skrzydlata Płomykówka jest w stanie, które nigdy nie doświadczyła, nawet po śmierci Sójczego Błękitu. Wtedy nie mogła pozwolić sobie na rozpacz, gdyż klan jej potrzebował, jednak teraz? Teraz powoli podnosili się z kolan, a ona mogła zająć się również prywatnymi sprawami.
Teraz już wiedziała, co Poczciwy Szakłak musiał czuć przy śmierci Poczciwego Dziwaczka oraz Kołysankowej Łapy i zaczęła być pełna podziwu dla niego. Sama czuła, jak jej dusza jest rozrywana na kawałki z każdym uderzeniem serca, sprawiając wrażenie już nie do odratowania.
Długo nie minęło, gdy Zawodząca Gwiazda natknął się na nią w jednym z tuneli, sprawiając wrażenie, jakby właśnie jej szukał. Jego ruszy były sztywne, jakby chwilę wcześniej był świadkiem czegoś, co już na stałe utknie w jego pamięci. Ruda nawet nie zdążyła otworzyć pysk, by nieco ochrypłym głosem zadać pytanie dymnemu, kiedy ten przeszedł do rzeczy. Miała mu pomóc wyciągnąć ciało siostry. Nie rozumiała czemu, jednak nie miała siły pytać o to — skinęła głową, a następnie ruszyła za starszym.
Przy wejściu do legowiska więźniów, skinęła głową Cyklonowemu Oku, który stał na straży. Srebrno rude pręgowane klasycznie ciało jej siostry wyglądało wyjątkowo marnie, zupełnie inaczej niż ją zapamiętała z czasów, kiedy to Rudzik była entuzjastyczną kotką, która jako pierwsza starała się wyciągnąć Szakłaka z emocjonalnego dołka. Jej białe łapy niemal ponownie się pod nią ugięły. Szybko jednak się opanowała, kiedy tylko wyciągną zmarłą, to pozostanie przy niej, mając zamiar odbyć czuwanie, nawet jeśli oznaczałoby to zarażenie się czarnym kaszlem, który był rzekomym powodem jej śmierci.
Widok papki blisko pyska Rudzikowego Skrzydełka jednak skutecznie rozwiał podejrzenia o czarny kaszel. Może i łączyła poszlaki zbyt pochopnie, lecz miała wrażenie, że nie było przypadkiem, iż to właśnie syn zmarłej poinformował lidera o odejściu jednego z więźniów. Pamiętała słowa młodego kocura, kiedy ten jeszcze był uczniem — już wtedy Kogut nie rozumiał decyzji o pozostawieniu Rudzikowego Skrzydełka przy życiu.

»» ———— ⚜ ———— ««
Ogłoszenie losów
Łzawej Łapy oraz
Połyskliwego Koguta
»» ———— ⚜ ———— ««

— Zawodząca Gwiazdo, czy mogłabym jeszcze zabrać głos w tej sprawie? — spytała, kiedy tylko sytuacja z Poziomkową Łapą została opanowana, a koty ponownie zebrały się w Grocie Pamięci. Początkowo dymny nie był przekonany, jakby z obawy, że oddanie głosu bliskiemu zmarłej może okazać się złym pomysłem. Po dłuższej chwili jednak skinął głową, a srebrna przeniosła wzrok z niego na dwójkę oskarżonych. — Połyskliwy Kogucie — zaczęła od swojego bratanka. — Klan pokładał w tobie nadzieję, w tym ja, że wyrośniesz na wspaniałego przewodnika, który pomimo matki zdrajczyni będziesz w stanie odnaleźć się wśród nas. Starałam się ciebie wspierać pomimo wielu obowiązku zaraz po pożarze, zapewne nie tylko ja się starałam, lecz jak widać, dla ciebie to było za mało. Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — Z każdym zdaniem jej chłodne opanowanie przeradzało się w zburzenie, by ostatnie słowa wręcz wykrzyczeć, co raczej nie było przyjemnym doświadczeniem dla pobliskich kotów. Nim ktokolwiek zdążył jej przerwać, kontynuowała: — A ty Łzawa Łapo. — Skierowała swoje spojrzenie na uczennicę. — Zawiodłaś o wiele więcej kotów. Nie tylko ojca, matkę czy rodzeństwo, ale oba klanu! Jako uczennicy Wdzięcznej Firletki każdy Ci ufał i postanowiłaś tak to wykorzystać. Powinnaś również być wygnana, nawet jeśli pochodzisz z miotu, który symbolizuje sojusz pomiędzy Klanem Burzy a Owocowym Lasem. Swym występkiem splamiłaś ten sojusz! Nie jesteś godna tego zaszczytu!
Kiedy tylko zakończyła swój monolog, jeszcze przez chwilę po jaskini rozchodziło się echo jej wyroku na dwójce morderców. Miała gdzieś to, że okazała słabość w postaci braku zapanowania nad sobą. Każdy szanujący się wojownik, który nie chce, by młode pokolenie wyrosło na zdrajców i morderców, powinien podzielać jej zdanie. Ona nie bała się nim podzielić, wręcz przeciwnie — niech każdy wie, jakie ma podejście do tej sprawy. Może i zrobiła z siebie okrutną, bezwzględną zastępczynię lidera, jednak czasem ktoś musiał być tym złym, gdyż Echo bardzo dyplomatycznie podchodził do wszystkiego, co często się przydawało. Jednak pobratymcy czasem muszą widzieć, że lider to też kot, który ma własne myśli, odczucia, emocje i nie jest idealny, choć znajdą się Ci, go będą tak kreować.
— Na koniec chciałabym wyznaczyć koty, które odprowadzą tę dwójkę do ich nowego legowiska. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Ciosie? — Z pytaniem na pysku spojrzała na dwójkę wymienionych wojowników, którzy jednocześnie skinęli głową, a następnie ruszyli w stronę Łzawej Łapy i Połyskującego Koguta, których dotychczas pilnowała Śpiewający Raniuszek w towarzystwie Wdzięcznej Firletki, która nieopodal siedziała z ciasno owiniętym ogonem wokół łap.

<Zawiodłam się na tobie, bratanku>

Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu) CD. Fiołka (Fiołkowej Łapy)

Przed mianowaniem

Przeciągnęła jeszcze kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym spojrzała na Fiołek z lekkim znudzeniem w oczach, które szybko zastąpił teatralny uśmiech kotki.
– Dzień dobry, Fiołku, ja nazywam się Łabędzia Łapa i jestem namiestniczką – przedstawiła się. – Ale to już chyba wszyscy wiedzą… – dodała, wskazując łapą na swoje oznaczenia na pysku. Kiedy zobaczyła zapalające się iskierki w oczach szylkretki, wibrysy zadrgały jej lekko z rozbawienia. Młodsza chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy podszedł do nich zastępca. Arlekinka ukłoniła się elegancko.
– Łabędzia Łapo, idziemy teraz na patrol graniczny.
Na tę informację wstała i nie oglądając się na córkę Sennej Łzy, poszła w kierunku wyjścia z obozu. Mimo niezadowolenia spowodowanego dodatkową pracą i tak pilnowała każdego kroku.

***

Teraźniejszość

Dostała uczennicę. Śnieżna Mordka postanowiła zrobić sobie urlop macierzyński, a ktoś przecież musiał zająć się treningiem Jasnej Łapy. Od razu mogła stwierdzić, że nie podobało jej się to. Część niej wolałaby, żeby to brat dostał nowy obowiązek, ale z drugiej strony szkolenie ucznia podnosiło status kota, więc nie zamierzała się go zrzekać. Irytowało ją jednak to, jak mało dotychczasowa mentorka nauczyła kotkę. Znała tylko tereny klanu i potrafiła rozróżnić łatwe do wyczucia zapachy na zwierzynę, roślinę, wodę i niebezpieczeństwo. Jednak problemy z polowaniem były dość spore. Codziennie starała się nauczyć czarną przysiadu łowieckiego, ale ta po prostu nie była w stanie utrzymać tej pozycji na dłużej niż parę uderzeń serca, nie mówiąc już o rzeczywistym skradaniu. Dlatego, kiedy Ćmie Mżenie podeszła do niej w obozie i zaproponowała wspólne nauczanie ich uczennic w zakresie pływania, przystała na jej propozycję. Jakaś odmiana na pewno jej nie zaszkodzi. No i im prędzej umówi się na wspólny trening z jakimś kotem, tym mniejsza szansa, że zapyta ją o to któreś z jej rodziców. Tego ranka cała czwórka kotek wyruszyła z obozu. Postanowiły ćwiczyć w jednym z węższych i spokojniejszych strumyków otaczających wyspy w okolicach obozu. Szły w ciszy. Ona na przedzie wraz z Ćmim Mżeniem, a uczennice za nimi.

<Fiołek?>

Od Odety

———
Dziewięć księżyców temu
———

“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa,
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.”
Piosenka rozgrzewała pokój pomimo szarówki sprawiającej, że w pokoju panował półmrok. Powietrze, delikatnie chłodne, wypełniało przestrzeń zmieszane z zapachem ciepłego mleka. Nie było wtedy żadnych niepokoi wypełniających głowy domowników. Zamiast tego były piski i zirytowane, jednak rozczulone, wzdychanie. Najprawdziwszy wieczór rodziny, taki zwyczajny… jednocześnie to jedna z chwil wartych zapamiętania, nawet jeśli niezdolnych do uchwycenia. Może zdjęcie byłoby w stanie złapać obraz, ale nigdy tę atmosferę. Może zapamiętanie tej minuty nie było niemożliwym, lecz nie było też wystarczające.
Rozgardiasz ogarnął każdy kąt mieszkania, aczkolwiek tym hałasie był to najmniejszy problem. Kto spodziewałby się, że ledwo dwójka malców była takim wyzwaniem? Jeśli jeden nie płakał, to robił to drugi; jeśli jeden spał, to drugi jak na złość nie chciał! Istna katorga. Gdyby Ofelia miała siłę, narzekałaby i gadałaby o tym, jak najęta, jednak z drzemiącym partnerem u boku wiedziała, iż nie pozostało jej nic innego niż przetrwać te trudne momenty. Patrzyła na swoje córki wzajemnie nakręcające się swoim łkaniem i tylko jedna rzecz była w stanie je uciszyć, chociaż na moment – piosenka.
W kółko śpiewała fragment kołysanki, który mogła spamiętać przez mgłę zmęczonego brakiem snu umysłu. “Kotki dwa” były wspomnieniem wziętym dosłownie znikąd, niemniej czy liczyło się to, jeśli działało jak marzenie? Bez przerwy na wzięcie głębszego wdechu ciągle koiła swoim tonem. Gdy jej głos załamał się i musiała na moment przystanąć, aby odchrząknąć, przed chwilą uspokojone kocięta znów wydały z siebie ryk istnego terroru. Matka wręcz podskoczyła na ten straszliwy dźwięk spowodowany tylko i wyłącznie brakiem melodii. Zastanawiała się, jak długo jest tak źle. W końcu kiedyś sytuacja musiała nabrać trochę więcej pozytywów, racja? Chociaż z każdym dniem wydawało się to odleglejsze.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.”

Stały rytm utworu napełniał jej głowę pulsującym bólem, biegnącym daleko w głąb jej mózgu. Piętnaście minut, czterdzieści minut, godzina – ciągle to samo. Niektóre dni były lepsze, albowiem maluchy cichły albo bawiły się razem, ale ten nie był jednym z nich. Co gorsza, to one same wybierały, kiedy te “lepsze dni” miały miejsce. Potrafiły parę dni z rzędu być w pełni szczęśliwe, a czwartego coś im odbijało i kotka nie była na to przygotowana. Zapominała, że warto się wyspać, dopóki już nie miała na to szansy. Mówiąc prościej, życie z młodymi nie było łatwe. Miała wiele szczęścia, iż życie z Wyprostowanymi dawało jej komfort opieki.
Brak polowania, bezpieczeństwo; dla kotki wychowanej na ulicy miało to duże znaczenie. Pomimo trudów, była dumna z zapewnienia swoim pociechom stabilnego domu, zamiast ulicy gotowej na atak niezależnie od czasu czy twojej bezbronności. Dodatkowo towarzyszył jej Lucjan szczerze ją kochający. Chociaż obecnie oddał się zmęczeniu, zazwyczaj znosił cierpienia z nią, a to była zasłużona drzemka. Gdyby nie on i ich właścicielka nie wiedziałaby, jak przetrwać. Teoretycznie życie pieszczocha miało być tak haniebnym, wszelako dla niej było inaczej. To była jej cała nadzieja.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci –
Myk! Do dziury.”

Tak, nieprzespane noce były nużące. Wszakże to było naturalne. To miejsce pozostawało jej domem niezależnie od nieudogodnień tego poziomu. Póki aż mogła żyć w bliskości, była na szczycie świata.

———
Teraźniejszość
———

Pierwsza przyśpiewka, jaką słyszała, została z nią po dziś dzień. Ofelia widziała Odetę podczas nucenia krótkiej melodyjki i czuła, jak jej serce rozpływało się. Patrzyła na swojego kociaka, który tak samo, jak ona kiedyś, próbował uspokoić siebie znanymi nutami. Chciała wychować ją w cieple czterech ścian, a okazuje się, że było to już poza kartą możliwości. Nie ważne co mówiła i okazywała na zewnątrz, pozostanie tutaj, byłoby wyrokiem śmierci głodowej. Miała jednak dwa maleństwa wychowane tylko w komforcie. Migrena usilnego myślenia ciążyła jej na głowie razem ze zdenerwowaniem, którego nawet nie mogła okazać z dziećmi zaraz obok.
Odchodziła, lecz nigdy nie na tyle daleko, aby naprawdę dać upust tym wszystkim emocjom, które wypełniały ją do cna. Przełykała niepokój. On stale powracał z natężoną siłą, bo czas leciał w przód i się nie zatrzymywał. Im dalej w przód, tym warunki stawały się gorsze: braki w jedzeniu, zmęczenie planowaniem.
Odeta nie była świadoma jak jej mama czuła się naprawdę, jednocześnie domykała się. Nie chciała pytać, aczkolwiek obserwowała i starała się przejść na bok, żeby nie być w niczym przeszkodą. Każdego dnia samoistnie podejmowała działania na rzecz poprawienia sytuacji rodzinnej, mimo wiedzy o ich marnym znaczeniu w większym pojmowaniu. Mogła nie mieć wyszkolenia do tego typu zadań, jednakże do prób nie potrzeba umiejętności. Trzeba tylko chcieć czegoś szczerze. Ona chciała widzieć błysk w oczach swojej rodziny. Dla niego zdecydowała się na zrobienie wszystko.
No… prawie wszystkiego. Słysząc rozważania o jedzeniu chwytanej zwierzyny, nie dopuściła do siebie choćby myśli o przełknięciu kęsa żyjącej przed uderzeniami serca istoty. To mimowolny odruch wymiotny w jej opinii. Wciąż dla wygody swojej rodziny zaprzestała lamentowi po jednym dniu i nie wchodziła do pokoju właścicielki. Często pomagała w uspokajaniu jeszcze wrażliwszej Klementyny, która zdawała się rozproszona jedynie, kiedy zagrzmiała paplać na najbardziej nieznaczący temat. Właściwie to obrała sobie jako zadanie, zajmowanie innych rzeczami prawdopodobnie rozweselającymi resztę choć odrobinę.
Chciałaby znać zioło działające na ten nastrój roztaczający bolesne odczucia dookoła, bo kocimiętka nie miała tutaj racji pomocy. Zwiędła czy nie. Trzeba było szukać innych rozwiązań. Na razie na nic nie wpadła, ale obiecała sobie, że nie podda się bez walki. Na razie pozostało jej śpiewanie piosenki pod nosem cichuteńko.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci…
Myk! Do dziury.”