BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 czerwca 2020

Od Jeżowej Ścieżki CD. Konwaliowego Serca

Woda zmoczyła futro Jeżowej Ścieżki. Chociaż była zimna, to jednak przyjemnie było poczuć się czystym. Zaśmiał się pod nosem, podbiegając do Konwaliowego Serca i dotykając jej futra swoją czekoladową łapą.
— Berek!
Konwalia wydała się zadowolona. Na jej pyszczku malował się uśmiech, który Jeżyk tak bardzo lubił. W ogóle kocur lubił, gdy ktoś był szczęśliwy. Wtedy on też to czuł. Zaśmiał się pod nosem, puszczając się biegiem, żeby tylko uciec przed czarną kotką. Wyskoczył z wody, dalej cały mokry. Biegnąc przed siebie, poruszał jak najszybciej łapami. Słyszał za sobą tupot łapek Konwaliowego Serca, świadczyło to o tym, że kotka go dogania. O nie. Przyspieszył. Asystent medyczki Klanu Burzy był dość szybki, mimo swojej masy, a to był jego mocny punkt.
— Mam cię!
Konwalia dotknęła jego futra swoją łapką. Zmęczony Jeżowa Ścieżka zatrzymał się zdyszany. Usiadł, łapiąc oddech. Spojrzał z rozbawieniem na swoją dawną uczennicę.
— Nie umieraj, Jeżowa Ścieżko. — zachichotała Konwalia, obserwując w jaki stan wpędziła swojego towarzysza.
— Dawno tak się nie ścigałem. — zastrzygł uszami czekoladowy, uśmiechając się szerzej. — Fajnie było, chociaż teraz jestem cały mokry. Bruh. Obyśmy się nie rozchorowali. Wyobrażasz sobie dwójkę asystentów całych zasmarkanych?
— Zajęcza Stopa urwałaby nam ogony. — odpowiedziała radośnie Konwaliowe Serce, siadając naprzeciwko syna Kucykowego Ogona. Zaczęła się rozglądać, węsząc przy tym. Jeżowa Ścieżka otworzył pyszczek, chcąc posmakować powietrza. Skinął głową czarnej. Miała rację. Czuć było wyraźną woń roślin. — Pozbieramy trochę ziół, zanim wrócimy do obozu?
— Czytasz mi w myślach, Konwalio.
Jeżyk nagle kichnął. Kocur przetarł nos łapą. No pięknie. Westchnął cicho, podnosząc się z miejsca. Nagietek wręcz kusił, by zebrać go jak najwięcej. Pochylił się, wyrywając roślinę i odkładając ją obok.


<Konwalio?>

Od Bocianiej Łapy

Nowemu mentorowi jakimś cudem, udało się wreszcie wyciągnąć białego kocurka na trening. Nie obyło się bez marudzenia i nieprzyjemnych dla uszu komentarzy. Liczyło się jednak to, że Bociania Łapa ruszył w końcu kuper, zamiast ciągle zajmować legowisko. Podążał niechętnie za Poziomkowym Blaskiem, pozwalając wojownikowi się prowadzić. Czujnie rozglądał się po terenach okrutników, którzy bezczelnie odebrali mu dom.
— Więc... — niezręczną ciszę przerwał czarny bicolor. — ...inni uczniowie dobrze cię traktują?
Bociania Łapa prychnął z oburzeniem. Kocur był naprawdę niemądry, jeśli zadawał mu pytania, na które odpowiedz była raczej oczywista. Spiorunował go wzrokiem. Chciał już wrócić i mieć wreszcie święty spokój.
— A jak sądzisz, lisie łajno? — mruknął. — Z resztą to bez znaczenia, wystarczą mi znajomości z moimi pobratymcami.
— Ale... chyba fajnie mieć więcej przyjaciół? — podsunął cicho mentor.
Biały uczeń zastrzygł uszami.
— Być może, jeśli nie śmierdzą rybą. — skwitował krótko.
Otworzył pyszczek, zamierzając coś jeszcze dodać, kiedy dotarł do niego zapach zwierzyny. Czujnie rozejrzał się wokół. Nie zamierzał tracić więcej czasu. Przypadł do odpowiedniej pozycji łowieckiej. Przeniósł ciężar ciała na tylne łapy, sprawdzając wcześniej wiatr i wysuwając pazury. Powoli sunął do przodu, skupiając się jedynie na zwierzynie, jaką miał zamiar złapać. Niewielka mysz nie spodziewała się ataku, który nastąpił dość szybko. Biały kocurek zatopił kiełki w świeżym mięsie, odbierając życie
stworzonku. Zakopał ją, gotowy wrócić po zwierzynę później.
— Dobrze ci poszło. — miauknął Poziomkowy Blask, zbliżając się o kilka kroków do niego. — Możesz za nią podziękować Klanowi Gwiazdy.
Bociania Łapa wbił pazury w ziemię, powstrzymując się przed uderzeniem kogoś w łeb.
— Wierzycie w jakieś duszki. To bez sensu.
— Klan Gwiazdy to nasi przodkowie, gotowi służyć pomocą za każdym razem, gdy będziemy ich potrzebować. Wszystkie dobre zmarłe koty, mogą licząc, że znajdą się w ich gronie.
Syn Pszczółki niemal od razu pokręcił głową.
— Jeśli wasi przodkowie zgadzają się na zabijanie niewinnych kotów, to tym bardziej nie zamierzam w nich wierzyć. — fuknął biały, odwracając się i pośpiesznie zmierzając przed siebie. Nie zamierzał słuchać takich bajeczek ani chwilę dłużej. Po odgłosie kroków domyślił się, że mentor ruszył za nim. Musieli w końcu dokończyć oprowadzanie. Może jeszcze coś uda im się upolować.

Od Bocianiej Łapy

Obudziło go mocne trącanie w bok. Prychnął pod nosem. Nostalgia nie mogła dać mu jeszcze kilku uderzeń serca? Był zbyt zmęczony żeby tak po prostu wstać. Przekręcił się na drugi bok, dalej pogrążony w śnie, powoli się rozpływającym. Dopiero wówczas dotarła do niego przykra świadomość. Jego cudowna mentorka, nigdy by go nie budziła. Była zbyt leniwa, żeby stawić się o czasie. Zwykle to on ją wyciągał na szkolenie. Biały kocurek od razu zerwał się na równe łapy. Skierował rozgniewane spojrzenie na czarnego bicolora.
— Czego? — syknął. — Już mówiłem, że nie zamierzam brać udziału w życiu waszego durnego, cuchnącego rybą klanu! Głupie lisie łajna.
Koniuszek jego ogona poruszał się ze zdenerwowaniem. Miał dość. Wszystkiego. Poprzednie życie w Klanie Lisa było o wiele przyjemniejsze. Miał matkę, która o niego dbała, chętnie brał udział w szkoleniu, mógł droczyć się, lub obrażać swoich pobratymców. Klan Nocy odebrał mu tak wiele, chociaż jeszcze nie było najgorzej. Przynajmniej Pszczółka była bezpieczna. Wątpił otóż, że jego delikatna mama poradziłaby sobie w tak koszmarnych warunkach, zdaniem białego ucznia. Bycie więźniem miało wiele minusów. Nie pamiętał, kiedy ostatnio opuścił legowisko. Nie wybierał też sobie posiłku, całe dnie wolał skupiać się na rozmyślaniach, często pokazując swoje zirytowanie i nie szczędząc nocniaką komentarzy. Oczekiwał momentu, aż mysie bobki wkurzą się na tyle, że ośmielą się go zaatakować. Już dawno nauczył się, że siła fizyczna jest jego mocną stroną, ale dzięki ostremu językowi, też mógł zapewnić sobie przewagę w czynach.
— Nie rób znowu problemów, Bociania Łapo. — westchnął kocur. Nie dane mu było dokończyć, gdyż przerwało mu trzepnięcie ogonem i zjeżona sierść jego wychowanka.
— Nie nazywaj mnie tym okropnym imieniem, lisie łajno. — mruknął, mrużąc nieprzyjemnie oczy. — Nazywam się Bocian.
Wojownik pokręcił głową.
— Dobrze wiesz, że nie mogę cię tak nazywać.
— Bo zwyczajnie się boisz. — wycedził uczeń, ogonem wskazując na wyjście z legowiska. — Wszyscy się boicie tego worka kości. I jej przydupasa.
Ciężkie westchnięcie kocura utwierdziło go w tym, że dyskusja prawdopodobnie się skończyła.
— Uważaj na słowa. — miauknął cicho Poziomkowy Blask. Kocur dał znać ogonem, zanim skierował się w stronę wyjścia, nawet się nie odwracając. — Pokażę ci tereny.
Biały zastrzygł uszami.
— Nigdzie nie idę. — mruknął, ponownie kładąc się na swoim niewygodnym posłaniu.

Od Nagietkowej Pręgi CD. Leszczynowej Bryzy

Ziewnął raz i drugi, powoli wstając. W legowisku nie było już większości wojowników; nie został więc wyznaczony na poranny patrol, wtedy na pewno ktoś obudziłby go wcześniej. Przeciągnął się i wyszedł tuż przed legowisko. Tam usiadł rozluźniony i zaczął bez pośpiechu wylizywać futerko. Tego dnia był w świetnym humorze, choć sam nie mógł zrozumieć, dlaczego.
Lubił Porę Opadających Liści. Gdyby ktoś spytał go, dlaczego, z pewnością odpowiedziałby pół żartem pół serio, że to jedyna pora roku, podczas której może zapewnić sobie kamuflaż. Jednak tak naprawdę uwielbiał w niej chłodnawy wiatr, który po upalnej Porze Zielonych Liści wręcz koił jego ciało porośnięte długim, grubym futrem. Uśmiechnął się delikatnie i przymknął oczy, wyciągając nos w górę. Drobne krople deszczu, które przez ostatnie kilka dni nie uatawały, były dla niego niezwykle przyjemne.
Wreszcie oprzytomniał. Wstał i podszedł do stosu ze zwierzyną, przypominając sobie, że musi zjeść jakieś śniadanie. Poranny patrol łowiecki jeszcze nie wrócił, ale zostało trochę zwierzyny z poprzedniego dnia. Złapał w zęby sporą nornicę i miał wrócić do miejsca, gdzie siedział przed chwilą, jednak kątem oka dostrzegł ruch koło żłobka. Zerknął w tamtą stronę, uśmiechając się. Jedno z kociąt Cętkowanego Liścia, dokładniej Wróbelek, właśnie rozrabiał tuż przed kociarnią. Widok młodziaków zawsze poprawiał mu humor, nawet jeśli tak jak dzisiaj nie było co poprawiać. Kilka uderzeń serca później zauważył Leszczynową Bryzę, który wybiegł za Wróbelkiem, usiłując zagonić go z powrotem do żłobka. Na widok rudzielca mimowolnie uśmiechnął się jeszcze szerzej. Dlaczego? Tego już sam nie wiedział.
Postanowił zjeść razem z nimi. Nawet jeśli już jedli śniadanie, mógł przyjść i pogadać, spędzić trochę czasu z kociakami. Oprócz nornicy wziął więc mysz i ruszył w kierunku żłobka.
- Hej, mały! - wpierw odkładając zwierzynę, przywitał się z Wróbelkiem, a następnie zerknął na jego opiekuna. - Cześć, Leszczynowa Bryzo.
Z pyska niedawno mianowanego wojownika nie mógł odczytać żadnej emocji. Skupił się jednak bardziej na jego oczach, bo właśnie przyszło mu do głowy, że bardzo pasują do tego deszczu.
Co? W duchu skarcił się za dziwne porównanie i lekko uśmiechnął się do kocurów, kiedy również się z nim przywitali.
- Jedliście śniadanie? Jeśli nie, chętnie zjem z wami, jeśli nie będę przeszkadzał - miauknął przyjaźnie, przysuwając mysz w ich kierunku.

Leszczynku, Wróbelku?

Od Szczawika (Szczawiowej Łapy) CD. Tańczącej Pieśni

Ślepka kocurka stały się większe. Z każdym kolejnym uderzeniem serca, czuł coraz większe podekscytowanie nową towarzyszką. Dalej liczył, że Tańcząca Pieśń się z nim pobawi. Skoro nie widziała nic, to mógł mieć większe szanse. Przekrzywił głowę. W główce już układał całą masę pytań, którymi zamierzał ją uraczyć. Pewnie będzie z przyjemnością na wszystkie odpowiadać.
- Ale dlaczego nic nie widzisz? Zrobiłaś coś złego? - miauknął synek Berberysowej Bryzy, bez żadnych oporów. Spoglądał na pyszczek wojowniczki.
- Taka się urodziłam.
- Nie przeszkadza ci to? Musi być strasznie nic nie widzieeeeć. - westchnął kocurek. Prędko wpadł mu jednak do głowy super - jego zdaniem - pomysł, by wojowniczce nie było smutno. - Opiszę ci jak wyglądam! Słuchaj uważnie. Mam śliczną krótką, liliową sierść. Moje oczka są pomarańczowe, jak zachodzące słońce. Poza tym mam idealny ogonek, uszka, nawet wąsy!
Dumnie się wyprostował, czekając na pochwałę ze strony wojowniczki. Pewnie teraz z tego zachwytu jego osobą, zabrakło jej słów.
- To... fajnie. - mruknęła, cofając się o krok. - Muszę już iść, ale...
- Nie idź jeszcze, proszę! - pisnął Szczawik.
Zaczął wymachiwać przednimi łapkami, co skończyło się tym, że cały się potknął, upadając prosto na nosek. Chwilę trwał w takim stanie, zastanawiając się co się właśnie stało, zanim podniósł się do siadu. Zamrugał kilkukrotnie odpędzając łzy. Bolało. Otrząsnął się. Przy wojowniczce sam musiał pokazać się z jak najlepszej strony.
- Czy to, że nie widzisz boli?
- Nie.
Machnął wesoło ogonkiem.
- A czy ja też mogę być ślepy? Wtedy mnie polubisz? - spytał Szczawik z zainteresowaniem. Odwrócił jeszcze pyszczek, upewniając się, że Berberysowa Bryza śpi. Kotka mruknęła coś pod nosem. Zapowiadało się na to, że wkrótce się obudzi. Westchnął, znów wracając uwagą do vanki.


<Tańcząca? trochę krótki. Nie zniszczyłam charakteru?> 

Od Szczawika (Szczawiowej Łapy) CD. Barwinkowego Podmuchu

Liliowy kocurek wpadł do żłobka. Z uśmiechem wymalowanym na pyszczku, wspominał tajną misję, na którą zabrał go Barwinkowy Podmuch. To było mega! Chciał jeszcze więcej przygód. W żadnym wypadku nie czuł się zmęczony, czy niezadowolony. W przypływie podekscytowania, nie zauważył swojego brata na którego wpadł. Wywrócili się. Liliowy znalazł się na górze. Spojrzał w zaskoczone ślepka Myszka.
- Siema, brat! - zaśmiał się wesoło Szczawik.
Kociak rozejrzał się po kociarni. Jego kochane rodzeństwo dostrzegło już obecność zaginionego. Podbiegli do niego na krótkich, miękkich łapkach.
- Gdzie ty byłeś? Mama się martwiła. - miauknęła Rumianek, przyglądając się badawczo kocurkowi.
Zainteresowanie jakim został obdarzony, bardzo mu się spodobało. Wręcz było mu na łapę to, że mógł się pochwalić przygodami. Nie każdy kociak, byłby na tyle odważny, by wyjść poza obóz. I to jeszcze bez mamusi.
- Byłem na misji. - pochwalił się, prostując się z dumą.
- Niby na jakiej? - odezwał się Fiołek, siadając wygodnie i owijając ogonek wokół łapek. Reszta rodzeństwa poszła w ślad za nim, poza biednym Myszkiem, dalej przyciśniętym do ziemi przez Szczawika, w najlepsze sobie na nim siedzącego. Nie trwało to jednak długo i kocurek w końcu odepchnął liliowego. Syn Żywicznej Mordki westchnął cicho. Nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, dlatego powrócił do tuptania.
- Walczyłem z prawdziwym lisem! - widział, jak ślepia jego rodzeństwa z miotu, stają się większe. Zadowolony machnął ogonkiem. Otworzył pyszczek, gotowy opowiedzieć całą wyprawę. A przynajmniej kilka szczegółów. Nie zapomniał otóż, że było to tajne zadanie. Zamierzał pominąć opis miejsca, w którym Barwinek walczył z lisem. To miało być ich miejsce. Nikogo innego.

***

Stało się. Chociaż kocurek nie czekał na mianowanie i stanie się tym samym uczniem Klanu Klifu, nie mógł zatrzymać mijających księżyców. Liliowy z dumą powtarzał swoje nowe imię, wydające mu się wyjątkowe. Berberysowa Bryza wróciła do swoich obowiązków zastępczyni. Dla jej kociaków skończył się czas niewinnych zabaw, miały rozpocząć się ciężkie treningi. Szczawiowa Łapa czuł jednak, że wszystkiemu podoła i zostanie wojownikiem zanim rodzice się zorientują. Jeśli uda mu się przed rodzeństwem, będą pewnie zazdrośni. 
Z tą myślą wyjrzał z legowiska uczniów. Teraz spał tutaj. Miał wygodne legowisko. Kocurek rozejrzał się po obozowisku. Właściwie sam nie wiedział kogo i dlaczego szuka. Gdy jednak jego ślipia złapały Barwinkowego Podmucha, wracającego właśnie z wróblem w pysku, nie mógł się powstrzymać. Pośpiesznie przejechał kilka razy językiem po swoim boku, zanim rzucił się biegiem w stronę wojownika. Wąsy poruszały mu się z podekscytowania.  
- Barwinkowy Podmuchu! Barwinkowy Podmuchu! 
Zdyszany zatrzymał się przed czarnym kocurem. Spojrzał na jego zdezorientowany pyszczek, zanim uśmiechnął się promiennie. 
- Zostałem uczniem! Widziałeś? Szczawiowa Łapa! Piękne imię. Możesz mnie podziwiać. - miauknął, wypinając się dumnie. 


<Barwinku?>

Od Melodyjnej Łapy CD. Orlikowego Szeptu

Wąsy kotki lekko zadrżały na tą myśl. Tak, szalenie nie mogła się doczekać swojego mianowania na wojownika, choć wciąż uważała, że powinno się ono odbyć już dawno temu. Ale może Mokra Gwiazda miał więcej oleju w głowie niż jego poprzednik i w końcu zrobi z Melodyjnej Łapy wojowniczkę? Silnie na to liczyła.
— Ah, tak. Bywałam już na patrolach i w sumie masz rację, są lepsze. Nie musisz słuchać ględzenia mentora tylko po prostu rozeznajesz się w terenie tak, jak ci wygodnie — przyznała spokojnie, tym razem starając się powstrzymać próbującą wyjść na wierzch kapryśną naturę. Dziecinna zazdrość w stronę Orlikowego Szeptu o jego stanowisko i wczesne mianowanie wzrosła. — I wojownik nie musi wstawać z samego rana na szkolenie… uh, Mokra Gwiazda powinien się pospieszyć, bo traci materiał na naprawdę wyjątkowego wojownika.
— Tak, nie musisz wcześniej wstawać, no chyba, że akurat idziesz na poranny patrol. One są… dość męczące — odpowiedział, jakby celowo ignorując pochlebianie samej sobie przez uczennicę.
— Raz byłam — westchnęła ostentacyjnie. — W sumie to samo co z treningiem, ale kiedy przestanę wstawać codziennie o świcie, to fakt, poranne patrole będą jeszcze gorsze. Ale wieczorne są całkiem niezłe, takie przyjemniejsze.
— Wieczorne czasami są jeszcze bardziej męczące, ale są w porządku — zauważył.
Melodyjna Łapa kiwnęła machinalnie łbem jako przytaknięcie i wstała, żeby się przeciągnąć. Przed rozprostowaniem się na dobre jednak syknęła i wróciła do siadu przez roztaczający się po całym ciele ból. Z niezadowoleniem machnęła ogonem wte i wewte.
— Głupia Rzeczny Nurt, wciąż wszystko mnie boli — wyżaliła się. — Wiesz, ja mam jej już po prostu dość. Jest do bólu nudna i leniwa, niczego nie potrafi nauczyć no i jeszcze teraz to, kazanie mi bawienia się w Klifiaków i z takimi marnymi skutkami. Bezsens.
— Chyba nie może być aż tak zła — stwierdził ostrożnie Orlikowy Szept.
— Oj, może. Narcyzowy Pył przynajmniej pewnie potrafił przekazać ci coś wartościowego. Wiesz, uważam, że Czapli Potok zrobił to specjalnie! Wiedział, jaka żałosna mentorka z niej będzie, a że od samego początku miał do mnie jakiś dziwny problem nie wiadomo o co i chciał robić na złość, to celowo właśnie mi ją dał — warknęła, coraz bardziej się na nakręcając.
— Czapli Potok pewnie nie chciał źle dla ciebie. — Pokręcił łbem i szybko postarał się o zmianę tematu. — Słońce ostatnio strasznie daje się we znaki, zwłaszcza dzisiaj jest upalnie.
Kotka strzepnęła ogonem, czując leciutką frustrację. Czy wojownik celowo zmienił temat rozmowy, bo był pupilkiem byłego lidera i go szanował czy coś? Melodyjnej Łapie do łebka oczywiście nie wpadło, że może po prostu nie podobał mu się ton, w jaki ta dyskusja zmierzała i nie chciał, żeby uczennica całkowicie wybuchła złością. Mimo to zmusiła się do zachowania spokoju i nie zaczepiła go już swoim zdaniem o kwalifikacje Rzecznego Nurtu.
— No, parzy paskudnie, dobrze, że teraz już się trochę schowało i nie jest aż tak parno — stwierdziła, kątem oka zerkając na wyjście z legowiska. Gdzie ten Słonik? Rozmowa z jego bratem zaczynała być trochę nużąca, chociaż nie była taka zła jak początkowo przewidywała. — Ale czasem to się nie da usiedzieć w tym gorącu. Ty też masz taką półdługą sierść jak ja, więc chyba rozumiesz. To prawdziwa paskuda podczas upałów, brrrrr.

<Orliku?>

Od Bociana CD. Szkarłatu

*przed wojną*

- Bo Czermień to moja zabawka, nie oddam go nikomu na pełną własność. Może i jest zły, ale to godny przeciwnik. Albo on na pewną część dnia, albo nic. Decyzja należy do ciebie - powiedział Szkarłat.
Bocian zmrużył oczy, czujnie lustrujące sylwetkę syna Muszelki. Kocur przeniósł się do pozycji siedzącej, która wydawała się wygodniejsza. Nad odpowiedzią długo nie musiał się zastanawiać, gdyż zdawała się być ona oczywista. A przynajmniej dla białego.
- Nie.
Wystarczyli mu braci, idealni słudzy, będący na każdy jego ruch łapą. Przez te kilka księżyców życia, zdążył ich już sobie ustawić, jak należało robić ze sługami. Więcej sługów co prawda, z chęcią by przyjął, jednak z doświadczenia już wiedział, że nie mogą być to pewne siebie koty. Dawno nauczył się, że Ostróżka i Konopia nie będą słuchały jego poleceń i teraz traktował je jak koleżanki, z którymi mógł się podroczyć. Z kolei Pędrakowi jeszcze pokaże, gdzie jego miejsce. Czermień nie nadawał się więc na sługę, bardziej na towarzysza. Wszystko i tak mogło się dopiero okazać z czasem.
- Marny z niego sługa. - mruknął syn Pszczółki, liżąc swoją białą łapę, dla zapewnienia swoich słów. Kontem oka tylko spoglądał na młodszego kocurka, doszukując się jakiejś reakcji na jego odmowę. Z wyrazu pyszczka nie mógł wiele odczytać. Zmrużone oczy Szkarłatu oraz ruch ogona, zapewniły go w przeczuciu, że może być jeszcze ciekawie.
- Jesteś pewien? Drugi raz nie powtórzę swojej oferty. - mruknął, z szyderczym uśmieszkiem.
Bocian zaprzestał pielęgnacji czystej łapy.
- Widzę, że bardzo chcesz się go pozbyć. - odparł. - Spadaj i nie marnuj więcej mojego czasu.
Wrócił do mycia swojego futra, zajmując się teraz bokiem. Przejechał po nim kilkukrotnie, zanim uznał, że może już dać sobie spokój. Przeciągnął się, rozprostowując przed siebie łapy. Wtedy kontem oka dojrzał, że Szkarłat wciąż czeka w tym samym miejscu, przyglądając mu się badawczo.
- Coś jeszcze? - fuknął biały, wracając do pozycji leżącej. Zamknął oczy. Nie zamierzał oczywiście spać, ale przynajmniej trochę odpocząć.

<Szkarłat?> 

Od Plusk (Pluskającej Łapy) CD Pigwowego Kła

Mała kotka poruszyła nieznacznie wąsami wpatrując się w smutną mordkę kocurka. Wcale nie była na niego zła. Bardziej martwiła się czy nic mu się nie stało. Codziennie myślała o nim, zastanawiając się czy wszystko u niego dobrze, czy nic mu nie grozi. Usłyszała, że został wojownikiem, więc jasnym było dla niej to, że nie ma już czasu na zabawę. Jest za duży. Tymczasem, prawda była inna. Plusk położyła uszy smutno wciskając się między przednie łapy Pigwowego Kła. Przytuliła się do niego mrucząc cichutko, chciała mu pokazać, że wcale nie jest na niego zła. Usłyszała jak serce wojownika zaczyna mocniej bić, może ze strachu? A może ze wzruszenia?
- Pigwuś...em, mogę ci tak mówić?- zapytała lekko speszona podnosząc główkę- nie przepraszaj mnie. Rozumiem. Przyjaciele czasem też mają swoje sprawy, nie jestem zła! 
Kocur spojrzał w dół a w jego zdrowym oku zatańczyła łza. Jego oddech powoli się uspokajał. Widać było, że nie przyzwyczajono wojownika do takiego traktowania: z szacunkiem i zrozumieniem. Nim zdążył się odezwać Plusk położyła łapkę na jego pysku zanosząc się cichym śmiechem. 
- A teraz masz czas się pobawić?- zapytała poruszając puszystym ogonem. Pigwowy Kieł kiwnął tylko głową dalej bacznie obserwując swoją przyjaciółkę. Mordka Plusk rozpromieniła się w chwilę. Kotka pacnęła towarzysza w bark, odskakując na odległość dwóch kocich ogonów. 
- Goń mnie, goń mnie!- krzyknęła drepcząc w miejscu. Zesztywniały wojownik dopiero po chwili podniósł się z ziemi niepewnie stawiając kolejne kroki. Zachęcony krótkimi słówkami Plusk i jej machającą kitą ruszył na nią mocno odbijając się od ziemi. Tak bawili się do końca dnia. 

***

Ceremonia przeszła bardzo spokojnie. Dopiero to co nadeszło po niej poruszyło małą Pluskającą Łapą. Wszystkie oczy były zwrócone na nią. Nową uczennicę liderki, która właśnie przeprowadziła atak na Klan Lisa. Na liderkę, która pokazała swoje prawdziwe oblicze. Niektóry spoglądali z dumą, inni ze współczuciem. Kotka czuła, że zaczyna brakować jej oddechu. Cała sprawa ją przytłaczała. Przycisnęła się więc do boku ojca, który właśnie im gratulował. Szakłakowy Cień przerwał na chwilę spoglądając na zestresowaną córkę. Polizał ją po uchu próbując dodać jej niego otuchy. 
- Będzie dobrze słonko- miauknął łagodnie. Plusk naprawdę chciała w to uwierzyć. Wtuliła się w miękkie futro ojca zamykając oczy. Mogłaby tak trwać i bez końca, otoczona troską i miłością, gdyby nie głośne chrząknięcie za jej plecami. Gdy odwróciła pysk ujrzała postać potężnej liderki przed sobą. 
- Chcę cię widzieć jutro o świcie przy moim legowisku, jasne?- miauknęła z poważnym wyrazem pyska. Pluskająca Łapa kiwnęła głową czując jak sierść na jej karku się jeży. Tą niekomfortową chwilę ciszy przerwał ostry śmiech Pstrągowej Gwiazdy. Jej wielka łapa wylądowała na łopatkach uczennicy, klepiąc je delikatnie. 
- Nie stresuj się, nie mam zamiaru cię zjeść. Szakłak wyrwałby mi futro gdybym ci coś zrobiła. 
Kremowy kocur kiwnął głową przysuwając córkę do siebie.
- Mam cię na oku.
Liderka ponownie się zaśmiała po czym odeszła w stronę swojego legowiska. Pluskająca Łapa odetchnęła z ulgą rzucając wdzięczne spojrzenie ojcu. Oboje wrócili do reszty rodziny celebrującej ten specjalny dzień. 
W legowisku terminatorów powitano ich bardzo wesoło. Starzy znajomi pokazali im gdzie mogą spać, odpowiadając na wszelkie frasujące młodych uczniów pytania. Plusk jedynie kiwała głową przyglądając się całej gromadzie kotów ściśnięty w kącie. Ewidentnie legowisko podzieliło się na dwie części, tę dla urodzonych w klanie i tę dla obcych. Było to przykre do oglądania. ,,Dlaczego Pstrągowa Gwiazda to zrobiła? Nie rozumiem..." pomyślała spuszczając głowę. Łososiowa Łapa już znalazł sobie miejsce, tuż obok Gruszkowej Łapy. Drugie posłanie zajął ogonem. Kiwnął głową w stronę swojej siostry, ale szylkretka jedynie pokręciła łebkiem. 
- Idę się jeszcze przejść. Jak Rzeczka przyjdzie wcześniej możesz jej oddać to miejsce. 
Łososiowa Łapa wzruszył barkami wracając do rozmowy z nowym kolegą. Pluskająca Łapa z gracją wyszła z przepełnionego po brzegi legowiska. Odetchnęła z ulgą skanując teren w poszukiwaniu swojego przyjaciela. Jednak nigdzie nie mogła dostrzec łaciatej mordki z jednym, błyskającym, bursztynowym okiem. Zamiast bezczynnie siedzieć, postanowiła wybrać się na poszukiwania. Mijając legowisko zwane ,,więzieniem" na jej skórę wstąpił dreszcz. Kątem oka zobaczyła niezadowolone i mizerne mordki kotów z Klanu Lisa. Było jej przykro, że tak musiało się to skończyć. Nie do końca były znane jej motywy jakimi się kierowała jej ciotka, ale musiały być słuszne. W końcu wiedziała co robi, prawda? Z dziwnym niepokojem w sercu wyszła z obozu rozglądając się na wszystkie strony. Na samym końcu wyspy zauważyła jasno-ciemną kropkę pochylającą się nad wodą. To musiał być on. Pluskająca Łapa uśmiechnęła się lekko puszczając się pędem w stronę przyjaciela. Czuła jak pod jej łapkami rozstępuje się zielona trawa, tworząc swego rodzaju korytarz. Po chwili znalazła się na skraju jeziora obok swojego przyjaciela. Jedno spojrzenie na kocura potwierdziło jej podejrzenia: był to Pigwowy Kieł. Jak niemal zawsze, siedział ze smętnie zwieszonym łebkiem wpatrując się w swoje odbicie. Pluskająca Łapa uderzyła kitą o taflę wody budząc wojownika. Pigwa lekko podskoczył czując jak przechodzi go dreszcz.
- Halo, nie śpimy!- zaśmiała się Plusk opierając się o bark kumpla- jestem już uczennicą, wiesz co to znaczy? Że będziemy mogli razem chodzić na patrole i polowaaania...czy to nie super?!


<<Pigwowy Kle? Przylepa przybyła>>

Od Ruty C.D Mokrej Gwiazdy

Kołysząc się w pysku starszego kocura, sama nie wiedziała, kiedy zasnęła. Wyczerpanie dało jej o sobie znać, gdyż nie myślała nawet o tym, jak bardzo nieszczęśnie musiała teraz wyglądać. Po prostu odpłynęła, dając niebieskiemu chwilę spokoju od swojego wiecznie klapiącego języka. Obudziła się zaś w miejscu suchym i o wiele cieplejszym, niż na dworze. Z początku widziała tylko dwie plamy, które zdawały się patrzeć w jej kierunku, zaraz jednak zaczęły one przybierać kocich kształtów. Moment. Co to za kotka? Poderwała się na równe łapy, wbijając pazury w ziemię i ukazując zęby. Wyglądała bardziej uroczo, niźli groźnie, jednak w jej mniemaniu miało jej to cokolwiek dać. Tak na wypadek, jednak miała wobec niej złe zamiary.
– Och, jaka waleczna – skomentowała jedynie tamta, patrząc na nią, jak na kociaka. Rucie wcale się to nie spodobało. Przecież właśnie pokazywała swoje niezadowolenie! Na jej dwunożnych to zawsze działało. Co ta pachnąca dziwnie istota sobie myślała?
– Co ze mną zrobicie? – zapytała. W głowie miała już przerażające wizje, jak chwytają ją i... I co? Na co mogłaby się im przydać. Może ją zjedzą? Och, no właśnie, posiłek! – Jestem głodna! I brudna, niech to! Dajcie mi coś do jedzenia – zażądała. Żółte oczy medyczki zmierzyły ją poważnie.
– Po kolei – mruknęła tylko, po czym podeszła do Ruty, która cofnęła się o kilka kroków. Szylkretka od razu zrozumiała przesłanie i usiadła na miejscu. – No już. Nie zrobię ci krzywdy. Chcę ci pomóc – zapewniła spokojnie.
– Nazywam się Zajęcza Stopa i jestem tutaj medykiem. Oznacza to, że zajmuje się rannymi. 
– Masz dziwne imię – stwierdziła Ruta, przechylając głowę. Zając przewróciła oczami.
– To niegrzeczne z twojej strony. Szczególnie, że nie znam twojego – zauważyła słusznie. Kremowa nie przejęła się wcale pierwszym zdaniem. Niegrzeczne? Przecież jej było wolno. Jej zawsze wszystko było wolno.
– Dwunożni nazwali mnie Rutą – oznajmiła dumnie. Zając pokiwała głową, słysząc to. Jako medyczka od razu skojarzyła to imię z ziołami, więc uznała je za całkiem przystępne, mimo iż zachowanie tej kotki jej zdaniem było beszczelne. Skąd Mokra Gwiazda ją wziął.
– Dwunożni, co? No, to musiałaś przebyć ładny kawał drogi. Ciekawe, że żaden patrol nie zgarnął cię po drodze – zastanowiła się na głos. Wstała, próbując ponownie zbliżyć się do kotki. Ta chyba uwierzyła w jej dobre zamiary, gdyż nie cofnęła się tym razem. Cóż, może też zwyczajnie wiedziała, że w ten sposób szybciej dostanie coś do zjedzenia.
– Łapy mnie bolą... – poskarżyła się tylko, na wzmiankę o przebytej drodze. 
– Nic dziwnego. A teraz pozwól, że cię obejrzę...
Zajęło to chwilę, nim medyczka zbadała przybyszkę. Wydawała się przemęczona, jednak nie doskwierało jej nic poza głodem. Z dalszej rozmowy z koteczką dwójka burzaków poznała jej wiek, oraz dowiedziała się, co robi w lesie. W końcu dostała także upragnione pożywienie, jednak ku jej zdziwieniu, nie była to żadna papka, jak te, do których przywykła.
– Co to? – zdziwiła się. – Przecież to królik. To chodzi, no ten, skacze, co nie? Ja mam to zjeść?
– Spokojnie, nie żyje. – Usłyszała od Mokrego, bo dowiedziała się, że tak właśnie nazywał się niebieski kocur. Mokra Gwiazda. Co za dziwne imię. Dziwniejsze od Zajęczej Stopy, no bo... Mokry? Że co, jak przestanie padać, to będzie Suchy? Ruta nic z tego nie rozumiała.
– N-nie żyje?! – pisnęła przerażona, kuląc uszy po sobie. Miała zjeść martwe zwierzę? Co to jest, jakiś żart? Śmieją się z niej, tak? No, pięknie! Przeszła taki kawał, jest zmęczona, brudna, głodna, a oni sobie z niej żartują. Cudownie!
– Nie wiesz nic o życiu w lesie, co mała? – rzekła cierpliwie szylkretka, patrząc na Rutę z politowaniem. Kotkę bardzo to zirytowało, przecież ona wiedziała bardzo dużo na bardzo wiele tematów!
– A wcale że wiem! W lesie się ten, no... Poluje, czy coś. To... Wy no, upolowaliście tego królika, tak? Tak się robi? – Przechyliła głowę, właściwie pokazując, że faktycznie nic nie wie. Zając westchnęła, po czym obróciła się z powrotem do swoich zajęć sprzed przyjścia dwójki kotów. A było to układanie pachnących ziół. Ruta obserwowała ją chwile, nie rozumiejąc, co ta dziwna kotka właściwie wyczynia. 
– Zjedz – zachęcił ją Mokry, pochylając się do pointki. – Musisz odzyskać siły. Pierwszy raz na pewno będzie trudny, ale to nic takiego. Tutaj wszyscy to robią. Patrz. – Kocur zniżył się do poziomu ziemi i ugryzł pozbawione życia zwierzę. Po chwili kawałek mięsa wędrował już do jego żołądka, a on spojrzał na tę zagubioną, przestraszoną mordkę, na której wciąż próbowała malować się jakaś duma i odwaga, byleby nie pokazać, jak bardzo jest w tym wszystkim zagubiona. 
Ruta spojrzała w jego niebieskie oczy i postanowiła, że i tak nie ma nic do stracenia. W końcu skoro on spróbował, to nie było dla niej niebezpieczne. Wbiła zęby w plecy zwierzęcia i pociągnęła, odrywając kawałek mięsa. Gryzła go powoli i nieufnie, czując słony smak, aż w końcu połknęła. Nie były to smakołyki, jakie serwowano jej w gnieździe, ale tutaj chyba nie mogła liczyć na nic lepszego.
– I jak? – zapytał spokojnie lider.
– Słone... – poskarżyła się. 
– Jedzenie to jedzenie – wtrąciła Zajęcza Stopa. – Nasi wojownicy pracowali ciężko, aby je upolować. Nie wypada wybrzydzać. 
Ruta nie zważała zwykle na to, co jej wypada, więc przewróciła oczami. Mimo wszystko pochyliła się i wzięła kolejny gryz. I jeszcze jeden. I następny, aż w końcu poczuła się syta, nie zjadając całości posiłku. Był dla niej zdecydowanie za duży. Po nasyceniu jej ciało wypełniła jednak ulga, a ona wyluzowała się trochę. Powoli wracała do niej energia. 
– To... Gdzie ja właściwie jestem? – zapytała, przystępując do czyszczenia swojego futra. Nie przyszło jej do głowy, aby podziękować, co nie umknęło medyczce. Ta tworzyła już w głowie jej profil psychologiczny, obserwując z zaciekawieniem zachowanie młodej pointki. Pieszczochy. Cóż za ciekawe stworzenia.


<Mokry? uwu>