Szukała dość długo Brzoskwinki, aż łapy poniosły ją w stronę jednego z krzaków. Ponownie zawęszyła. Doleciał do niej słaby zapach. Rozejrzała się, próbując wychwycić wzrokiem jej sierść. Zauważyła coś skulone w krzaku. Uśmiechnęła się pod nosem, szybko odwracając swoją uwagę. Nie zamierzała tak szybko znaleźć małej, niech ma swoje zwycięstwo.
— Oh, gdzie ona może być? Mmm, schowała się tak dobrze, że pewnie jej nie znajdę. — miauknęła, rozglądając się, byle nie patrzeć w stronę krzaka.
Brzoskwinka musiała nastąpić jednak na patyk, który złamał się pod jej ciężarem, wydając cichutki dźwięk. Nie musiało wiele upłynąć, żeby uśmiechnięty czarny pyszczek zajrzał do kryjówki. Zielone ślepia Brzoskwinki, utkwiły się w niej.
— Dobra kryjówka. — miauknęła łagodnie liderka, liżąc koteczkę w czubek głowy. — To co, może teraz berek?
— Tiak! — pisnęła Brzoskwinka, wybiegając z kryjówki i gnając ile sił w łapkach, prawie przewracając biedną Pszczółkę. Szyszka posłała medyczce przepraszające spojrzenie, zanim ruszyła powoli za koteczką.
***
Przeszła pod Ogrodzeniem, prowadząc od razu szybkim krokiem grupę do obozu. Krew mieniła się na czarnym futrze, zdobionymi również przez kilka ran. Ogon jednak dumnie trzymała w górze. Wbrew wszystkiemu była zadowolona z przebiegu ataku. Wygrali. Odzyskali swoich pobratymców, zapewniając im wolność i mogli wreszcie cieszyć się spokojnym życiem za bezpiecznym Ogrodzeniem, w Owocowym Lesie. Pozostało jeszcze kilka spraw, które będą musieli załatwić. Upewnić się, kto już został wojownikiem, resztę przydzielić do nowych mentorów, zorganizować kolejne posłania na gałęzi drzewa, kilka na ziemi dla rannych. Wschód będzie musiał sobie poradzić z opatrywaniem. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby jedno z kociąt chciało kroczyć ścieżką medyka.
— Zajmij się proszę najpierw najbardziej potrzebującymi. — miauknęła do syna Pszczółki, dotykając jego boku koniuszkiem ogona. Kocurek niemrawo pokiwał głową. Wiedział, że już nigdy nie zobaczy matki, z tego powodu strasznie cierpiał. Szyszka krótko go przytuliła, zanim uczeń odszedł, wykonać swój obowiązek.
Nie tylko medyczka zginęła w bitwie, ale również jej zastępca. Wiedziała, że atakiem mogą przypłacić wysoką cenę. Ktoś może powiedzieć, że to tylko dwa życia, jednak każde było bezcenne. Szyszka tęskniła za dwójką kotów, jednak nic nie było już w stanie zwrócić im życia, które oddali jak bohaterowie.
Kotka wdrapała się na jabłoń. Z jednej z najwyższych gałęzi, doskonale mogła widzieć swoich pobratymców. Większość padła od razu na miękką trawę. Pora Zielonych Liści powinna zacząć się niebawem, a wraz z nią pojawi się więcej zwierzyny. Westchnęła. Potrzebowali teraz odpoczynku. Dużo odpoczynku, zanim wrócą do codzienności. Spełnili już swój cel, jednak nie wrócą do dawnego stylu życia, a zaczną zupełnie nowy, odgrodzony ogromną linią od klanolubów.
Schodząc na dół, podeszła do Gąski i zleciła jej sprawdzenie, czy wszyscy dotarli. Nie widziała Koszatka i Muszelki. Może zdecydowali się zostać jak Obłok, albo coś gorszego się wydarzyło? Zmęczone żółte ślepia, wyłapały znajomą sylwetkę Sokoła. Kocur siedział z opuszczoną głową. Pamiętała jak przeżył mocno śmierć Krogulca i Płomykówki. Oparła się o jego bok, zapewniając, że jest przy nim. Najbliższe dni będą owiane żałobą.
Ze żłobka wynurzyła się ruda sylwetka. Szyszka schowała pazury, pozostawione dotąd w gotowości. Rozpoznała od razu Leszczynę. Chociaż nie była chętna by opowiedzieć wojowniczce o śmierci jej partnera, wolała by przyjaciółka usłyszała to z jej pyska. Powoli podeszła do Leszczynki. Poruszyła ogonem ze zdenerwowaniem. Obawiała się jak znajdka może zareagować. Partnerka Myszołowa na jej widok odetchnęła z ulgą, przyspieszając kroku, by wtulić się w czarne futro.
— Martwiłam się.
— Już po wszystkim. Jesteśmy tylko zmęczeni. — miauknęła spokojnie czarna kotka, liżąc rówieśniczkę za uchem. — Wygraliśmy.
Oczy Leszczyny zabłysły szczęściem. Szyszka poczuła się dziwnie ze świadomością, że zaraz to zniknie, zastąpione głębokim smutkiem.
— Wiedziałam, że nam się uda. — miauknęła Leszczyna. Kotka cofnęła się o krok, żeby rozejrzeć się po obozowisku, w poszukiwaniu znajomego pyszczka. Zmrużyła oczy. Niepewnie rozejrzała się jeszcze raz, zanim znowu utkwiła ślepia w Szyszce. Liderka spuściła głowę. — Gdzie Myszołów?
— On... bardzo mi przykro, Leszczynko. — wyszeptała. Nie potrafiła powiedzieć na głos "nie żyje", "zginął w bitwie". Po gwałtownym wzięciu oddechu przez przyjaciółkę, wiedziała, że ta zrozumiała jej słowa. Zmusiła się by unieść łeb. W zielonych oczach zauważyła ból, smutek, rozpacz i żal. Podeszła o krok, chcąc ją przytulić, ale Leszczyna cofnęła się, kręcąc łbem w niedowierzaniu.
— To nie może być prawda... Nie może! Myszołów nie mógł... nie zostawiłby mnie! — syknęła, wraz z napływającymi do jej ślep łzami.
— Przykro mi. — wyszeptała. Również poczuła łzy napływające do oczu, trzymane tam od tylu księżyców. Obie straciły przez tą wojnę bliskie sobie koty. Zamierzała pocieszyć przyjaciółkę i pozostać przy niej. — On dalej będzie przy tobie, bardzo cię kochał.
Leszczyna pokręciła głową. Docierała do niej świadomość sytuacji. Wpadła jednak w panikę i stan żałoby, nie mogła się jej dziwić.
— Nie poradzę sobie bez niego... Myszołów nie mógł... To musi być pomyłka! Musi! Co ja teraz zrobię? Dlaczego on, Szyszko? Dlaczego?! — czarnulka przypadła do niej, tuląc ją mocno do swojego boku i nie pozwalając się wyrwać. Mruczała uspokajająco. Leszczynka płakała w jej futro, chyba pierwszy raz będąc w takim stanie. Otuliła ją ogonem.
— Nie jesteś sama. Masz kocięta, przyjaciół... Leszczynko... — mocniej się w nią wtuliła.
Obie kotki trwały w uścisku, wspierając się nawzajem, z początku nawet nie dostrzegając Brzoskwinki. Koteczka opuściła żłobek, wielkimi oczami wpatrując się w zbiegowisko. Pierwszy raz widziała tyle kotów oraz czuła zapach krwi. Widząc w jakim stanie była Leszczyna, podbiegła do niej pospiesznie.
— Mamo, co się dzieję? — miauknęła. — Gdzie tata?
Leszczyna pociągnęła nosem, łapą przysuwając do siebie córkę, żeby ta wtuliła się w jej futro.
— T-taty nie ma... nie ma już z nami. — załkała.
— Zajmij się proszę najpierw najbardziej potrzebującymi. — miauknęła do syna Pszczółki, dotykając jego boku koniuszkiem ogona. Kocurek niemrawo pokiwał głową. Wiedział, że już nigdy nie zobaczy matki, z tego powodu strasznie cierpiał. Szyszka krótko go przytuliła, zanim uczeń odszedł, wykonać swój obowiązek.
Nie tylko medyczka zginęła w bitwie, ale również jej zastępca. Wiedziała, że atakiem mogą przypłacić wysoką cenę. Ktoś może powiedzieć, że to tylko dwa życia, jednak każde było bezcenne. Szyszka tęskniła za dwójką kotów, jednak nic nie było już w stanie zwrócić im życia, które oddali jak bohaterowie.
Kotka wdrapała się na jabłoń. Z jednej z najwyższych gałęzi, doskonale mogła widzieć swoich pobratymców. Większość padła od razu na miękką trawę. Pora Zielonych Liści powinna zacząć się niebawem, a wraz z nią pojawi się więcej zwierzyny. Westchnęła. Potrzebowali teraz odpoczynku. Dużo odpoczynku, zanim wrócą do codzienności. Spełnili już swój cel, jednak nie wrócą do dawnego stylu życia, a zaczną zupełnie nowy, odgrodzony ogromną linią od klanolubów.
Schodząc na dół, podeszła do Gąski i zleciła jej sprawdzenie, czy wszyscy dotarli. Nie widziała Koszatka i Muszelki. Może zdecydowali się zostać jak Obłok, albo coś gorszego się wydarzyło? Zmęczone żółte ślepia, wyłapały znajomą sylwetkę Sokoła. Kocur siedział z opuszczoną głową. Pamiętała jak przeżył mocno śmierć Krogulca i Płomykówki. Oparła się o jego bok, zapewniając, że jest przy nim. Najbliższe dni będą owiane żałobą.
Ze żłobka wynurzyła się ruda sylwetka. Szyszka schowała pazury, pozostawione dotąd w gotowości. Rozpoznała od razu Leszczynę. Chociaż nie była chętna by opowiedzieć wojowniczce o śmierci jej partnera, wolała by przyjaciółka usłyszała to z jej pyska. Powoli podeszła do Leszczynki. Poruszyła ogonem ze zdenerwowaniem. Obawiała się jak znajdka może zareagować. Partnerka Myszołowa na jej widok odetchnęła z ulgą, przyspieszając kroku, by wtulić się w czarne futro.
— Martwiłam się.
— Już po wszystkim. Jesteśmy tylko zmęczeni. — miauknęła spokojnie czarna kotka, liżąc rówieśniczkę za uchem. — Wygraliśmy.
Oczy Leszczyny zabłysły szczęściem. Szyszka poczuła się dziwnie ze świadomością, że zaraz to zniknie, zastąpione głębokim smutkiem.
— Wiedziałam, że nam się uda. — miauknęła Leszczyna. Kotka cofnęła się o krok, żeby rozejrzeć się po obozowisku, w poszukiwaniu znajomego pyszczka. Zmrużyła oczy. Niepewnie rozejrzała się jeszcze raz, zanim znowu utkwiła ślepia w Szyszce. Liderka spuściła głowę. — Gdzie Myszołów?
— On... bardzo mi przykro, Leszczynko. — wyszeptała. Nie potrafiła powiedzieć na głos "nie żyje", "zginął w bitwie". Po gwałtownym wzięciu oddechu przez przyjaciółkę, wiedziała, że ta zrozumiała jej słowa. Zmusiła się by unieść łeb. W zielonych oczach zauważyła ból, smutek, rozpacz i żal. Podeszła o krok, chcąc ją przytulić, ale Leszczyna cofnęła się, kręcąc łbem w niedowierzaniu.
— To nie może być prawda... Nie może! Myszołów nie mógł... nie zostawiłby mnie! — syknęła, wraz z napływającymi do jej ślep łzami.
— Przykro mi. — wyszeptała. Również poczuła łzy napływające do oczu, trzymane tam od tylu księżyców. Obie straciły przez tą wojnę bliskie sobie koty. Zamierzała pocieszyć przyjaciółkę i pozostać przy niej. — On dalej będzie przy tobie, bardzo cię kochał.
Leszczyna pokręciła głową. Docierała do niej świadomość sytuacji. Wpadła jednak w panikę i stan żałoby, nie mogła się jej dziwić.
— Nie poradzę sobie bez niego... Myszołów nie mógł... To musi być pomyłka! Musi! Co ja teraz zrobię? Dlaczego on, Szyszko? Dlaczego?! — czarnulka przypadła do niej, tuląc ją mocno do swojego boku i nie pozwalając się wyrwać. Mruczała uspokajająco. Leszczynka płakała w jej futro, chyba pierwszy raz będąc w takim stanie. Otuliła ją ogonem.
— Nie jesteś sama. Masz kocięta, przyjaciół... Leszczynko... — mocniej się w nią wtuliła.
Obie kotki trwały w uścisku, wspierając się nawzajem, z początku nawet nie dostrzegając Brzoskwinki. Koteczka opuściła żłobek, wielkimi oczami wpatrując się w zbiegowisko. Pierwszy raz widziała tyle kotów oraz czuła zapach krwi. Widząc w jakim stanie była Leszczyna, podbiegła do niej pospiesznie.
— Mamo, co się dzieję? — miauknęła. — Gdzie tata?
Leszczyna pociągnęła nosem, łapą przysuwając do siebie córkę, żeby ta wtuliła się w jej futro.
— T-taty nie ma... nie ma już z nami. — załkała.
<Brzoskwinko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz