7 księżyców
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)
Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)
Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)
Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)
11 września 2026
Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy
Pora Opadających Liści nadeszła, jej ostatnie zgadywanie co miało mieć miejsce za jakiś czas, nie było wcale błędne. Była to nieodłączna część życia każdego z kotów, zamieszkujących tereny wrzosowisk, a najprawdopodobniej nawet i lasów, które graniczyły z terenami Klanu Burzy. Zmiany pór roku. Poziomkowa Łapa, mimo chłodu w wietrze pod wieczór, a także z rana, w ciągu dnia nie odczuwała tej zmiany jakoś szczególnie dotkliwie. Było to nie tylko dzięki gęstej, nieprzepuszczającej chłód szacie. Jedyne, na co mogła ponarzekać, to na zimne poduszki łap, a także końcówki uszu i wydzielinę wydobywającą się z jej nosa. Pora, która nadeszła, nie uderzyła z przytupem, jak myślała szylkretka. Najprawdopodobniej wszystko stanie się bardzo stopniowo. Łagodne promienie słońca padały na wejście do tunelów, obecnego obozu Klanu Burzy. Ziemia na górze nagrzewała się, aczkolwiek nie do takiego stopnia, żeby komuś to doskwierało. Puchata uczennica wychyliła łebek z legowiska uczniów, rozglądając się po obozie. Wszystkie koty wydawały się spieszyć na poranne obowiązki, a sama młódka wiedziała po zgiełku, że wstała zbyt wcześnie. Zamrugała parokrotnie oczami, ziewając i wyginając grzbiet w łuk, tylną łapkę wystawiając za siebie i trzepiąc nią. Wreszcie wyprostowała się i strąciła z siebie paprochy, uśmiechając aksamitnie. W tłumie dostrzegła Śnieżycową Chmurę, jedną ze starszych wojowniczek. Nie słyszała o niej tak naprawdę nic, do tej pory. Coś jednak w rudej kotce przykuło jej uwagę na tyle, że aż jej zatańczyły iskierki podekscytowania w ślepkach, ale i lekkie poddenerwowanie. Nie miała w zwyczaju zaczepiać innych kotów, też w głównej mierze dlatego, że nie chciała, żeby jej siostrzyczka się na nią gniewała lub myślała, że były dla niej niewystarczające. Kochała swoje rodzeństwo nad życie i były zawsze u niej na pierwszym miejscu. Spochmurniała, a cętkowana za ten czas zdążyła się do niej zbliżyć. Zamruczała.
— Nie smuć się, młoda! Szukasz Śniącego Obserwatora? — zapytała, posyłając jej delikatne rozpromienienie. Poziomkowa Łapa pokręciła głową, onieśmielona.
— Nie… wiem, że teraz pewnie jeszcze śpi, dlatego mam dla siebie jeszcze trochę czasu — miauknęła do niej, patrząc w intensywnie zielone oczka Burzaczki. Była średniego wzrostu, a jednak nadal łapy miała dłuższe niż niebieskooka, choć patykowate. Dało dostrzec się między nimi różnicę wzrostów. Ognista barwa futra stonowała się przez ciemność panującą w tunelach. Wojowniczka zamyśliła się na moment, kiwając wreszcie głową. Wyglądała tak, jakby bardzo pilnie musiała coś powiedzieć.
— Ty jesteś tą koteczką, co znaleźli ostatnio! Masz dwie siostry. Czy słyszałaś może o tym, że wiele księżyców temu Złota Wydma wróciła do obozu wtulona w Ostatni Pożar? Kto by się spodziewał… teraz chyba się pomiędzy nimi trochę pozmieniało, bo nie widzę ich już aż tak często, ale może nie wyłapałam ich wzrokiem. Złota Wydma kiedyś rozmawiała najwięcej z Sójczym Błękitem… — Spochmurniała na wzmiankę o kocicy. Poziomkowa Łapa przechyliła odrobinę łebek na bok. Nie wiedziała, o kim mówiła starsza. Kocica wróciła do niej spojrzeniem. — Byłaś kiedyś na patrolu lub na polowaniu? Chyba jeszcze nie, co? — zagadnęła, po chwili ciszy między nimi, przerywanej rozmowami pobratymców nieopodal. Poziomka skupiła się na niej raz jeszcze. W rzeczywistości nie miała okazji, a przynajmniej nie przypominała sobie żadnej z tych sytuacji. Może poza ostatnim wyjściem poza obóz, aczkolwiek wtedy jedynie badali stary azyl, ciężko było to nazwać oznaczaniem granic.
— Jeszcze nigdy. — Poruszyła nieznacznie ogonem, karcąc się w myślach za to, że nie była zbyt gadatliwa. Obejrzała się za siebie i zauważywszy kroczącą w jej stronę Chyżą Łapę, skinęła ognistofutrej głową na pożegnanie. Nie mogła już z nią rozmawiać, musiała skupić się na siostrze. Już uderzenie serca później Porzeczka przystanęła tuż obok siostry i spojrzała na nią wymownie, a do uszu Śnieżycowej Chmury dotarło wołanie. Zbierała się na poranny wypad.
— To do zobaczenia. Może niedługo ci się uda! — Pomachała jej ogonem na pożegnanie, a Poziomka poczuła ukłucie, wymieszane z ulgą. Z jednej strony nie musiała już się martwić tym, że wypadła niezręcznie, a z drugiej pojawiła się następna istotna sprawa; musiała coś powiedzieć siostrze, bo z pewnością oczekiwała jakichś wyjaśnień. Zerknęła na nią, poruszając końcówką ogona, a siostra posłała jej aksamitny uśmiech.
— Znacie się? — zapytała, odprowadzając zielonooką wzrokiem. — Poziomko, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, prawda? Martwię się. — W jej oczach pojawił się czysty smutek, który momentalnie wywołał w Poziomkowej Łapie ogromny stres, smutek wręcz równie wielki. Spojrzała na swoje łapy.
— N-nie… sama do mnie zagadała. Wiem tylko, że to jedna z naszych wojowniczek — powiedziała jej, wtulając się w bok siostry, szukając komfortu. Chyża Łapa pozwoliła jej na to, chociaż Poziomka nie czuła się tak, jakby rozwiało to wątpliwości siostrzyczki.
Kocica szła u boku jednego z wojowników, Rudej Lisówki, a przed nimi szło jeszcze dwóch – Śnieżycowa Chmura, a także Cyklonowe Oko, pochłonięci rozmową, był to jej pierwszy patrol w życiu. Udało jej się wyprosić mentora, żeby dzisiaj, po udanym treningu, pozwolił jej pójść na taki, a dzięki również zastępczyni wszystko się udało. Zawdzięczając wszystko zbiegowi okoliczności, przydzielono ją akurat do grupki, w której była ta ognistofutra Burzaczka. Poziomkowa Łapa ze świecącymi z zachwytu oczkami obserwowała teren dookoła, ciesząc się wiatrem rozwiewającym futro na jej kryzie. Gdy zorientowała się, że zwęglonych połaci było coraz mniej, zastępowane przez odrastającą powoli, zieloną, bujną i wysoką trawę, w jej sercu zakwitło ciepło takie, którym mogłaby co najmniej kogoś ogrzać w potrzebie. Zamruczała pod nosem, idąc dalej i obserwując wszystko z zachwytem. W pewnym momencie do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, który od razu postawił jej uszy do góry, a serce zabiło szybciej. Zerknęła na kremowego kocura, zaalarmowana tą nowością. Ruda Lisówka przystanął sztywno. Był on chyba najwyższy z całej ich grupki, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy Cyklonowe Oko go przypadkiem nie prześcignął wzrostem. W każdym razie wyraźnie odznaczające się żebra na płomiennorudym futrze i kości policzkowe, których również nie dało się zignorować, wywołały w głowie koteczki masę pytań, na które nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ nie miała nawet na to obecnie czasu.
— Co to za zapach? — zapytała niepewnie, rozglądając się za źródłem, chociaż jej oczy nie wykryły absolutnie niczego, a na pewno nie od razu. Ruda Lisówka uśmiechnął się lekko.
— To na pewno nie ja. Myłem się dzisiaj. — Cyklonowe Oko przewrócił oczami, cętkowana wojowniczka zaś pokręciła głową, łapiąc się palcami za nos. Poziomkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, panika zelżała w jej sercu odrobinę. Była mu za to wdzięczna. Kremus następnie podążył za jej wzrokiem, nie zwlekając dłużej z odpowiedzią, jednocześnie ignorując żart kocura;
— To zapach samotnika. Musimy dokładnie przejrzeć te tereny, znaleźć go i przegonić — powiedział bez wahania, węsząc intensywnie. Śnieżycowa Chmura pokiwała głową, wypatrując ich celu, o dziwo teraz siedząc w ciszy, a Ruda Lisówka polizał się parokrotnie po piersi, spoglądając po chwili na Poziomkową Łapę. Koteczka uśmiechnęła się do niego, a kocur nie skomentował tego dalej i zaczął również szukać zagrożenia. Może Śnieżycowa Chmura znajdzie w tym jakiś temat do następnej plotki, która rozniesie się po pobratymcach. Niezwykle gęste, kremowe futro poruszało się spokojnie na wietrze, plącząc się. Poziomkowa Łapa zawsze zastanawiała się jakim cudem kocur nie potykał się o te wszystkie kłosy. Sama również nie była lepsza, jej futro zawsze wchodziło jej w drogę, aczkolwiek miała o tyle łatwiej, że nie sięgało samego podłoża i zawijało się w wielu miejscach, chociaż najbardziej widoczne było to po przebudzeniu się koteczki, w ciągu dnia loki się prostowały.
Wreszcie, całej czwórce rzuciło się w oczy intensywnie rude, pręgowane gęste futro, długością podobne do tego Poziomki. Nie było na tyle długie, jak kremowego Burzaka, ale do krótkich również absolutnie się nie zaliczało. Kotka ruszyła pędem w stronę nieznajomego, u boku Śnieżycowej Chmurki i reszty. Na jej mordce wymalowana była determinacja. Chciała się na coś przydać, mimo że po paru susach łapy zaczęły ją piec, a ogon wywijał na boki niczym małe śmigło. Niczego nieświadomy obcy zaczął nawoływać kogoś, chociaż przez wiatr w uszach kotka nie mogła zrozumieć, kogo. Nie patrzył w ich stronę, zamiast tego stał do nich tyłem, co było jego błędem. Im bliżej niego się znajdowała, tym wyraźniej zaczynała dostrzegać, że nie był wcale dorosły, a tak naprawdę młody. Koteczka zatrzymała się nieopodal, nabierając intensywnych oddechów z powodu konkretnej zadyszki. Płuca ją paliły, a mięśnie napinały się delikatnie z powodu wysiłku, jednak była z siebie zadowolona. Tym razem wytrzymała dłużej niż ostatnim razem. Może spowodowane było to ekscytacją albo adrenaliną, w końcu, poza rodzicami, nie widziała nigdy innego bezklanowca. Kocurek okazał się wzrostem większy od niej, ale byli w podobnym wieku. Spojrzała na niego nieśmiało, choć z zaciekawieniem, wpatrując się w jego brązowe oczy. Rudy skulił się, trochę przytłoczony tak nagłą ilością obcych kotów dookoła.
— Zgubiłeś się, młody? Nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na wrzosowiskach? — Ruda Lisówka jako pierwszy zabrał głos, przypatrując się kocurkowi. Żaden z nich nie miał wysuniętych pazurów. Rudas po paru uderzeniach serca pokiwał nieznacznie głową.
— Chyba tak… chyba się zgubiłem… szukam mojego brata, Klocka. Przechodził tędy razem ze swoją partnerką, Różą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy widzieliście tutaj może kota podobnego do mnie, ale wyższego i chudszego, z białymi policzkami? Ma trochę jaśniejsze futro i zielone oczy — podał im opis, wyraźnie martwiąc się o swojego członka rodziny. Poziomka zaczęła od razu mu współczuć, mimo że się zupełnie nie znali. Wiedziała, jak ciężkim było kogoś stracić, szczególnie że wyglądało na to, iż musieli być blisko, skoro rudy go szukał. Cyklonowe Oko pokręcił głową, razem ze Śnieżycową Chmurką.
— Nie. Nie czuliśmy też żadnego zapachu samotników nieopodal. Jesteś pewien, że szedł tędy? W końcu wrzosowiska są bardzo rozległe, może pomyliłeś wzniesienia? — powiedziała do niego, poruszając odrobinę ogonem. — Jak cię zwą? — dopytała jeszcze, tym samym nie dopuszczając kremowego do głosu. Długofutry skarcił ją wzrokiem, lecz nie skomentował tego. Poziomka zastrzygła wąsami, zestresowana. Nie chciała, żeby wojownicy się przy niej kłócili.
— Mam na imię Kostka. — Zrobił chwilę przerwy, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Cętkowana kocica zerknęła na Rudą Lisówkę.
— Powinniśmy odesłać go do domu. Widać, że się zgubił, jest młody, na pewno zapamięta, jak mu pokażemy, że nie powinien wracać na nasze tereny — powiedział Cyklonowe Oko, marszcząc brwi w zamyśleniu. Poziomkowa Łapa zrobiła krok do przodu, przyglądając się Kostce. Widziała w nim siebie, kiedyś, ona również była samotniczką, aczkolwiek została porzucona przez matkę. Kostka jednak miał rodzinę, a przynajmniej tak jej się wydawało, przecież nie szukałby i nie narażałby się, gdyby kot, o którym wspominał, nigdy nie istniał, prawda?
— Kostko? — miauknęła, a rudy przeniósł spojrzenie ciemnych ślepi na nią. Przełknęła ślinę i spojrzała na wojowników. Sama nie była pewna, czego od niego chciała, jednak nie mogła znieść myśli, że mógłby nie znaleźć swojego brata. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Pokręciła główką. Wyciągnęła nos do przodu i pozwoliła mu się obwąchać, samemu również zapamiętując jego zapach. Pachniał w inny sposób niż dotychczasowe koty. Przypominał jej ten zapach domu, chociaż niezupełnie. Była w nim nuta czegoś nowego, ale przyjemnego, jakby woń kwitnących, słodkich kwiatów i rześkości.
— Cyklonowe Oko, ale potrzebujemy nowych wojowników. Po ostatnim pożarze, po tylu stratach… może nam się przydać. Sam na niego spójrz. Jest wysoki, młody, z pewnością będzie mu lepiej u nas, niżeli jako samotnik. Tyle kotów ginie w szczękach lisów, borsuków, nawet przez nieuważnych Dwunożnych — powiedziała stanowczo, nie robiąc sobie za wiele z faktu, że rudy nawet nie wyraził swojej opinii, czy w ogóle chciałby zamieszkać w nowym miejscu, zacząć żyć w zupełnie nowej, odmiennej społeczności… Kostka nie odpowiadał aż do tej pory, chociaż ślepia błądziły mu po kotach.
— Co macie na myśli przez “wojowników”? — zapytał, poruszając uszami nieznacznie.
— Wojownicy to koty, które dbają o zdrowie i dobro kotów, w postaci zapewniania im pożywienia, patrolowania granic, wielu wojowników walczy do ostatniej kropli krwi za swój dom i pobratymców. Jesteśmy członkami Klanu Burzy, jednego z czterech klanów zamieszkujących te tereny — wyjaśniła mu kocica, a Ruda Lisówka wraz z Cyklonowym Okiem zaczęli o czymś rozmawiać trochę ciszej, jakby potrzebowali się naradzić czy był to dobry pomysł. Poziomkowa Łapa kiwnęła główką.
— Gdybyś się do nas przyłączył, może mógłbyś znaleźć swojego brata. Klan oferuje schron, jednak nie jest to miejsce, z którego jedynie się bierze, a także się daje. Jesteśmy zżytą społecznością. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Burzy? — mruknęła, patrząc na niego z zaciekawieniem.
Kocur zastanawiał się jeszcze przez jakiś czas, łapką grzebiąc w jednym z kłosów traw w zamyśleniu, jakby czegoś szukał, chociaż nawet niczego tam nie było. Spojrzał na czwórkę przed nimi.
— Jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć, będziesz musiał przyzwyczaić się do zwyczajów panujących w naszym klanie. Jeśli to zrobisz, nie będziesz mógł się już wycofać, musisz to dobrze przemyśleć — poinformował go Ruda Lisówka, a kremus pokiwał głową. Poziomka poczuła powiew wiatru na wąsach, który działał na nią kojąco, chociaż zaczynała czuć dyskomfort związany z przebywaniem na otwartej przestrzeni tak długo.
— Klan wymaga głębokiej lojalności i ciężkiej pracy od każdego. Nie jest to życie, które odpowiada każdemu kotu, wielu samotników nigdy nie zdecydowałoby się na taką opcję ze względu na przyzwyczajenie albo wiele własnych powodów. Jednak korzyści jest wiele. — Długie pędzelki na jego uszach powiewały na wietrze, wręcz mieniąc się śnieżnobiałą barwą w promieniach słońca. Kostka wreszcie kiwnął głową, a Śnieżycowa Chmura poruszyła ogonem z zadowoleniem.
— Wspaniały wybór. Zatem zaprowadzimy cię teraz do obozu, do naszego przywódcy, żeby mógł zdecydować, co się z tobą stanie — wyjaśniła mu, a brązowooki pokiwał głową ponownie. Ustawił się obok Rudej Lisówki, a czwórka dość sprawnie przygotowała się do ruszenia z powrotem do obozu. Poziomkowa Łapa zerknęła na kocura raz jeszcze i zrównała z nim kroku. Pochyliła się delikatnie przed nim jakby w geście szacunku.
— Nazywam się Poziomkowa Łapa — przedstawiła się, myśląc, co mogłaby dodać do tej wypowiedzi. Nie chciała, żeby pomyślał, że była nudna lub nachalna. Poruszyła nieznacznie uszami, a następnie dyskretnie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha;
— Ale jeśli wolisz, możesz mówić mi Poziomka. Klanowe imiona są długie i mogą plątać język. — Pomyślała o siostrzyczce, Porzeczce, która również preferowała swoje kocięce imię, niżeli uczniowskie, czyli Chyża Łapa. Miała świadomość, że koty mogły różnie na to zareagować, dlatego też zdecydowała się na taki zabieg. Dwójka musnęła się futrami na policzkach, co ją onieśmieliło. Tak blisko była jedynie z siostrami, ale może myślała o tym zbyt dużo i była to zwykła interakcja. Kostka zamruczał na znak, iż przyjął to do informacji. Odetchnęła z ulgą, uśmiechając się pogodnie.
Wieczorne powietrze było chłodniejsze niż za dnia, a słońce schowało się za pokaźnymi i przyjemnymi dla oka chmurami, rozciągającymi się daleko po błękitno granatowym niebie, wpadającym u nasady w barwę czystego pomarańczowego. Wrzosowiska wraz z zachodzącą kulą pogrążały się w półmroku, a świerszcze zaczęły cykać swoje najlepsze pieśni, zachęcając zmęczone koty po całym dniu do odpoczynku. Promienie światła rzucały jeszcze ostatnie promyczki na wysoko pnącą się trawę, nie docierając już jednak zbyt dobrze do tuneli. Poziomkowa Łapa odetchnęła, gdy do nosa dotarł jej przyjemny, ziemisty zapach, wymieszany z wonią jej sióstr. Kostka został członkiem ich klanu, a jutro miała odbyć się ceremonia przydzielenia mu mentora. Poziomkowa Łapa była szczerze ciekawa, jakie imię zostanie mu nadane. Czy przyzwyczai się szybko do klanowych zwyczajów? Czy może również będzie preferował skróconą wersję imienia? Jej wzrok, do tej pory nieobecny, zabłądził i zatrzymał się na Chyżej Łapie, której wąska kita powiewała na boki.
— Nie smuć się, młoda! Szukasz Śniącego Obserwatora? — zapytała, posyłając jej delikatne rozpromienienie. Poziomkowa Łapa pokręciła głową, onieśmielona.
— Nie… wiem, że teraz pewnie jeszcze śpi, dlatego mam dla siebie jeszcze trochę czasu — miauknęła do niej, patrząc w intensywnie zielone oczka Burzaczki. Była średniego wzrostu, a jednak nadal łapy miała dłuższe niż niebieskooka, choć patykowate. Dało dostrzec się między nimi różnicę wzrostów. Ognista barwa futra stonowała się przez ciemność panującą w tunelach. Wojowniczka zamyśliła się na moment, kiwając wreszcie głową. Wyglądała tak, jakby bardzo pilnie musiała coś powiedzieć.
— Ty jesteś tą koteczką, co znaleźli ostatnio! Masz dwie siostry. Czy słyszałaś może o tym, że wiele księżyców temu Złota Wydma wróciła do obozu wtulona w Ostatni Pożar? Kto by się spodziewał… teraz chyba się pomiędzy nimi trochę pozmieniało, bo nie widzę ich już aż tak często, ale może nie wyłapałam ich wzrokiem. Złota Wydma kiedyś rozmawiała najwięcej z Sójczym Błękitem… — Spochmurniała na wzmiankę o kocicy. Poziomkowa Łapa przechyliła odrobinę łebek na bok. Nie wiedziała, o kim mówiła starsza. Kocica wróciła do niej spojrzeniem. — Byłaś kiedyś na patrolu lub na polowaniu? Chyba jeszcze nie, co? — zagadnęła, po chwili ciszy między nimi, przerywanej rozmowami pobratymców nieopodal. Poziomka skupiła się na niej raz jeszcze. W rzeczywistości nie miała okazji, a przynajmniej nie przypominała sobie żadnej z tych sytuacji. Może poza ostatnim wyjściem poza obóz, aczkolwiek wtedy jedynie badali stary azyl, ciężko było to nazwać oznaczaniem granic.
— Jeszcze nigdy. — Poruszyła nieznacznie ogonem, karcąc się w myślach za to, że nie była zbyt gadatliwa. Obejrzała się za siebie i zauważywszy kroczącą w jej stronę Chyżą Łapę, skinęła ognistofutrej głową na pożegnanie. Nie mogła już z nią rozmawiać, musiała skupić się na siostrze. Już uderzenie serca później Porzeczka przystanęła tuż obok siostry i spojrzała na nią wymownie, a do uszu Śnieżycowej Chmury dotarło wołanie. Zbierała się na poranny wypad.
— To do zobaczenia. Może niedługo ci się uda! — Pomachała jej ogonem na pożegnanie, a Poziomka poczuła ukłucie, wymieszane z ulgą. Z jednej strony nie musiała już się martwić tym, że wypadła niezręcznie, a z drugiej pojawiła się następna istotna sprawa; musiała coś powiedzieć siostrze, bo z pewnością oczekiwała jakichś wyjaśnień. Zerknęła na nią, poruszając końcówką ogona, a siostra posłała jej aksamitny uśmiech.
— Znacie się? — zapytała, odprowadzając zielonooką wzrokiem. — Poziomko, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, prawda? Martwię się. — W jej oczach pojawił się czysty smutek, który momentalnie wywołał w Poziomkowej Łapie ogromny stres, smutek wręcz równie wielki. Spojrzała na swoje łapy.
— N-nie… sama do mnie zagadała. Wiem tylko, że to jedna z naszych wojowniczek — powiedziała jej, wtulając się w bok siostry, szukając komfortu. Chyża Łapa pozwoliła jej na to, chociaż Poziomka nie czuła się tak, jakby rozwiało to wątpliwości siostrzyczki.
***
Kocica szła u boku jednego z wojowników, Rudej Lisówki, a przed nimi szło jeszcze dwóch – Śnieżycowa Chmura, a także Cyklonowe Oko, pochłonięci rozmową, był to jej pierwszy patrol w życiu. Udało jej się wyprosić mentora, żeby dzisiaj, po udanym treningu, pozwolił jej pójść na taki, a dzięki również zastępczyni wszystko się udało. Zawdzięczając wszystko zbiegowi okoliczności, przydzielono ją akurat do grupki, w której była ta ognistofutra Burzaczka. Poziomkowa Łapa ze świecącymi z zachwytu oczkami obserwowała teren dookoła, ciesząc się wiatrem rozwiewającym futro na jej kryzie. Gdy zorientowała się, że zwęglonych połaci było coraz mniej, zastępowane przez odrastającą powoli, zieloną, bujną i wysoką trawę, w jej sercu zakwitło ciepło takie, którym mogłaby co najmniej kogoś ogrzać w potrzebie. Zamruczała pod nosem, idąc dalej i obserwując wszystko z zachwytem. W pewnym momencie do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, który od razu postawił jej uszy do góry, a serce zabiło szybciej. Zerknęła na kremowego kocura, zaalarmowana tą nowością. Ruda Lisówka przystanął sztywno. Był on chyba najwyższy z całej ich grupki, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy Cyklonowe Oko go przypadkiem nie prześcignął wzrostem. W każdym razie wyraźnie odznaczające się żebra na płomiennorudym futrze i kości policzkowe, których również nie dało się zignorować, wywołały w głowie koteczki masę pytań, na które nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ nie miała nawet na to obecnie czasu.
— Co to za zapach? — zapytała niepewnie, rozglądając się za źródłem, chociaż jej oczy nie wykryły absolutnie niczego, a na pewno nie od razu. Ruda Lisówka uśmiechnął się lekko.
— To na pewno nie ja. Myłem się dzisiaj. — Cyklonowe Oko przewrócił oczami, cętkowana wojowniczka zaś pokręciła głową, łapiąc się palcami za nos. Poziomkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, panika zelżała w jej sercu odrobinę. Była mu za to wdzięczna. Kremus następnie podążył za jej wzrokiem, nie zwlekając dłużej z odpowiedzią, jednocześnie ignorując żart kocura;
— To zapach samotnika. Musimy dokładnie przejrzeć te tereny, znaleźć go i przegonić — powiedział bez wahania, węsząc intensywnie. Śnieżycowa Chmura pokiwała głową, wypatrując ich celu, o dziwo teraz siedząc w ciszy, a Ruda Lisówka polizał się parokrotnie po piersi, spoglądając po chwili na Poziomkową Łapę. Koteczka uśmiechnęła się do niego, a kocur nie skomentował tego dalej i zaczął również szukać zagrożenia. Może Śnieżycowa Chmura znajdzie w tym jakiś temat do następnej plotki, która rozniesie się po pobratymcach. Niezwykle gęste, kremowe futro poruszało się spokojnie na wietrze, plącząc się. Poziomkowa Łapa zawsze zastanawiała się jakim cudem kocur nie potykał się o te wszystkie kłosy. Sama również nie była lepsza, jej futro zawsze wchodziło jej w drogę, aczkolwiek miała o tyle łatwiej, że nie sięgało samego podłoża i zawijało się w wielu miejscach, chociaż najbardziej widoczne było to po przebudzeniu się koteczki, w ciągu dnia loki się prostowały.
Wreszcie, całej czwórce rzuciło się w oczy intensywnie rude, pręgowane gęste futro, długością podobne do tego Poziomki. Nie było na tyle długie, jak kremowego Burzaka, ale do krótkich również absolutnie się nie zaliczało. Kotka ruszyła pędem w stronę nieznajomego, u boku Śnieżycowej Chmurki i reszty. Na jej mordce wymalowana była determinacja. Chciała się na coś przydać, mimo że po paru susach łapy zaczęły ją piec, a ogon wywijał na boki niczym małe śmigło. Niczego nieświadomy obcy zaczął nawoływać kogoś, chociaż przez wiatr w uszach kotka nie mogła zrozumieć, kogo. Nie patrzył w ich stronę, zamiast tego stał do nich tyłem, co było jego błędem. Im bliżej niego się znajdowała, tym wyraźniej zaczynała dostrzegać, że nie był wcale dorosły, a tak naprawdę młody. Koteczka zatrzymała się nieopodal, nabierając intensywnych oddechów z powodu konkretnej zadyszki. Płuca ją paliły, a mięśnie napinały się delikatnie z powodu wysiłku, jednak była z siebie zadowolona. Tym razem wytrzymała dłużej niż ostatnim razem. Może spowodowane było to ekscytacją albo adrenaliną, w końcu, poza rodzicami, nie widziała nigdy innego bezklanowca. Kocurek okazał się wzrostem większy od niej, ale byli w podobnym wieku. Spojrzała na niego nieśmiało, choć z zaciekawieniem, wpatrując się w jego brązowe oczy. Rudy skulił się, trochę przytłoczony tak nagłą ilością obcych kotów dookoła.
— Zgubiłeś się, młody? Nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na wrzosowiskach? — Ruda Lisówka jako pierwszy zabrał głos, przypatrując się kocurkowi. Żaden z nich nie miał wysuniętych pazurów. Rudas po paru uderzeniach serca pokiwał nieznacznie głową.
— Chyba tak… chyba się zgubiłem… szukam mojego brata, Klocka. Przechodził tędy razem ze swoją partnerką, Różą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy widzieliście tutaj może kota podobnego do mnie, ale wyższego i chudszego, z białymi policzkami? Ma trochę jaśniejsze futro i zielone oczy — podał im opis, wyraźnie martwiąc się o swojego członka rodziny. Poziomka zaczęła od razu mu współczuć, mimo że się zupełnie nie znali. Wiedziała, jak ciężkim było kogoś stracić, szczególnie że wyglądało na to, iż musieli być blisko, skoro rudy go szukał. Cyklonowe Oko pokręcił głową, razem ze Śnieżycową Chmurką.
— Nie. Nie czuliśmy też żadnego zapachu samotników nieopodal. Jesteś pewien, że szedł tędy? W końcu wrzosowiska są bardzo rozległe, może pomyliłeś wzniesienia? — powiedziała do niego, poruszając odrobinę ogonem. — Jak cię zwą? — dopytała jeszcze, tym samym nie dopuszczając kremowego do głosu. Długofutry skarcił ją wzrokiem, lecz nie skomentował tego. Poziomka zastrzygła wąsami, zestresowana. Nie chciała, żeby wojownicy się przy niej kłócili.
— Mam na imię Kostka. — Zrobił chwilę przerwy, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Cętkowana kocica zerknęła na Rudą Lisówkę.
— Powinniśmy odesłać go do domu. Widać, że się zgubił, jest młody, na pewno zapamięta, jak mu pokażemy, że nie powinien wracać na nasze tereny — powiedział Cyklonowe Oko, marszcząc brwi w zamyśleniu. Poziomkowa Łapa zrobiła krok do przodu, przyglądając się Kostce. Widziała w nim siebie, kiedyś, ona również była samotniczką, aczkolwiek została porzucona przez matkę. Kostka jednak miał rodzinę, a przynajmniej tak jej się wydawało, przecież nie szukałby i nie narażałby się, gdyby kot, o którym wspominał, nigdy nie istniał, prawda?
— Kostko? — miauknęła, a rudy przeniósł spojrzenie ciemnych ślepi na nią. Przełknęła ślinę i spojrzała na wojowników. Sama nie była pewna, czego od niego chciała, jednak nie mogła znieść myśli, że mógłby nie znaleźć swojego brata. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Pokręciła główką. Wyciągnęła nos do przodu i pozwoliła mu się obwąchać, samemu również zapamiętując jego zapach. Pachniał w inny sposób niż dotychczasowe koty. Przypominał jej ten zapach domu, chociaż niezupełnie. Była w nim nuta czegoś nowego, ale przyjemnego, jakby woń kwitnących, słodkich kwiatów i rześkości.
— Cyklonowe Oko, ale potrzebujemy nowych wojowników. Po ostatnim pożarze, po tylu stratach… może nam się przydać. Sam na niego spójrz. Jest wysoki, młody, z pewnością będzie mu lepiej u nas, niżeli jako samotnik. Tyle kotów ginie w szczękach lisów, borsuków, nawet przez nieuważnych Dwunożnych — powiedziała stanowczo, nie robiąc sobie za wiele z faktu, że rudy nawet nie wyraził swojej opinii, czy w ogóle chciałby zamieszkać w nowym miejscu, zacząć żyć w zupełnie nowej, odmiennej społeczności… Kostka nie odpowiadał aż do tej pory, chociaż ślepia błądziły mu po kotach.
— Co macie na myśli przez “wojowników”? — zapytał, poruszając uszami nieznacznie.
— Wojownicy to koty, które dbają o zdrowie i dobro kotów, w postaci zapewniania im pożywienia, patrolowania granic, wielu wojowników walczy do ostatniej kropli krwi za swój dom i pobratymców. Jesteśmy członkami Klanu Burzy, jednego z czterech klanów zamieszkujących te tereny — wyjaśniła mu kocica, a Ruda Lisówka wraz z Cyklonowym Okiem zaczęli o czymś rozmawiać trochę ciszej, jakby potrzebowali się naradzić czy był to dobry pomysł. Poziomkowa Łapa kiwnęła główką.
— Gdybyś się do nas przyłączył, może mógłbyś znaleźć swojego brata. Klan oferuje schron, jednak nie jest to miejsce, z którego jedynie się bierze, a także się daje. Jesteśmy zżytą społecznością. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Burzy? — mruknęła, patrząc na niego z zaciekawieniem.
Kocur zastanawiał się jeszcze przez jakiś czas, łapką grzebiąc w jednym z kłosów traw w zamyśleniu, jakby czegoś szukał, chociaż nawet niczego tam nie było. Spojrzał na czwórkę przed nimi.
— Jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć, będziesz musiał przyzwyczaić się do zwyczajów panujących w naszym klanie. Jeśli to zrobisz, nie będziesz mógł się już wycofać, musisz to dobrze przemyśleć — poinformował go Ruda Lisówka, a kremus pokiwał głową. Poziomka poczuła powiew wiatru na wąsach, który działał na nią kojąco, chociaż zaczynała czuć dyskomfort związany z przebywaniem na otwartej przestrzeni tak długo.
— Klan wymaga głębokiej lojalności i ciężkiej pracy od każdego. Nie jest to życie, które odpowiada każdemu kotu, wielu samotników nigdy nie zdecydowałoby się na taką opcję ze względu na przyzwyczajenie albo wiele własnych powodów. Jednak korzyści jest wiele. — Długie pędzelki na jego uszach powiewały na wietrze, wręcz mieniąc się śnieżnobiałą barwą w promieniach słońca. Kostka wreszcie kiwnął głową, a Śnieżycowa Chmura poruszyła ogonem z zadowoleniem.
— Wspaniały wybór. Zatem zaprowadzimy cię teraz do obozu, do naszego przywódcy, żeby mógł zdecydować, co się z tobą stanie — wyjaśniła mu, a brązowooki pokiwał głową ponownie. Ustawił się obok Rudej Lisówki, a czwórka dość sprawnie przygotowała się do ruszenia z powrotem do obozu. Poziomkowa Łapa zerknęła na kocura raz jeszcze i zrównała z nim kroku. Pochyliła się delikatnie przed nim jakby w geście szacunku.
— Nazywam się Poziomkowa Łapa — przedstawiła się, myśląc, co mogłaby dodać do tej wypowiedzi. Nie chciała, żeby pomyślał, że była nudna lub nachalna. Poruszyła nieznacznie uszami, a następnie dyskretnie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha;
— Ale jeśli wolisz, możesz mówić mi Poziomka. Klanowe imiona są długie i mogą plątać język. — Pomyślała o siostrzyczce, Porzeczce, która również preferowała swoje kocięce imię, niżeli uczniowskie, czyli Chyża Łapa. Miała świadomość, że koty mogły różnie na to zareagować, dlatego też zdecydowała się na taki zabieg. Dwójka musnęła się futrami na policzkach, co ją onieśmieliło. Tak blisko była jedynie z siostrami, ale może myślała o tym zbyt dużo i była to zwykła interakcja. Kostka zamruczał na znak, iż przyjął to do informacji. Odetchnęła z ulgą, uśmiechając się pogodnie.
***
Wieczorne powietrze było chłodniejsze niż za dnia, a słońce schowało się za pokaźnymi i przyjemnymi dla oka chmurami, rozciągającymi się daleko po błękitno granatowym niebie, wpadającym u nasady w barwę czystego pomarańczowego. Wrzosowiska wraz z zachodzącą kulą pogrążały się w półmroku, a świerszcze zaczęły cykać swoje najlepsze pieśni, zachęcając zmęczone koty po całym dniu do odpoczynku. Promienie światła rzucały jeszcze ostatnie promyczki na wysoko pnącą się trawę, nie docierając już jednak zbyt dobrze do tuneli. Poziomkowa Łapa odetchnęła, gdy do nosa dotarł jej przyjemny, ziemisty zapach, wymieszany z wonią jej sióstr. Kostka został członkiem ich klanu, a jutro miała odbyć się ceremonia przydzielenia mu mentora. Poziomkowa Łapa była szczerze ciekawa, jakie imię zostanie mu nadane. Czy przyzwyczai się szybko do klanowych zwyczajów? Czy może również będzie preferował skróconą wersję imienia? Jej wzrok, do tej pory nieobecny, zabłądził i zatrzymał się na Chyżej Łapie, której wąska kita powiewała na boki.
<Porzeczko? Jesteś na mnie zła, siostrzyczko?>
[2455 słów]
Od Mandarynkowej Gwiazdy
Jej myśli od dawna zaprzątała jedna ważna sprawa, mianowicie ta Błękitnej Laguny. Jej syn i zastępca, a jednocześnie kot, któremu nie potrafiła ponownie zaufać. Ile razy myślała, kto mógłby wejść na jego pozycję… Najchętniej wybrałaby pewnie Żmijowcową Wić. Niestety nie był on członkiem rodu królewskiego, więc z szacunku do Sroczej Gwiazdy nie mogła tego zrobić. Z książąt i księżniczek z kolei też nie miała dużego wyboru. Zostawały tylko jej dzieci, które… jakby to powiedzieć… nie byłyby zbyt lepsze od aktualnego zastępcy. Chociaż od stosunkowo niedawna miała też inny pomysł. Mogłaby obsadzić na tym miejscu Rogatego Flaminga. Kocur był młodym, zdolnym wojownikiem i jej wnukiem. Ufała mu, bo była pewna, że poprowadziłby klan tak jak ona. Problem był taki, że point nie wyszkolił jeszcze ucznia. Wesoła Łapa nadal nie ukończyła swojego treningu. Teoretycznie i tak mogła postawić go na tym stanowisku, bo nie wybierała się jeszcze tak szybko na tamten świat. Niestety i tak było to ryzykowne. No i właśnie, musiała podjąć decyzję teraz. Nie robiła się coraz młodsza i dostrzegała już trochę siwych włosów na swoim pysku. Powoli zaczynało do niej docierać, że nie zostanie tu na zawsze. Przesunęła łapą po swoim pysku w zamyśleniu, po czym ułożyła się w pozycji bochenka. Czas na ostateczny wybór nadszedł. Zmiana zdania w ostatniej chwili tylko przysporzyłaby wszystkim kłopotów. Westchnęła ciężko. Musiała porozmawiać z Rogatym Flamingiem. Podniosła się na łapy i postawiła krok poza swoje legowisko. Przerzuciła wzrokiem po obozie. Szybko zauważyła wnuka. Wojownik patrzył się na kogoś oceniającym wzrokiem, po czym prychnął i zaczął poprawiać kwiaty w ogonie. Jej łapa przygotowana do postawienia kolejnego kroku zawisła w powietrzu. Zamarła. Nie, nie mogła tego zrobić. Kochała Flaminga jako członka rodziny i właśnie dlatego nie mogła mu tego zrobić. Nie chciała sprawiać, że musiałby dźwigać odpowiedzialność, na którą żaden kot nie mógł być gotowy. Wcześniej myślała o nim jak o dobrym kandydacie, bo… ją jej przypominał. Ale nie zepsuje mu życia. Nie tak jak ktoś kiedyś zepsuł jej. Może i Błękitna Laguna nie poprowadzi klanu tak, jak ona by chciała… ale przynajmniej Rogaty Flaming, Żmijowcowa Wić, Trzcinowy Szmer, Łabędzi Tan, Nurowa Łapa i reszta rodu będzie bezpieczna. Jeżeli to jest cena, jaką musi za to zapłacić… to pozwoli obecnemu zastępcy zostać u władzy. I ta myśl, choć była trudna do zaakceptowania, spowodowała, że kąciki jej pyska uniosły się lekko.
Od Guziczka CD. Gronostaja
Dawno temu
Guziczek zaśmiał się cicho, patrząc na syna. Oh, jaki był szczęśliwy ze swoich pociech!
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz. I i tak nic nie zrozumiałem.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – Gronostaj oburzył się, na co Guziczek posłał mu przepraszający uśmiech. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek skądś to znał… Sam był uważany raczej za rozrabiakę. Nie mógł się z tym nie zgodzić, oczywiście! Był raczej dość okropnym kociakiem. W pewien sposób cieszył się, że jego maluchy były dużo grzeczniejsze, niż on sam… Zerknął w stronę, gdzie chowano zmarłych. Ciekawe, jak poradziłaby sobie z Gronostajem Kajzerka? Zawsze była przy swoich dzieciach, nieważne jak ciężko jej nie było. To była świetna mama… Marzeniem zwiadowcy było być tak dobrym rodzicem, jak ona…
Pokręcił więc głową na słowa syna, wpatrując się w niego z ciepłym uśmiechem.
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł rozbawiony. Chociaż naprawdę starał się być poważny! Po prostu wiedział, że jednak… Nie dało się takich rozrabiaków jak on, czy Gronostaj załatwić inaczej, niż ich własną bronią.
– MHM!
Guziczek zastanowił się przez moment. Nie sądził, żeby jego syn właściwie był rozrabiaką. Bardziej był uparty, co też oczywiście miał po swoim tatusiu. Był też raczej dość pesymistyczny… Dlatego kocur po chwili zapytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – Machnął ogonem, wpatrując się w Guziczka. – Zaraz ci powiem jak!
Więc zwiadowca rozsiadł się wygodnie i słuchał, jak jego syn uczył się rozpoznawać ślady lisów. Sam próbował sobie przypomnieć, gdy to on to robił… Ale chyba nie przejmował się wtedy tym aż tak, aby to pamiętać.
– I co myślisz, tato? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – Przyczołgał się bliżej. – Powiedz! Powiedz! Powiedz!
– Jesteś, jesteś. Mój geniusz. – Guziczek uśmiechnął się i polizał Gronostaja po główce.
Po zostaniu zastępcą
– Cześć.
– Cześć, tato!
– Jak tam treningi? – zapytał.
Nie chciał wyjść na natarczywego! Chociaż trochę się niecierpliwił… Chciał, żeby jego dzieciaki szybko zostały tym, kim sobie wymarzyły. On przecież został mianowany w wieku dziesięciu księżyców! A nawet nie miał wtedy mentorki…
– Kiedy zostaniesz mianowany? – zapytał jeszcze.
<Gronostaju?>
[564 słowa - trening Gronostaja]
Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki
W końcu udało jej się zasnąć. Maluchy dokuczały bardzo, jednak były na tyle małymi kuleczkami, że jeszcze nie rozumiały, co się do nich mówiło. Natomiast wszystkie ważne koty, w tym Mandarynkowa Gwiazda, odwiedzały ją w żłobku. Już po pierwszej wizycie samej przywódczyni, czuła się zmęczona. Kocięta na całe szczęście również spały. Trzcinowy Szmer, jednak czuła ssanie w żołądku. Problem był w tym, że nie miała na tyle sił, by wstać i przynieść coś dla siebie, a Żmijowcowa Wić dosłownie wyszedł na chwilę z obozu, by zapolować.
Szelest przy wejściu do żłobka zbudził zmęczoną karmicielkę. Przed jej oczyma pojawiła się czekoladowa szylkretka, która niosła w pyszczku okonia.
— Przepraszam, że przeszkadzam, Pani Trzcinowy Szmerze... Przyniosłam dla Pani i Pani kociąt posiłek. Wymarzona Słodycz złowiła ją chwilę temu. Złocisty Widlik powiedział, że ta ryba jest najbardziej odpowiednia dla karmiących królowych. M-mam nadzieję, że będzie smakować. Nigdy jej nie jadłam, więc nie wiem, czy jest dobra… i niestety nie pamiętam, jak ona się nazywa. — Położyła po sobie jedno jedyne uszko, jakie posiadała.
Niemrawo poprawiła się na posłaniu i zębami wzięła podarek od Fląderki. Była bardzo głodna, a okoń był naprawdę smaczny.
— Dziękuję ci, Fląderko — wymruczała między kęsami, a brązowe oczy odrzutka aż zabłyszczały ze szczęścia. — Bardzo dobra, cieszę się, że ty również o mnie myślisz. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
— N-nie ma, za co, Pani Trzcinowy Szmerze. To dla mnie przyjemność pomagać w żłobku. Szczególnie dla pani. — Zerknęła na dwójkę kociąt, które jak zabite spały blisko brzucha karmicielki. — Chciałam jeszcze powiedzieć, że pani ma naprawdę piękne i zdrowo wyglądające kocięta.
— Zgodnie z kanonem piękna Klanu Nocy — wymruczała. — Są moim jedynym oczkiem w głowie. Sama Mandarynkowa Gwiazda lubi zaglądać do nas. Jestem pod wrażeniem, z jakim zainteresowaniem się cieszą wśród rodu królewskiego.
— Wyglądają, jakby w ich żyłach płynęła krew królewska.
— Doprawdy?
— M-może właśnie pani Mandarynkowa Gwiazda doszukiwała się lotosu na ich czole — gdybała nieśmiało Fląderka.
Jej były uczeń nie został mianowany na wojownika. Kocur nigdy nie przejawiał nawet większej chęci, by czegoś więcej się nauczyć. Nie miał tej żyłki wojownika, co reszta Klanu Nocy. Rezedowa Łapa w wieku trzydziestu księżyców został wygnany z obozu. Nie był już mile widziany przez Nocniaków.
W tym wieku od kota oczekiwało się odpowiedzialności, profesjonalizmu, a niektórzy doczekują się kociąt. Tymczasem rudzielec jedynie żył na ciężko upolowanych zdobyczach wojowników i terroryzował uczniów.
Mandarynkowa Gwiazda, skończywszy zebranie klanu, zeskoczyła z gałęzi sumaka, a wybrani wojownicy stanęli przy Rezedowej Łapie, by wyprowadzić go z terenów Klanu Nocy. Srebrny rudzielec był roztrzęsiony i wodził wzrokiem po kotach. Nawet zatrzymał swoje spojrzenie na niej. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, które niczym robale oblazły plecy szylkretowej namiestniczki. Obrzydzenie. To właśnie to uczucie kłębiło się w jej gardle i drażniło ją niczym żółć. Jak mogła nawet trenować takiego kota? Ona?
Kiedy wyprowadzono kocura, a koty rozeszły się, wracając do własnych zajęć, Trzcinowy Szmer zauważyła, że na polanie głównej została Fląderka. Załamany odrzutek wpatrywał się w wyjście z obozu, gdzie zniknął właśnie ostatni członek jej rodziny. Chcąc pocieszyć kotkę, dosiadła się do niej i położyła jej ogon na barku. Nie odezwała się choćby słowem, tylko siedziała tak, aż brązowa szylkretka postanowiła wrócić wraz z nią do żłobka.
Ona niedawno opuściła żłobek i wróciła do swoich wojowniczych obowiązków, a jej dzieci również zaczęły uczyć się na wojowników. Natomiast Fląderka została karmicielką i doczekała się kociąt. Lubiła bardzo kotkę, jednak miała bardzo mieszane uczucia do jej potomstwa. Czy kocica nie wykazała się głupstwem? Przecież jej młode mogły mieć okropne życie przez reputację Fląderki. Czy Klan Nocy musiał mieć kolejnych odrzutków?
Chcąc odwiedzić kotkę, weszła do żłobka, gdzie nowo upieczona karmicielka wylizywała swoje maluchy, które wiły się przy brzuszku swojej matki.
— Dzień dobry, Fląderko. Jak się czujesz po porodzie? Widzę, że przyniosłaś Klanowi Nocy dużo przyszłych wojowników — zamruczała cicho, gdyż widziała po brązowych oczach kotki, że była zmęczona. Przyjrzała się kociętom i zastrzygła uchem. Było całkiem nieźle. Tylko jeden kociak był srebrnym czekotem, a reszcie kociąt się upiekło. — Jak je nazwałaś?
— Wełnianka, Centuria, Lipieniek i Komar. — Pokazała po kolei swoje pociechy, każdego dotykając wilgotnym noskiem.
— Piękne imiona — przyznała. — Nie obawiasz się, że mogą one podzielić twój los? — dodała w końcu, na co czekoladowa szylkretka lekko się wzdrygnęła. Może powiedziała to zbyt chłodno, jednak tak powinna odbyć się ta rozmowa.
— S-słucham?
— Nie obawiasz się, że przez twoją “wpadkę”, te kocięta będą mieć podobny żywot do twojego? Wiemy wszyscy, że nie zostałaś wojowniczką ze względu na swój kolor futra. Chcesz mi powiedzieć, że nie myślałaś nad tym, czy te kocięta nie zostaną wojownikami, tylko dlatego, że są one twoimi kociętami? — głos miała chłodny, nieczuły. Jednak to była poważna rozmowa, którą musiała odbyć z odrzutkiem. Nie wiedziała, czy Złocisty Widlik z nią rozmawiał na ten temat. Miała nadzieję, że to zrobił. — Nawet nie muszę ci wspominać o tym, że nie wiadomo, kim jest ojciec tych kociąt. Czy to jest ktoś z Klanu Nocy?
Szelest przy wejściu do żłobka zbudził zmęczoną karmicielkę. Przed jej oczyma pojawiła się czekoladowa szylkretka, która niosła w pyszczku okonia.
— Przepraszam, że przeszkadzam, Pani Trzcinowy Szmerze... Przyniosłam dla Pani i Pani kociąt posiłek. Wymarzona Słodycz złowiła ją chwilę temu. Złocisty Widlik powiedział, że ta ryba jest najbardziej odpowiednia dla karmiących królowych. M-mam nadzieję, że będzie smakować. Nigdy jej nie jadłam, więc nie wiem, czy jest dobra… i niestety nie pamiętam, jak ona się nazywa. — Położyła po sobie jedno jedyne uszko, jakie posiadała.
Niemrawo poprawiła się na posłaniu i zębami wzięła podarek od Fląderki. Była bardzo głodna, a okoń był naprawdę smaczny.
— Dziękuję ci, Fląderko — wymruczała między kęsami, a brązowe oczy odrzutka aż zabłyszczały ze szczęścia. — Bardzo dobra, cieszę się, że ty również o mnie myślisz. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
— N-nie ma, za co, Pani Trzcinowy Szmerze. To dla mnie przyjemność pomagać w żłobku. Szczególnie dla pani. — Zerknęła na dwójkę kociąt, które jak zabite spały blisko brzucha karmicielki. — Chciałam jeszcze powiedzieć, że pani ma naprawdę piękne i zdrowo wyglądające kocięta.
— Zgodnie z kanonem piękna Klanu Nocy — wymruczała. — Są moim jedynym oczkiem w głowie. Sama Mandarynkowa Gwiazda lubi zaglądać do nas. Jestem pod wrażeniem, z jakim zainteresowaniem się cieszą wśród rodu królewskiego.
— Wyglądają, jakby w ich żyłach płynęła krew królewska.
— Doprawdy?
— M-może właśnie pani Mandarynkowa Gwiazda doszukiwała się lotosu na ich czole — gdybała nieśmiało Fląderka.
***
Wygnanie Rezedowej Łapy
Jej były uczeń nie został mianowany na wojownika. Kocur nigdy nie przejawiał nawet większej chęci, by czegoś więcej się nauczyć. Nie miał tej żyłki wojownika, co reszta Klanu Nocy. Rezedowa Łapa w wieku trzydziestu księżyców został wygnany z obozu. Nie był już mile widziany przez Nocniaków.
W tym wieku od kota oczekiwało się odpowiedzialności, profesjonalizmu, a niektórzy doczekują się kociąt. Tymczasem rudzielec jedynie żył na ciężko upolowanych zdobyczach wojowników i terroryzował uczniów.
Mandarynkowa Gwiazda, skończywszy zebranie klanu, zeskoczyła z gałęzi sumaka, a wybrani wojownicy stanęli przy Rezedowej Łapie, by wyprowadzić go z terenów Klanu Nocy. Srebrny rudzielec był roztrzęsiony i wodził wzrokiem po kotach. Nawet zatrzymał swoje spojrzenie na niej. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, które niczym robale oblazły plecy szylkretowej namiestniczki. Obrzydzenie. To właśnie to uczucie kłębiło się w jej gardle i drażniło ją niczym żółć. Jak mogła nawet trenować takiego kota? Ona?
Kiedy wyprowadzono kocura, a koty rozeszły się, wracając do własnych zajęć, Trzcinowy Szmer zauważyła, że na polanie głównej została Fląderka. Załamany odrzutek wpatrywał się w wyjście z obozu, gdzie zniknął właśnie ostatni członek jej rodziny. Chcąc pocieszyć kotkę, dosiadła się do niej i położyła jej ogon na barku. Nie odezwała się choćby słowem, tylko siedziała tak, aż brązowa szylkretka postanowiła wrócić wraz z nią do żłobka.
***
Po porodzie Fląderki
Ona niedawno opuściła żłobek i wróciła do swoich wojowniczych obowiązków, a jej dzieci również zaczęły uczyć się na wojowników. Natomiast Fląderka została karmicielką i doczekała się kociąt. Lubiła bardzo kotkę, jednak miała bardzo mieszane uczucia do jej potomstwa. Czy kocica nie wykazała się głupstwem? Przecież jej młode mogły mieć okropne życie przez reputację Fląderki. Czy Klan Nocy musiał mieć kolejnych odrzutków?
Chcąc odwiedzić kotkę, weszła do żłobka, gdzie nowo upieczona karmicielka wylizywała swoje maluchy, które wiły się przy brzuszku swojej matki.
— Dzień dobry, Fląderko. Jak się czujesz po porodzie? Widzę, że przyniosłaś Klanowi Nocy dużo przyszłych wojowników — zamruczała cicho, gdyż widziała po brązowych oczach kotki, że była zmęczona. Przyjrzała się kociętom i zastrzygła uchem. Było całkiem nieźle. Tylko jeden kociak był srebrnym czekotem, a reszcie kociąt się upiekło. — Jak je nazwałaś?
— Wełnianka, Centuria, Lipieniek i Komar. — Pokazała po kolei swoje pociechy, każdego dotykając wilgotnym noskiem.
— Piękne imiona — przyznała. — Nie obawiasz się, że mogą one podzielić twój los? — dodała w końcu, na co czekoladowa szylkretka lekko się wzdrygnęła. Może powiedziała to zbyt chłodno, jednak tak powinna odbyć się ta rozmowa.
— S-słucham?
— Nie obawiasz się, że przez twoją “wpadkę”, te kocięta będą mieć podobny żywot do twojego? Wiemy wszyscy, że nie zostałaś wojowniczką ze względu na swój kolor futra. Chcesz mi powiedzieć, że nie myślałaś nad tym, czy te kocięta nie zostaną wojownikami, tylko dlatego, że są one twoimi kociętami? — głos miała chłodny, nieczuły. Jednak to była poważna rozmowa, którą musiała odbyć z odrzutkiem. Nie wiedziała, czy Złocisty Widlik z nią rozmawiał na ten temat. Miała nadzieję, że to zrobił. — Nawet nie muszę ci wspominać o tym, że nie wiadomo, kim jest ojciec tych kociąt. Czy to jest ktoś z Klanu Nocy?
< Fląderko? Czas na przesłuchanie. >
🎍
Od Cisowego Tchnienia CD. Blednącej Łapy (Blednącego Szaleju)
Teraźniejszość
Złapała zębami za kolec i pociągnęła mocno, usuwając go z łapy Podstępnej Kłamczuchy. Odłożyła go na bok i usiadła. Kropelka krwi powoli pojawiła się w ranie i zaczęła płynąć po poduszce starszej. Medyczka nie poruszyła się. Wpatrywała się w szkarłat, nie mogąc oderwać wzroku. Dopiero kiedy rubinowa łza skapnęła na ziemię, niebieska została wyrwana z transu. Przesunęła wzrok na przygotowane medykamenty, z których pośpiesznie sporządziła okład. Po opatrzeniu rany nie pożegnała się, nawet nie popatrzyła na inne koty w legowisku. Wyszła niczym jakaś zjawa. Była zupełnie w innym świecie. Dopiero kiedy pojawiła się na polanie obozowej, jej krok przyśpieszył. Poruszała się bardzo szybkim truchtem w stronę swojej nory. Nie chciała poczuć na swojej skórze wzroku przywódczyni. Niestety co chwilę prześladowało ją takie złudzenie. W końcu zniknęła w lecznicy. Była przepełniona zapachem ziół, a poza tym zupełnie pusta. Było w tym coś kojącego i niepokojącego jednocześnie. W końcu, gdyby ktoś zdecydował się wymierzyć jej tutaj sprawiedliwość… nie miałaby nikogo do pomocy. Jest nawet szansa, że nikt nie zdążyłby usłyszeć jej krzyku. Właśnie dlatego nasłuchiwała. Od paru księżyców dzień i noc, jej uszy były zawsze wyczulone. Budziła się w nocy wielokrotnie zaalarmowana szelestem, który okazywał się jedynie którymś z pozostałych medyków przewracających się na drugi bok. Dlatego w tym momencie, kiedy usłyszała kroki, momentalnie obróciła się w ich stronę. Do nory wszedł Blednący Szalej. Nie spuszczała z niego swojego zimnego wzroku. Każdy ruch zwracał jej uwagę. Kolejny krok, strzepnięcie ogona, skinięcie głową na przywitanie.
– O co chodzi? – spytała trochę zbyt szybko. Wojownik zdecydowanie to wyłapał. Tak jak wszystkie poprzednie dziwne zachowania. Najwyraźniej tyle wystarczyło, żeby zaczął się zastanawiać, bo miauknął:
– Wszystko dobrze Cisowe Tchnienie? – mruknął. – Zachowujesz się… inaczej…
Nawet nie zauważyła, kiedy jej kamienna maska po prostu się roztrzaskała. Po prostu chwilę później patrzyła na niego jak na ducha. Wiedział. Ale ile? Nie mógł tego skojarzyć. Był wtedy przecież kociakiem… Wiedziała, że kiedyś ściągnie ją na dno. Wysiliła się na zmianę wyrazu pyska. Teraz widniał na nim drżący uśmiech.
– To twoja wina… – wyszeptała niewyraźnie, głosem równie niepewnym.
Wyleczeni: Podstępna Kłamczucha
<Szalej?>
Od Trzcinowego Szmeru CD. Wzorzystej Dali
Przeszłość, Pora Nagich Drzew
— Kogo ja widzę? — Podeszła bliżej granicy, nie spiesząc się zbytnio. Chociaż czuła, jak poduszeczki łap szczypały ją od zimna.
Po ich ostatnim spotkaniu nie rozeszły się w pokoju. Czy Klifiaczka nadal trzymała do niej urazę? Uśmiech Wzorzystej Dali zszedł z jej pyska, a futro na karku mimowolnie trochę się podniosło. Spojrzała na kotkę.
— Co tym razem, Trzcinowy Szmerze? Może oskarżysz mnie o kradzież zwierzyny?
Trzcinowy Szmer usiadła spokojnie po swojej części granicy i odgarnęła trochę śniegu. Położyła łapki na swoim ogonie, by nie było jej aż tak zimno. Czyżby zanosiło się na długą pogadankę?
— Uuu… Nadal trzymasz urazę, Wzorzysta Dalio? — zacmokała. — Myślałam, że to normalne, skoro nasze klany między sobą konkurują. Na dodatek nie jesteśmy nawet sojusznikami. Nie spodziewałam się, że możesz trzymać aż tak urazę. Chciałam jedynie się przywitać po tak długim czasie niewidzenia. Tym bardziej że nie często wychodzę z obozu od momentu, kiedy utknęłam w żłobku.
< Wzorzysta Dalio? Czyżbyś zauważyła jakąś zmianę na pyszczku Trzcinki? >
🎍
Od Trzcinowego Szmeru CD. Niezapominajkowej Nadziei
Jeszcze przed ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici
Kociaki się bawiły i zajmowały swoimi kocimi sprawami, gdy nagle do środka weszła znana jej kotka. Była to Niezapominajkowa Nadzieja.
— O, dzień dobry pani Niezapominajko! — przywitała się Łabądka. — Przepraszam za wbiegnięcie w panią!
— Nic nie szkodzi, nie musisz mi mówić pani. — Dymna orientalka przeniosła na nią swój wzrok, jakby czekała aż ta się pierwsza odezwie.
Trzcinowy Szmer zastrzygła uchem i ruchem ogona, nakazała kotce podejść do niej oraz głową skinęła na posłanie, żeby ta usiadła. Wszystko zrobiła dość władczym tonem, na co Łabądka z fascynacją się wpatrywała.
— Co cię sprowadza do mnie, Niezapominajkowa Nadziejo? — spytała, kiedy ta wygodnie zajęła swoje miejsce. — Pamiętam, że ostatnio nasza rozmowa nie była zbyt przyjazna, jednak nie gniewam się na ciebie, jeśli ty zaakceptujesz moje wybory oraz pierwszeństwo mojej rodziny.
Jej przyjaciółka przełknęła ciężko ślinę, jednak skinęła głową. Czyżby aż takie wrażenie robiła na niej? Może jeszcze czuła do niej jakiś sentyment, chociaż sama musiała przyznać przed sobą, że nie okazywała tego zbytnio dymnej.
— C-chciałam cię tylko odwiedzić i zobaczyć, jak mają się twoje kocięta, Trzcinowy Szmerze — przyznała tamta, jednak Trzcinowy Szmer nadal widziała żal w jej oczach.
Przynajmniej otwarcie nie chciała się kłócić lub miauczeć jej o wspólnej przyszłości przy Nurze oraz Łabądku.
Kotki rozmawiały dalej o pogodzie oraz samopoczuciu. Nic wyjątkowego. Wyglądało to, jakby Niezapominajkowa Nadzieja starała się przywrócić dobre stosunki między nimi. Cóż mogła powiedzieć? Udało jej się. Gorycz jej ostatniej rozmowy była mniej dokuczliwa. Tylko czy dobre relacje między nimi się utrzymają? Zastanawiała się, kiedy Niezapominajkowa Nadzieja zniknęła w wyjściu ze żłobka.
***
Podczas ślubu Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici
Kiedy cała ceremonia się zakończyła, prezenty zostały przeniesione do obozu, a reszta kotów poszła spać, oprócz niej. Księżyc wisiał wysoko na Srebrnej Skórze, ona siedziała w trzcinach, a woda obmywała jej łapy. Zdjęła swoją kreację ze ślubu i wpatrywała się w pióra, które zabrał nurt rzeki.
Nagle zaszeleściły trawy, a do jej nozdrzy dopłynęła woń Niezapominajkowej Nadziei. Nie odwróciła się nawet. Kotka nawet nie zasługiwałaby na nią spojrzeć po tym cyrku, którego dopuściła się na jej jednej z najważniejszych ceremonii.
— Nie będę z tobą rozmawiać — powiedziała chłodno, a kot za nią nadal milczał. — Nie chcę cię dzisiaj widzieć na moje oczy, Niezapominajkowa Nadziejo. Wracaj do legowiska wojowników.
Trawy znów zaszeleściły, a zapach wojowniczki zniknął. Poszła sobie. Będąc nadal rozgniewana, złapała płaski kamień i z warknięciem cisnęła go daleko w wodę, a śpiące ptactwo nagle się poderwało i wzbiło się w powietrze.
***
Niedługo po ślubie
Łabądka i Nur niedługo mieli zostać mianowani na uczniów. Tak naprawdę spędzali ostatnie swoje chwile w żłobku, bawiąc się i beztrosko obserwując Nocniaków, którzy ciężko harowali. Sama szczerze będzie tęsknić za spędzaniem długich chwil w żłobku i pogawędek ze Złocistym Widlikiem, który był wspaniałym piastunem, jak i Fląderką, która mimo wszystko też miała swoje obowiązki.
Nagle do środka weszła Niezapominajkowa Nadzieja. Trzcinowy Szmer na samym początku zjeżyła się na karku. Wciąż nie przebaczyła kotce za jej wybryk na jej ślubie. A jej nachodzenie ją w żłobku, by oglądać kocięta, mogło się skończyć w końcu z podrapanym pyskiem dla orientalki. Miała już fuknąć zła, gdy dostrzegła wychudzone liliowe kocię, które trzymała wojowniczka.
— Na Klan Gwiazdy, on jest wychudzony… Gdzie ty go znalazłaś...? — zapytała wystraszona o dobro małego.
— Na granicy. Podobno uciekł od Dwunożnych, a jego siostra… Nie żyje. Pochowaliśmy ją w miejscu, w którym ich znaleźliśmy… — odpowiedziała cicho dymna, gdy kociak ułożył się u boku Trzcinowego Szmeru.
Do środka zajrzał Kijankowe Moczary, który podał łudząco podobnej do niego Niezapominajkowej Nadziei małą, miękką rybę, którą młodziak mógł pogryźć. Trzcinowy Szmer skupiła się na młodzieńcu i zaczęła rozdrabniać rybę i podawać mu małe porcje mięsa, które ten łapczywie zjadał.
Ciężko jej było patrzeć na cierpiącego młodego kocurka. Współczucie i troska jednak wypełniły jej myśli, zapominając o złości, którą dotąd czuła w stosunku do Niezapominajkowej Nadziei.
***
Liliowa Łapa, czyli kocurek, którym się opiekowała w żłobku i można powiedzieć, że dość mocno się zżyła, niedawno został uczniem i szkolił się pod okiem Żabiego Oka. Trzcinowy Szmer była dumna z kocurka, przynajmniej jakby ten był jej trzecim dzieckiem. Jednakże jaka szkoda, że nie był on jej rodzonym kocięciem. Zrobiłaby z niego również świetnego namiestnika, który w przyszłości mógłby sprawić wielką dumę jej rodowi. Jednak te nadzieje musiała powierzyć w łapy Łabędziego Tanu oraz Nurowej Łapy.
Siedziała właśnie na polanie, czekając na resztę wojowników, z którymi miała iść na patrol łowiecki. Ropusza Łapa, Ćmie Mżenie i Niezapominajkowa Nadzieja miały się udać do Brzozowego Zagajnika. Czekając na kotki, przyszła pierwsza do niej dymna orientalka. Cisza między nimi była dość niezręczna.
Trzcinowy Szmer nadal czuła urazę do kotki, jednak również tęskniła za czasami, kiedy to obie jako uczennice polowały i cieszyły się każdym dniem. Czy mogły zostać, chociaż jeszcze koleżankami?
— Sprawdzałaś jak radzi sobie Liliowa Łapa? — stwierdziła, że zagada do kotki. Miały chociaż jeden temat łączący je po tak wielkiej niezgodzie, a był nim ów kocur. — Ostatnio pytałam się Żabiego Oka i z tego, co wiem, całkiem nieźle idzie mu pływanie.
< Niezapominajkowa Nadziejo? >
🎍
Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy
Na drugi dzień po ślubie
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…
Skinęła głową Mandarynkowej Gwieździe.
— Tak, czuję się całkowicie dobrze, chociaż niesmak został… Nie wiedziałam, że Niezapominajkowa Nadzieja tak trzymała takie uczucia w stosunku do mnie. Jednak teraz nie jest to ważne. Ważniejszy jest Żmijowcowa Wić oraz moje dzieci.
— Cieszę się, słysząc to — mruknęła z ulgą przywódczyni. — Widzę też, że zostaliście naprawdę hojnie obdarowani prezentami przez gości.
— Owszem, jesteśmy zadowoleni z prezentów wraz ze Żmijowcową Wicią.
Nie kłamała. Pamiętała uśmiech oraz błysk w oku swojego męża, oraz dzieci, które przebierały w błyskotkach. Sama czuła, jak ciepło jej się robiło na serduszku, kiedy dostawała kolejny prezent.
Rozmawiały jeszcze chwilę, a w międzyczasie jej kocięta bawiły się w żłobku. Obie wpatrywały się w pociechy, jak te ganiały się po żłobku lub turlali kłębek z mchu. Chociaż większość czasu Nur wraz z Łabądkiem sprzeczali się i prowadzili głupiutkie, kocięce dyskusje.
***
Dzień po mianowaniu Łabędziego Tanu
Trzcinowy Szmer trochę tęskniła za przebywaniem w żłobku. Nie musiała wtedy szukać przywódczyni, gdyż ta stosunkowo często ją odwiedzała. Teraz jednak, kiedy wróciła do legowiska wojowników, przywódczyni częściej przebywała w legowisku lidera.
Po wieczornym patrolu, kiedy nikt nie zawracał głowy przywódczyni, postanowiła, że odwiedzi kotkę w jej legowisku. Weszła niezapowiedziana, a srebrna od razu przeniosła wyczekująco spojrzenie jej pomarańczowych oczu.
— Przyszłam z podziękowaniami, za wybranie tak ładnego wojowniczego imienia dla Łabędziej Łapy — skłoniła krótko głowę.
< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍
Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły
Do żłobka weszła jej przyjaciółka, Gąbczasta Perła. Na widok medyczki rozpromieniła się i wygodnie się rozsiadła, wiedząc, że będą mieć dobre tematy do rozmów. Dymna musiała zbierać najróżniejsze smaczki i ciekawostki od Nocniaków przez ten długi czas, jak za bardzo ze sobą nie rozmawiały.
Na podśmiechujki z jej byłego ucznia, Rezedowej Łapy – zamruczała rozbawiona. Jego? Ugryzł szczur? Normalnie powiedziałaby, że każdemu mogło się zdarzyć, jednak ów kocur strasznie zaszedł jej za skórę. Nie było jej go szkoda.
— Wiesz... słyszałaś może o tym, co mówiła Różana Woń? O tym, że Klan Nocy czekają mroczne czasy? — spytała medyczka znacznie cichszym głosem. — Nie potrafię przestać o tym myśleć. Strasznie mnie to zaniepokoiło. Chciałabym poznać twoją opinię... bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.
Szylkretka założyła łapę na łapę i ogonem strzepnęła na bok, tym samym wprawiając w ruch kuleczkę mchu, za którą pobiegły jej kocięta.
— Hmmm… Słyszałam o tym, co nieco. Plotki szybko się roznoszą po obozie, a w szczególności, jeśli emerytowana medyczka w nocy krzyczy przestraszona nową przepowiednię…
Przyjaciółka czekała dzielnie na bardziej konkretną odpowiedź namiestniczki. Dzielnie znosiła jej spojrzenie brązowych oczu. Problemem było jednak to, że Trzcinowy Szmer zbytnio nie zastanawiała się nad przepowiednią starszej Różanej Woni. Kocica była stara, a sama niezbyt wierzyła w przepowiednie w snach lub w odbiciach jakiejś perły.
— Ciągle coś się przydarza dziwnego Klanowi Nocy, jednak wątpię, by było coś podobnego w skali do potopu, którego jeszcze pamiętam, a byłam małym kocięciem. Jeśli nawet przyszłyby gorsze czasy. Czy to głód lub szpiegostwo innych klanów, to możesz być o tyle spokojna, że postaram się dbać o Nocniaków oraz służyć Mandarynkowej Gwieździe. — Gąbczasta Perła nie wyglądała na spokojną po jej dość dyplomatycznej wypowiedzi, dlatego dodała jeszcze pół żartem pół serio. — Jak będzie trzeba, to obronię cię własną piersią i pazurami. Nie musisz się martwić.
Dymna westchnęła jedynie. Pewnie nie pomogła kotce jej odpowiedź, jednak Trzcinowy Szmer nie zamierzała męczyć się z interpretacją, czegoś, co mogło być zwykłym koszmarem dla Różanej Woni.
Czas mijał. Kocięta zostały uczniami, a nawet jedno już było wojownikiem. Natomiast Gąbczasta Perła wydawała się zmarnowana i przejęta. Może źle jej się spało? A może nadal przeżywała śmierć swojej mentorki albo nadal próbowała rozwiązać przepowiednię, którą starsza medyczka wygłosiła.
Nie mając nic do roboty pomiędzy swoimi patrolami, stwierdziła, że odwiedzi swoją przyjaciółkę w lecznicy. Kiedy tylko weszła do środka, ukazała jej się dymna, która właśnie prowadziła małą sprzeczkę z własnym asystentem, Klekoczącym Bocianem.
— Gąbczasta Perło? Masz chwilę? Albo powinnam się spytać, czy nie chciałabyś odpocząć i wyprostować swoich łap. Uważam, że przydałby ci się, chociaż krótki spacer wokół obozu.
Dymna skinęła głową, przystając na jej propozycję i obróciła się na pięcie, zostawiając drugiego medyka w legowisku. Obie szybko wyszły poza obóz i kiedy były same, Trzcinowy Szmer postanowiła, że to wykorzysta, żeby popytać kotkę o kilka rzeczy.
— Czy u ciebie jest wszystko w porządku? Ostatnio mam wrażenie, że strasznie się martwisz, jednak nie wiem czym. Czy nadal chodzi o tę przepowiednię Różanej Woni? — mruknęła, idąc po plaży wysepki, pozwalając, by woda obmywała jej poduszki łap.
Na podśmiechujki z jej byłego ucznia, Rezedowej Łapy – zamruczała rozbawiona. Jego? Ugryzł szczur? Normalnie powiedziałaby, że każdemu mogło się zdarzyć, jednak ów kocur strasznie zaszedł jej za skórę. Nie było jej go szkoda.
— Wiesz... słyszałaś może o tym, co mówiła Różana Woń? O tym, że Klan Nocy czekają mroczne czasy? — spytała medyczka znacznie cichszym głosem. — Nie potrafię przestać o tym myśleć. Strasznie mnie to zaniepokoiło. Chciałabym poznać twoją opinię... bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.
Szylkretka założyła łapę na łapę i ogonem strzepnęła na bok, tym samym wprawiając w ruch kuleczkę mchu, za którą pobiegły jej kocięta.
— Hmmm… Słyszałam o tym, co nieco. Plotki szybko się roznoszą po obozie, a w szczególności, jeśli emerytowana medyczka w nocy krzyczy przestraszona nową przepowiednię…
Przyjaciółka czekała dzielnie na bardziej konkretną odpowiedź namiestniczki. Dzielnie znosiła jej spojrzenie brązowych oczu. Problemem było jednak to, że Trzcinowy Szmer zbytnio nie zastanawiała się nad przepowiednią starszej Różanej Woni. Kocica była stara, a sama niezbyt wierzyła w przepowiednie w snach lub w odbiciach jakiejś perły.
— Ciągle coś się przydarza dziwnego Klanowi Nocy, jednak wątpię, by było coś podobnego w skali do potopu, którego jeszcze pamiętam, a byłam małym kocięciem. Jeśli nawet przyszłyby gorsze czasy. Czy to głód lub szpiegostwo innych klanów, to możesz być o tyle spokojna, że postaram się dbać o Nocniaków oraz służyć Mandarynkowej Gwieździe. — Gąbczasta Perła nie wyglądała na spokojną po jej dość dyplomatycznej wypowiedzi, dlatego dodała jeszcze pół żartem pół serio. — Jak będzie trzeba, to obronię cię własną piersią i pazurami. Nie musisz się martwić.
Dymna westchnęła jedynie. Pewnie nie pomogła kotce jej odpowiedź, jednak Trzcinowy Szmer nie zamierzała męczyć się z interpretacją, czegoś, co mogło być zwykłym koszmarem dla Różanej Woni.
Teraźniejszość
Czas mijał. Kocięta zostały uczniami, a nawet jedno już było wojownikiem. Natomiast Gąbczasta Perła wydawała się zmarnowana i przejęta. Może źle jej się spało? A może nadal przeżywała śmierć swojej mentorki albo nadal próbowała rozwiązać przepowiednię, którą starsza medyczka wygłosiła.
Nie mając nic do roboty pomiędzy swoimi patrolami, stwierdziła, że odwiedzi swoją przyjaciółkę w lecznicy. Kiedy tylko weszła do środka, ukazała jej się dymna, która właśnie prowadziła małą sprzeczkę z własnym asystentem, Klekoczącym Bocianem.
— Gąbczasta Perło? Masz chwilę? Albo powinnam się spytać, czy nie chciałabyś odpocząć i wyprostować swoich łap. Uważam, że przydałby ci się, chociaż krótki spacer wokół obozu.
Dymna skinęła głową, przystając na jej propozycję i obróciła się na pięcie, zostawiając drugiego medyka w legowisku. Obie szybko wyszły poza obóz i kiedy były same, Trzcinowy Szmer postanowiła, że to wykorzysta, żeby popytać kotkę o kilka rzeczy.
— Czy u ciebie jest wszystko w porządku? Ostatnio mam wrażenie, że strasznie się martwisz, jednak nie wiem czym. Czy nadal chodzi o tę przepowiednię Różanej Woni? — mruknęła, idąc po plaży wysepki, pozwalając, by woda obmywała jej poduszki łap.
< Gąbczasta Perło? >
🎍
Od Chyżej Łapy
Wiatr szumiał, pędząc przez polany, wprawiając roślinność w przyjemny dla oka, falujący ruch. Niedawno Porzeczka widziała przechodzące tędy wyprostowane kreatury z jakimiś dziwnymi przedmiotami. To miejsce wtedy pachniało soczystym mięsem i różnymi innymi, głównie słodkimi i ostrymi zapachami. Przesiadywali na dużym, rozkładanym kwadracie w jakieś wzory i jedli. Nie czynili żadnych złych rzeczy wobec terytorium i tylko spokojnie sobie wypoczywali, lecz młode, z którymi przyszli, biegały i hałasowały. Koty słusznie omijały wtedy Dwunożnych, tylko oczekując ich odejścia. Zostawili też jakieś białe, miękkie skrawki i inne odpadki. Uczennica właśnie w teorii była na polowaniu, lecz z ciekawości przyszła w to miejsce, by je obejrzeć i powąchać. Nic specjalnego, ale warto było zajrzeć. Wtedy kątem oka zauważyła jakiś ruch wśród traw. Mysz! Lub ryjówka, nieważne. Coś małego na pewno. Porzeczka się schyliła i weszła w gęstwinę za zwierzęciem. Zawęszyła i poczuła wyraźny zapach myszy, i to niejednej. Skradała się spokojnie i po cichu. Wtem zobaczyła ponowne poruszenie wśród źdźbeł. Jednym susem przekroczyła ten dystans i usłyszała pisk pod pazurami. Gryzoń wił się panicznie, próbując uciec od nieuniknionego losu. Kotka przydusiła go łapą, by zabrać mu dech i zmusić do bezruchu. Ugryzła go za ogon i wyciągnęła z trawy, po czym uderzyła nim z dużą siłą o ziemię. Piszczka wyglądała, jakby straciła przytomność albo po prostu udawała, by zniechęcić Porzeczkę. Na jej niekorzyść, ta wciąż się nie znudziła i łapą popchnęła w bok, po czym na nią naskoczyła, by nie uciekła zbyt szybko. Zaśmiała się z bezradności zdobyczy i przez moment jeszcze się nią pobawiła, nie okazując litości. Po jakimś czasie wreszcie zabiła ją silnym ugryzieniem w kark. Zwierzątko zwiotczało i zawisło z pyska oprawczyni. Przyjemny, ciepły smak krwi rozlał się w jej pysku. Upuściła zdobycz i się oblizała. Jak ona kochała to uczucie. Szkoda, że musi się ograniczać do niewielkich stworzeń, by zaspokajać swoją dziwną potrzebę czucia smaku krwi.
Gdy wreszcie była gotowa, wzięła mysz ponownie i kierowała się w stronę miejsca zbiórki patrolu łowieckiego. Gdy przechodziła z dumnie podniesioną głową przez miejsce, w którym przesiadywali Dwunożni, poczuła nagły, kłujący ból w prawej, przedniej łapie. Wydarła się, a z jej pyska wypadła zdobycz i wylądowała na trawie. Porzeczka usiadła i przyjrzała się bolącej łapie. Z poduszeczki wystawał kawałek ostrego, półprzezroczystego, zielonego i twardego materiału otoczonego czerwonym osoczem. Kotka się zniesmaczyła. “Paskudni Dwunożni” pomyślała, od razu łącząc wyprostowanych z pozostawionymi w tym miejscu śmieciami. Próbowała wyciągnąć ciało obce z łapy, lecz po prostu za bardzo bolało. Świetnie, teraz musiała się udać do medyka. Prychnęła zirytowana i wstała, wzięła zdobycz ponownie i kulejąc, ostrożnie poczłapała w stronę zbiórki.
Po dłuższej chwili wreszcie dotarła, a na miejscu zastała Małą Bazię, Jabłkową Łapę oraz Gadożerowy Pysk. Mentorka kotki, zauważając ją, od razu do niej podeszła.
— Coś ty zrobiła? — spytała się z niepokojem. Wtedy uczennica pokazała jej ranną łapę i poszła odstawić swoją mysz na stosik świeżo upolowanych zdobyczy.
— Paskudni Dwunożni nie umieją nie śmiecić — odparła i usiadła, wylizując swoją ranę i ponownie próbowała wyciągnąć szkło, lecz bez skutku.
— Pokaż — rzekła Bazia i przyjrzała się fragmentowi. Nagle, bez ostrzeżenia zagryzła go i wyszarpnęła z łapy. Porzeczka wydarła się głośno i syknęła na mentorkę, po czym zaczęła wylizywać zranioną poduszeczkę.
— Mogłaś, chociaż ostrzec! — warknęła wściekle, a kątem oka dostrzegła, jak pozostała dwójka kotów się zaśmiała pod nosem z Porzeczki. Zagryzła zęby i odwróciła się w przeciwnym kierunku.
— No już, uspokój się. — zaśmiała się Bazia. — Teraz, gdzie by to wyrzucić… — zastanowiła się ze szkłem w pysku. — A ty idź prosto do medyka. Zawołaj Poziomkę, to pomoże poznosić do obozu te zdobycze — dodała i odwróciła się, by porzucić gdzieś fragment.
Uczennica westchnęła wściekle i wstała, po czym kuśtykając, poszła w stronę tuneli.
Po dosyć długim czasie wędrówki do tunelu wreszcie do niego dotarła. Teraz już opierając się o ścianę, mogła odrobinę przyspieszyć i dosyć sprawnie dostała się do jamy medyka.
— Hej! Pomoże mi ktoś? — miauknęła zirytowana i usiadła nieopodal wyjścia z legowiska.
Po chwili podeszła do niej Łzawa Łapa. To ta córeczka Zawodzącej Gwiazdy. Pewnie tylko dzięki temu faktowi jest na tej pozycji, którą sprawuje.
— Co się stało? — spytała, a Porzeczka podstawiła łapę pod nos kotki.
— To się stało. Jakiś śmieć Dwunożnych mi się wbił w poduszkę. Bazia to wyciągnęła i teraz tu jestem — wytłumaczyła zwięźle, a uczennica medyczki obejrzała szybko ranę, odwróciła się gdzieś tam i wróciła z jakimś tam ziołem w pysku. Przeżuła je na papkę i wypluła na poduszkę kotki. Porzeczka z niesmakiem przyglądała się, jak Łzawa Łapa zaklejała jej wszystko pajęczyną.
— To wszystko. Noś to przez jakiś czas i będziesz mogła już niedługo normalnie chodzić — wyjaśniła, po czym po prostu oddaliła się w głąb legowiska. Porzeczka niezwłocznie wykuśtykała z jamy i tunelem zawędrowała do Groty Pamięci, szukając siostry. Zamiast Poziomki znalazła jednak Malinkę. Wyglądało na to, że Lotosowy Pąk właśnie skończył z nią jakiś tam ich trening. Te kronikarzowe sprawy i tak dalej.
Podeszła do burej i odchrząknęła.
— Masz chwilę? — Zanim kotka odpowiedziała, Porzeczka szybko kontynuowała: — Tak? Jak super! Leć po zdobycze, bo ja nie mogę.
Nieboskłonna Łapa zamrugała dwa razy.
— Co?
— To, że mi się coś wbiło w łapę i nie mogę szybko chodzić, a zdobyczy jest bardzo dużo do zebrania. Idź na to tamto wzgórze, a miniesz Gadożera i Jabłko, a oni wskażą ci drogę — wytłumaczyła na szybko. Malinka zająknęła się.
— No dobra… — mruknęła i przeszła obok siostry.
Porzeczka nie była głodna, więc nie czekała na jedzenie. W takim razie od razu udała się do legowiska uczniów, znalazła swoje posłanie i się tam położyła.
Wyleczeni: Chyża Łapa
Gdy wreszcie była gotowa, wzięła mysz ponownie i kierowała się w stronę miejsca zbiórki patrolu łowieckiego. Gdy przechodziła z dumnie podniesioną głową przez miejsce, w którym przesiadywali Dwunożni, poczuła nagły, kłujący ból w prawej, przedniej łapie. Wydarła się, a z jej pyska wypadła zdobycz i wylądowała na trawie. Porzeczka usiadła i przyjrzała się bolącej łapie. Z poduszeczki wystawał kawałek ostrego, półprzezroczystego, zielonego i twardego materiału otoczonego czerwonym osoczem. Kotka się zniesmaczyła. “Paskudni Dwunożni” pomyślała, od razu łącząc wyprostowanych z pozostawionymi w tym miejscu śmieciami. Próbowała wyciągnąć ciało obce z łapy, lecz po prostu za bardzo bolało. Świetnie, teraz musiała się udać do medyka. Prychnęła zirytowana i wstała, wzięła zdobycz ponownie i kulejąc, ostrożnie poczłapała w stronę zbiórki.
Po dłuższej chwili wreszcie dotarła, a na miejscu zastała Małą Bazię, Jabłkową Łapę oraz Gadożerowy Pysk. Mentorka kotki, zauważając ją, od razu do niej podeszła.
— Coś ty zrobiła? — spytała się z niepokojem. Wtedy uczennica pokazała jej ranną łapę i poszła odstawić swoją mysz na stosik świeżo upolowanych zdobyczy.
— Paskudni Dwunożni nie umieją nie śmiecić — odparła i usiadła, wylizując swoją ranę i ponownie próbowała wyciągnąć szkło, lecz bez skutku.
— Pokaż — rzekła Bazia i przyjrzała się fragmentowi. Nagle, bez ostrzeżenia zagryzła go i wyszarpnęła z łapy. Porzeczka wydarła się głośno i syknęła na mentorkę, po czym zaczęła wylizywać zranioną poduszeczkę.
— Mogłaś, chociaż ostrzec! — warknęła wściekle, a kątem oka dostrzegła, jak pozostała dwójka kotów się zaśmiała pod nosem z Porzeczki. Zagryzła zęby i odwróciła się w przeciwnym kierunku.
— No już, uspokój się. — zaśmiała się Bazia. — Teraz, gdzie by to wyrzucić… — zastanowiła się ze szkłem w pysku. — A ty idź prosto do medyka. Zawołaj Poziomkę, to pomoże poznosić do obozu te zdobycze — dodała i odwróciła się, by porzucić gdzieś fragment.
Uczennica westchnęła wściekle i wstała, po czym kuśtykając, poszła w stronę tuneli.
Po dosyć długim czasie wędrówki do tunelu wreszcie do niego dotarła. Teraz już opierając się o ścianę, mogła odrobinę przyspieszyć i dosyć sprawnie dostała się do jamy medyka.
— Hej! Pomoże mi ktoś? — miauknęła zirytowana i usiadła nieopodal wyjścia z legowiska.
Po chwili podeszła do niej Łzawa Łapa. To ta córeczka Zawodzącej Gwiazdy. Pewnie tylko dzięki temu faktowi jest na tej pozycji, którą sprawuje.
— Co się stało? — spytała, a Porzeczka podstawiła łapę pod nos kotki.
— To się stało. Jakiś śmieć Dwunożnych mi się wbił w poduszkę. Bazia to wyciągnęła i teraz tu jestem — wytłumaczyła zwięźle, a uczennica medyczki obejrzała szybko ranę, odwróciła się gdzieś tam i wróciła z jakimś tam ziołem w pysku. Przeżuła je na papkę i wypluła na poduszkę kotki. Porzeczka z niesmakiem przyglądała się, jak Łzawa Łapa zaklejała jej wszystko pajęczyną.
— To wszystko. Noś to przez jakiś czas i będziesz mogła już niedługo normalnie chodzić — wyjaśniła, po czym po prostu oddaliła się w głąb legowiska. Porzeczka niezwłocznie wykuśtykała z jamy i tunelem zawędrowała do Groty Pamięci, szukając siostry. Zamiast Poziomki znalazła jednak Malinkę. Wyglądało na to, że Lotosowy Pąk właśnie skończył z nią jakiś tam ich trening. Te kronikarzowe sprawy i tak dalej.
Podeszła do burej i odchrząknęła.
— Masz chwilę? — Zanim kotka odpowiedziała, Porzeczka szybko kontynuowała: — Tak? Jak super! Leć po zdobycze, bo ja nie mogę.
Nieboskłonna Łapa zamrugała dwa razy.
— Co?
— To, że mi się coś wbiło w łapę i nie mogę szybko chodzić, a zdobyczy jest bardzo dużo do zebrania. Idź na to tamto wzgórze, a miniesz Gadożera i Jabłko, a oni wskażą ci drogę — wytłumaczyła na szybko. Malinka zająknęła się.
— No dobra… — mruknęła i przeszła obok siostry.
Porzeczka nie była głodna, więc nie czekała na jedzenie. W takim razie od razu udała się do legowiska uczniów, znalazła swoje posłanie i się tam położyła.
Wyleczeni: Chyża Łapa
[900 słów]
Od Cętkowanego Tęgosza CD. Tropiącej Łaski
Wrócił z wieczornego patrolu. Oczywiście, po patrolu musiał jeszcze zajrzeć do starszych czy wszystko było z nimi dobrze. Kierując się spokojnie w stronę legowiska starszych, niestety drogę zagrodziła mu Tropiąca Łaska, która chciała z nim wielce tak rozmawiać. W dodatku ten ton nie brzmiał przyjaźnie. Ich drogi powinny się dawno rozejść z jego mianowaniem na wojownika, ale coś ją tu przyciągnęło losowo, więc naturalnie, że stał się podejrzliwy, ukrywając to za spokojnym pyskiem.
— Sprawa, jaką miała do mnie moja babcia? Nie przypominam sobie, by to było coś na tyle ważnego, co mogłem ci przekazać, Tropiąca Łasko.
Czy ona miała na myśli to, że po czuwaniu nad ciałem Trzcinniczkowej Dziupli był u Zalotnej Gwiazdy? Jeśli coś podejrzewała, to nie mogła zbyt dużo się dowiedzieć. To była sprawa tylko jego i jego rodziny, co stało się ze starszym. Większość myślała, że zmarł ze starości i Tęgosz raczej by nie chciał, by ktoś to z nim łączył. Bo nie będzie się gryzł z mysi móżdżkami, że kaleki należało tępić i, mimo że nie on był obdarzony tytułem Powiernika Cienia, to termin ważności vana i tak minął po wojnie z Klanem Klifu.
— Przed innymi możesz udawać, że nie wiesz, co mam na myśli. Inni nie znają cię tak dobrze, jak ja znam swoich uczniów! — Z jej gardła wyrwał się przeciągły, niezadowolony pomruk. — Jeśli myślisz, że możesz mnie okłamać, to pójdź to lasu, nazbieraj giętkich pędów wierzby i okładaj się nimi, aż nabierzesz rozumu. Coś zrobił ze starszym?
Nabierać rozumu to on nie musiał. Byli w wejściu do obozu, nie chciał gadać przy innych, co zrobił z Trzcinniczkową Dziuplą. Spojrzał na nią, udając zdziwienie.
— Co zrobiłem? Umarł ze starości, nic nie miałem z tym wspólnego. Co do spaceru po lesie, to możemy chętnie się przejść. Jakiś mech by się przydał jeszcze starszym na posłania, żeby im się lepiej spało. — Kotka nie była głupia, ale on też nie był na tyle, żeby spowiadać się w obozie.
Pręguska pokręciła głową, jej grzywa dramatycznie zafalowała. Przeniosła wzrok na wyjście z obozu i z powrotem na młodego wojownika.
— Ściółkę dla starszyzny pozbierasz ty. Ja nie kiwnę łapą w ich interesie. Na dodatek nie kiwnę łapą w ich interesie, bo mój były uczeń mi każe. — Wojowniczka zmrużyła oczy w dwie cienkie szpary.
— Ruszajmy nim całkiem zajdzie słońce. — Kocur nie planował zbierać niczego, po prostu stwierdził, że jeśli poruszy ten temat poza obozem, to będzie miał pewność, że nie będzie nigdzie ciekawskich, nieproszonych uszu nieopodal.
— Znakomicie, nie powinno to nam zająć długo — powiedział to, uśmiechając się pewnie i arogancko. Wilczacy ruszyli z obozu w las, gdzie mieli "ponoć" zbierać pędy wierzby. Choć czy na pewno?
Rudzielec rozglądał się po okolicy. Nie wyczuwał, ani nie słyszał, by ktoś szedł za nimi. Tylko on i Tropiąca Łaska oraz te iglaste drzewa, bez wierzb. Cętkowany Tęgosz się zatrzymał i spojrzał na byłą mentorkę.
— Czemu tak bardzo cię interesuje, co mogłem lub nie mogłem mu zrobić? Myślałem, że nie przejmujesz się staruchami — podjął.
Tropiąca Łaska nie kryła zaskoczenia, któremu się przyglądał kocur.
— Przede wszystkim chcę wiedzieć, co zyskałeś na jego śmierci — rzuciła ostro. — Los starszyzny mało mnie obchodzi, ale jest ogromna różnica między kocurem, który robi nam przysługę i umiera ze starości, a sytuacją, w której mój własny wychowanek macza w tym łapy!
Na Mroczną Puszczę, czy ona chciała, żeby on teraz się popłakał, że on nie żył, czy co?
— Satysfakcje, że nie żyje. Jego termin przydatności dawno się zużył. Był ślepy jak kret! W klanie nie powinniśmy wykarmiać darmozjadów, a o Trzcinniczkowej Dziupli i tak większość zapomni, gdy na świat przyjdą kociaki Kruczego Pióra i Kwaśnej Kocanki oraz ta reszta Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi. Szczególnie że, gdy zostaną uczniami, ktoś będzie ich musiał wytrenować. Także cała uwaga skupi się na szkoleniu armii wyrośniętych bachorów. Także, jak widzisz, nie będę miał żadnych problemów na barkach, tak, jak i ty. — Jego była mentorka, po tym, co powiedział, osłupiała, nie umiejąc przez chwilę wydusić żadnego słowa.
— Narodziny kociąt Kruczego Pióra nie mają żadnego związku z tym, że śmierć Trzcinniczkowej Dziupli nie była dziełem byle przypadku — rzuciła ostro. — To, że uwaga klanu przeniosła się na coś innego, nie zmienia faktu, że bezczelnie, perfidnie kłamiesz. Łżesz bez mrugnięcia okiem, bo wydaje ci się, że bliska relacja z Zalotną Gwiazdą zapewni ci całkowitą bezkarność.
— Powiedziałem Ci prawdę, czego więcej chcesz? — odparł, nadal arogancko stojąc, jakby go zupełnie nie ruszyło, co mu kotka powiedziała. Zrobił to dla własnej satysfakcji, była ona tylko chwilowa, bo to, co myślał o starszym, było kłamstwem, wciśniętym przez kogoś innego. Nie mógł jednak pokazywać, że dał się oszukać swojej rywalce, Seradelowemu Nektarowi.
— Już mam nałożoną karę, więc w świetle moralności nie jestem bezkarny, skoro już posiadam jedną. — Rudy, dopiero jak skończył, zdał sobie sprawę, że zamiast jej dopiec, udowodnił jej racje.
— Zrobiłeś to. — rzuciła twardo czekoladowa szylkretka. — Skoro Zalotna Gwiazda cię ukarała, to znaczy, że miała niezbitą pewność. Ona zna prawdę. I ja też ją znam. — Wydawała się to mówić z mieszanką złości i pewności siebie.
— I co z tym zrobisz? — Przewrócił oczami, chociaż powinien się bać, że ona wyjawi to innym. Jednak czy ona by to zrobiła?
— Sprawa, jaką miała do mnie moja babcia? Nie przypominam sobie, by to było coś na tyle ważnego, co mogłem ci przekazać, Tropiąca Łasko.
Czy ona miała na myśli to, że po czuwaniu nad ciałem Trzcinniczkowej Dziupli był u Zalotnej Gwiazdy? Jeśli coś podejrzewała, to nie mogła zbyt dużo się dowiedzieć. To była sprawa tylko jego i jego rodziny, co stało się ze starszym. Większość myślała, że zmarł ze starości i Tęgosz raczej by nie chciał, by ktoś to z nim łączył. Bo nie będzie się gryzł z mysi móżdżkami, że kaleki należało tępić i, mimo że nie on był obdarzony tytułem Powiernika Cienia, to termin ważności vana i tak minął po wojnie z Klanem Klifu.
— Przed innymi możesz udawać, że nie wiesz, co mam na myśli. Inni nie znają cię tak dobrze, jak ja znam swoich uczniów! — Z jej gardła wyrwał się przeciągły, niezadowolony pomruk. — Jeśli myślisz, że możesz mnie okłamać, to pójdź to lasu, nazbieraj giętkich pędów wierzby i okładaj się nimi, aż nabierzesz rozumu. Coś zrobił ze starszym?
Nabierać rozumu to on nie musiał. Byli w wejściu do obozu, nie chciał gadać przy innych, co zrobił z Trzcinniczkową Dziuplą. Spojrzał na nią, udając zdziwienie.
— Co zrobiłem? Umarł ze starości, nic nie miałem z tym wspólnego. Co do spaceru po lesie, to możemy chętnie się przejść. Jakiś mech by się przydał jeszcze starszym na posłania, żeby im się lepiej spało. — Kotka nie była głupia, ale on też nie był na tyle, żeby spowiadać się w obozie.
Pręguska pokręciła głową, jej grzywa dramatycznie zafalowała. Przeniosła wzrok na wyjście z obozu i z powrotem na młodego wojownika.
— Ściółkę dla starszyzny pozbierasz ty. Ja nie kiwnę łapą w ich interesie. Na dodatek nie kiwnę łapą w ich interesie, bo mój były uczeń mi każe. — Wojowniczka zmrużyła oczy w dwie cienkie szpary.
— Ruszajmy nim całkiem zajdzie słońce. — Kocur nie planował zbierać niczego, po prostu stwierdził, że jeśli poruszy ten temat poza obozem, to będzie miał pewność, że nie będzie nigdzie ciekawskich, nieproszonych uszu nieopodal.
— Znakomicie, nie powinno to nam zająć długo — powiedział to, uśmiechając się pewnie i arogancko. Wilczacy ruszyli z obozu w las, gdzie mieli "ponoć" zbierać pędy wierzby. Choć czy na pewno?
***
Rudzielec rozglądał się po okolicy. Nie wyczuwał, ani nie słyszał, by ktoś szedł za nimi. Tylko on i Tropiąca Łaska oraz te iglaste drzewa, bez wierzb. Cętkowany Tęgosz się zatrzymał i spojrzał na byłą mentorkę.
— Czemu tak bardzo cię interesuje, co mogłem lub nie mogłem mu zrobić? Myślałem, że nie przejmujesz się staruchami — podjął.
Tropiąca Łaska nie kryła zaskoczenia, któremu się przyglądał kocur.
— Przede wszystkim chcę wiedzieć, co zyskałeś na jego śmierci — rzuciła ostro. — Los starszyzny mało mnie obchodzi, ale jest ogromna różnica między kocurem, który robi nam przysługę i umiera ze starości, a sytuacją, w której mój własny wychowanek macza w tym łapy!
Na Mroczną Puszczę, czy ona chciała, żeby on teraz się popłakał, że on nie żył, czy co?
— Satysfakcje, że nie żyje. Jego termin przydatności dawno się zużył. Był ślepy jak kret! W klanie nie powinniśmy wykarmiać darmozjadów, a o Trzcinniczkowej Dziupli i tak większość zapomni, gdy na świat przyjdą kociaki Kruczego Pióra i Kwaśnej Kocanki oraz ta reszta Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi. Szczególnie że, gdy zostaną uczniami, ktoś będzie ich musiał wytrenować. Także cała uwaga skupi się na szkoleniu armii wyrośniętych bachorów. Także, jak widzisz, nie będę miał żadnych problemów na barkach, tak, jak i ty. — Jego była mentorka, po tym, co powiedział, osłupiała, nie umiejąc przez chwilę wydusić żadnego słowa.
— Narodziny kociąt Kruczego Pióra nie mają żadnego związku z tym, że śmierć Trzcinniczkowej Dziupli nie była dziełem byle przypadku — rzuciła ostro. — To, że uwaga klanu przeniosła się na coś innego, nie zmienia faktu, że bezczelnie, perfidnie kłamiesz. Łżesz bez mrugnięcia okiem, bo wydaje ci się, że bliska relacja z Zalotną Gwiazdą zapewni ci całkowitą bezkarność.
— Powiedziałem Ci prawdę, czego więcej chcesz? — odparł, nadal arogancko stojąc, jakby go zupełnie nie ruszyło, co mu kotka powiedziała. Zrobił to dla własnej satysfakcji, była ona tylko chwilowa, bo to, co myślał o starszym, było kłamstwem, wciśniętym przez kogoś innego. Nie mógł jednak pokazywać, że dał się oszukać swojej rywalce, Seradelowemu Nektarowi.
— Już mam nałożoną karę, więc w świetle moralności nie jestem bezkarny, skoro już posiadam jedną. — Rudy, dopiero jak skończył, zdał sobie sprawę, że zamiast jej dopiec, udowodnił jej racje.
— Zrobiłeś to. — rzuciła twardo czekoladowa szylkretka. — Skoro Zalotna Gwiazda cię ukarała, to znaczy, że miała niezbitą pewność. Ona zna prawdę. I ja też ją znam. — Wydawała się to mówić z mieszanką złości i pewności siebie.
— I co z tym zrobisz? — Przewrócił oczami, chociaż powinien się bać, że ona wyjawi to innym. Jednak czy ona by to zrobiła?
<Tropiąca Łasko?>
Od Rozbitego Księżyca do Nadciągającego Pomroku
Rozbity Księżyc wchodził właśnie do obozu z piszczką w pyszczku, gdy to usłyszał za sobą czyjś głos.
— Rozbity Księżycu! — zawołała, zwracając uwagę wojownika. Łypnął na nią niewinnymi, błękitnymi oczyma. — Nie jesteś teraz zajęty, co nie?
Odwrócił głowę i zastrzygł uszami na znak, że kotka musiała chwilę poczekać. Pobiegł odłożyć piszczkę na miejsce i zaraz wrócił do wojowniczki. Nie był nawet pewien, czy w ogóle pamięta imię kotki. Zamrugał kilkukrotnie oczętami i uśmiechnął się słodko.
— Nie jestem, właśnie skończyłem polowanie! — miauknął radośnie, wbijając w kotkę świecące niebieskie oczy. — Czy coś się stało Nadciągający Pomroku? Potrzebujesz z czymś pomocy? — zapytał zaraz, unosząc brwi zainteresowany.
Krótko skinęła głową.
— Któryś z wojowników skarżył się na dziwne zapachy dobiegające z tuneli obok granicy z Klifiakami — wyjaśniła mistrzyni. — I przydałaby mi się para łap do brudnej roboty, gdybyśmy rzeczywiście coś tam znaleźli — ukazała zęby w chytrym uśmiechu, ruchem głowy, wskazując ponownie wyjście z obozu.
Księżyc otworzył nieco szerzej oczy. Klan Wilka nie dogadywał się najlepiej z Klifiakami. Doskonale wiedział, że zapach ten mógł oznaczać wszystko. Od zapachu borsuka, aż po zamordowanego pobratymca. Zjeżył lekko futro, lecz, mimo to kiwnął głową, rozumiejąc, że miał towarzyszyć kotce.
— Nie ma sprawy! — miauknął radośnie, udając, że zupełnie nie przejmował się tym, co mógł tam zastać. — Chętnie pomogę, cokolwiek się stało! — odparł, jeżąc futro zdenerwowany.
Wyszedł z obozu, idąc zaraz za Nadciągającym Pomrokiem. Starał się nie powłóczyć nogami, szedł w miarę prosto, patrząc przed siebie. Wiedział, że kotka była ceniona w klanie, to też nie sądził, aby mógł okazać przy niej słabość, mimo to wydawał się nieco markotny.
— Jak Ci się wiedzie jako wojownik? — zagaiła po chwili ciszy.
Księżyc czuł się, tak jakby przez cały czas był obserwowany przez szylkretkę. Słysząc jej słowa westchnął cicho.
— Wydaje mi się, że nie jest aż tak źle. Znaczy miałem trudne początki, ale pani Wirek faktycznie pomogła mi, żebym wyszedł na koty — odparł, liżąc się po piersi dla rozładowania nerwów.
Wibrysy kotki zadrżały z rozbawienia, na co Księżycek zmarszczył lekko nosek.
— Wierzę, że Kocimiętkowy Wir dobrze przygotowała Cię do pełnienia obowiązków. Widać było, że walka z Ośnieżonym Kryształem nie sprawiała ci żadnych problemów… Nasi przodkowie muszą być z Ciebie dumni — dodała Pomrok, sprawiając, że Księżycek spojrzał na nią z boku.
Widział, jak kotka uśmiechnęła się lekko i uniosła brew.
— Ośnieżony Kryształ… — mruknął cicho, jakby, smakując imię kotki na języku, po czym zmrużył oczy. — Proszę mi wybaczyć, ale będę szczery. Była po prostu słabsza ode mnie. Do tego… zdaje się mieć do mnie pewna słabość — odparł, nie wspominając już o tym, że wystarczyło kaszlnąć, aby wyprowadzić kotkę z równowagi.
Księżyc może nie był najlepszym wojownikiem, ale z pewnością dobrze wykorzystywał swoją wiedzę i okazjonalnie sprytny móżdżek.
— Dumni? Być może — odparł, kiwając głową.
„Ciekawe jacy przodkowie. Czy to właśnie chwila, na którą przygotowywała mnie Borsucza Puszcza, gdy to ja nie słuchałem” prychnął w myślach, a następnie uśmiechnął się promiennie.
— Nie musisz przepraszać, cenimy sobie szczerość — miauknęła, strzygąc uszyma. — Masz rację. Nie chciałabym obrażać mojego brata, ale zdecydowanie nie przekonał swojej uczennicy do walki — zamilkła na moment, widząc uśmiech na pysku Księżycka.
— Duch Mrocznej Gwiazdy spogląda z dumą na każdego ucznia, który udowodni swoją wartość i pomyślnie ukończy walkę — kontynowała.
Słysząc odpowiedź kotki, kiwnął lekko głową.
— Nadal nie jestem do końca pewny, czemu nie chciała walczyć. Jej mianowanie było dosyć niedawno, nie wiem, skąd ten brak werwy przy walce ze mną — odparł, lecz było to po części kłamstwem.
Wiedział w końcu doskonale, skąd wynikła słabość kotki.
— Duch Mrocznej Gwiazdy… — mruknął zamyślony. — Babcia Borsuk dużo o niej opowiadała. Niezbyt wiele pamiętam, jednak… mam nadzieję, że dałem jej faktycznie powód do dumy — odparł zgodnie z prawdą.
Pokiwała głową, pozwalając, aby kąciki jej pyska uniosły się nieznacznie.
— Borsucza Puszcza znała wiele opowieści o przeszłości Klanu Wilka. Część i mojej wiedzy o naszej historii pochodzi właśnie od niej.
— Szkoda, że nie zdążyła opowiedzieć mi ich wszystkich. Czasem trochę za nią tęsknię, nawet jeśli potrafiła zadzierać nosa. Wiem, że miała do tego jednak jakiś powód — odparł, idąc dalej za kotką.
Byli już coraz bliżej miejsca tuneli przy granicy, a Księżyc poczuł, jak czuje się odrobinę niepewnie.
„Dam radę. Muszę dać radę” pomyślał i nadstawił uszu, aby wysłuchiwać wszelkich nadchodzących zagrożeń.
— Ja czy Ognikowa Słota zawsze byłybyśmy chętne dopowiedzieć Ci jakąś historię, gdybyś był ciekaw — miauknęła, po czym skierowała się dalej w stronę jednego z tuneli.
Słysząc odpowiedź kotki, uśmiechnął się lekko.
— Bardzo chętnie! — odparł krótko i zmarszczył lekko nos, wyczuwając w powietrzu dziwną woń. — Krew… Miejmy nadzieję, że to nic poważnego — miauknął, spoglądając na kotkę przed nim.
Zamyślił się przez chwilę. Zapach krwi czuł na co dzień, chociaż też wydawał się mu nieco dziwny. Mimo to jego pierwszą myślą było, aby gdzieś to zgłosić. Osłupiał chwilę przez woń krwi, ale szybko się otrząsnął.
— Jeżeli faktycznie coś się stało lub zostały naruszone granice to, czy nie powinniśmy tego zgłosić? — zapytał szybko, a po jego główce zaczęły przebiegać różny rozwój wydarzeń. — Cz-Czyja to krew? Mam nadzieję, że żaden głupi uczeń nie zmarnował zwierzyny — dodał, choć odrobinę się zająknął na początku swojej wypowiedzi.
Pomrok zastrzygła uszyma.
— Wspominałam mojej matce o tym, zanim Cię znalazłam — skłamała lekkim głosem, pochylając pysk nad ziemią i węsząc. — Poza tym, myślę, że w dwójkę jesteśmy wystarczająco kompetentni. Może, jeśli natkniemy się na jakiegoś intruza, to zajdzie się dla ciebie szansa, abym załatwiła ci pochwałę od Zalotnej Gwiazdy — dodała, uśmiechając się pod nosem.
Słysząc odpowiedź kotki, uspokoił się lekko. Jego ucho lekko drgnęło, gdy kotka odezwała się ponownie.
— Pochwała od Zalotnej Gwiazdy… — mruknął cicho, a gdzieś w jego oczach zaiskrzyła dziwna determinacja. — We dwójkę? Miejmy taką nadzieję. W takim razie zrobię, co w mojej mocy, ale zasłużyć sobie na przychylność wyższej rangą przywódczyni — uśmiechnął się niewinnie i wciągnął powietrze w nozdrza.
Nie był jednak w stanie wyczuć nic poza krwią.
„Może musimy iść dalej?” pomyślał.
Oboje przystanęli przy jednym z wejść do sieci tunelów; stanęła z boku i ruchem głowy wskazała ścieżkę znikającą w mroku.
— Zapraszam — miauknęła, akcentując słowa ruchem łapy. — Lokatorzy nie gryzą. Prawdopodobnie.
Rozbity Księżyc zastrzygł uchem, słysząc słowa kotki.
— Też mam od czegoś zęby — odparł tylko i wszedł do tunelu.
Było ciemno, czego można było się oczywiście spodziewać po takim tunelu. Całą przestrzeń kawałek dalej zdawał się ogarniać całkowity mrok.
— Wątpię, że będę zdolny zobaczyć tam, choćby własne wibrysy — skomentował tylko cicho, szukając wszelkich intruzów…
Pomrok podążyła za kocurem, zaczynając czuć mniej lub bardziej zaschnięte plamy krwi pod łapami.
— Korzystaj więc z nosa, nie oczu.
„Ziemia jest nieco dziwna” pomyślał, mrugając kilkukrotnie oczami, które w tej chwili i tak na nic się mu nie zdawały.
Zapach krwi bardzo skutecznie wlewał mu się do nozdrzy, ale on nic sobie z tego nie robił. Wysłuchał rady kotki i kiwnął, czego i tak nie było widać.
— Jedyne, co mnie zastanawia, to czyja krew jest w tym tunelu. Mam nadzieję, że nie żadnego kota — mruknął, wzdrygając się lekko, jednak, jak na taką misję, sam musiał sobie przyznać, że jeszcze kilka księżyców temu nie dałby sobie z tym całkowicie rady.
Pomrok nie odezwała się, odliczając w myślach kroki. Księżycek szedł coraz dalej, gdy wszedł jedna z łap w jakąś dziwną maź. Nie rozpoznając w niej konsystencji wody, podskoczył wystraszony, ale zaraz pomachał łebkiem na boki. Przychylił się lekko i dla pewności powąchał dziwną ciecz.
— To chyba tutaj — szepnął. — Czy powinienem szukać… martwych? To… duża ilość krwi. Wątpię, aby to stworzenie jeszcze żyło. Proszę powiedz mi, że nie wyczuwasz tu zapachu i mych kotów niż nasze — miauczał, a w jego głosie było słychać odrobinę paniki. — Dam radę — powiedział sobie cicho i wypuścił powietrze z ust. — Nie boję się krwi — dodał jeszcze, mrużąc swoje oczy, chociaż nawet po tym zabiegu nie mógł nadal nic ujrzeć.
Pomrok wyminęła wojownika, przechodząc obok wgłębienia i przystając po jego drugiej stronie. Przycupnęła na ziemi i sama pochyliła się nad kałużą, teatralnym gestem, smakując w powietrzu jej zapach.
— To prawda, nie boisz się jej. Nie ma do tego powodów — miauknęła. Poduszka jej łapy dotknęła czerwonej, niewidocznej w mroku tafli. — Każdy porządny wojownik Klanu Wilka powinien być z nią obeznany.
Wzdrygnął się lekko, czując, jak kotka przechodzi obok niego. Położył uszy lekko po sobie i spojrzał zirytowany w stronę, w którą jego zdaniem znajdowała się Pomrok.
— Jesteś, jak babcia Borsuk, prawda? — burknął po nosem, a końcówka jego pędzelka dotknęła. — Mama Jaskółka powiedziała, że ciągle płaczę i boję się własnego cienia, prawda? — mruczał dalej pod nosem i pochylił się nad cieczą. — No więc nie jestem. I zamierzam to wszystkim udowodnić — dodał, wbijając pazury w ziemię.
— A czy to źle, że jestem taka, jak Borsucza Puszcza? Była wysoko szanowaną kotką, szczególnie wśród co poniektórych kotów — odparła niewzruszona. — To, co mówi o tobie Twoja matka, jest w tym momencie mało istotne. Liczy się, to jak zachowujesz się teraz, ze mną. Każdy porządny Wilczak musi pokazać swoją wartość.
Uśmiechnęła się pod nosem.
— A z tobą nie jest tak źle jak się tego spodziewałam — dodała żartobliwie. Podniosła się na łapy i machnęła ogonem przed nosem Księżyca. — Chodź dalej, nie będziemy płakać nad rozlaną krwią! Mieliśmy sprawdzić, czy nikt się tu nie czai.
Zmarszczył lekko brwi i pokręcił głową na boki.
— Nie to miałem na myśli — odmruknął cicho, bawiąc się drugim, niepokrytym krwią pędzelkiem. — Wiara… Wa… Nasza wiara. A może nie wszystkich? Według opowieści babci Borsuk Mroczna Puszcza jest wspaniała i niezwyciężona. Nie wiem, po co to wszystko. Wierzę w Mroczną Puszczę. Czy to nie wystarczy? Nawet jeśli nie rozumiem całego jej zamysłu — potok słów wylewał się z jego pyska, ale ucichł, gdy tylko kotka kazała iść mu dalej. — Po prostu zrobię to, co chcecie, a później dajcie mi spokój na tyle, na ile mi pozwalacie. Byłem jakimś dzieckiem darowanym Mrocznej Puszczy, a powstało… to — zamachnął się swoim ogonem, ale nie przestawał gadać. — Już się uciszam — szepnął zaraz, strzepując uchem, przez co Pomrok z pewnością oberwała z jego pędzelka.
— Nie zachowuj się jak uczeń, którego karcą za jedno złe słowo — miauknęła nieco stanowczo, po czym wzruszyła barkami. — Akurat w tym momencie szczerość jest ważna.
Szła dalej do przodu, czekając, aż tunel rozszerzy się w charakterystycznym momencie.
— Zanim Zalotna Gwiazda przyniosła do klanu mnie i moje rodzeństwo, nigdy nie słyszałam o Mrocznej Puszczy. Więc jak można się spodziewać, trudno mi było znaleźć w wierze jakieś drugie dno. Długie księżyce traktowałam to jako normę, którą wbija się każdemu kociakowi do głowy — kontynuowała. Do jej nosa zaczął dobiegać inny zapach. — Jednak… Wiara to nie tylko zagmatwane opowieści o przodkach. Daje nam wspólnotę i siłę. Klany wierzące w koty z gwiazd zaczynają panikować uderzenie serca po tym, jak ich blask zostanie zasłonięty burzową chmurą. Zaczynają wątpić.
Ściany tunelu rozszerzyły się; zrównała kroki z Księżycem, wbijając wzrok w punkt, w którym leżała… Zwierzyna. Biedny włóczęga. Ciało, jak i wszystko dookoła okryte było mrokiem; nie było szans, że Księżyc je zobaczy.
— Nam takie zawahanie nie grozi. Siła jest w nas, w naszym ciele; płynie w naszej krwi. Znajdujemy pewność siebie w woli mrocznych przodków, którzy przykładali nieugiętą łapę do trenowania kotów Klanu Wilka i ich umiejętności, nie bojąc się przemocy — dokończyła, zwalniając tempo chodu. Zawęszyła. — Hm. Wychodzi na to, że ktoś zawlókł tu swoją zdobycz.
Nie słysząc zbytniej pogardy w głosie kotki, podniósł uszy zainteresowany.
„Szczerość? Ciekawe” pomyślał, uśmiechając się lekko.
Szedł dalej za kotką, wysłuchując wszystkiego, co mogło świadczyć o intruzie. Poczuł, nawet jak tunel rozszerzał się w pewnym momencie, gdyż ich krokom towarzyszyło większe echo niż dotychczas. Wtedy wysłuchał wszystkich słów kotki zdawali się być prawie na miejscu. Chciał coś odpowiedzieć, ale szybko zamknął pyszczek, gdy Pomrok mówiła dalej.
— Brzmisz bardziej przekonująco niż babcia. Chociaż może to wina tego, że wtedy nie słuchałem — zaczął powoli, a gdy w jego nozdrza dostawał się powoli dziwny zapach zmarszczył nos.
Postanowił jednak, że na tę chwilę to zignoruje.
— Gdy o tym opowiadasz cały Klan Gwiazd staje się trochę żałosny. Mroczna Puszcza brzmi… pewniej. Brzmi jak coś, co nie może się rozpaść przy pierwszym podmuchu wiatru. Przodkowie dają nam siłę, a nie niestałość jutra. Podoba mi się — odparł z łagodnym uśmiechem.
Gdy kotka zwolniła on zrobił to samo.
— Zdobycz…? J-Jaka? — zająknął się, ale zaraz pokręciła główką. — Biedne stworzenie, na pewno ktoś musiał trochę je poszarpać — mruknął, chcąc dodać, że mógł je chociaż zjeść, ale w końcu nie wiedział, co dokładnie znajdowało się w tunelu.
— Duża — miauknęła krótko. — Ale… Hm. Nie musimy się na razie nią przejmować.
Podeszła bliżej wojownika, ruchem ogona przy boku, kierując go w odpowiednie miejsce. Zaledwie jedną długość ogona od trupa, ale ustawionego w ten sposób, aby Księżyc przypadkiem nie natknął się na niego łapą.
— Usiądź, porozmawiamy — poleciła, sama, zajmując miejsce na ziemi. — Poplotkujmy. Możesz traktować to jako… Swego rodzaju test.
Zamilkła na moment.
— Boisz się ciemności? — zapytała wprost. — Jak pamiętasz swoje treningi z nawigacji w tunelach?
Pysk Księżycka wykrzywił się w niezadowolonym grymasie. Przełknął ślinę, czekając na dalsze polecenia kotki.
— To pewnie borsuk… — mruknął tylko biały.
Czuł zapach krwi i futra, jednak starał się go ignorować.
Wykonał rozkaz szylkretki i usiadł na wyznaczonym miejscu. Zdawało się mu, że był dosyć blisko zabitego stworzenia, jednak nie mógł tego dokładnie stwierdzić.
— Test? — podpytał, a gdy nastała cisza ułożył się nieco wygodniej.
— Myślę, że to pytanie jest… nieodpowiednie, a przynajmniej w tej chwili. Gdybym bał się ciemności nawet bym tu nie wszedł — odparł. — Nawigacja w tunelach szła mi całkiem nieźle, chociaż treningi tego typu miałem dosyć późno — dodał zaraz, próbując usunąć krew z pędzelka.
Zastanawiał się, czy powinien coś jeszcze dodać.
— Boję się burz. I może odrobinę pająków — mruknął cicho. — A czy Nadciągający Pomrok się czegokolwiek boi? Wygląda pani na bardzo odważną! — zapytał zaraz, z zainteresowanym wyrazem pyszczka.
Pomrok uniosła brew nieco rozbawiona.
— No nie wiem, czy jako mistrzyni powinnam zdradzać swoje słabe strony… — mruknęła z uśmiechem. — Hm. Gdy byłam uczennicą, bardzo bałam się porażki. Tego, że inni widzieliby mnie jako gorszą od nich.
Słysząc odpowiedź kotki, zmrużył lekko oczy.
— W zasadzie to rozumiem. Porażka może być faktycznie straszna. Ale pani Pomrok jest silna, prawda? Czemu bała się porażki? Ktoś w ogóle dałby radę cię pokonać Nadciągający Pomroku? — zapytał.
— Strach nie zawsze jest racjonalny — miauknęła, wzruszając barkami. — Dlatego trzeba umieć go pokonać. Gdy Zalotna Gwiazda przyniosła mnie do Klanu Wilka, byłam najsłabsza z miotu. Chorowita. Czułam potrzebę udowodnienia tego, że nie jestem najgorsza — zamyśliła się na moment. — Mam swoje mocne, jak i słabe strony. Góruję nad jednymi siłą, ale w walce z innymi brak mi wystarczająco zwinności i precyzji. Gdy byłam młodsza, przegrałam wiele walk z Bladym Licem czy moim bratem, Cienistą Zjawą. Właściwie, to on sprezentował mi moją pierwszą bliznę — zachichotała.
Słuchał kotki, siedząc w ciszy. Uniósł lekko brwi zainteresowany.
„Wydaje się być podobna do mnie” pomyślał, ale szybko zbył tę myśl.
— Udowodnienia… Widzisz. Chyba wiem, co czujesz. Gdy się urodziłem wszyscy zdawali się mnie skreślać, uznali, że będę zbyt słaby. Teraz jednak walczę. Staram się być lepszy na tyle, ile mogę. Tak samo jak ty. Chociaż… ja chyba nadal jestem niewystarczający — mruknął cicho. — Ja raczej mam na odwrót. Nie brakuje mi zwinności i umiejętności polowań, ale nie należę do najsilniejszych. Pani Pomrok, czy to znaczy, że jestem słaby? — mruknął, kończąc swoją wypowiedź zapytaniem.
— Nie zawsze — odparła w końcu. — Słabe koty mielą w kółko jęzorem o swojej głupocie i braku umiejętności. Lamentują nad swoim losem, ale nie robią nic, aby go zmienić. Ty znasz swoje mocne strony, wiesz, jak je wykorzystać w walce. A przynajmniej tego spodziewam się po słowach Kocimiętki komentującej Twój trening — z tymi słowy uśmiechnęła się lekko. — Dobry wojownik Klanu Wilka zna swoje słabe punkty i wie, jak je zamaskować tym, w czym jest się dobrym. Nie świadczy to o słabości, a o bystrym umyśle.
Słuchał uważnie słów kotki. Wypiął nieco dumnie pierś, bo jednak w pewien sposób został pochwałę.
— Staram się jak mogę. Naprawdę nie chce być… słaby — odparł krótko, liżąc się po piersi.
— I to się liczy — skwitowała, skinąwszy głową sama sobie. Obrzuciła wzrokiem ledwo widoczne zarysy ścian jaskini, po czym przeciągnęła się i podniosła z ziemi. — Dobra. Nic tu po nas.
Zbliżyła się do Księżyca i trąciła jego bark łapą.
— Zmykaj do obozu — poleciła. Z tyłu jej głowy pojawiał już się zarys kolejnego, ostatniego testu. — Gdyby ktoś się o mnie pytał, wrócę przed zachodem słońca. Wywlokę stąd tę padlinę i się jej pozbędę.
Kiwnął głową, po czym ruszył w stronę wyjścia z tunelu.
Kilka dni później
Kocimietkowy Wir przekazała wiadomość od Nadciągającego Pomroku o tym, że Księżyc miał się stawić w pewnym miejscu. Biały zastanawiał się czego powinien się spodziewać po takim spotkaniu. Wyszedł z obozu, tak aby przyjąć idealnie o umówionej porze. Przyszedł we wskazane miejsce, rozglądając się za znajomym pyskiem.
Pomrok cmoknęła, zwracając na siebie uwagę Księżyca.
— Dobrze wiedzieć, że nie kwestionujesz naszych poleceń — miauknęła, ukazując zęby w uśmiechu — nawet jeśli są niejasne.
Usłyszał cmoknięcie i niemal od razu zauważył Pomrok.
— Byłem trochę niepewny, ale stwierdziłem, że przyjdę — mruknął cicho, zwracając uwagę na truchło leżące obok kotki.
Wzdrygnął się lekko i przełknął ślinę.
— T-To samotnik, prawda? — zapytał, a jego oczy niemal automatycznie odwróciły się od niebieskiego futra. Posiadał kilka ran na barkach, a z jego gardła wydobywała się szkarłatna czerwień.
— C-Co mam robić? — zapytał, próbując się uspokoić.
Przecież nie mógł zacząć krzyczeć. Gdyby wpadł w panikę zrobiłby z siebie tchórza i ofiarę. Przypomniał sobie słowa swojego przyjaciela. Zamknął oczy i wypuścił powoli powietrze z płuc.
— Czy mamy na terenach jakieś lisy? Borsuki? — zapytał tylko powoli, starając się przyzwyczaić do widoku zakrwawionego pręgusa.
Pomrok przymrużyła ślipia, po czym poklepała końcówką ogona miejsce nieopodal siebie.
— Drapieżniki nie są teraz naszym zmartwieniem — miauknęła krótko. — Tylko to, co kocie łapy są w stanie zrobić. Moje, czy Twoje.
Usiadł we wskazanym miejscu, a słysząc słowa kotki zmrużył lekko oczy.
— C-Co sugerujesz N-Nadciągający Pomroku? — zająknął się, wpatrując się w martwe ciało.
Dymna uśmiechnęła się, usatysfakcjonowana.
— Co widzisz przed sobą?
— Truchło kota. Ma na barku rany… I rozszarpane gardło. N-Najprawdopodobniej ostatnia rana była przyczyną śmierci. Czy lisy atakują w taki sposób? — zamyślił się przez chwilę. — To wygląda na robotę kota. Wszedł zapewne na nasze tereny… N-Niezbyt mądre! — wymruczał w końcu. — To kolejna część czegoś? — wyszeptał niezbyt wyraźnie.
Szylkretka skinęła głową.
— Trup — kontynuowała, nie odpowiadając na pytanie. — Jedynie ciało, w którym kiedyś mieszkał duch.
Pochyliła się nad samotnikiem i, przykładając pazur do jego ciała, zdecydowanym ruchem przecięła linię od jego gardła, aż do brzucha. Wśród krwi mignęła biel kości jego mostka i żeber.
— Martwy kot niczego nie czuje. To już nie kot, a zaledwie mięso bez właściciela.
Patrzył na szylkretkę, na każde jej poczynanie. Miał dość. Nie chciał tam być. Próbował się przekonać do słów kotki. Nie ma tam duszy. Wiedział to. Mimo to przed jego oczami na widok jeszcze większej ilości kociej krwi pojawiły się mroczki. Jego głowa zachwiała się lekko.
„Dam radę” pomyślał, wbijając mocno pazury z podłoże.
Nie słysząc odpowiedzi, zdecydował nie zadawać więcej pytań.
— R-Rozumiem — wyszeptał, ze wszystkich sił, starając się nie rozpłakać.
Był silny. Wiedział to. Nie mógł reagować w tak dziecinny sposób na zwykłego trupa? Skąd więc pochodziło to przeszywające uczucie?
— Czy j-jego dusza trafi do Mrocznej Puszczy? — zapytał cicho mimo wszystko. — Chociaż nie. Wątpię. To samotnik. Nie zasługuje na to… — wyszeptał.
— To prawda. Nie zasługuje — przytaknęła.
Opuściła łapę na ziemię.
— Chodź, podejdź bliżej.
Zmarszczył brwi, ale mimo wszystko podszedł bliżej. Zamknął oczy, próbując najpierw oswoić się z obecnością martwego ciała. Wmawiał sobie, że nie ma tu już żadnej duszy, aż w końcu po kilku minutach udało mu się spojrzeć wprost na martwego samotnika. Czuł, jak jego ciało przejmuje obrzydzenie i wstręt, ale wiedział, że nie może się poddać. Nie tego uczyła go Borsucza Puszcza, Kocimiętkowy Wir, czy teraz Nadciągający Pomrok. Musiał dać radę.
— Martwe ciało. Nic nie przywiązuje już go do duszy, która kiedyś nim kierowała — miauknęła. Nie patrzyła na Księżyca, a na pysk samotnika. — Jedyne, co może przypominać o jego żywocie, to to, co ma wewnątrz.
Zamilkła na moment i przeniosła wzrok na wojownika.
— Pozbądź się tego.
Drgnął lekko słysząc słowa kotki.
— A-A w jaki sposób? — zapytał, patrząc na niebieskie futro.
Bez słowa chwyciła łapę Księżyca, po czym położyła ją na odsłoniętym brzuchu samotnika. Zanim cofnęła się, na parę uderzeń serca przycisnęła pazury do skóry martwego.
Spojrzał na kotkę zdziwiony, jednak postanowił się nie odzywać. Pazury wbiły się w kota, a Księżyc przełknął ślinę. Gdy kawałek się oddaliła spojrzał pytają o na kotkę. Nie wiedział, czy może już zabrać łapę, czy nie. Nie czuł… nic. Kot był całkowicie martwy. Brak ruchu klatki piersiowej, brak bicia serca… Zamrugał kilkukrotnie.
— Mogę już…? — zapytał dla pewności.
Dymna pokręciła delikatnie łbem.
— Naciśnij mocniej — poleciła równym głosem. Wyglądało na to, że musiała być bezpośrednia. — Poczuj, jak to ciało ugina się pod Twoją łapą. Wypatrosz je.
Spojrzał na kotkę ze zmarszczonymi brwiami. Głos kotki brzmiał bardzo poważnie. Księżyc nie miał innego wyboru, niż wykonać rozkaz Pomrok. Gdy kotka powiedziała, że ma go wypatroszyć całego przeszły go dreszcze. Biały szybko stwierdził, że nie ma opcji, że teraz ucieknie. Przycisnął łapę do ciała martwego kocura, zaraz, wyciągając również pazur. Czując, jak dostaje się od między futro, aby w końcu rozciąć skórę samotnika walczył ze sobą najlepiej, jak mógł, aby się nie rozpłakać. Przejechał pazurem, tworząc nieco większą ranę, ale zatrzymał się patrząc na kotkę. Pokręciło głową. Musiał być twardy. Przeciągnął pazur dalej z nienaturalnym skupieniem i przełknął ślinę, widząc kolejne części wewnętrznego ciała… zwierzęcia.
Wpatrywała się w Księżyca uważnym spojrzeniem, w ciszy, obserwując jego działania.
— Pozbądź się tego, co kiedyś utrzymywało go przy życiu — miauknęła, ni to na zachętę, ni, to poganiając go. — Myśl o nim jak o zwierzynie. Nie bój się użyć zębów.
Spojrzał na kotkę pytająco, z całych swoich sił, próbując się nie popłakać. Przełknął ogromną gulę w gardle i odetchnął ciężko.
— T-To znaczy? — miauknął Księżyc z minimalnym wstrętem w głosie.
Rozbity myślał przez moment co mogła mieć na myśli kotka.
„Serce? Czy to ono otrzymuje nas przy życiu?” pomyślał, ale nie był do końca pewien.
Z tego, co kojarzył było kilka miejsc, których uszkodzenie równały się śmierci. Zebrał się w końcu, w sobie i nachylił nad samotnikiem, wysuwając lekko zęby. Zawarczał żałośnie, ale pokręciło głową i wgryzł się w kocura, rozrywając dokładniej jego skórę. Odsunął się, wypluwając futro z pyska.
„Nie mogę się poddać. Nie teraz” pomyślał, kładąc uszy po sobie.
Wiedział w końcu, że to wszystko było po coś. W końcu włożył łapę we flaki kocura i z obrzydzeniem i nieomal odruchem wymiotnym zaczął grzebać w jego wnętrznościach. W końcu wyciągnął coś, co przypominało jakiś istotny organ, ale nie był pewien, czy chodziło właśnie o to. Ani, czy w ogóle właśnie to miał zrobić. Widząc ruchy wojownika, poprawne, choć nerwowe, skinęła głową. Na jego zawahanie nie zareagowała niczym więcej niż dotykiem ogona na grzbiecie, zmuszając go do kolejnego ruchu. Obok ciała włóczęgi pojawiły się kolejne ograny, obślizgłe i obrzydliwe… Aż w końcu Księżyc z jękiem wyrwał serce i upuścił je na ziemię, spoglądając na nią zaszklonymi oczyma.
— Dobra robota — miauknęła po paru długich chwilach ciszy. Przeniosła wzrok z ciała na młodszego wojownika. — Wiedziałam, że będą jeszcze z ciebie jakieś koty.
Uśmiechnęła się krzywo.
— Hm… Pamiętasz, co znaleźliśmy wtedy w tunelu? Wiesz, w czego towarzystwie się znajdowaliśmy? — zagadała po paru uderzeniach serca, gdy Księżyc przestał wyglądać, jak gdyby zaraz miał się przewrócić. Gdy nie odpowiedział, wskazała na trupa obok z prostą aluzją. — Czy zareagowałbyś wtedy tak samo, gdybyś wiedział, kogo to szczątki?
Księżyc spojrzał tylko na kotkę, mrugając, jakby właśnie próbował coś zrozumieć.
Przechyliła głowę w bok.
— Czasem lepiej nie wiedzieć — kontynuowała, wpatrując się w niego. — Jednak niewiedza nie zmienia prawdy.
Ruchem łapy wyciągnęła schowany wcześniej w futrze pęczek ziół, wybrany przez Cisowe Tchnienie. Wysunęła go pomiędzy siebie a Księżyca, po czym zabrała kończynę i przykryła poduszki łap ogonem.
— Myślę, że opcje, które przedstawiam ci teraz, są jasne — miauknęła. — Gdy się obudzisz, wstąpisz w szeregi tych, których prowadzą mroczni przodkowie.
<Nadciągający Pomroku?>
10 września 2026
Od Wrotyczu
— Jesteś gotowa — oznajmił jej głos.
Uniosła łeb, by zaprzeczyć, ale głos utknął jej w gardle. Sprzeciwianie się wyższym rangom zawsze kończyło się źle. Nawet gdy nie mieli racji, to i tak ją mieli.
Otuliła się ogonem dla otuchy.
— Co mnie czeka? — Starała się ukryć lęk, który drżał w jej głosie.
Starsza kotka uśmiechnęła się lekko, podchodząc do niej. Kątem ślepia ujrzała jej łapę nad sobą. Nieprzyjemne wspomnienia znów zatopiły w niej swe szpony. Skuliła się, kierując pysk ku ziemi. Kajała się pokornie - najlepiej jak potrafiła, oczekując w martwej ciszy bólu.
Czując łapę kotki na swoim łbie, lekko zaskoczona, uchyliła ślepia. Była przyjemnie ciepła. Delikatna. Lekki zapach leśnej ściółki i ziół mieszał się w powietrzu. Wrotycz wpatrywała się w nią nieco oszołomiona. Nic z tego nie rozumiała.
— Przed tobą niełatwa ścieżka, lecz nie obawiaj się. Ciepło Wszechmatki nie opuści cię, póki sama go nie odrzucisz. — Głos kotki brzmiał, jakby chciał ukoić jej zszarganą duszę.
Wrotycz zerknęła w okolice jej pyska. Na jedno z licznych piór zdobiące go. Fioletowe odblaski pojawiające się wraz ze światłem zdawały się wędrować po nim. Próbowała skupić na nich całą swoją uwagę. Nie wiedziała co dalej, co miała teraz zrobić.
Tłum kotów ją przerażał. Nigdy wcześniej nie widziała ich tylu na raz, jednocześnie. Przyłapała się na tym, że myśl o ucieczce krążyła w jej głowie. Nieustannie. Aczkolwiek w lesie czekała ją jedynie śmierć, a w Betonowym Świecie - Oni.
Wbijała pazury w drobną gałązkę, próbując wyładować na niej buzujące emocje. Słyszała, jak się zbierali. Jak szeptali - na pewno o niej. Nienawidzili jej. Chcieli wykorzystać. Spiskowali. Zerkała ukradkowo na obce jej koty, a to na swoje łapy, czując, jak niepokój powoli zabierał jej oddech.
Wkraczała w sam środek…
— Wrotycz. — Znajomy głos wyrwał ją z objęć własnych myśli.
Spojrzała na dobrze znaną jej już sylwetkę. Tak charakterystyczną w tłumie kocich pysków. Zdawała się mieć na sobie jeszcze więcej elementów krajobrazu leśnego. Szylkretka wpatrywała się w nią w osłupieniu, nie wiedząc czego oczekiwać po kotce.
— Mam coś dla ciebie.
Spojrzała na niewielki bukiecik kwiatów wrotyczu, który wylądował przed jej łapami. Nieco nieprzytomnie wpatrywała się w małe żółte kuleczki, których imię postanowiła przyjąć. Wyglądały tak słabo i żałośnie. Inne kwiaty miały imponujące, dostojne liście lub przybierały niezwykłe odcienie, chociażby biel porównywalną do chmur, które wędrowały po niebie.
A żółty? Żółty zdawał się tak żałosnym kolorem.
— Założyć je?
Kiwnęła łbem w odpowiedzi, nachylając się. Brzemię, które sama sobie nadała, teraz stało się wręcz namacalnym elementem jej osoby. Nie wiedziała nawet jak określić emocje, jakie wędrowały w jej umyśle.
— Idziemy? — zapytała, muskając ją lekko w grzbiet.
Rozbiegane ślepia Wrotycz skierowały się w stronę zgromadzonych kotów. Przełknęła ciężko ślinę, czując, jak trudne stało się oderwanie łap od podłoża, wykonanie pierwszego kroku.
— Jestem tu z tobą. Pójdziemy tam razem.
Kiwnęła łbem, dziękując jej w myślach. Głos znów jak na złość utknął jej w gardle. Nie wiedziała, do jakich namaszczeń zostanie zmuszona. Jakim nowym brzmieniem naznaczą jej los.
Wpatrywała się tępo w oblicze lidera. Jego czekoladowa sierść zlewała się z konarami drzew. Przez uderzenie serca poczuła się, jakby wyróżniała się za bardzo na tle leśnej ściółki. Lecz potem dostrzegła kątem oka białe sylwetki. Ich los musiał być gorszy.
— [...] Twoim mentorem będzie Poinsecja. Mam nadzieję, że Poinsecja przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzała na jasną kotkę zbliżającą się do niej. Miała dumną postawę. Musiała być wysoko w hierarchii tej społeczności. Wrotycz pokornie upuściła łeb, by następnie dokończyć ceremonialny rytuał.
Szła za kotką, ze spuszczonym łbem. Nie spodziewała się, że to tak się potoczy. Teraz niemal bała się oddychać - po wcześniejszej krytyce. Zapewne potrzebnej, lecz wciąż bolesnej.
Nie sądziła, że potwierdzenie poprawy stanu zdrowia skończy się wdrożeniem jej w szeregi ów organizacji w tak sprawnym tempie. Wszystko stało się zbyt szybko, a przynajmniej dla niej. Ze spokojnej kryjówki z dwiema kotkami została przeniesiona do wysokiego drzewa. Wpatrywała się bezradnie w konar, który stał się dla niej kolejnym testem. Zejście następnego ranka było jeszcze bardziej problematyczne. Łapa bolała ją dotąd. Nieprzyjemnie pulsowała, lecz bała się to zgłaszać. Nie chciała być problemem. Miała stać się "wojownikiem". Tak dumny tytuł. Nie czuła się jego godna. Na dodatek okazywała się dość beznadziejna w tym, czego od niej wymagano.
Zupełnie jak kocię, usłyszała;
— Purchawka wspominała coś o tym, że mało znasz "zewnętrzny świat".
Kiwnęła lekko łbem. Nie wiedziała, czy wydobędzie teraz z siebie jakiś dźwięk. Mógłby też okazać się zbyt żałosny.
— Rozejrzyj się. Każde z tych drzew, krzewów czy traw ma swoje własne imię. Określenie, którym jest nazywane. Prócz tego często mają właściwości - lecznicze lub trujące. Wiedza o tym jest podstawą w każdym uderzeniu serca tutaj.
Uczennica wykonała polecenie. Wpatrywała się falujące na wietrze gałęzie wysokich drzew. Ich szum niczym rytualna pieśń, zagłuszał nieprzyjemne myśli. W pewnym momencie coś z niego spadło. Wyrwało ją to z transu.
— Co to? — zapytała, zerkając na swą mentorkę.
— Szyszka olchy. Nasiono drzewa.
— Wyrośnie z niego kolejne drzewo? — przyglądała się uważnie niewielkiej rzeczy.
Z tak małego czegoś miało powstać tak potężne drzewo? Wcześniej nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd tak naprawdę brały się drzewa. Mawiano jej jedynie, że Blady Kot usiał świat schronem dla swego ludu.
— Inne drzewa też są z szyszek?
Kotka usiadła. Wrotycz niepewnie dosiadła się, zerkając na nią co uderzenie serca. Miała nadzieję, że nie była zła. Że nie zdenerwowała jej znowu. Ulegle położyła po sobie uszy.
— Nie do końca. Drzewa mają różne nasiona. Niektóre są ubrane w słodki miąższ, dzięki czemu zwierzęta przenoszą je dalej.
Próbowała przypomnieć sobie nazwę owocu, który kiedyś widziała. Czerwony.
— ...Jabłka? — wypaliła z siebie nagle.
— Nie tylko. Pora Zielonych Liści powoli dobiega końca, ale powinniśmy jeszcze zobaczyć niektóre z owoców.
Uczennica pokiwała energicznie łebkiem. Ciekawość zawitała w jej łebku na myśl o odkryciu nowego nieznanego jej fenomenu. Czy pozostałe owoce wyglądały tak samo, jak jabłka, a może różniły się barwami?
— Najpierw jednak powinniśmy określić poziom twojej wiedzy. Co to?
Spojrzała na wskazany krzew. Widziała go już, możliwe, że nie raz. Lecz nie potrafiła odnaleźć jego nazwy w głowie. Serce nieprzyjemnie przyspieszyło. Nie wiedziała.
— A to? — zapytała mentorka, jakby czytała jej w myślach.
Teraz wzrok szylkretki powędrował na wysokie drzewo o jasnym konarze z ciemniejszymi odbarwieniami. O nim słyszała.
— Brzoza? — miauknęła nieco pewniej.
— Nie, topola. Brzozy wyglądają inaczej. Kolory pni są podobne, ale spójrz na liście. Chociażby na kolor.
Wrotycz wpatrywała się posłusznie w liście, lekko zahipnotyzowana ich tańcem. Były takie śliczne. Ich jasno-zielony spokojny kolor sprawiał, że czuła się nieco lepiej na duchu.
Jej mentorka wstała, więc Wrotycz posłusznie także się podniosła.
— Chodź, przed nami jeszcze długa podróż.
Uniosła łeb, by zaprzeczyć, ale głos utknął jej w gardle. Sprzeciwianie się wyższym rangom zawsze kończyło się źle. Nawet gdy nie mieli racji, to i tak ją mieli.
Otuliła się ogonem dla otuchy.
— Co mnie czeka? — Starała się ukryć lęk, który drżał w jej głosie.
Starsza kotka uśmiechnęła się lekko, podchodząc do niej. Kątem ślepia ujrzała jej łapę nad sobą. Nieprzyjemne wspomnienia znów zatopiły w niej swe szpony. Skuliła się, kierując pysk ku ziemi. Kajała się pokornie - najlepiej jak potrafiła, oczekując w martwej ciszy bólu.
Czując łapę kotki na swoim łbie, lekko zaskoczona, uchyliła ślepia. Była przyjemnie ciepła. Delikatna. Lekki zapach leśnej ściółki i ziół mieszał się w powietrzu. Wrotycz wpatrywała się w nią nieco oszołomiona. Nic z tego nie rozumiała.
— Przed tobą niełatwa ścieżka, lecz nie obawiaj się. Ciepło Wszechmatki nie opuści cię, póki sama go nie odrzucisz. — Głos kotki brzmiał, jakby chciał ukoić jej zszarganą duszę.
Wrotycz zerknęła w okolice jej pyska. Na jedno z licznych piór zdobiące go. Fioletowe odblaski pojawiające się wraz ze światłem zdawały się wędrować po nim. Próbowała skupić na nich całą swoją uwagę. Nie wiedziała co dalej, co miała teraz zrobić.
***
Tłum kotów ją przerażał. Nigdy wcześniej nie widziała ich tylu na raz, jednocześnie. Przyłapała się na tym, że myśl o ucieczce krążyła w jej głowie. Nieustannie. Aczkolwiek w lesie czekała ją jedynie śmierć, a w Betonowym Świecie - Oni.
Wbijała pazury w drobną gałązkę, próbując wyładować na niej buzujące emocje. Słyszała, jak się zbierali. Jak szeptali - na pewno o niej. Nienawidzili jej. Chcieli wykorzystać. Spiskowali. Zerkała ukradkowo na obce jej koty, a to na swoje łapy, czując, jak niepokój powoli zabierał jej oddech.
Wkraczała w sam środek…
— Wrotycz. — Znajomy głos wyrwał ją z objęć własnych myśli.
Spojrzała na dobrze znaną jej już sylwetkę. Tak charakterystyczną w tłumie kocich pysków. Zdawała się mieć na sobie jeszcze więcej elementów krajobrazu leśnego. Szylkretka wpatrywała się w nią w osłupieniu, nie wiedząc czego oczekiwać po kotce.
— Mam coś dla ciebie.
Spojrzała na niewielki bukiecik kwiatów wrotyczu, który wylądował przed jej łapami. Nieco nieprzytomnie wpatrywała się w małe żółte kuleczki, których imię postanowiła przyjąć. Wyglądały tak słabo i żałośnie. Inne kwiaty miały imponujące, dostojne liście lub przybierały niezwykłe odcienie, chociażby biel porównywalną do chmur, które wędrowały po niebie.
A żółty? Żółty zdawał się tak żałosnym kolorem.
— Założyć je?
Kiwnęła łbem w odpowiedzi, nachylając się. Brzemię, które sama sobie nadała, teraz stało się wręcz namacalnym elementem jej osoby. Nie wiedziała nawet jak określić emocje, jakie wędrowały w jej umyśle.
— Idziemy? — zapytała, muskając ją lekko w grzbiet.
Rozbiegane ślepia Wrotycz skierowały się w stronę zgromadzonych kotów. Przełknęła ciężko ślinę, czując, jak trudne stało się oderwanie łap od podłoża, wykonanie pierwszego kroku.
— Jestem tu z tobą. Pójdziemy tam razem.
Kiwnęła łbem, dziękując jej w myślach. Głos znów jak na złość utknął jej w gardle. Nie wiedziała, do jakich namaszczeń zostanie zmuszona. Jakim nowym brzmieniem naznaczą jej los.
Wpatrywała się tępo w oblicze lidera. Jego czekoladowa sierść zlewała się z konarami drzew. Przez uderzenie serca poczuła się, jakby wyróżniała się za bardzo na tle leśnej ściółki. Lecz potem dostrzegła kątem oka białe sylwetki. Ich los musiał być gorszy.
— [...] Twoim mentorem będzie Poinsecja. Mam nadzieję, że Poinsecja przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzała na jasną kotkę zbliżającą się do niej. Miała dumną postawę. Musiała być wysoko w hierarchii tej społeczności. Wrotycz pokornie upuściła łeb, by następnie dokończyć ceremonialny rytuał.
***
Szła za kotką, ze spuszczonym łbem. Nie spodziewała się, że to tak się potoczy. Teraz niemal bała się oddychać - po wcześniejszej krytyce. Zapewne potrzebnej, lecz wciąż bolesnej.
Nie sądziła, że potwierdzenie poprawy stanu zdrowia skończy się wdrożeniem jej w szeregi ów organizacji w tak sprawnym tempie. Wszystko stało się zbyt szybko, a przynajmniej dla niej. Ze spokojnej kryjówki z dwiema kotkami została przeniesiona do wysokiego drzewa. Wpatrywała się bezradnie w konar, który stał się dla niej kolejnym testem. Zejście następnego ranka było jeszcze bardziej problematyczne. Łapa bolała ją dotąd. Nieprzyjemnie pulsowała, lecz bała się to zgłaszać. Nie chciała być problemem. Miała stać się "wojownikiem". Tak dumny tytuł. Nie czuła się jego godna. Na dodatek okazywała się dość beznadziejna w tym, czego od niej wymagano.
Zupełnie jak kocię, usłyszała;
— Purchawka wspominała coś o tym, że mało znasz "zewnętrzny świat".
Kiwnęła lekko łbem. Nie wiedziała, czy wydobędzie teraz z siebie jakiś dźwięk. Mógłby też okazać się zbyt żałosny.
— Rozejrzyj się. Każde z tych drzew, krzewów czy traw ma swoje własne imię. Określenie, którym jest nazywane. Prócz tego często mają właściwości - lecznicze lub trujące. Wiedza o tym jest podstawą w każdym uderzeniu serca tutaj.
Uczennica wykonała polecenie. Wpatrywała się falujące na wietrze gałęzie wysokich drzew. Ich szum niczym rytualna pieśń, zagłuszał nieprzyjemne myśli. W pewnym momencie coś z niego spadło. Wyrwało ją to z transu.
— Co to? — zapytała, zerkając na swą mentorkę.
— Szyszka olchy. Nasiono drzewa.
— Wyrośnie z niego kolejne drzewo? — przyglądała się uważnie niewielkiej rzeczy.
Z tak małego czegoś miało powstać tak potężne drzewo? Wcześniej nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd tak naprawdę brały się drzewa. Mawiano jej jedynie, że Blady Kot usiał świat schronem dla swego ludu.
— Inne drzewa też są z szyszek?
Kotka usiadła. Wrotycz niepewnie dosiadła się, zerkając na nią co uderzenie serca. Miała nadzieję, że nie była zła. Że nie zdenerwowała jej znowu. Ulegle położyła po sobie uszy.
— Nie do końca. Drzewa mają różne nasiona. Niektóre są ubrane w słodki miąższ, dzięki czemu zwierzęta przenoszą je dalej.
Próbowała przypomnieć sobie nazwę owocu, który kiedyś widziała. Czerwony.
— ...Jabłka? — wypaliła z siebie nagle.
— Nie tylko. Pora Zielonych Liści powoli dobiega końca, ale powinniśmy jeszcze zobaczyć niektóre z owoców.
Uczennica pokiwała energicznie łebkiem. Ciekawość zawitała w jej łebku na myśl o odkryciu nowego nieznanego jej fenomenu. Czy pozostałe owoce wyglądały tak samo, jak jabłka, a może różniły się barwami?
— Najpierw jednak powinniśmy określić poziom twojej wiedzy. Co to?
Spojrzała na wskazany krzew. Widziała go już, możliwe, że nie raz. Lecz nie potrafiła odnaleźć jego nazwy w głowie. Serce nieprzyjemnie przyspieszyło. Nie wiedziała.
— A to? — zapytała mentorka, jakby czytała jej w myślach.
Teraz wzrok szylkretki powędrował na wysokie drzewo o jasnym konarze z ciemniejszymi odbarwieniami. O nim słyszała.
— Brzoza? — miauknęła nieco pewniej.
— Nie, topola. Brzozy wyglądają inaczej. Kolory pni są podobne, ale spójrz na liście. Chociażby na kolor.
Wrotycz wpatrywała się posłusznie w liście, lekko zahipnotyzowana ich tańcem. Były takie śliczne. Ich jasno-zielony spokojny kolor sprawiał, że czuła się nieco lepiej na duchu.
Jej mentorka wstała, więc Wrotycz posłusznie także się podniosła.
— Chodź, przed nami jeszcze długa podróż.
[1068 słów]
Od Rozkwitającego Astra do Dymówki (Dymówkowej Łapy)
Przeszłość…
໒꒰ྀི๑• ༝ •๑꒱ྀི১
Rozkwitający Aster leżała na brzuchu, z pyskiem położonym na swoich przednich kończynach, rozmyślając o wszystkim, co ostatnio działo się w Klanie Klifu. Dziwnie czuła się z tym, że Judaszowcowa Gwiazda nie był już liderem. Choć w zasadzie Mirtowe Lśnienie, a teraz to bardziej Lśniąca Gwiazda, nie wydawał jej się taki zły. Ciężko było jej połapać się we wszystkich nowych rolach i tym, kto był nimi odznaczony. Niby to nie było aż tak dużo zmian, jednak dla niej nadal nie było to najłatwiejsze. Szylkretka spojrzała na maleńkie kocięta, które co chwilę próbowały uciec ze żłobka. Jeśli pamięć jej nie myliła, były to dzieci pewnej młodej wojowniczki, noszącej imię Psotny Nietoperz.
“W zasadzie mogłabym odwiedzić ją i jej pociechy…“ — pomyślała, poprawiając jeden z kwiatków usadowionych w jej futerku.
Jak pomyślała, tak zrobiła, zaraz podnosząc się i otrzepując z drobinek kurzu, które zdążyły opaść na jej szatę. Bura idąc do miejsca zajmowanego przez tymczasowe, jak i wieczne królowe, złapała w zęby dorodną jaskółkę. W końcu nie wypada iść do kogoś bez jakiegoś podarku, co nie? Cóż, nawet jeśli nie każdy kot tak uważał, ta zasada była wpisana w etykę owej protektorki. Kiedy kotka przekroczyła próg żłobka, od razu “napadły” ją małe puchate kuleczki. Odłożyła więc ptaka na bok, a następnie odezwała się:
— Dzień dobry, Psotny Nietoperzu, jak się trzymasz? Wszystko w porządku?
Czarna podniosła głowę, a w jej oczach tliło się zmęczenie, ale także iskierki szczęścia, jak i dumy.
— Dzień dobry… Wszystko dobrze, ale dziękuję, że pytasz. Kociaki, przywitajcie się z panią protektor!
Młode, które przez ostatnią chwilę zajęte były przyniesionym przez tortie obiadem, oderwały się od niego, teraz wpatrując się w nią z zaciekawieniem.
— Dzień dobry! — powiedziały razem, zgrywając się tak idealnie, że ciężko było powiedzieć, ile kotów aktualnie się wypowiedziało.
— No a tak w zasadzie to, co to jest ten cały protektor?... — spytała jedna z nich, delikatnie przekręcając swój niewielki łebek.
Asterka szczerze zachwyciła się tym pytaniem. Miała szansę opowiedzieć nowemu pokoleniu coś o ich klanie!
— Protektor to kot, który oprócz chodzenia na patrole może również pomagać medykom w leczeniu czy zbieraniu ziół. Dodatkowo dba on o to, aby każdy z Klifiaków czuł się dobrze psychicznie, będąc do ich dyspozycji w razie potrzeby. Czasami odwiedzamy również koty bez ich prośby.
Rozkwitka opowiedziała najbardziej skrótowo, jak tylko potrafiła, choć i tak miała wrażenie, że mogłaby krócej. Tak czy siak, ucieszyła ją reakcja maluchów, które wydawały się dość zaintrygowane.
— Ale fajnie! — miauknęła Dymówka, na co szylkretka się ucieszyła.
A może któreś z kociaczków będzie chciało podążyć jej ścieżką? To byłoby fantastyczne!
— Co nie? Może i to trochę obowiązków, ale moim skromnym zdaniem wysiłek jest tego wart. Poczucie tego, że pomogło się komuś, jest tak milusie, jak zapadnięcie w sen u boku mamy po całym dniu psocenia!
Choć bura mówiła to z uśmiechem, gdzieś głębiej coś ją jakby ukuło. Kolejny raz poczuła to, jak bardzo brakowało jej mamy, taty i brata. Choć to ostatnie… To była trochę inna kwestia. Tak czy siak, protektorka została w żłobku jeszcze chwilę, po czym musiała wrócić na wartę. Obiecała pani Jagnięcemu Ukłonowi, że pomoże w uzupełnianiu zapasów ziół i innych medykamentów. Kiedy wychodziła, kocięta otoczyły ją niczym mali wojownicy broniący swojego terytorium.
— No a wrócisz jeszcze do naaaas...?
Wahała się przez chwilę, co miała odpowiedzieć. Nie chciała robić im nadziei czy składać obietnicy, której mogłaby potencjalnie nie dotrzymać.
— Postaram się, a gdybym nie dała rady, na pewno zaczepię was już, jak będziecie uczennicami.
Kilkanaście uderzeń serca później mknęła w stronę legowiska medyków, mając nadzieję, że medyczka nie czekała na nią zbyt długo.
Zgromadzenie…
໒꒰ྀི๑• ༝ •๑꒱ྀི১
Kotka, choć siedziała wśród tak wielu kotów, czuła się wyjątkowo osamotniona. Brakowało jej rozmów z panem Pomocnym Wróbelkiem... W ogóle bardzo za nim tęskniła, ale to inna sprawa. W pewnym momencie wpadły jej jednak do głowy jego lekcje o tym, że nie można było rozwodzić się nad jedną smutną rzeczą. Zamiast niej trzeba szukać sobie pozytywów. Dlatego więc szylkretka postanowiła przejść się i poszukać kogoś do rozmowy.
"Może któryś z medyków byłby chętny?..." — pomyślała, wybierając się w ich kierunku.
Kiedy już tam dotarła, od razu zainteresowała się liliową istotą siedzącą trochę dalej od reszty.
— Dobry wieczór... Czy mogę dotrzymać towarzystwa?
— Dobry wieczór. Oczywiście — odparło przyjaźnie. — Jak masz na imię? — zapytał. — Jak się miewa wasz klan? — zapytało.
Kotka usiadła obok, uśmiechając się do Wilczaka.
— Rozkwitający Aster, jestem protektorką z Klanu Klifu, więc tak w zasadzie to nawet trochę znam się na Twojej dziedzinie! — powiedziała z dumą, strzepując uchem.
Słysząc, jak medyk mówił o sobie, trochę się wystraszyła. Nigdy wcześniej nie spotkała się z kotem, który mówiłby o sobie tak. To znaczy, oczywiście nie miała z tym problemu, wręcz przeciwnie! Wydawało jej się, że to mogło być ciekawym nowym doświadczeniem i nowym poznanym kotem! Bała się jednak, że zapomni się w tym i coś popsuje.
— A jak na Ciebie mówią? O-oh i... Przepraszam, jeśli się pomylę... Nigdy nie miałam okazji rozmawiać z tak unikatowym kotem, więc trochę nie wiem jak niektóre rzeczy mówić…
Słysząc odpowiedź kotki, zmrużyło lekko oczy zainteresowane.
— Znasz się trochę w mojej dziedzinie? To protektorzy uczą się też ziół? — zapytało.
Wysłuchując wywodu Rozkwitki, zamrugało kilkukrotnie przed odpowiedzią.
— A-Ach! Jestem Roztargniony Koperek. Możesz mówić mi Koper — zasugerowało. — Nie lubię tego imienia. Brzmi tak, jakbym było kocurem — uśmiechnęło się lekko. — A nim nie jestem. Kotką również nie — wyjaśniło. — Nie martw się, jeśli się pomylisz nic się nie stanie, tylko... nie rób tego celowo — mruknęło cicho, liżąc się nerwowo po piersi.
— Co robią protektorzy? Jak dużo o ziołach wiecie? — zapytało zaraz.
Klifiaczka z uśmiechem wysłuchała odpowiedzi medyka, chcąc poznać jeno trochę bliżej. Wydawało się tak interesujące!
— Oh, no tak, więc protektorzy to takie koty, co oprócz szkolenia na wojownika uczą się też u medyków, a w razie zapotrzebowania pomagają im w czymkolwiek. Do tego dbamy też o to, aby każdy kot czuł się dobrze. Zawsze jesteśmy dla innych i doradzimy lub po prostu wysłuchamy. Czyli oprócz zwykłych wojowniczych obowiązków, pomagamy też w sprawach leczniczych zarówno tych zewnętrznych, jak i bardziej wewnętrznych. Super, nie? A, no i my możemy normalnie mieć kociaki i być w związku i choć to zdarza się raczej rzadziej, niż częściej, taki protektor może nawet zostać liderem! A może ty, Koperku, chciał...-łobyś opowiedzieć mi trochę o medykowaniu? Albo jak tam w Klanie Wilka jest?
— Czyli tak jakby też leczycie umysły kotów? Chyba macie trochę do roboty... Wilczakom pewnie by się coś takiego przydało, czasem potrafią być... bardzo nieprzyjaźni — mruknęło cicho, ale zaraz pokręciło głową. — Klan Wilka ma się dobrze. Medycy... wiesz, czasem mamy łapy pełne roboty. Księżyce temu, jeszcze jako uczeń, gdy prawie straciłom swoją pozycję, mieliśmy epidemię łzawego kaszlu... Było okropnie. Zioła są fascynujące, ale tracenie kogoś, bo nie można było mu pomóc... To jest straszne — mruknęło, przez co Aster też od razu zrobiło się, jakoś tak smutniej.
— Oh... Przykro mi to słyszeć. Ale ważne, aby trzymać się tych lepszych wspomnień! Ja... No cóż... Też ostatnio straciłam kogoś mi bardzo bliskiego. Ale nie mogę sobie pozwolić, aby przez to wpaść w jakiś dołek, co nie...?
Kotka westchnęła. Nie chciała, aby rozmowa zeszła na smutny temat. Ona chciała jeno pocieszyć, a nie pogorszyć samą sprawę! Oh, co ona, na najświętszych Gwiezdnych, narobiła!
— Czy... Czy ja Cię mogę przytulić?... — zapytała niepewnie, czując, że obydwie strony jakoś by na tym zyskały.
Roztargniony Koperek strzepnęło uchem, wpatrując się w szylkretkę z niepewnością, podczas gdy inni, w tym reszta medyków gdzieś tam sobie gadała, nadając akompaniament.
— Ty tak serio? — zapytało, przechylając lekko głowę.
Zaraz potem przysunęło się odrobinę do kotki.
— Mam nadzieję, że żaden Wilczak tego nie zobaczy. Jeszcze uznają, że ich asystent medyka brata się z wrogiem — miauknęło rozbawione.
Kotka była absolutnie uradowana zgodą medyka, czując przyjemne ciepełko jeno ciała przy swoim. Bardzo brakowało jej tego uczucia. Ostatnio przytulała się z panem Wróbelkiem... Teraz w zasadzie wśród Klifiaków miała kilka kotów na krzyż z patyków stworzony, z którymi mogła spędzać czas. Bardzo odczuwała brak możliwości powiedzenia, chociażby takiego zwykłego, najprostszego "kocham cię".
— Czasem nadal brakuje mi matki — mruknęło cicho. — Żałuję, że jako kociak spędzałom z nią tak mało czasu — dodało szeptem, na co tortie chciała się rozpłakać. Sama tak bardzo tęskniła za swoją mamą… Już otwierała pyszczek, aby pocieszyć liliowego, jednak przerwał jej głos jednego z liderów, który postanowił przerwać beztroskie, choć jeśli chodzi o medyka i protektorkę, to może niekoniecznie, rozmowy międzyklanowe.
Jak się okazało, to Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Nocniaków, zabrała głos.
— Klan Nocy ma się świetnie. Żłobek pęka od ilości kociąt, a zaledwie kilka wschodów słońca temu na świat przyszła trójka kolejnych młodych. Ryb w rzece nie brakuje, a łąki porastają zioła. Niedawno mianowaliśmy jednego ucznia, Milczącą Łapę.
Chwilę później ruszyła lawina przemówień, którą kontynuował lider Klanu Burzy.
— Klan Burzy ma się dobrze — miauknął Echo, wysuwając się nieco do przodu. — Mianowaliśmy dwójkę wojowników. Kameliowy Wianek oraz Milknący Zew, jak i trójkę uczniów – Poziomkową, Chyżą oraz Nieboskłonną Łapę. Zwierzyny nam nie brakuje, a w żłobku dorastają kolejne kocięta.
— Klanowi Wilka powodzi się wyśmienicie. Śmiem nawet twierdzić, że jest wręcz w szczytowej formie — oznajmiła natomiast Zalotka, wypinając dumnie pierś. — Zwierzyny nam nie brakuje, a ze stosu zawsze jest co wybierać. Medycy nie muszą wykorzystywać resztek ziół na swoich pacjentów, gdyż roślin w składziku jest pod dostatkiem. Oprócz tego wojowniczką została mianowana Biała Barszcz, wcześniej znana jako Biała Łapa. Do grona uczniów dołączyli Iglasta Łapa, Zamroczona Łapa, Koszmarna Łapa, Pyzata Łapa i Bzycząca Łapa, a nasz żłobek przepełniony jest mnóstwem kociąt, które lada moment dołączą do swoich starszych kolegów, by w przyszłości z dumą służyć swojej przynależności!
— Klan Klifu wciąż się rozrasta, zdobywając nowych wojowników oraz uczniów. Kwitnąca Werbena, Kurzy Pazur oraz Jajeczna Skorupka z dumą mogą nosić nowe tytuły, podobnie jak i Cisowa oraz Dymówkowa Łapa, które ciężką pracą z pewnością osiągną wymarzone tytuły. Ponadto, nie brakuje nam zwierzyny oraz ziół - zdaje się, że ta Pora Zielonych Liści naprawdę nam sprzyja, choć z pewnością nie byłoby tak pięknie, gdyby nie nasze świetnie wyszkolone koty. Mamy nadzieję, że wraz z kolejnymi sezonami nasze zbiory pozostaną równie obfite, a nasze szeregi wzbogacą się o kilka nowych twarzy.
Kiedy Asterka usłyszała imię swojej uczennicy, poczuła, jak robi jej się ciepło na serduszku. Była z niej taka dumna! Szylkretka poprzysięgła sobie, że tym razem nie zawiedzie. Co prawda wyszkoliła swojego poprzedniego ucznia, jednak też jakby za nią nie przepadał, co trochę ją smuciło. Miała nadzieję, że z Dymówką nawiąże lepszą relację i ta nie będzie unikać jej jak ognia, tuż po swoim awansie. Przemyślenia burej zostały jednak przerwane przez ostatniego z przemawiających, noszącego imię Czereśnia.
— W Owocowym Lesie jak zwykle nie brakuje zwierzyny ani ziół. Zyskaliśmy za to dwójkę nowych wojowników – Śnienie i Smoka – a także zwiadowczynię, Mordor oraz stróża, Poziomkę. Oprócz tego, do grona pełnoprawnych uzdrowicieli dołączył Modrogończyk. Mimo tak wielu mianowań, legowisko uczniów wciąż jest przepełnione, gdyż ostatnio dołączyła do niego trójka kociąt – Strusiek, Serduszko i Łysiczka. Przyjęliśmy do klanu także dwójkę samotników, którzy na ten moment kurują się w lecznicy.
Kiedy przemówienia się skończyły, wszyscy zaczęli zbierać się do domów. Szylkretka pożegnała się więc z Koperkiem, mając nadzieję, że będzie mieć jeszcze okazję porozmawiać z medykiem. Podczas drogi powrotnej wśród tłumu kotów odszukała Dymówkę, od razu podchodząc w jej stronę.
— No i jak tam wrażenia z pierwszego w życiu zgromadzenia? Poznałaś kogoś fajnego?
< Dymówciu? >
[1845 słów, trening protektora Dymówkowej Łapy]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
