BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 września 2019

Od Pszczółki CD. Czaplego Potoku

Kremowa biała przyszła nazrywać jagód jałowca, które pokazał jej pewien wojownik Klanu Burzy, cóż był ładny, a można, by rzec, że i bardzo ładny, młodej medyczce przypadł do gustu, gdzieś tliła się w niej iskierka nadziei na to, by jeszcze kiedykolwiek go zobaczyła, ostatnim wyjściem było przyjście na Północne Zbocze, może tam by go znalazła? Trzymając w pysku zioła, które wcześniej nazbierała skierowała się w znajomą stronę. Szła i szła, ale w końcu znalazła się na Północnym Zboczu, wtem do jej uszu dotarł głos, po którym serce lekko jej przyśpieszyło, Czapli Potok! Zdecydowanie bardziej radosnym krokiem poszła za źródłem zapachu.
— Hej! — zawołał wesoło znajomy głos, szybko skierowała się w jego stronę uśmiechając się prawie niewidocznie, przecież nie mogła pokazać, że się cieszy, prawda?
— Witaj Czapli Potoku — przywitała się kocica zajmując miejsce obok wojownika, może został już kimś innym? Zastępcą? Może dostał kogoś do szkolenia? — Stało się coś ciekawego w Twoim życiu? — zapytała czekoladowo-białego walcząc z wpełzającym na pysk uśmiechem. Pszczółka zaczęła rozmyślać co stało się w jej życiu czekając na odpowiedź co robił kocur. Jedyną rzeczą, która przyszła jej do głowy była miłość i to nie byle jaka, bowiem od dłuższego czasu podrywał ją pewien biały terminator, dodatkowo on, także się jej spodobał, bardzo szczątkowo, ale zawsze coś. Pszczółka wręcz nie mogła w to uwierzyć, pomimo tego, że był młodszy i trochę... dziwny. Pszczółka już dawno się z tym pogodziła, przecież wyboru nie miała, prawda? Nie chce być stara i bez partnera, a co najgorsze bez kociąt. Ostatniego czasu pokochała kocięta, były takie zabawne i słodkie!

< Czapli Potoku? Przepraszam za długość i jakość tego odpisu >

Od Berberysowej Łapy CD. Dzika

Calico właśnie wracała na obolałych łapach z wyczerpującego treningu z Lisią Gwiazdą. Trudno opisać ogrom ulgi, którą odczuła, widząc jak rudzielec wchodzi do swego legowiska. Miała wreszcie czas wolny! Zadowolona nie mogła oprzeć się pokusie i zerknęła kątem oka na stos zwierzyny, który wyglądał całkiem obiecująco. Wygłodzony organizm kotki dał jej wyraźnie do zrozumienia, że najwyższa pora na posiłek, więc szylkretka zdecydowała się nie dyskutować z owym stwierdzeniem. Jednak gdy już miała ruszyć w stronę sterty, do uszu pstrokatej dobiegło wesołe miauknięcie.
— He-heej! — krzyknęła Dzik, pozbywając się białego puchu z pyszczka. Córa Rosomaka posłała koteczce ciepły, serdeczny uśmiech; brakowało jej towarzystwa innego kota, a siostrę Skały darzyła naprawdę wielką sympatią. Żółtooka podeszła w stronę dymnej i pacnęła ją delikatnie ogonkiem po główce, mrucząc przy tym z rozbawieniem.
— Hej, Dzik — przywitała się radośnie z potomkinią Zawilec — Cieszę się, że cię widzę.
— J-ja też, Berberys — odpowiedziała mniejsza z nich, lecz zauważając dumne spojrzenie siostry Lamparta, dodała ze śmiechem — O-och, przepraszam, Berberysowa Łapo.
— Nic nie szkodzi. Sama jeszcze nie zdążyłam się do końca przyzwyczaić do nowego imienia — wyznała złotooka, lustrując  uważnie drobniutkie ciałko koleżanki; musiała przyznać, że dymna wyrosła na szczupłą, zgrabną kotkę, która na pewno w przyszłości podbije serca wielu kocurów. W przeciwieństwie do niej, Berberys przypominała bardziej worek kości okryty warstwą skóry niż zdrowego kociaka. Nie podobała się samej sobie i szczerze powiedziawszy, nie sądziła, że ktokolwiek mógłby kiedyś stwierdzić, że jest atrakcyjna. Przez ten właśnie fakt odczuła w sercu nieprzyjemne ukłucie zazdrości, lecz stłumiła głos narastający z tyłu głowy, a następnie zaproponowała wspólny posiłek córce Deszczowego Futra. Gawędząc o wszystkim i o niczym podeszły do stosu zwierzyny; terminatorka skusiła się na nornicę, natomiast Dzik pochwyciła w ząbki niewielkiego wróbelka. Przysiadły niedaleko wejścia do obozu, z zadowoleniem przegryzając soczyste mięso oraz prowadząc przyjemną rozmowę. Wiele kotów wracających z patroli czy też treningów przechodziło obok nich i za każdym razem niebieskooka cicho wzdychała, co strasznie dekoncentrowało wnuczkę Błękitnej Łapy. W końcu, gdy minęła ich szczupła sylwetka Rozmarynowego Futra, niebiesko-ruda zapytała.
— Hej, co się stało?
— C-co? — nieco zaskoczona dymna odwróciła głowę w jej stronę.
— Pytałam, czy coś się stało — powtórzyła złotooka, wlepiając w koleżankę zmartwione ślipia.
— N-nie, to nic t-takiego... — odparła Dzik, jednak czując na sobie zdeterminowane spojrzenie uczennicy, postanowiła dodać — Po p-prostu tęsknię za mamą i tatą. T-tak bardzo chciałabym ich znowu z-zobaczyć — wyznała z wyczuwalną nutą żalu w głosie, a następnie spuściła głowę. Berberysowa Łapa nie mogła pozwolić na to, by jej przyjaciółka pozostała w takim stanie. Przełykając głośno ślinę podsunęła propozycję, której ogromu konsekwencji nie była świadoma w tak młodym wieku.
— A gdybym tak p-pomogła ci uciec? Mogłybyśmy wymknąć się nocą z o-obozu, tylko potrzebowałybyśmy pomocy jakiegoś wojownika... Na przykład Wschodzącej Fali. Ona pewno by się zgodziła...— wydukała zestresowana, nie mając pojęcia jak zareaguje siedząca obok niej koteczka.

<Dzik?>

Od Berberysowej Łapy CD. Żywicznej Łapy

*akcja toczy się przed treningiem*
Przestraszona kotka skuliła się, gdy zagórowała nad nią sylwetka rudzielca. Ona przecież nie chciała zrobić niczego źle, to nie jej wina! To była dopiero druga lekcja, którą odbywała z pręgowanym, a już miała ochotę rozpłakać się z bezsilności. Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby to zrobiła, oberwałaby za bycie ciamajdą i beksą, a to nie było jej potrzebne do pełni szczęścia.
— Zawiodłaś mnie, Berberysowa Łapo — syknął lider, okrążając pstrokatą koteczkę. Aura gniewu emanowała od niego na kilka długości ogona, gdy spoglądał na terminatorkę z odrazą.
— P-przepraszam — zaczęła drżącym głosem, lecz brązowooki przerwal jej donośnym krzykiem.
— Co mi po twoim przepraszam?! Czy przez to głupie słowo nauczysz się poprawnie polować?! — wrzeszczał kocur, machając płomienną kita na wszystkie strony. Po krótkiej chwili ciszy zmierzył ją gardzącym wzrokiem i warknął agresywnie.
— Koniec treningu na dziś — uciął szybko, a następnie bez ani jednego słowa ruszył w kierunku obozu. Córa Rosomaka przez pewien moment nie potrafiła odnaleźć w sobie sił na poruszenie się, lecz pozbywszy się resztek strachu, podreptała niepewnym krokiem przed siebie. Nie miała ochoty wracać do klanu; obawiała się kolejnej konfrontacji z przywódcą chociaż wiedziała, że i tak będzie do tego zmuszona, gdyż rdzawy jest jej mentorem. Kroczyła powolnymi krokami do przodu, sama nie mając pojęcie gdzie dokładnie zmierza, gdy nieopodal niej ktoś poruszył się w krzakach. Zainteresowana zerknęła w tamtym kierunku i przyjęła chwiejną pozycję do polowania, za którą dostała od Lisa porządny ochrzan. Nie zraziła sie jednak złym wspomnieniem treningu; stawiała ostrożnie łapki, skradając się do swego upragnionego celu. Kiedy znalazła się odpowiednio blisko by wykonać skok, odepchnęła się mocno tylnymi łapami od podłoża i wskoczyła ofierze na grzbiet. Jakie było jej zdumienie, gdy zamiast jakiejś soczystej myszki, przyciskała do ziemi liliową kupę futra! Niedowierzając wypluła pozostałości kłaków, po czym pomogła ich właścicielowi wstać. Spojrzała ze zmieszaniem na wychowanka Zimorodkowej Pieśni, liżąc się szorstkim języczkiem po jasnej piersi.
— Wybacz — odparła — Byłam przekonana, że jesteś piszczką czy coś.
— U-uh...— wydukał Żywica, patrząc w szoku na kotkę. Jego ogonek lekko drżał, co calico uznała za bardzo urocze i z chęcią zostałaby dłużej z synem Zlepka, gdyby nie siostra Sroczego Żaru, która wkroczyła między dwójkę uczniów.
— Żywiczna Łapo? Co się...— zaczęła pointka, próbując poukładać sobie w głowie zaistniałą sytuację. Wtedy jej wzrok spoczął na zgrabnym ciałku pstrokatej, a kocica zmarszczyła z rezygnacją brwi. — Berberysowa Łapo? Nic nie rozumiem — westchnęła wojowniczka, lecz chwilę potem zagarnęła liliowego do siebie ogonem, rzucając szylkretce na odchodne.
— Wracaj do Lisiej Gwiazdy i nie spaceruj sama po lesie, bo się zgubisz.
— A-ale... — Córka Gronostajowego Kroku chciała wyjaśnić swoją sytuację, lecz w porę ugryzła się w język. Co niby mogłaby powiedzieć? Odwróciła się w przeciwną stronę i z ciężkim westchnieniem strzepnęła kolorową kitą.

~*~
— A t-ty? — zapytał Żywiczna Łapa, wlepiając w nie pełne nadziei ślipia. Berberys zaciekawiła propozycja terminatorów; nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tego typu zabawą, jednak jej nieśmiałość zagłuszyła chęć do wspólnej gry.
— J-ja? Nie jeste...—zanim calico zdążyła uprzejmie odmówić udziału w zabawie, arlekinka pacnęła ją łapą po głowie i ukazała swe bielutkie ząbki w szerokim uśmiechu.
— Nie bądź taka sztywna! Będzie fajnie! — nalegała Jarzębinka, podskakując wesoło dookoła córki Rosomaka. Żółtooka spojrzała na nią z niedowierzaniem malującym sie na pyszczku. Przecież ona nie jest sztywna! Jeszcze pokaże im, jak bardzo beztroską kotką jest!
— W takim razie zaczynajmy — rzuciła podekscytowana uczennica Lisiej Gwiazdy, a następnie podbiegła w stronę Miodka i Orzecha.
Przez następne chwile trudno było ogarnąć, co właściwie działo się w obozie. Szyszki fruwały w każdą stronę, pełne radości wrzaski przeszywały panującą ciszę a uczniowie czuli się jakby powrócili do cudownych, kocięcych księżyców, gdy nie mieli na głowie żadnych zmartwień. Berberysowa Łapa w pewnym momencie odskoczyła na bok, zmęczona tym całym zamieszaniem. Uśmiechnęła się sama do siebie i zerknęła w stronę szalejących terminatorów; jej wzrok zawiesił się dłuższą chwilę na niewielkiej liliowej sylwetce i w tym momencie serce kotki wykonało kilka szybkich podskoków, co skutkowała natychmiastowym gorącem odczuwalnym na całym ciele. Lekko speszona reakcją organizmu odwróciła wzrok oraz zaczerpnęła kilka porządnych łyków świeżego powietrza. Następnie powróciła do zabawy zanosząc się swym najszczerszym śmiechem, którego od jakiegoś czasu tak bardzo jej w życiu brakowało.

~*~

Złotooka wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w równiutkie sterty liści i innych ziół znajdujących się w legowisku medyków. W obozie panowała ponura, smętna atmosfera, gdyż Różany Kwiat, Złamany Grzbiet oraz Lśniące Słońce opuścili ich by wędrować razem z Klanem Gwiazdy. W dodatku calico nie mogła strawić faktu, iż musi wypoczywać ze względu na obrażenie, których nabawiła się podczas sprzeczki na zgromadzeniu; do tej pory niektórzy klanowicze rzucali jej spojrzenia spode łba, co napawało ją ogromnym wstydem. Jednak tym, co martwiło ją najbardziej, była konfrontacja z liderem. Chociaż minęło już kilka wschodów słońca od pamiętnego wieczoru, to rudzielec w dalszym ciągu nawet nie odezwał się do swojej uczennicy. A co jeśli wygna ją z klanu za to, co zrobiła? Co ona wtedy pocznie? W tamtym momencie ogarnęła ją rozpacz tak ogromna i ciężka, że nie zdawała sobie sprawy ze słonych kropel skapujących na ziemię w nierównym rytmie. Skuliła się na posłaniu z mchu i paproci, a jej drobnym ciałkiem wstrząsnął potężny dreszcz. Szlochała cichutko mając nadzieję, że nikt nie zobaczy w jakim tragicznym stanie się znalazła; inaczej mogliby uznać ją za słabeusza i nieudacznika, który wszystko psuje. Niespodziewanie dotarło do niej zszokowane, ciche ,,hej", na co podniosła nieznacznie łaciaty łebek. Uraczyła liliowego kocurka zdezorientowanym spojrzeniem załzawionych oczu i załkała jeszcze głośniej, kierowana nieznaną wcześniej siłą.

<Żywiczna Łapo? Wybacz, że tak długo :c>

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!


LŚNIĄCE SŁOŃCE
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Choroba, wycieńczenie organizmu

Odszedł do Klanu Gwiazdy

Od Lśniącego Słońca

Stało się, wielki Lśniące Słońce, postrach kociąt, wredny gbur i maruda, wylądował u starszyzny. Nie był z tego ani trochę zadowolony. Fakt, jego tylne łapy nie były tak sprawne jak kiedyś, bowiem liliowy kocur wlekł je za sobą, jednakże to nie oznaczało, że do niczego się nie nadaje! Nie wiedział jak bardzo pokiełbaszone we łbie miał Lisia Gwiazda, że sprzedał mu kopniaka wprost do tego nudnego jak flaki z olejem miejsca, jednakże pręgowany ani myślał rezygnować z odwiedzania swojego dawnego miejsca pracy. Trochę męczył tym Zlepka i Sokolika, którzy za każdym razem, już od samego progu zamiast "Hej" czy innego powitania zgarniali opieprz życia, że ino tu nasrać na środku, taki mają chlew, co było dość komiczne, bowiem syn Poplamionego Piórka stracił wzrok już dawno, to jednak nie przeszkadzało mu w opieprzaniu medyków. Oczywiście młodsze kocury przewracały tylko ślepiami czekając, aż Lśniący poukłada wszystko na swój sposób i ciągnąc za sobą tylne łapy, oraz oddychając ciężko wyjdzie spędzać czas z Żywiczną Łapą oraz Jarzębinkową Łapą, do których czasem przyłączał się Bluszczowy Poranek. Uwielbiał spędzać czas z tymi małymi pokurczami, przecież to jego ulubieni siostrzeńcy!
Co jakiś czas przypominała mu się jego ukochana siostrzyczka Cicha Łapa, zastanawiał się, czy gdyby żyła, to miałaby dzieci? Pewnie wyrosłaby na cudowną wojowniczkę... Serce bolało go za każdym razem, gdy przychodził na grób uczennicy, do którego znał już drogę na pamięć. Czasami prosił Słoneczny Blask by ten poszedł z nim na grób Różanego Kwiatu, która zginęła podczas ataku borsuka na obóz nie tak dawno temu. Robił to jednak niechętnie, rana nadal była świeża i bolała go każda myśl o szylkretowej byłej medyczce...
- Wujku! Znowu nas nie słuchasz! - miauknęła oburzona Jarzębinka, uderzając ogonem o ziemię, strosząc przy tym niezadowolona futerko. Liliowy potrząsnął łbem, a jego półdługie futro na polikach zafalowało.
- Wybacz kochanie, wujek jest zmęczony... - odparł ciężko, kaszląc zaraz przeraźliwie. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że jakieś cholerstwo zjada go od środka, odbierając powoli siły i chęci do robienia czegokolwiek. Postanowił jednak aż tak tego nie pokazywać, nie chciał martwić swojej rodziny, która i tak była już zaaferowana jego stanem.
- Żywico, może pochwalisz się swoimi skarbami? - zagaił, chcąc jakoś załagodzić sytuację i ogarnąć jakoś niezadowoloną Jarzębinkę. Przecież ich słuchał! Jak mógł ignorować sowich ukochanych siostrzeńców! No jak? Bo co z tego, że jego myśli czasem wynosiły go gdzieś daleko, że aż tracił kontakt ze światem zewnętrznym.
- O-oczywiście - kocurek skinął głową, po czym wstał i czym prędzej ruszył po swoje najcenniejsze znaleziska. Lśniące Słońce cały czas miał przy sobie kamyk, który dostał od ucznia, gdy ten zaczął powoli odkrywać obóz. Co prawda nawet nie wiedział jak on wygląda, jednakże zapewniał syna Sroczego Żaru, że to najcudowniejsza i najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek trzymał w łapach.
- Pomożesz bratu? - zwrócił się do koteczki, która właśnie grzebała coś w ziemi - Spotkamy się w legowisku starszyzny i wtedy opowiesz mi o tej niesamowitej przygodzie, jaka cię niedawno spotkała. Dobrze kochanie? - liznął ją po główce, a gdy ta przytaknęła ochoczo i odbiegła, były medyk doczłapał do swojego legowiska, które znajdowało się kawałek dalej od posłania Plamki i Blasku, którzy to właśnie drzemali razem. Słysząc zrównane ciche chrapanie i wiedząc, do kogo ów odgłosy należą, uśmiechnął się delikatnie, na wspomnienie dnia, kiedy pomagał swojemu przybranemu ojcu wyznać miłość jego matce. Miał dobre życie, mimo utraty niektórych bliskich nie mógł narzekać na to, jak ono wyglądało...
Resztę dnia spędził z dziećmi swojej siostry, a gdy te musiały już iść spać, by mieć siłę na jutrzejszy trening, ten złożył nietypową prośbę Księżycowemu Pyłowi. Oba kocury udały się do dawnego legowiska Lśniącego, które znajdowało się w siedzibie medyków, po czym ułożyli się wygodnie, przed snem wymieniając się czułymi liźnięciami. W końcu zasnęli wtuleni w siebie, otoczeni zapachem ziół.
Pręgowany kocur obudził się nagle, czując silne pacnięcie w ramię. Zamrugał ślepiami i... zobaczył Cichą Łapę! Zobaczył... Odruchowo cofnął się o krok, myśląc, że to kolejny z jego koszmarów... Z zaskoczeniem stwierdził, że są one sprawne. Oddychał szybko, niespokojnie, gdy młoda kotka cała roześmiana pacnęła go łapą, odskakując kawałek.
- No dalej głupku! Tak witasz swoją siostrę? Dawnoś się nie widzieliśmy co, Lśniący? - miauknęła, podbiegając zaraz do kocura i wtulając się w jego futro - Tęskniłam, braciszku - szepnęła, wtulając się jeszcze bardziej.-
- Czyli, że... - zaczął niepewnie, odsuwając się o krok - ja nie żyję...? - dodał zbolałym głosem, czując jak łzy zbierają się w jego oczach. Cieszył się jak nigdy, że znowu widzi swoją ukochaną siostrzyczkę ale...
- Nie martw się, poradzą sobie - Cisza liznęła go w policzek, końcówką ogona zachęcając by ruszył za nią. Lśniące Słońce spojrzał an wyrwę w chmurach, obserwując jak jego mama, tata, Sroczka z jej dziećmi, Żurawinek, Zimorodek, Zlepek, Kopciuszek wraz z Księżycem i Sokolikiem zbierają się przy jego ciele. Otarł łzy łapą, uśmiechając się smutno - Trzymajcie się wszyscy, będę czekać. Kocham was... - i odszedł wraz z siostrą do klanu gwiazdy, gdzie na nowo spotkał tych, których tak bardzo kochał ale stracił.

< Sroczko, Żywico, Jarzębinko, Zimorodku, Księżycu? Jak chcecie to możecie dokończyć >

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy


RÓŻANY KWIAT
Powód odejścia: Decyzja sejmu
Przyczyna śmierci: Atak borsuka na obóz



ZŁAMANY GRZBIET
Powód odejścia: Decyzja sejmu
Przyczyna śmierci: Atak borsuka na obóz

Odeszli do Klanu Gwiazdy

26 września 2019

Od Żywicznej Łapy CD Barwinkowej Łapy

Dumny z siebie zakopał niezbyt dużego gołębia w śniegu i ruszył przed siebie. Jeśli uda mu się upolować chociaż jeszcze z dwie myszy, ciocia na pewno doceni jego starania, a może i nawet mama? Uśmiechnął się na tą myśl i zaczął węszyć za kolejną zdobyczą. Okrążył sosnę, obok której zakopał ptaka i już miał ruszać dalej, gdyby nie nagły widok czarnej postać tykającej jego wspaniały łup.
A co jeśli ów kot chciał mu ją ukraść? Przecież nie mógł na to pozwolić, tyle się napracował przy tym gołębiu!
— Hej! To moja zdobycz! — krzyknął oburzonym głosem, starając się brzmieć jak najmniej dziecinnie.
Czarna kupa futra odwróciła się w jego stronę powoli. Widząc znajomy pysk, Żywica przełknął nerwowo ślinę, mając nadzieję, że starszy kocurek nie zdenerwuje się jego słowami. Z tego co się orientował stojący przed nim kociak trenował u samego zastępcy! Czyli na pewno umiał mnóstwo niebezpiecznych ataków! Liliowy spojrzał z niepokojem na grubą sylwetkę kocurka i przerażony położył ogon. 
To masywne ciałko bez problemu by go wgniotło w ziemię.
— Z-znaczy się t-to m-mój gołąb p-proszę zosta-aw go — wymamrotał cicho, powoli spuszczając łeb na znak braku złych intencji.
Pewnie i by położył się przed uczniem zastępcy plackiem, gdyby nie błysk zaciekawienia w oczach niebieskiego, który zmylił Żywicę.
— A czemu miałbym ci go w ogóle zabierać? — spytał lekko zdziwiony starszy kocurek, lecz nie wydawał się być zły. — Wyglądam ci na złodzieja piszczek? — dodał po chwili, wbijając wzrok uważnie w liliowego.
Speszony swoimi podejrzeniami kociak położył uszy. 
Faktycznie nie powinien oskarżać tak bezpodstawnie czarnego o próbę kradzieży. 
Poczuł się zażenowany swoim zachowaniem. Odwrócił spojrzenie od rozmówcy, mając nadzieję, że ten go nie skrzyczy lub nie poskarży cioci o jego niekulturalnym  zachowaniu. 
— N-nie — odparł nieco nieśmiało. — P-przepraszam c-cię b-bardzo... — wyjąkał lekko łamiącym się głosem.
Wzrok czarnego się złagodził, a na pysku pojawił się delikatny uśmiech. 
Uf, czyli zostało mu chyba przebaczone, nie zostanie dziś zgnieciony. 
— No dobra, przebaczam, Barwinkowa Łapa jestem, a ty? — spytał starszy, jednak nie dopuścił młodszego do głosu. — A gdzie jest twój mentor? Bo wiesz mój gdzieś kompletnie zniknął i nie mam co ze sobą zrobić, a może twój by wiedział, gdzie jest mój, wiesz o co mi chodzi? —  zapytał, widząc lekkie zagubienie na pysku młodszego. 
Żywiczna Łapa usiadł i podrapał się po łebku, próbując sobie poukładać to wszystko. Jak to zastępca gdzieś zniknął? Tak się da? A co jeśli Zimordkowa Pieśń też gdzieś zaginęła, a on nawet nie jest tego świadomy? Spojrzał z niepokojem na Barwinka. 
— T-tylko o-on? — dopytał, martwiąc się nieco o ciocię. — N-nazywam się Ży-żywiczna Łapa-a — prawie zapomniał o przedstawieniu się. 
Czarny wzruszył ramionami, wstając ze śniegu. Do jego przemoczonego futra przyczepiły się drobinki śniegu, lecz Barwinkowa Łapa sprawnym ruchem grubej łapki zdjął je z siebie. Sprawiał wrażenie jakby panujące zimno nic mu nie robiło, co szczerze zafascynowało kociaka.
— Nie wiem, możliwe, że ktoś jeszcze — stwierdził, spoglądając w niebo. — Ale raczej wątpię — dodał po namyśle.
Żywiczna Łapa odetchnął z ulgą, słysząc ostatnie słowa kocurka. 
— J-jak chcesz t-to możesz z-ze mną popolować — zaproponował niepewnie, spoglądając w niebieskie ślipia czarnego.
Chciał mu jeszcze jakoś wynagrodzić te oskarżenia i też trochę poznać współlokatora. W końcu podobno jego mama i rodzice Barwinka razem spędzali czas jako uczniowie bawiąc się i psocąc.
Czyż nie byłoby fajnie pójść ich śladami? 

<Barwinkowa Łapo? Mam nadzieję, że nie zniszczyło mi się charakteru>



Od Miedzianej Iskry CD Zmierzchowej Łapy

O nie, nie, nie, nie! Nie tak to miało być! Przecież oczywistym było, że Miedziana nie chciała doprowadzać swojego ucznia do płaczu już na drugim treningu! Nie, w ogóle nie chciała! Czy to znaczy, że jest kiepską mentorką? Spojrzała zatroskana na Zmierzchową Łapę.
- N-nic się nie stało, wiesz? Nie powinnam tego od ciebie wymagać już drugiego dnia treningu... Ale mogę cię zapewnić, że jeszcze trochę i będziesz miał mapę całych terenów w małym palcu u jednej łapy! - uśmiechnęła się i na pocieszenie przejechała językiem za uchem młodego.
Kocurek pokiwał głową i jakby delikatnie się rozpromienił po słowach kotki, bo spodziewał się czegoś zupełnie innego.
- Chodźmy już na trening - miauknęła Miedź i ruszyła w stronę przeciwną, na Białe Pnie.

***

Miedziana Iskra odrzuciła od siebie napastnika na bezpieczną odległość, jednak ten szybko wstał i rzucił się na nią ponownie. Zamachnął łapą w stronę kotki, która nie zdążyła zrobić uniku i oberwała w pyszczek. Wykorzystując jej chwilową dezorientację zaatakował jeszcze raz, tym razem atakując bok kocicy. I gdyby nie to, że to tylko trening, zapewne w powietrzu latałyby liczne kępki futra, a podłoże byłoby obficie splamione krwią. Teraz jednak, Miedź była przytrzymywana przy ziemi przez swojego ucznia, Zmierzchową Łapę.
- Nie żyjesz - szepnął jej do ucha zadowolony z siebie, gdyż do niedawna rzadko mu się to udawało.
- Świetnie! - zamruczała również zadowolona Miedź.
Zmierzch odsunął się od swojej mentorki, pozwalając jej wstać. Niebieskooka podniosła się z ziemi, i stojąc tuż przed swoim uczniem dopiero zauważyła jak on wyrósł. Przecież jeszcze niedawno był taki drobny! A teraz? Teraz to kocur, dorównujący jej wzrostowi (jednak jeszcze nie wyższy, Miedź to wysoka kocica).
Nie dając mu ani chwili wytchnienia, znowu przybrała pozycję bojową.
- No, jeszcze raz!



<Zmierzchu?>

Od Sokoła

Promienie słońce leniwie tańczyły na futrze pstrokatego, dymnego-srebrnego kocura. Sokół otworzył oszczędnie tylko jedno oko. Przeciągnął się, pozwalając, aby coś przyjemnie chrupnęło mu w kościach. Ziewnął, ukazując rzędy białych zębów. Przez uderzenie serca nie przypominał sobie kim był, gdzie jest ani co się stało. Po krótkiej chwili dotarło do niego, że ma na imię Sokół, znajduje się w sercu bagien i jest bardzo głodny.
Nieśpiesznie zrobił pierwszy krok do przodu i coś do niego dotarło. Nikogo nie nadepnął. To znaczy, nie żeby jakoś uwielbiał deptać po innych kotach. Ale zwykle w legowisku był taki tłok, że ciężko było oddychać, a co dopiero zrobił kilka kroków i nie natrafić na przeszkodę w postaci cudzego ogona. Potarł łapami i wytężył słuch. Nic. Tylko ta przejmująca cisza. Słyszał tylko cichy śpiew ptaków…
Lekko zdenerwowany, wyszedł z legowiska. Teraz już nawoływał. Skierował swój krok w stronę legowiska medyczek, gdzie powitały go dwukolorowe oczy Nowiu. Spojrzała na niego wyczekująco, jakby miała coś dużo lepszego do roboty niż rozmowa z niedoświadczonym wojownikiem i chciała, żeby się streszczał.
― Witaj, droga Nowiu ― powiedział, bezczelnie ziewając i nie zważając na zniecierpliwiony wzrok medyczki ― Czy mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego w obozie jest tylko kilka kotów?
              ― Kilka kotów ― zmarszczyła nos, zapewne podziwiając głupotę Sokoła ― Wyszli na patrol.
              ― A, na patrol… To obudź mnie, jak już… ― nagle każdy włosek na skórze stanął mu dęba ― Czekaj, na patrol?!
I już go nie było. Nów z zaskoczeniem obserwowała, jak mknie po polanie, aż się za nim kurzy. Gdy zniknął za pniem drzewa, medyczka pokręciła głową i zniknęła w legowisku, żeby dokończyć czynności, które jej tak bezczelnie przerwano.

Z prędkością pikującego jastrzębia Sokół wyskoczył z obozu i rozejrzał się z przerażeniem. Na horyzoncie dostrzegł cztery sylwetki kotów. W głowie wciąż wirowały mu myśli i pytania. Dlaczego nikt go nie zbudził? Co oni musieli sobie myśleć? I najważniejsze: czy za trzecie z kolei przegapienie patrolu groziły poważne konsekwencje?
Wpadł pomiędzy zaskoczonych pobratymców. Na ich pyskach kolejno malowały się zaskoczenie, zakłopotanie i irytacja. Sokół z zakłopotaniem zagłębił pazury w ziemi i otworzył pysk, żeby jakoś zręcznie wytłumaczyć swoje gapiostwo. Oj, przynajmniej pojawiłem się na tym patrolu, pocieszył się w myślach.

<Ktoś chce się spotkać ze spóźnialskim na patrolu? ;)>

25 września 2019

Od Ciszy


Coś się kończy, a coś zaczyna, nic nie trwa wiecznie, ale kiedyś zawsze musi się zacząć. Bez początku nie istniałoby nic ani świat, ani koty, ani klany, dosłownie nic. Czy to sprawiedliwe, że coś, co jest stare, zastępuje się zawsze nowym? Odpowiedzcie sobie sami, a tymczasem taki właśnie początek niedawno stał się dla kotki o wdzięcznym imieniu Cisza. Jej małe oczka nie ujrzały jeszcze nigdy światła dziennego, jej uszka jeszcze nie usłyszały krzyku, który przepełnia strachem i nienawiścią ciała kotów, z których się wydobywa, jej pazurki jeszcze nie zadrapały innego kota ani ząbki nie wtopiły się i nie rozerwały skóry, a język nigdy nie poznał smaku krwi. Była taka nieskazitelna, czysta i wydawałoby się, że przez pewien czas tak zostanie, jednak los różnie planuje nasze ścieżki. Bywa tak, że często chcemy coś innego, a dostajemy coś na pozór jego przeciwieństwa. Los nie zawsze bywa trafny, okej prawie nigdy...
Cisza leżała i posilała się mlekiem, nic nie zakłócało jej spokoju, była szczęśliwa. Oddychała równomiernie, a ciepła ciecz powoli przemieszczała się do jej brzuszka. Nagle coś postanowiło zakłócić jej ten spokój w sposób niemal haniebny, a mianowicie weszło na nią i zaczęło rozpychać się niczym największe ciepło jakie kiedykolwiek czuła oprócz ciepełka mamusi. Była oburzona, ale nie chciała ani nie mogła nic zrobić. Jak to ciepło chce jej miejsce, to niech sobie weźmie, byleby tylko nic jej nie zrobiło. Odsunęła się nieco, ale mimo wszystko dostała po nosku od tego ciepła, kto wie niechcący, czy nie, ale jednak dostała, co poskutkowało jej cichym piskiem.

<Ktoś coś? Siostry, braciaki? Mamo, tato? >