— Dzień dobry, Kołysankowa Łapo!— rzekła jakby z grzeczności. Czyżby była na mnie zła?
— Cześć Mak, chcesz opowiedzieć, jak minął ci dzień? — mruknąłem cicho, próbując ukryć wstyd z całej siły, sprawiając przy tym, że mój głos brzmiał nieco sztucznie. Spojrzałem także na nią prędko swymi brązowymi oczami, mając nadzieje, że nie dostrzegę na jej twarzy czegoś, co wskazywałoby, że coś jest nie tak. Dostrzegłem to. W jej oczach było coś… Dziwnego. Coś, co trudno było opisać. Biedna Mak, czyżbym ją serio zranił...
— Co?! — powiedziała jakby zaskoczona, po czym dodała jak by ze swego rodzajem szczęściem i zaskoczeniem — Nie uznajesz mnie za wariatkę?—
Na jej słowa zmroziło mnie. Poczułem się natychmiast jak ostatni króliczy bobek. Ona myślała, że uznaje ją za wariatkę..? Nastała więc chwila ciszy. Zwróciłem wzroku moim łapom, odetchnąłem głęboko. Po czym zwracając wzrok ku niej, zauważyłem, że jej oczy były bardziej błyszczące niż zazwyczaj. Wypełnione łzami śniły niczym powierzchnia wody.
— Przepraszam, przepraszam Mak… Oczywiście, że cię nie uznaje za wariatkę — Tym razem nie chciałem ukrywać wstydu. Chciałem, by wiedziała, że jest mi przykro. Nie chciałem jej zranić, w końcu była dla mnie jak rodzina.
Znów nastała chwila ciszy. Czyżby nie wiedziała, co odpowiedzieć? Nie wierzyła mi..? Owa chwila milczenia wydawała mi się gorsza od wielu kłótni, jakie dotąd przeżyłem.
— Chcesz jutro pozbierać kamienie i popolować na króliki? Tak wiesz… Chciałbym coś zrobić byś, poczuła się lepiej. Możemy też potrenować… nawet walkę, jeśli poprawiłoby ci to humor!
[457 słów]
<MAK?>
[przyznano 9%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz