Walka rozpoczęła się równie szybko co poprzednia, tym razem to oni zastosowali element zaskoczenia. Krew. Dawno nie czuł jej zapachu. Zadawał sporo ciosów przypadkowym nocniakom. Rozrywał ich skórę, powodując rany i szkarłatną ciecz zdobiącą futro. Nic nie było go w stanie zniszczyć, był niepokonany. Wgryzł się w łapę przeciwnika, wolną kończyną uderzając go w pysk, powodując, że ten szybko stracił równowagę. Bocian skoczył na niego, przyciskając do ziemi. Zjeżył futro, sycząc z wściekłością. Kolejne ciosy trafiły w przeciwnika, zranił jego brzuch, łatwo się nie podniesie. Miał ochotę odebrać mu życie.
Zapewne by to zrobił, gdyby nie nieoczekiwany wrzask bólu. Rozejrzał się, zachowując czujność. Na widok leżącego kremowego ciała, otworzył szerzej śledzia. Pszczółka! Rozpoznałby ją wszędzie. Wbił pazury w cielsko rybojada, odbierając mu na chwilę wdech, zanim kopnął go ostatni raz, powodując kolejną otwartą ranę. Może nawet wykrwawi się na śmierć, jeśli w porę nie udzieli mu się pomocy. Białego to nie obchodziło.
Podbiegł do leżącego ciała matki. Jedynej istoty, którą szanował. Co się dziwić, jeśli przez przez całe jego młode życie, była tuż obok, zapewniając mu swoją opiekę i ucząc wielu rzeczy? Nawet jeśli musiał często odganiać sługów, by mieć ją na własność. Spojrzał z kamiennym wyrazem pyska na jej martwe ciało. Obiegł wzrokiem polanę, szukając tego, kto śmiał odebrać życie jego matce, żeby zabić go brutalnie. Było jednak zbyt głośno. Zbyt dużo kotów. Warknął wściekły. Nie dał rady jej pomóc. Cholerne skunksie zadki, niech zdechną wszyscy! Wszystkie rybojady! Wbił pazury w ziemię. Wronie strawy bez honoru! Żałował, że nie może ubić ich wszystkich. A może jednak?
— Jeszcze cię pomszczę, mamo. — mruknął, pochylając się i dotykając nosem jej policzka.
Rzucił się do ponownej walki, nie chcąc patrzeć na jej martwe ślepia. Ze wściekłym wrzaskiem rzucił się na pierwszego lepszego kota, wbijając w jego kark kły i pazurami raniąc jak najbardziej boleśnie.
***
Wrócili do domu. Owocowego Lasu. Biały kocur musiał zbyć z siebie tą całą krew, ale na wszystko znajdzie się czas. Obserwował pomału budzący się do życia obóz. Lisiaki zasnęły, zbyt zmęczone walką i żałobą, by brać się za obowiązki. Postanowił, że weźmie udział w patrolu. I tak nie mógł spać.
Zanim jednak wykonał swój plan, ujrzał jednego z braci, niosącego w pysku mnóstwo pajęczyn. Nie będą teraz opuszczać tego miejsca. Tylko on mógł, medyk wart tyle co mysi móżdżek. Poruszył niezadowolony ogonem, podnosząc się z miejsca i krocząc w jego stronę. Wschód zwrócił na niego zmęczone ślepia. Zajmował się rannymi całą noc, odkąd wrócili z bitwy.
— Widziałeś Żurawia? Mam dla niego ziarna maku.
— Tylko je zmarnuje, lisi bobku. — fuknął. Obiegł wzrokiem medykamenty. — Pomogę ci, kłaku.
Chwycił nawłoć. Rozpoznał ją od razu po wyglądzie i zapachu. Wschód jedynie skinął łebkiem. Wiedział, że brat ma zawsze rację. Zabrał pajęczynę.
— Jak... jak się czujesz? — miauknął między sprawdzaniem ran Gąski. Trzeba było je oczyścić, żeby nie wdało się zakażenie.
Bocian wypluł papkę.
Bocian wypluł papkę.
— Bez zmian.
— Brakuje mi jej. — miauknął medyk.
Biały nie odpowiedział, w ciszy kontynuując zajęcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz