Nie zastanawiał się, co się działo z Czermieniem. Odkąd uciekł ze Zgromadzenia, wraz z Konopią, a potem znalazł się w Klanie Burzy, miał ważniejsze sprawy na głowie, niż myślenie o czarnym kocurze, pozostawionym w niewoli u rybojadów. Pamiętał oczywiście ich wspólne kawały i dręczenie Koszatka. Cóż, jeśli przyjaciel nie zdechnie, to jeszcze spędzą ze sobą sporo czasu już po wszystkim.
Bocian, jeszcze jako Ostowa Łapa, skupił się na treningu z tym durnym mysim bobkiem Narcyzowym Pyłem, a potem, już w Owocowym Lasie, tym razem pod okiem jego ulubionej mentorki, powrócił do ćwiczenia swych umiejętności.
Wkrótce nadejdzie atak. Zamierzał być na niego przygotowany.
***
Krew nieprzyjemnie lepiła jego futro. Skóra piekła kocura, zapewniając go o ranach, które zdobył podczas bitwy. Mamrotał niezadowolony pod nosem, co jakiś czas bluzgając, gdy ktoś się nadepnął mu na ogon. Pobratymcy byli zmęczeni walką, widział to w ich oczach i ruchach. Nic go to jednak nie obchodziło. Powinni się cieszyć, że wreszcie odzyskali wolność i że żyją. Właśnie, żyją. Czemu nie mógł zdechnąć taki Szakłak, a zamiast niego musiała Pszczółka? Durne lisie bobki. Najdurniejszą była Pstrągowa Gwiazda, którą już zdążył obdarzyć wianuszkiem pięknego bocianowego słownictwa, inaczej zwanego przeklinaniem. Kocur czuł w sobie ogromną nienawiść do rybojadów. To nie było ich ostatnie spotkanie.
Mieszkał trochę już w Owocowym Lesie. Zachował więc większą ostrożność niż niektóry, zwinnie omijając drzewa i uważając na dojrzałe owoce. No tak, Pora Zielonych Liści była tuż-tuż. Chyba już druga w jego życiu. Czas szybko mijał, a on dalej czuł się młody. Jego ranga też to mówiła.
Ktoś na niego wpadł.
— Uważaj! — warknął biały.
Czy te mysie móżdżki musiały jeszcze oślepnąć? Odwrócił się w stronę czarnego kocura, z niemiłym wyrazem pyska. Lisiak kogoś mu przypominał. Czermienia. Ale jego przyjaciel był znacznie niższy i nie posiadał żadnych blizn.
— To tak się witasz po tylu księżycach? — prychnął.Kocur zrobił wielkie oczy. Czyli miał dobre domysły.
— A więc tu mieszkacie? — rozejrzał się po sadzie.
— Mieszkamy. — poprawił uczeń. — Może nie ma tu cuchnących ryb i zimnej rzeki, ale są za to zgniłe owoce i drące jadaczkę kocięta. Brzmi super, prawda?
Czermień zerknął na niego kontem oka.
— Nic się nie zmieniłeś.
— Ty natomiast bardzo. — mruknął biały kocur. Przebywając w obozie rybojadów, zdążył z towarzyszami przeprowadzić kilka protestów i prób ucieczki, ale za nic nie przyszło mu do łba, żeby się z kimś bić. A sądząc po bliznach Czermienia, musiał komuś podpaść. — Z tymi bliznami już nikt cię nie porówna do kociaka, Czermieniu.
Prawie dochodzili do obozu. Chociaż wątpił, czy tej nocy da radę zasnąć.
<Czermień?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz