*jeszcze przed atakiem*
Odprowadzała dwójkę wojowników podejrzliwym spojrzeniem. Nie chciało jej się wierzyć, że nocniaki mogłyby prosić ich o pomoc, po tym jak zaledwie kilka księżyców temu, wypędzili ich z domu, a część członków wzięli w niewolę. Nie ufała żadnemu z nich, nie potrafiła po tym wszystkim. Czarna kotka odwróciła się, gotowa do powrotu.— C-czekaj! — wykrzyknęła wojowniczka, wyrywając się. Przebiegła po grzbiecie Myszołowa, po czym wylądowała przed zbierającą się do odejścia kocicą — M-miała na imię Konopia. Pomogłam jej uciec. Ona i... i n-niejaki Bocian uciekli z klanu nocy. P-proszę, powiedz ch-hociaż, czy dotarła do domu. Proszę, jest dla mnie b-bardzo ważna... — szepnęła niemalże przez łzy, wlepiając czekoladowe ślepia w kocicę.
Stanęła jak wryta. W żółtych ślepiach odbiło się zdziwienie, wymieszane z ulgą. Konopia i Bocian uciekli. Udało im się. Więc dlaczego ich nie znaleźli? A może byli w trakcie poszukiwań członków swojej grupy? Wiadomość, że żyją, była niczym miód na serce. Znaczyło to, że zniewoleni żyją i mają dość dużo sił, by się sprzeciwiać. Upewniło ją to tylko w tym, że wkrótce przeprowadzą atak na obóz Klanu Nocy, żeby odbić swoich.
Myszołów podszedł do bengalki, ze wściekłym wyrazem pyska, gotowy odgonić ją od liderki i wypędzić z lasu. Wojowniczka nastroszyła futro, sycząc na niego ostrzegawczo. Wlepiła spojrzenie w Szyszkę. Musiała być mocno zżyta z Konopią.
— MACIE SIĘ WYNOSIĆ! — wydarł się zastępca. Miał dość. Zbyt dużo stracił przez nocniaków. Szyszka westchnęła cicho, ogonem dając mu znać, żeby zamilkł.
— Poczekaj, Myszołowie. — miauknęła spokojnie. Spojrzała w brązowe ślepia. — Konopia do nas nie wróciła. Prawdopodobnie nie może nas znaleźć. Gdy wróci powiem jej, że o nią pytałaś.
Wojowniczka zaniemówiła. Otworzyła szerzej ślepia, w których odbił się ogromny smutek. Próbowała nie płakać, powstrzymując łzy. Jej towarzysz najwyraźniej domyślił się na co się zbiera, gdyż ominął Myszołowa, znajdując się przy boku koleżanki. Szyszka rzuciła krótkie spojrzenie Nostalgii. Jedynie pozostało im poczekać. Liczyła, że Pszczółka i Wschód dadzą sobie sami radę ze zbieraniem ziół.
— Nie wróciła? Ale miała wrócić! Gdzie może teraz być? Co jeśli się zgubiła? Jest ranna? Potrzebuje pomocy? — panikowała bengalka. Spojrzała na kocura, który położył ogon na jej barku. — Muszę ją znaleźć. Nie wybaczę sobie, jeśli coś jej się stanie, Wieczorniku.
Drugie zdanie zostało wymamrotane tak cicho, że Szyszka ledwo usłyszała słowa wojowniczki Klanu Nocy. Widząc jej panikę na myśl o zaginięciu Konopi, nabrała podejrzeń, że kotki mogły być ze sobą aż za blisko. Wierzyła, że szylkretka wróci i wtedy o to zapyta. Poczuła współczucie do nieznajomej kocicy.
— Konopia jest silniejsza niż się wydaję. Na pewno nic jej się nie stało. — miauknęła Szyszka. Nostalgia chrząknęła dając jej znak, że powinni się już zmywać. Czarna kotka pokiwała twierdząco głową. — Teraz odejdźcie i już nigdy tu nie wracajcie.
Dała znać ogonem swoim kotom. Oczywiście nie mogli od razu skierować się do sadu, nawet jeśli dwójka wojowników nie wyglądała jakby miała złe zamiary. Pozory lubiły mylić. Lisiaki ruszyli w stronę głębi lasu, jednak liderka jeszcze odwróciła pysk na moment w stronę nocniaków. Ciekawiła ją jedna sprawa.
— Czy wszyscy w Klanie Nocy mają taki sam stosunek do Pstrągowej Gwiazdy jak wy? — miauknęła.
<Zboże? Wieczornik?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz