BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truskawkowe Pole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truskawkowe Pole. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2026

Od Truskawkowego Pola

No i w co ona się tak w ogóle wpakowała…
Nigdy nie chciała ani władzy, ani kociąt, ani nawet tego wszystkiego, co wiązało się z byciem partnerką najważniejszego kota w Klanie Klifu. Szkoda tylko, że doszła do tego wniosku już po tym, jak została zastępczynią, po tym, jak dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie mogła nawet otwarcie, przed samą sobą, nienawidzić swoich synów, nie mogła syczeć na Lśniącą Gwiazdę, czy być zazdrosna o koty, które akurat zastępowały ją w jej obowiązkach. Jedyne, co mogła zrobić, to nienawidzić samej siebie. Dzieciaki nie zrobiły nic złego. Lider zachowywał się tak, jak mogła się spodziewać. Wszyscy wydawali się lepiej odnajdywać się w JEJ rzeczywistości niż ona. Nieźle krzywdziło to jej dume, zwłaszcza na samym początku. Czasami nawet czuła się winna, kiedy Migot i Firmament całymi dniami zostawali pod opieką Jastrzębiego Zewu. Ale to tylko czasami. Prędko też doszła do wniosku, że lepiej, aby jej synowie przebywali z kimś, kto faktycznie czuje potrzebę czuwania nad nimi. Tak było lepiej. 
Mniej więcej wtedy zaczęła coraz częściej opuszczać obóz. Maluchy zostały odstawione od jej brzucha, a do żłobka dołączyła Kukułczy Wdzięk, za którą Miłostka bardzo przepadała. Wiedziała więc, że nieważne, czy wieczna karmicielka będzie akurat zajęta, to dwójka kociaków będzie pod czymś czujnym okiem. W końcu mogła być wolna. Wolna tak, jak wolna czuła się w Owocowym Lesie lub, kiedy przez krótki moment żyli jako samotnicy. Nie wiedziała, jak bardzo uciskały ją ściany kociarni, dopóki się z nich nie wyrwała. Za każdym razem, kiedy w końcu nadchodził zmrok, a jej kroki musiały kierować się z powrotem do obozu, w sercu budziła się tęsknota za przestrzenią i swobodą. W końcu doprowadziło to do tego, że w jej głowie faktycznie zaczynały buzować pewne plany. 
Plany ostateczne.
Z każdym wschodem słońca, z każdym księżycem jej synowie stawali się więksi, silniejsi i bardziej rozbrykani. Wkrótce mieli opóścić żłobek i zostać prawowitymi uczniami. A ona miała powrócić do swoich zastępczych obowiązków. 
Nie wiedziała, czy ma płakać czy rozrywać mech pazurami ze wściekłości i frustracji. 
O ile zamknięte pomieszczenie było męczące, tak na myśl o swojej faktycznej oficjalnej roli w Klanie Klifu miała ochotę wyć. Nie czuła się odpowiedzialna za swoją społeczność, nie czuła się odpowiedzialna za ilość zwierzyny, za bezpieczeństwo granic. Szczerze, miała to gdzieś. Ta realizacja była niczym punkt zapalny. Już od jakiegoś czasu coraz częściej rozmyślała o ucieczce, która miałaby ją uwolnić z tych sideł. Samo marzenie o momencie, w którym opuści pewną nocą jaskinie z myślą, że nie będzie musiała do niej wracać, wprawiało ją w znakomity nastrój. Uśmiech nie znikał jej z mordki; wiedziała, że koty są podejrzliwe, zwłaszcza jeśli to właśnie ze swoich całodziennych spacerów wracała taka rozradowana. Nawet Kukułczy Wdzięk ją o to pytała, ale pointka milczała lub zbywała ją prędko z naturalną lekkością. Nie chciała, aby przyjaciółka się komuś wygadała. Zwłaszcza jej bratu lub partnerowi. Tym razem miała odejść sama. Wiedziała, że Wędrujący Wibrys dobrze czuł się tam, gdzie był. Nie miała zamiaru znów wydzierać go z spokojnego życia, które zdążył sobie zbudować. To nie był jego problem. 
Dlatego też wybrała odpowiedni dzień. Wieczór poprzedzający mianowanie Firmamentu i Migotu. Nie było jej przykro, że ją ono ominie. Była świadoma, że kocurki niekoniecznie za nią przepadają, a jej zachowanie od samych narodzin przygotowało je na zawód, który przywita je wraz z jutrzejszym porankiem, kiedy ujrzą, że ich matka zniknęła w środku nocy. 
Bo tak to wyglądało. Po prostu wstała, rozejrzała się po obozie, a kiedy mijała Słoneczne Oko, który czuwał przy wyjściu z obozu, mruknęła jedynie prędko, że musi załatwić potrzebę, a następnie rzuciła się pędem w kierunku Złotych Kłosów. Nie słyszała nic innego niż dudniące serce i dziarskie uderzenia łap o zimne podłożę. Pare razy niemal utonęła w grubej warstwie śniegu. Chłodny wiatr okazał się jednak kojący dla jej rozgrzanych policzków. Nie wiedziała, gdzie biegnie, ale była pewna, że miejsce, które opuszcza, i tak nigdy nie byłoby dla niej domem. 

24 maja 2026

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Powoli zmierzyła szylkretową kotkę wzrokiem. Wiedziała, że z każdą chwilą, która mija, napięcie w jasnym ciałku coraz bardziej się podnosi, buzuje i sprawia, że serce wali w białej piersi szybciej i mocniej. Uśmiechnęła się pobłażliwie, na moment przenosząc ślepka na swoje nieco pobrudzone łapy. Ta zmiana na rudym pyszczku sprawiła, że Wzorzysta Dal rozszerzyła oczy z nadzieją, że jej prośby zostały wysłuchane. 
— Wiesz, Wzorku… — zaczęła, kręcąc pazurem w żwirze, który naleciał do jaskini przy silniejszych podmuchach wiatru. — Ja też nie lubię niektórych kotów. Bardzo nie przepadam za przykładowo Oszronionym Kłem, a zdarza mi się zagryźć zęby i wybrać się na polowanie w grupie, gdzie i ona się znajduje. No, a co z takim Czujnym Pasterzem, którym to nikt nie chce łazić podczas łowów, bo wiecznie coś mu nie pasuje? No i jakbym za każdym razem, kiedy wysyłam patrole, miała wysłuchiwać zażaleń tych, którzy są na tyle odważni czy może zdesperowani, aby faktycznie głośno przekazać mi swoje niezadowolenie, to nigdy nie miałabym z kim wysłać tego pokręconego kretyna. Musisz mnie zrozumieć, że jak rozejdzie się wieść, że można tak łatwo mnie przekonać do zmiany kotów podczas patroli, no to będzie dla mnie koniec dla mojego obrazu zastępczyni z silną łapą i ostatnim słowem. — Pokiwała głową na boki z przymkniętymi ślepiami. Cała nadzieja, którą rozbudził wcześniejszy uśmiech, uleciała z Wzorek. 
— Błagam cię, Truskawkowe Pole — pisnęła żałośnie. — Nikomu nie powiem, że się na takie coś zgodziłaś. Nigdy nie zrobiłabym nic, żeby zaszkodzić twojej reputacji, przecież wiesz... J-ja, ja po prostu nie mogę iść na patrol z Niebiańską Poświatą. 
— Hm... No nie wiem, nie wiem…  Postukała się w brodę pazurem. Przez moment milczała, ale w końcu kontynuowała:  Ja tu dopiero buduję swój wizerunek, a większość wiem, że widzi we mnie jedynie przybłęde z ładnym pyszczkiem... Słyszałam nawet, że krążą jakieś ploteczki, że omamiłam Lśniącą Gwiazdę swoim serduszkiem na nosku. Oj, Wzorku, Wzorku, ale problemik mi zrobiłaś… — Zamyśliła się dramatycznie. Wyglądała, jakby oczy miała całkowicie zamknięte, ale tak naprawdę spoglądała na wojowniczkę spod ciemniejszych rzęs dość dyskretnie. — No, ale jesteś w końcu moją drogą przyjaciółką, a przyjaźń będzie zawsze ważniejsza niż jakaś tam ranga, prawda? — Otworzyła w pełni ślepia i zwróciła pysk ku niebieskookiej. Spoglądała wyczekująco.
— T-tak, chyba tak — mruknęła nieśmiało. 
— To dobrze, że się rozumiemy. To znaczy, że ja też zawsze będę mogła na ciebie liczyć; tak jak ty możesz liczyć na mnie, okej? — Młodsza skinęła łebkiem, coraz bardziej zmieszana. — No ale to nie zmienia faktu, że tylko nakładasz mi zmartwień i zadań, moja kochana Wzorek… Tym razem pozwolę ci pójść z patrolem granicznym prowadzonym przez Różeńcowe Serce, ale będziesz musiała znaleźć sobie w swoim własnym zakresie prędziutko zastępstwo. 
— Oh! Dobrze, jasne, dziękuję! — Ucieszyła się młodsza, ale już po chwili na jej pyszczku znów zawitał nieco bardziej pochmurny wyraz. — A-a kto to by mógł być? Dopiero wróciłam z treningu. Nie zdążyłam się jeszcze rozejrzeć… 
— Sprawdź, czy Pchełkowy Skok przestała już charczeć w legowisku medyczek. Ona może cię zastąpić — zaproponowała prosto z mostu. Była prawie pewna, że widziała niebieską szylkretkę już wczoraj z powrotem w okolicach legowiska wojowników. Wzorzysta Dal skinęła łbem i już miała odchodzić, kiedy zastępczyni zatrzymała ją jeszcze na moment: — A i tak na przyszłość, moja droga… Jeśli masz jakieś… problemy z innymi kotami, to ja bardzo chętnie cię wysłucham. Pamiętaj, dobrze? — zaproponowała z uśmiechem. Może nie interesowała się zbytnio faktycznym stanem psychicznym koleżanki, ale na wielki Klan Gwiazdy... Jakże uwielbiała plotki i ploteczki.

<Wzorkaaa?>

Wyleczeni: Pchełkowy Skok

13 maja 2026

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Rozbawienie rozlało się po jej ciele, kiedy ujrzała zmieszany pyszczek Wzorzystej Dali. Panika, która niemal odebrała jej śline i zacisnęła pazury na gardle, dodała jej samej nieco animuszu i pewności siebie. Wąsy jej zadrgały, a na mordkę wpłynął pobłażliwy uśmieszek. 
— Oh, moja droga, a po co ty od razu z tymi grzecznościami, co? — zapytała, a jej ogon od razu odnalazł grzbiet niebieskookiej. Pogłaskała ją kilka razy, a następnie, kiedy nie dostała odpowiedzi wystarczająco prędko, ponagliła: — No? 
— To chyba tak teraz wypada, Truskawkowe Pole… — mruknęła, wciąż bardzo niepewna tego, z kim tak naprawdę ma doczynienia. 
— Oj, znowu, że niby wypada. — Machnęła łapą, przymykając ślepia. — No przestań już, bo jak tak dalej pójdzie, to cie wymienie na kogoś, kto ma więcej luzu od ciebie — zażartowała, chociaż dobrze wiedziała, co faktycznie miała na celu wywołać używając uwagi tego typu. 
— No nie wiem... Wszyscy będą się do ciebie zwracać z szacunkiem, a ja? — Przekrzywiła łebek. 
— Uwierz, że zanim ktokolwiek zacznie mi bić jakieś pokłony czy całować łapki, to jeszcze dużo czasu minie. Ba! Ja mogę nawet tego nie dożyć. — Tu akurat była szczera i z młodszą koleżanką, i z samą sobą. Wiedziała, że na pewno w Klanie Klifu ma teraz więcej przeciwników niż zanim została zastępczynią. Wiedziała, że było w szeregach wiele innych kotów, które były lepiej przygotowane do pełnienia tej posady. No ale oni nie mieli jej uroku osobistego i umiejętności interpersonalnych, dzięki którym owinęła sobie wokół łapki nowego lidera, zanim ten jeszcze w ogóle miał jakiekolwiek możliwości wspięcia się na tron. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że tak naprawdę fakt, że została wyróżniona, miał swoje źródło w takim samym toku myślenia, do którego doszedł Lśniąca Gwiazda. Stety lub niestety, ale miał on rację; Truskawka nie miałaby jakiegokolwiek celu w sprzeciwianiu się mu. Może i nie należała do najbardziej błyskotliwych kotów, ale była na tyle kumata, że zdawała sobie sprawę z tego, że prócz rudego kocura, swojego brata i może właśnie Wzorzystej Dali, która była zwyczajnie zbyt w nią wpatrzona, nie miała praktycznie nikogo, kto by się za nią wstawił w złej chwili. Była całkowicie zdana na innych. Zwłaszcza na przywódce. Nie mogła sobie pozwolić na samowolkę czy robienie czegoś, co chociaż było zgodne z jej poglądami i osądami, mogłoby nie spodobać się Lśniącej Gwieździe. On nie był jej bratem. On nie był gotowy wskoczyć za nią w nieznane tylko po to, aby nie wpadła pod potwora dwunożnych lub nie skończyła jako pokarm dla lisów. On nie był czymś pewnym. 
— Na pewno dostrzegą, że jesteś świetna! — wtargnęła Wzorek. — W końcu Mirto- Lśniąca Gwiazda miał jakiś konkretny powód, że cię wybrał, prawda? Na pewno bardzo ci ufa, a to najważniejsze. Wystarczy, że będziesz odpowiedzialnie wykonywać swoje obowiązki i... — zacięła się. Słowa wypowiadała prędko, nieco niezgrabnie, jakby bała się, że Truskawce zaraz wszystko się odwidzi i znienawidzi ją za te braki w elokwencji, na które przecież sama przed sekundą jej pozwoliła ze szczerym sercem. 
— To, to ja wiem. Ale wiesz, jest to, o czym my dwie akurat wiemy obie bardzo dobrze, co nie? — Wpatrywała się w niebieskie oczka wymownie, jakby czekała, aż młodsza odczyta jej myśli. 
— O-o czym?
— Jesteśmy przybłędy. I ty, i ja, i też wielu innych, z którymi dzielimy legowisko, a na których "prawowite" Klifiaki, a przy tym też taka Jaskółka, zawsze patrzyły z góry. Wiesz, co to znaczy, że ktoś taki jak ja został tak wyróżniony? — Zrobiła dramatyczną pauzę i mówiła dalej, nachylając się nieco w dół, aby dodać swoim słowom tajemniczości. — To znaczy, że wstępujemy na wygraną pozycję, moja droga…
W sumie nawet nie wiedziała, jaki sens miała cała ta rozmowa. Nie było jej w Klanie Klifu źle, a na pewno nie z powodu jej połowicznie Owocowego pochodzenia. Wiadomo, widziała, jak patrzy na nią taka Oszroniony Kieł, ale z drugiej strony ona na większość kotów patrzyła w taki nieprzyjemny sposób, a dodatkowo była niesamowicie szpetna, więc Truskawka czuła względem niej nieco… zrozumienia; też byłaby taka na wszystko wściekła, gdyby miała taki paskudny pysk. Z drugiej strony znała, głównie od Jagniecego Ukłony, historie o bardzo nieprzyjemnym traktowaniu, którego była ofiarą. Nie żeby jakoś szczególnie obchodziło ją to w teorii, ale lubiła medyczkę i wiedziała, że jeśli istniał na tych terenach kot, który nie zasłużył na złe słowa, to była nim właśnie kremowa staruszka. Obce korzenie były jedną z niewielu rzeczy, które łączyły obie szylkretki, a więc może okażą się dobrym punktem zaczepienia. Zwłaszcza teraz po awansie Truskawki, kiedy Wzorek najwidoczniej zaczęła zastanawiać się, czy owa znajomość dalej ma taki sam sen co wcześniej.

<Wzorzystaaaa?>

05 maja 2026

Od Truskawkowego Pola CD. Mirtowego Lśnienia (Lśniącej Gwiazdy)

Dawno, przed śmiercią Jaskółki

Och, jakże ona była szczęśliwa z owego zaproszenia na wspólny spacer. Chociaż nigdy nie wątpiła w fakt, że uroku jej nie brakuje, a w gronie Klifiaczek jest jedną z najładniejszych, to taki jasny i namacalny dowód, że jej miłosne podboje i wszelkie trudy, przez które musiała przebrnąć, a w tym pozbycie się resztek godności (to akurat słowa braciszka), nie poszły na marne, nieźle podniósł ją na duchu. Czuła, że wygrała jedną z tych niekończących się starć z całym światem, chociaż ten nawet nie wiedział, że ma przeciwnika. Od kiedy los zrzucił Truskawce pod łapy Jaśminowiec, która potem niczym żmija odebrała jej tego, którego tak bardzo pragnęła i o którego względy tak zażarcie walczyła. Nie obchodziło ją, że tym razem nie ma tak oczywistego wroga; nie pozwoli, aby ktokolwiek wszedł między nią a Mirtowe Lśnienie. 
Wybrali się do lasu, gdzie wojowniczka próbowała zrobić wszystko, aby rozmowa się kleiła. Nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza że kocur również wydawał się szczerze starać się, aby był to faktyczny dialog, a nie tylko monolog jednej ze stron lub, co gorsza, niezręczna cisza. Rzadko kiedy udawało im się wcześniej spędzać czas wyłącznie w swoim towarzystwie; zawsze był z nimi Wędrujący Wibrys, co niesamowicie irytowało szylkrętkę. Z bratem na ogonie nie mogła pozwolić sobie na użycie wszystkich sztuczek, które miała w zanadrzu. Płowy nie miał żadnych zahamowań, aby głośno zwrócić uwagę na jej niecodzienne, dziwne i zdecydowanie jednoznaczne zachowanie skierowane do rudego wojownika. Musiała przyznać, że była to jedna z niewielu rzeczy, które ją peszyły. Ale teraz Sekrecika nie było i nie było szansy, aby się na niego natknęli; specjalnie rozejrzała się po kotach, które przesiadywały w obozie, kiedy wychodzili. Widziała, że brat siedział na boku i zajadał się w towarzystwie Kukułczego Wdzięku. Skoro on mógł w tym momencie oczarowywać jakąś dzierlatkę, to czemu ona nie mogłaby uwodzić swojego absztyfikanta, prawda?
Rozmawiali o wszystkim, o czym tylko mogła pomyśleć. Mirtowe Lśnienie zapytał ją już na samym początku, czy w ogóle podoba jej się życie w Klanie Klifu, czy nie żałuje, że wybrała życie poza miejscem, w którym się urodziła i gdzie miała resztki rodziny, no i przyjaciół. Chwile odwlekała faktyczną odpowiedź, aby nieco się nad tym zastanowić, ale w końcu przyznała, że chociaż sama potrzeba zwiewania z Owocowego Lasu była jej winą i jej widzimisię, a to, że wybór celu padł właśnie na nadmorskie tereny, był spowodowany wyłącznie faktem, że ich ojciec przeżył na nich wiele księżyców, to nie żałowała. Nawet jeśli przybyli w dość... skomplikowanym momencie, to podobało jej się to, gdzie aktualnie znajdowała się nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Poopowiadała również nieco o tym, jak rzekomo czuła, że wydoroślała w tym nowym otoczeniu, co spotkało się nawet z cichym śmiechem kocura. Na ten dźwięk serce zabiło jej szybciej. 
On również nieco opowiadał. To o swojej rodzinie (chociaż nie za wiele), to o tym, co myśli o obecnej sytuacji w klanie. Chociaż Truskawka miała wrażenie, że pewne swoje opinie omija lub przemilcza, tak nie naciskała; i tak niekoniecznie interesowała się polityką. Wystarczyło jej, że kocur cokolwiek mówił, że czymkolwiek się z nią dzielił. Słuchała go uważnie; niekoniecznie z ciekawości, ale wolała nie musieć przeżywać sytuacji, w której przydałaby jej się wiedza na temat którejkolwiek z rzeczy, o których mówił, a ona nie umiałaby sobie nic przypomnieć. Wrócili dopiero wieczorem, kiedy słońce już dawno chyliło się ku zachodowi, a ogniste języki lizały nieboskłon. Chociaż chłód wdzierał się pomiędzy kępki futra, w ciele rozchodziło się przyjemne, ekscytujące ciepło, którego nigdy nie czuła po spotkaniach z Lnem.

* * *
Po tym jak Mirtuś został liderem, a Truskawa zastępczynią

No, nie mogła powiedzieć, że była przygotowana na ten ogromny awans… Przynajmniej nie była sama w tym szoku. Wciąż czuła na grzbiecie te wszystkie pary oczu, kiedy z pyska Lśniącej Gwiazdy padło jej imię. Nie często zdarzało jej się zeżreć własny język, ale też niecodziennie stawała się jednym z najważniejszych kotów w klanie. Szargały nią tak przeciwstawne emocje, że nie miała pojęcia, jak ma się czuć. Oczywiście w tamtym momencie musiała wziąć się w garść i nieco ukryć swoje nerwy w dość prędkim tempie, ale kiedy tylko wszystko się zakończyło, a Truskawce udało się na moment zejść większości z oczu, myślała, że zemdleje. Złapała nawet na boku Mysi Postrach, aby ten wymienił jej przynajmniej te NAJWAŻNIEJSZE obowiązki, które od teraz spadły na jej barki, i może faktycznie był to dobry pomysł, bo kocur nie tylko nie wydawał się szczególnie przejęty, że został zdyskwalifikowany z wyścigu o władze w Klanie Klifu, tak wieść, że jej głównymi zadaniami będzie wysyłanie patroli i doglądanie co jakiś czas tego, jak radzą sobie uczniowie na treningach, nieco uspokoił walące w piersi serce. 
Pierwsze dni były… ciężkie. Nie miała pojęcia, w jakiej kolejności ma posyłać koty; nie wiedziała, czy panują co do tego jakiekolwiek zasady, a jedyne, co mogło jej pomóc, to fakt, że dość regularnie sama uczestniczyła w patrolach. Wolała nie kręcić się wokół czarnego kocura, który wcześniej nieco rozjaśnił jej drogę, aby nie wyjść na kompletną frajerkę i niedorajdę. Podobnie unikała brata. Ale to z całkowicie odmiennego powodu. Zbywała go wiecznie, mówiąc, że nie ma już czasu na ich wygłupy, bo teraz nie jest już malutką wojowniczką i ma inne, bardzo ważne rzeczy do zrobienia, a następnie z całych sił próbowała wyglądać na zajętą. Było ciężko, ale w końcu kocur musiał się znudzić i wrócił do swojego codziennego lenistwa, poprzecinanego próbami przypodobania się Kukułce, która chyba coraz bardziej traciła wzrok i rozum, bo faktycznie zaczynała sama do Sekrecika lgnąć. 
Jedyną całkowicie dobrą rzeczą w tej całej sytuacji było to, że miała więcej wymówek, aby kręcić się przy żółtokim. Teraz była już całkowicie pewna, że ten również pała do niej jakimś uczuciem; nie wierzyła, że faktycznie jest najbardziej kompetentnym kotem wśród Klifiaków i że dokonał wyboru wyłącznie na podstawie umiejętności i zaangażowania w życie społeczności. Dla wielu taka realizacja byłaby dość smutna; raczej większość wolałaby zostać doceniona w ten sposób za swoje faktyczne zasługi, a nie przez to, że udało mu się kogoś w sobie rozkochać, ale nie dla Truskawkowego Pola. Nie obchodziła ją pozycja zastępcy sama w sobie, ale wybór pokazał, że Lśniąca Gwiazda zwyczajnie nie umiał się bez niej odnaleźć w tej nowej sytuacji, i o ile zapewne sama kotka niekoniecznie sprawdzi się w roli pomocnika, tak zrobi wszystko, aby nie czuł się samotny i nie wspierany. 

* * *
Aktualnie

Sytuacja w klanie była… stabilna? Tak można było to określić, zwłaszcza kiedy porównywało się ją z tym, co jeszcze niedawno buzowało pomiędzy legowiskami. Nieufność, którą odczuwali względem niej Klifiacy, też zaczęła nieco wyparowywać, co było bezpośrednio spowodowane faktem, że faktycznie starała się wykonywać przynajmniej te obowiąki, o których powiedział jej Mysi Postrach. Tego ranka na poranny patrol posłała Wzburzonego Kormorana, Pchełkowy Skok oraz Pajęczą Nić wraz z uczennicą, która okazała się równie milcząca co jej mentorka. Gdzieś z tyłu głowy rzuciła myśl, że musi w końcu pójść ponadzorować ich trening, aby sprawdzić, czy podczas niego padają jakiekolwiek słowa. Pożegnała grupę, a na odchodne złapała jeszcze kontakt wzrokowy z niebieską szylkretką; posłała jej zaczepny, dumny uśmieszek, który nigdy nie schodził jej z pyska, kiedy miała z nią do czynienia. Widziała, jak ta nieco stawia sierść na karku, a następnie prędko się odwraca, aby dołączyć do reszty. 
Potem złapała Świetlistą Walkę i powiedziała jej, że ma być gotowa na wymarsz z Bukową Koroną i Gołębim Puchem, kiedy tylko powróci grupa, która właśnie wymaszerowała. Wiedząc, że już ma z głowy najważniejsze obowiązki, postanowiła uraczyć się spokojnym porankiem. Złapała w pysk nie za dużą piszczkę i usiadła sobie na skraju obozu, niedaleko legowiska medyków. Chociaż nie przepadała za zapachem ziół, tak akurat tutaj najmniej się działo. Stety, niestety, ale to poskutkowało tym, że niestety dotarły do niej słowa starszej mieszkanki owej jamy. Nie próbowała podsłuchiwać, więc jedyne, co faktycznie zakodowała, to imię "Ćmi Księżyc"…
"No tak… z ostatniego zgromadzenia nic nie wynikło… Klan Nocy nie odpowiedział, nie wytłumaczył się i nie próbował oczyścić się z winy… Nic dziwnego, że Jagnięcy Ukłon aż tak siwieje, skoro najpewniej zamartwia się na śmierć tą… śmiercią…" — pomyślała, a cała ochota na posiłek gdzieś wyparowała. Nie zrobiła nawet jednego gryza.
Westchnęła ciężko i znów wzięła piszczkę do pyska. Wiewiórczy ogon nieprzyjemnie posmyrał ją po nosie, ale udało jej się nie obsmarkać. Skierowała się po kamiennej rampie w górę, gdzie wiedziała, że musi jeszcze przebywać Lśniąca Gwiazda; nie widziała, aby schodził, a w dodatku od kilku już wschodów słońca witał się z nią każdego ranka. 
— Dzień dobry — zawołała, aby w razie czego obudzić kocura; nie wypadało mu tak długo się wylegiwać. Rudy jednak nie spał. Skrzące ślepia od razu odnalazły jej nakrapiany pyszczek. Uśmiechnęła się ciepło. —  Przyniosłam śniadanie — dodała, odkładając gryzonia, którego w sumie wybrała dla samej siebie. 
— Dobry... A z jakiej to okazji dostaję dziś posiłek prosto do legowiska? — zapytał, nieco zdziwiony, ale i delikatnie rozbawiony. 
— Z takiej, że jest pewna sprawa, o której chciałabym porozmawiać — rzuciła, podchodząc nieco bliżej. — No i oczywiście martwiłam się też, że te wszystkie przywódcze obowiązki zawrócą ci w głowie i nie zadbasz o siebie odpowiednio, Lśniąca Gwiazdo. — Specjalnie zaakcentowała imię kocura. Zawsze to robiła, zwłaszcza kiedy byli tylko we dwójkę. Wiedziała, że to lubił. 
— Miło z twojej strony — mruknął, a następnie usiadł obok szylkretki, aby zabrać się za wiewiórkę. Zrobił z dwa gryzy, po czym wrócił do rozmowy. — A co to za sprawa? O ile faktycznie jakaś jest i nie była to jedynie wymówka, aby tutaj wtargnąć z samego rana.
— Masz o mnie brzydkie mniemanie. — Udała urażoną, ale prędko kontynuowała: — Chodzi o sprawę ciała Ćmiego Księżyca… Słyszałam, jak Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa znów o tym dyskutują w swoim legowisku. Musimy coś zrobić. 
— Musimy… — westchnął i odsunął od siebie ledwo zaczętego gryzonia. — Ostatnie, czego chcę, to utrata zaufania medyków naszego klanu. A wraz z nim zaufania Przodków — wymruczał już zdecydowanie mniej zadowolony. 
— Głowa do góry... Musimy po prostu zareagować i załatwić to w jak najlepszy sposób. Pamiętaj, że nie jesteś w tym sam. Masz wielu wojowników, którzy pójdą za tobą wszędzie, w tym do obozu Klanu Nocy, nawet i dziś, jeśli byś sobie tego życzył — wyświergotała miękko. Po chwili namysłu, po momencie zawahania, postanowiła przysunąć się jeszcze nieco bliżej i położyć ogon przy nasadzie ogona kocura i delikatnie pogłaskać nim go po rudym grzbiecie. Dodała jeszcze: — No i masz mnie… Ja zawsze za tobą pójdę, Lśniąca Gwiazdo. 

<Rudzielcu?>

15 kwietnia 2026

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Jej mała przyjaciółeczka zaczęła coraz więcej czasu poświęcać swoim innym znajomym. Nieco zdziwiło to Truskawkę, która nie widziała w niej nikogo innego niż tą zagubioną, nieporadną koteczkę, która będzie trzymać się jej niczym oset ogona. Przecież pointka była starsza, bardziej doświadczona, a do tego wciąż taka… egzotyczna. Nie dość, że nikt nie wyglądał tak jak ona, nikt nie umiał się tak wspinać na drzewa jak ona, tak skakać po gałęziach jak ona… Dlaczego więc Wzorzysta Dal wolała wciąż spoufalać się z tymi kotkami z Klanu Klifu, a w dodatku z siostrą tej jednej Foczej Fali, która zawsze tak strasznie krzywo na nią spoglądała, tak źle o niej mówiła? No dobrze, może i Miłostka nieco się ośmieszyła ostatniego razu, kiedy razem wyszły wspólnie nad Kacze Bajorko, ale bez przesady! Każdy miał prawo się czegoś bać, prawda? A żaby są obślizgłe i paskudne; to całkowicie uzasadniony strach i niechęć! Skrzywiła się na samą myśl, a ciarki przeszły jej po grzbiecie. Momentalnie straciła ochotę na kraba, którego miała pod łapami. 
— Hej, Różeńcu, chcesz to dojeść? — zapytała kocura, który siedział nieco dalej wraz z Słonecznym Okiem. Kompletnie  nie przejęła się tym, że wcięła im się prosto w środek jakiejś przyjemnej rozmowy. Parka od razu odwróciła się w jej kierunku, a nieco wybity z rytmu srebrny w końcu odezwał się niepewnie. 
— O-oh... Tak, jasne, czemu nie. Podzielimy się, co? — zapytał liliowego, który spoglądał na Różeńcowe Serce nieco z góry, nieco zbyt ciepło i dogłębnie, jak na zwykłego przyjaciela. 
— Mhm — mruknął starszy wojownik. Szylkretka skinęła głową i kopnęła skorupiaka w ich kierunku. Od razu potem odwróciła głowę i zaczęła wpatrywać się w różne koty po kolei. Widziała Tygrysią Łapę, który wracał ze Świergoczącym Potokiem z treningu; ta chwilowa zmiana lidera na pewno wyjdzie mu na dobre. Dostrzegła końcówkę puchatego ogona Foczej Fali, który wystawał z kociarni; mały Złamanek czaił się na niego mimo widma złości wiecznie skwaszonej matki. 
"Kto nazywa tak paskudnie swojego kociaka? I że jeszcze nie zmieniła mu imienia na coś milszego, kiedy stał się jedynakiem" — pomyślała i zadrgały jej wąsy. Było to dla niej całkowicie niezrozumiałe. Ona i jej rodzeństwo mieli takie miłe imiona... Uważała, że imię to w pewnym sensie brama do wnętrza kota i coś, co prowadzi go przez życie w odpowiednim tempie i po odpowiedniej ścieżce. Do czego niby ma doprowadzić to nieszczęsnego malucha jego żałosna nazwa? Do połamania kręgosłupa? 
— Hej, Truskawkowe Pole! Chcesz pójść ze mną na spacer? Chcę zebrać dla siebie jakieś kwiaty, zanim Pora Nagich Liści zamrozi je wszystkie — zapytała nagle Wzorzysta Dal, pojawiając się niemal znikąd. Truskawka zlękła się na moment, ale prędko odzyskała zimną krew i swój nonszalancki wyraz pyska i postawę. Przekrzywiła leniwie łebek, patrząc na koleżankę spod ciemnych rzęs. 
— Hm... No nie wiem… — mruknęła przeciągle, przyglądając się teraz swoim pazurkom.
— Znaczy jeśli jesteś czymś zajęta-
— Ale skoro tak nalegasz, mój mały Wzorku — wcięła się w zdanie młodszej wojowniczki, wstając i przeciągając się bez jakiegokolwiek pośpiechu. Przy wypinaniu piersi, kiedy jej zad był blisko ziemi, a plecy rozciągały się, przesunęła ogonem pod żuchwą Dali. — Kwiaty to miły pomysł. A pogoda jest ładna, aż żal siedzieć w obozie. 
— To prawda! Aż niemożliwym wydaję się, że zaraz wszystko przykryje śnieg — wymruczała kotka, ale zielonooka nawet nie zerknęła w jej kierunku. Oczy skakały jej między innymi kotami, szukając jednego z dwóch futerek, które ją interesowały. Jedno miało odbijać się ogniście, drugie zaś przypominało kamień obrośnięty jasnym, kremowym porostem. 
— Tak, tak... Idzie chłod… — rzuciła jedynie, a po tym przez dłuższą chwilę zapanowała cisza. W milczeniu wyszły z obozu, a następnie skierowały się wzdłuż wysokiej linii brzegowej. Chłodny wiatr przypominał o mrozie, który za niedługo ich nawiedzi. W końcu starsza przerwała milczenie. — Hej! Dużo czasu spędzasz w obozie, prawda? Lubisz patrzeć na koty i inne takie, co?
— Nie mam ucznia, więc mam sporo wolnego czasu… Ale ty też, więc nie wiem, czy jest duża różnica… — Zamyśliła się nieco.
— No tak, tak, ale ja też pomagam się uczyć innym kotom, jak się wspinać, wiesz. To trochę, jakbym była mentorką wszystkich uczniów wojowników na raz. To bardzo męczące, a do tego muszę polować, chodzić na patrole i inne takie. Wiesz, nikt nie jest taki zdolny, jeśli chodzi o polowanie na ptaki czy wiewiórki, więc muszę to wykorzystać. To bardzo przyjemne, kiedy inni to zauważają. Bardzo ci polecam mieć coś, w czym jesteś najlepsza; to najbardziej satysfakcjonujące uczucie, jakie można mieć — powiedziała z udawaną niewinnością i szczerością. 
"Szkoda tylko, że ty takiej nie masz" — dodała w głowie, ale nigdy nie powiedziałaby tego wprost. Na pyszczku wciąż widniał przesłodzony uśmieszek. 
— T-tak, to musi być bardzo miłe — szepnęła Wzorzysta Dal, kiedy powoli docierały do obniżenia terenu. Miały tu odbić w prawo, aby nie schodzić na plaże, gdzie poszukiwanie kwiatów byłoby bez sensu. 
— No, ale nie do tego zmierzałam. Chciałam się zapytać, czy może podejrzałaś jakieś nowe… motyle miłości, które latałyby wokół naszych towarzyszy? — zapytała, a kiedy niebieska szylkretka zaczęła się zastanawiać, dodała: — Bo wiesz... Wszyscy wiedzą, że Różeniec i Słoneczne Oko jedzą sobie codziennie razem, co wprawia tego strasznego, wkurzającego Pasterza w szał, ale wiesz... Może coś więcej, coś innego..? Może wiesz coś o Pchełkowym Skoku? W końcu to taka… ładna i miła i pomocna kotka. Na pewno wpadła komuś w oczko, co? — zapytała, a pozytywne cechy owej wojowniczki z trudem przeszły jej przez gardło. Pytanie było bez sensu, bo wiedziała, że o ile nie są partnerstwem, to wojowniczka z zawiniętymi uszkami ciągle kręci się wokół Mirtowego Lśnienia, który miał przecież zakochać się w samej Truskawce, a nie w jakiejś… wywłoce. Chciała się dowiedzieć czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc w odsunięciu tej przeszkody ze swojej drogi. 

<Wzorka?>

25 marca 2026

Od Truskawkowego Pola CD. Wędrującego Wibrysa

Spojrzała na brata, to za siebie, to znów na brata. Zastanawiała się, czy faktycznie mogłaby okazać mu dobre serce, być serdeczną siostrą i pokazać swoje zainteresowanie. Jego pomysł był… fajny. Nawet bardzo. A kotka od dawna nie robiła prawdziwie fajnych i ekscytujących rzeczy (to przed tym, jak biła się z mewami). Postukała się pazurem po brodzie. Zamilkła na momencik. Poudawała, że się zamyśliła. Uszy jednak stały jej pionowo, a ogon uderzał w posadzkę z dużą siłą i werwą; wiedziała, że brat zna ją na tyle dobrze, że z łatwością odgadł już, jak bardzo podoba jej się ta idea. Każda głupia rzecz podobała się Truskawce. Głupie rzeczy to jej konik. 
— Och... Widzę, że nauki o wspaniałym Klanie Gwiazdy na ciebie wpłynęły i stałeś się iście przeszlachetnym kocurem. Najwyższa pora, Wędrujący Wibrysie, najwyższa pora na odmianę. —  Poklepała go po mordce już i tak podniesioną łapką. Po chwili jeszcze dodała, odpowiadając na właściwą propozycję: — No skoro aż tak ci zależy… — mruknęła, przeciągając ostatnie słowo i wywijając oczami. 
— Już nie udawaj, że robisz mi aż taką przysługę. To po to, abyś w końcu zostawiła tę o połowę młodszą kotkę, nad którą się tak pastwisz. I nie udawaj, że nie. Znam cię i to, jak szukasz sobie koleżanek. No i jakich... 
— Nie wiem, o czym mówisz, mój kochaniutki — miauknęła słodko, wstając już i powoli kierując się do wyjścia. 
— Wiesz. Wiesz bardzo dobrze. 
— Masz na myśli Wzorzystą Dal? 
— Tak, dokładnie ją. 
— Jesteś zazdrosny, że mam koleżankę? Wiesz... Ona chyba nikogo nie ma, więc wystarczy powiedzieć i coś dla ciebie zorganizuję. — Uśmiechnęła się do brata, ale ten przewrócił oczami. Wyszli z obozu. Pogoda nie była powalająca, ale przynajmniej nie padało. Jeśli będą musieli zwiewać przed Dwunogami, nie poślizgną się na mokrej glinie i nie wywiną koziołka.
— Nie żartuję, Truskawko. To już nie jest Owocowy Las, a ty nie masz sześciu księżyców. Chociaż mamy imiona wojowników, wciąż mogą kręcić na nas nosami i wyrzucić nas prosto podczas przypływu na plaże — ostrzegł, ale szylkretka parsknęła śmiechem. 
— Och, proszę cię! — zakpiła. — Słyszysz się w ogóle? Kochany mój Sekreciku, nie ma się co martwić. A wiesz czemu?
— No oświeć mnie… — burknął, wiedząc od razu, że najpewniej odpowiedź będzie tak durna, że od razu pożałuję, że pozwolił jej mówić. 
— Ponieważ kiedy ty wygrzewasz się na słońcu i niszczysz naszą reputację swoim iście ojcowskim lenistwem. — Zrobiła przerwę, aby strzepnąć mu spomiędzy uszu liść, który właśnie spadł z niewielkiego drzewka. — To ja nie próżnowałam, aby wejść w łaski innych. 
— Miej nas w opiecie, Wszechmatko, Klanie Gwiady i wszelkie duchy… — jęknął, wpatrując się w niebo. 
— Nie! Niech ich mają w opiece! — Wypięła dumnie pierś. — Bo nawet nie wiedzą, że nieważne, co myślą, są już w moich sidłach!
— Błagam, rozwiń i niech to rozwinięcie okaże się lepsze niż się niestety spodziewam. 
— Oprócz tego, że zaprzyjaźniłam się z tą biedną Wzorek, którą wiele innych kotów traktuję dość nieprzyjemnie, zwłaszcza ta szpetna Focza Fala! Nie lubię jej strasznie! 
— Świetny start, przekonałaś mnie — powiedział uszczypliwie. 
— Ah! Daj mi dokończyć! Oprócz Wzorzystej Dali mam jeszcze Trójokiego Zająca, a on jest synem Jaskółki — pochwaliła się. 
— Ćwiczyłaś dwa razy z jego uczennicą, z którą, o ile dobrze słyszałem, jedyne, co to się kłóciłaś — zauważył, przekręcając łebek. 
— No tak, ale nie z nim. Aha! No i moje koleżanki to medyczki, no... Teraz medyczka już, ale kiedy ty jeszcze byłeś ledwo żywy, ja zostałam z nimi przyjaciółeczkami. Nawet ostatnio byłam u Jagnięcego Ukłonu. Ah, jaka z niej przesłodka starsza kotka — mruknęła, przymykając ślepka, jakby mówiła o własnej babuni. 
— Szczur prawie odgryzł ci palec na patrolu… — przypomniał Wibrys. — Gdybyś do niej nie poszła, zgniłby i odpadł. Najpewniej z całą nogą. 
— No dobra, Panie Przemądrzały, a co powiesz na to — wypluła, a następnie zaszła mu drogę. Byli już w połowie drogi, a pogoda wciąż dopisywała. Mieli dużo czasu. Zmrużyła oczy, a wąsy jej drgnęły. Wędrujacy Wibrys wiedział, że nie znaczy to nic dobrego. — Wiem, że kocury są ślepe na tego typu rzeczy, nawet ci, których to bezpośrednio dotyczy, więc na pewno tego nie zauważyłeś, ale kiedy ty przesypiasz swoje wszystkie możliwości podrywu, ja nie próżnuje. 
— Och… — jęknął, szczerze zażenowany i przerażony wizją skutków, jakie może to wszystko znów za sobą pociągnąć. 
— Mam w planach, a tak w sumie już od dłuższego czasu jestem w trakcie ich realizacji, aby skokietować naszego drogiego Mirtowe Lśnienie~ — miuaknęła śpiewnie, a następnie skocznym krokiem ruszyła do przodu, czekając skrycie na reakcje brata. 

<Sekrecik?> 

Wyleczeni: Truskawkowe Pole

05 marca 2026

Od Truskawkowej Łapy Do Rozżarzonej Pieśni

Słońce leniwie chowało się za horyzontem. Dni wydłużały się z każdym wschodem, a radość z życia zaczynała rozkwitać w kotach równie barwnie, co maki, którymi usiane były Złote Kłosy. Chmury sunęły spokojnie, a ptaki zdawały się śpiewać specjalnie dla pary kotów, które właśnie wracały do obozu. O ile cała otoczka wydawała się być niemal idylliczna, tak rozmowa między rodzeństwem przypominała bardziej rzucane w siebie nawzajem rozżarzone iskry niż obsypywanie się różanymi płatkami.
— Czy ty chociaż raz możesz nie mieć do mnie wiecznego problemu? — burknęła rozgniewana Truskawka, mierząc płowego morderczym wzrokiem. Wracali z polowania. Wszyscy w klanie zdawali się wiedzieć, że o ile Mirtowe Lśnienie nigdy nie olałby kompletnie ich doszkalania, tak nie traktował ich, jak normalnych terminatorów. Dawni Owocniacy już dawno zakończyli swoją wczesną edukację, a więc polowanie czy patrole nie wymagały nadzoru innych. Różnica między nimi była wyłącznie taka, że Truskawkowa Łapa i Wędrująca Łapa nie mieli jeszcze oficjalnego imienia.
— Nie miałbym do ciebie wiecznie problemu, gdybyś wiecznie się nie zachowywała, jakbyś potraciła wszelkie rozumy! Ile ty masz księżyców? Pięć czy pięćdziesiąt?! — odgryzł się kocur, marszcząc brwi.
— To chyba ty jesteś głupi, jak nie pamiętasz, łajzo... To, że ja nie mam zamiaru siedzieć cicho z boku, robić dokładnie wszystkiego tak, jak nam każą, jak ty, to nie znaczy, że jestem zidiociałą kretynką!
— To nie jest Owocowy Las. Te koty niczego nie muszą nam gwarantować, jeśli chcą, to wyrzucą nas za obóz i będą mieć do tego pełne prawo, a ty nie potrafisz nawet trzymać ozora za zębami i nerwów w ryzach — powiedział pouczająco, co tylko jeszcze bardziej nakręciło siostrę.
— Ale do czego ty teraz, tak w ogóle nawiązujesz?! — zapytała wściekle, stając na środku. Obóz był nieco pustawy. Wiele kotów wykorzystało piękny wieczór na późne łowy. Zwierzyna dopiero zaczynała się budzić, a więc okazja była znakomita. Inni byli już dawno po ostatnim posiłku i układali się do wczesnego spoczynku, aby zapolować z samego rana.
— Do tego, że albo kłócisz się z uczniami, którzy są od ciebie trzy lub cztery razy młodsi, albo wręcz włazisz na grzbiet Mirtowego Lśnienia. Jeśli już masz obierać jakąkolwiek taktykę, dlaczego mają cię tutaj nienawidzić, to trzymaj się jednej. Tak przynajmniej ułatwisz wszystkim tworzenie sobie o tobie opinii.
— Oh! No tak! Tobie zawsze wchodzi o jedno! — Wykrzyczała, unosząc kąciki pyska w niedowierzaniu. — Dalej jesteś zły za sytuacje z Lnem, więc nie możesz przełknąć faktu, że może mi się podobać inny kocur, co?!
— Nie mogę przełknąć tego, jaka jesteś bezmózga, to na pewno.
— Ty masz problem, Wędrująca Łapo.
— Ja? Ja mama problem? — Podniósł brwi. — To ty masz jakąś niezdrową obsesję na punkcie samej siebie i potrzeby atencji. Nie ważne czy złej, czy dobrej!
— A weź, idź się zrzuć z klifu, co! — wrzasnęła, odwracając się do brata ogonem. Płowy kocur otworzył jeszcze ostatni raz pysk, aby coś powiedzieć, ale doszedł do wniosku, że jest to kompletnie bez sensu i jedynie machnął na siostrę łapą. Odszedł do legowiska uczniów.
Terminatorka szurała ogonem po ziemi, kierując się w stronę stosu ze zwierzyną. Zabrała z kupki małą nornicę i szemrząc coś pod nosem, zabrała ją na bok, gdzie siedziała samotnie inna wojowniczka. Truskawka była świadoma, że ruda wszystko słyszała, ale miała zamiar to wykorzystać. Wierzyła szczerze, że to jej brat jest mysim zadkiem. Rozżarzona Pieśń nieco podskoczyła, kiedy rudawe ciało klapło zaraz obok niej. Nie czekając na jakieś przywitania, Miłostka zaczęła mówić.
— Niezły z gbur z tego mojego brata, co? — burknęła. — Pewna jestem, że gdyby się tak wiecznie nie marszczył, to miałby już jakąś uroczą kotkę u boku, ale pewnie zmarnuję wszystkie dobre geny ojca i skończy jako samotny staruch.

<Żar?>

Od Truskawkowej Łapy CD. Wzorzystej Dali

Musiała w jakiś sposób wkręcić się głębiej w towarzystwo Klanu Klifu. Wiedziała, że koty patrzą na nią i na jej brata nieco nieprzychylnie i nie mogła im się tak naprawdę dziwić. Była przybłędą z Owocowego Lasu, która przylazła do nich tylko dlatego, że jej ojciec zagrzał u nich miejsce na jakiś czas. W dodatku musiała siedzieć w legowisku uczniów. To była jedna z bardziej żenujących rzeczy, do jakich została zmuszona. Sekrecik próbował ją uspokajać, kiedy zdarzało im się pozostać na kilka chwil we dwójkę. Wkładał jej ogon do pyska w uciszającym geście, kiedy ta zaczynała mówić na patrolach o rzeczach, które najpewniej nie zmalowałyby ich w pozytywnym świetle. Gdyby nie brat, to najpewniej już dawno by ją wyrzucili do morza lub prosto na granice z jakimś innym klanem.
Dlatego znalazła sobie swoją nową ofiarę. O ile było wiele innych kotów, z którymi znajomość mogłaby wynieść jej reputację i status trochę wyżej, to postanowiła na razie zapewnić sobie jakiekolwiek towarzystwo. Wzorzysta Dal, którą poznała jeszcze jako Wzorzystą Łapę, była wręcz idealna. Przypominała jej nawet trochę Kruszynkę. Nie miała silnego charakteru, więc podporządkowanie jej sobie było tylko kwestią kilku uderzeń serca, zwłaszcza że o ile kotka była częścią Klanu Klifu dłużej niż para pointów, tak zdecydowanie nie cieszyła się jakąś ogromną popularnością. Wszystko szło zgodnie z planem.
Szło, dopóki nad Kaczym Bajorkiem, gdzie przycupnęły sobie na moment podczas spaceru (nielegalnego, ale Truskawkowa Łapa nie interesowała się głupimi zasadami, w końcu jej mentor był niemal w tym samym wieku, co ona) nie zobaczyły głupiej, obślizgłej i rozrechotanej paskudy. Najeżyła się niemal automatycznie, nie miała na to wpływu. Sama myśl o żabach sprawiała, że miała ochotę zwymiotować. Były mokre i śliskie, a do tego rozdymały się przeokropnie. A ten ich gardłowy śmiech, który czasem można usłyszeć w nocy... Mrozi krew w żyłach...
— Coś się stało, Truskawkowa Łapo? — zapytała Wzorek, która przez większość spaceru trzymała język za zębami. Miłostka nawet tego nie zauważyła. I tak niekoniecznie interesowało ją, co ma do powiedzenia. Wolała mówić, a nie słuchać.
— Patrz! — burknęła groźnie, wskazując na burą żabkę, która przesiadywała spokojnie na płyciźnie. Jedynie jej czarne oczka były dobrze widoczne.
— To żaba... Raczej nie groźna, nietrująca... — Przekręciła nieco łebek.
— Jest szkaradna! — prychnęła, kładąc uszy po sobie. Uderzyła ogonem o trawę, która otaczała zbiornik wodny. Szelest był znacznie głośniejszy, niż się początkowo spodziewała, a płaz nagle wyskoczył przed siebie, spłoszony hałasem. Pointka zjeżyła się nagle jeszcze bardziej i syknęła. Zamknęła oczy i zrobiła krok do tyłu, chcąc uciec przed żabą, mimo że ta nawet nie odskoczyła w jej kierunku. Miała wrażenie, że lepkie paluszki wspinają jej się po karku, a rechotanie dobiega prosto za jej uszu. Nie mogła się powstrzymać; zaczęła próbować ściągnąć z siebie wyimaginowanego agresora, który tak naprawdę już dawno ukrył się gdzieś w wysokiej trawie.

<Wzorzysta Dal?>

01 lutego 2026

Od Truskawkowej Łapy CD. Wzorzystej Łapy

Wyzdrowiała już, podobnie co Wędrująca Łapa. Mogła wychodzić z legowiska medyczek, ale z jakiegoś głupiego powodu nie pozwalano jej samodzielnie opuszczać obozu, tak, jakby była tylko głupim, bezbronnym kociakiem. Chociaż czuła się już zdecydowanie dobrze, problemy z uchem były przeszłością, a nawet zaczęli treningi z Mirtowym Lśnieniem, który okazał się być kocurem w niemal takim samym wieku, co oni... wszystko wcale nie układało się lepiej. Była znudzona. Była zła, że jest traktowana nie tylko jak zwykły uczeń, ale też jako dzikus i agresor. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale Owocowy Las faktycznie musiał być dość... niekoniecznie lubiany po tej stronie lasu. Wiedziała, że różnią się wiarą i nieco zasadami, którę wyznają, ale... żeby aż tak krzywo na nich patrzeć? Najbardziej wkurzał ją fakt, że jeśli chodziło o wiarę Sekrecik i Miłostka nigdy nie wyznawali Wszechmatki, a ojciec sam próbował w jakiś swój szczególny sposób zainteresować ich Gwiezdnymi. Gdyby Truskawka miała wybierać, nawet kiedy była jeszcze Owocniaczką, raczej chyliłaby się ku Klanowi Gwiazdy.
Tego dnia wrócili dość wcześnie z powodu paskudnych opadów śniegu, który oblepił ich futro niemal całkowicie. Mróz szczypał ich w nos, a wiatr dął znad rozhuczanego morza. Nie było sensu kontynuować szkolenia, jeśli jedyne, co mieli przed ślepiami to biała ściana. Nie złapali niczego, nie dowiedzieli się niczego, nie poznali niczego. Cały dzień był stratą czasu i sił. Wędrująca Łapa skierował się do legowiska medyczek, aby poprosić o coś na wzmocnienie; nie miał zamiaru kusić losu i nadwyrężać kruchego jeszcze zdrowia. Truskawkowa Łapa za to jedyne, o czym myślała to pusty brzuch. Prychnęła pod nosem, kiedy rudy wojownik posłał jej karcące spojrzenie.
"Pod ogon niech wsadzą sobie ten swój kodeks... Nie moja wina, że zwierzyna się pochowała. Próbowałam polować" — pomyślała i przewróciła oczami. Będzie musiała to jakoś przeboleć lub przeczekać opady licząc, że jeśli się rozpogodzi, Mirtowe Lśnienie zgodzi się, aby poszła na samodzielne łowy, aby zdobyć prawo do nakarmienia samej siebie. "Co za idiotyzm..."
Nie chciała wracać do legowiska, gdzie czuła się jak emerytka. Inni terminatorzy ją wkurzali. Byli infantylni i zachowywali się na swój wiek, co mimo wszystko umiała krytykować, mimo że nie była to ich wina. Nawet najstarsza Świetlista Łapa była wkurzająca. Postanowiła poczekać, aż brat wróci.
"Do czego to doszło, że to Sekrecik jest najsensowniejszym towarzyszem, na jakiego mogę liczyć" — westchnęła i machinalnie zaczęła spacerować po obozie. Nagle jej uwaga przeniosła się na legowisko starszych, z którego dobiegały krzyki. Znała ten piskliwy, wkurzający głos. Pasterzowa Łapa i jej nie dawał spokoju, więc chciała wiedzieć, czy dalej nawija o tym samym, czy może znalazł sobie nowy powód, aby wszystkim uprzykrzać życie.
Nie zdążyła nawet całkowicie zajrzeć do emerytów, a już poczuła jak staję na przesiąkniętej smrodem i innymi... wydzielinami, kulce mchu. Spojrzała z góry na niebieskooką postać, którą ten rozwrzeszczany dzieciak wciąż trzymał za łapę. Przeniosła zielone ślepia na niego i zmarszczyła nos.
— Czy ty kiedykolwiek się zamykasz? Mam wrażenie, że nawet we śnie słyszę twój nieprzerwany jazgot — powiedziała, a jej głos niemal ociekał z wyższości i zażenowania. Pasterzowa Łapa przeniósł swoje ciemne ślepia na nią i prychnął, nie robiąc sobie nic z tony pointki.
— Zobaczymy, czy będziesz taka hop do przodu, kiedy zaczniesz się dusić od kaszlu! Nie zadzieraj nosa, bo nosisz się po obozie, jakbyś od zawsze tu była! — warknął na nią.
— Pasterzowa Łapo, na litość Klanu Gwiazdy przestań wrzeszczeć — wycharczał Stokrotkowa Pieśń, próbując ułożyć się wygodniej. — Śmiałe słowa wypowiadasz jak na kogoś, kto sam nie urodził się w Klanie Klifu.
— Może nie, ale jestem tu dłużej od niej! — Wskazał pazurem na kotkę.
— I dalej masz mleko pod nosem i mech we łbie — zaczęła Truskawkowa Łapa. — Wyłaź stąd i zostaw wszystkich w spokoju na przynajmniej jeden wieczór, ty wyjący baranie. — Złapała go za kark i z łatwością wyszarpała z legowiska. Młodszy terminator pisnął, kiedy dawna zwiadowczyni wyrzuciła go poza jaskinie. — Wróć, jak wydoroślejesz.
Kremowy kocurek prychnął i faktycznie odszedł, obrażony, podnosząc łebek. Przynajmniej jego miała z głowy na jakiś czas. Przeniosła wzrok na Wzorzystą Łapę, która zdążyła wstać i otrzepywała się teraz z resztek suchego mchu, na który padła.
— Zaraz cały klan będzie przez niego siwy — mruknęła Truskawkowa Łapa nieco do starszych, nieco do drugiej szylkretki.
— Uważaj na takie odważne ruchy, boś jeszcze nie zdążyła zagrzać tu miejsca w legowisku, Truskawkowa Łapo — powiedziała poważnie Bożodrzewny Kaprys. Pointka jedynie wzruszyła ramionami i machnęła ogonem. Nie potrzebowała rad kotów, które i tak zaraz wyzioną ducha.
— Nie będę pozwalać jakiemuś podrostkowi jazgotać mi do ucha. A ty? Coś nieźle cię załatwił, chociaż dorasta do połowy karku — zwróciła się do Wzorek. — Jak dasz takim wejść sobie na głowę, to już nigdy nie zejdą. Zaufaj dużej koleżance, bo dużo w życiu już widziała.

<Wzorzysta?>

26 stycznia 2026

Od Truskawkowej Łapy Do Mirtowego Lśnienia

Minęło kilka wschodów słońca, od kiedy znaleźli się w Klanie Klifu. Mieli prawdziwe szczęście, gdyż z dnia na dzień pogoda stała się wręcz niemożliwa do przeżycia bez pomocy większej grupy. Płaty śniegu okryły tereny, a paskudny, mrożący krew w żyłach wiatr, niesiony znad morza sprawiał, że pierzyna wtargnęła nawet do obozowej jaskini. Zwierzyna, którą przynosili wojownicy i uczniowie, była licha, często zmarznięta na kość, wskazując, że łowca najpewniej znalazł ją zakopaną w śniegu, a nie upolował dzięki niesamowitym umiejętnościom. Takie kąski odkładano na bok, gdyż ich natychmiastowe spożycie skończyłoby się połamaniem kilku zębów. Wszyscy byli głodni. Miłostka, a raczej Truskawkowa Łapa, znała ten wyraz na kocich pyskach; wszyscy próbowali ukrywać swoje grymasy, swoje nieciekawe humorki, swoje roztargnienie spowodowane pustszym i pustszym żołądkiem. Jako że i ona, i jej brat spędzili pierwsze noce w legowisku dwóch medyczek z powodu przemarznięcia (u Miłostki problemy przejawiały się wyłącznie w uchu, a Sekrecik całkowicie wyzionął ducha, kiedy tylko padł na ciepłe legowisko), próbowano dawać im nieco lepsze kąski, nie wymuszając na sobie jednak zbyt przyjacielskiej postawy. Oczywiście, nie każdy był dla nich niemiły. Zwłaszcza ruda asystenta, która w głównej mierze trzymała nad nimi piecze, była niezwykle ciepła i sympatyczna, jednak z obserwacji, którym zmuszona była się oddać pointka, gdyż jej brat cały czas spał znużony choróbskiem, wynikało, że i do niej nie pałano szczególnie sympatią, zwłaszcza w niektórych kręgach. Koty, które nie lubiły Jagnięcej Łapy, nie lubiły również ich, ale co ciekawe... starszej, która pełniła szanowaną (przynajmniej w założeniu) rolę, która była tutaj dłużej niż para uciekinierów, najwidoczniej nie lubili jeszcze bardziej. Najbardziej niezadowolona była zastępczyni Klanu Klifu. Kremowa kotka co jakiś czas przemykała nienaturalnie blisko wejścia do lecznicy, nigdy jednak bezpośrednio tam nie zawitała. Krzywiła się, kiedy napotykała wzrok Truskawki, a następnie uśmiechała się niezbyt przyjacielsko, jakby już coś planowała. Był jeszcze biały wojownik, który co jakiś czas przychodził do legowiska, aby porozmawiać z główną medyczką, której szylkretka nieco się bała. Owy Rozświetlona Skóra przez cały ich pobyt kuracyjny, pojawił się może dwa razy z pyskiem pełnym zmarzniętych ziół. Nie umiała określić relacji, jaka łączyła rodzeństwo. Ani jedno, ani drugie nie wydawało się zadowolone z odwiedzin, chociaż srebrzysta rzadko kiedy faktycznie była z czegokolwiek zadowolona, a biały kocur pałał widoczną niechęcią do medycznej adeptki. O Ćmim Księżycu też można było wiele powiedzieć. Przywykła do nieco zdziwaczałej, starej Świergot, w której do swego czasu widziała szczyt ekscentryczności, ale... ta kotka była zwyczajnie przerażająca. Nie była stara. Z tego, co udało jej się ustalić, to jej uczennica była tą bardziej wiekową. Blade ślepia jednak nie dawały jej po nocach spać; bo kocica rzadko kiedy sypiała.
Ta para była najbardziej do nich uprzedzona, a przynajmniej to oni jakkolwiek pokazywali im się na oczy. Wielu zwyczajnie omijało lecznice, kiedy tylko mogli. Nie dziwiła się. Sama raczej nie przepadała za wizytami u uzdrowiciela, nawet kiedy owo stanowisko przypadło jej własnej siostrze. Ci, którzy byli zmuszeni do odwiedzin, raczej nie pozostawali na noc, gdyż lista przypadłości zaczynała się i kończyła na takich błahostkach jak zmarznięte poduszki łap. Nudziło ją to. Na początku rozmawiała z Jagnięcą Łapą, ale starsza prędko zaczęła zbyt przypominać jej matkę. Tęskniła za Migotką, więc po dwóch dniach zaczęła zwyczajnie zbywać niebieskooką w najmilszy możliwy sposób. Chciała już zacząć trening, aby móc pozbyć się tego uwłaczającego, zwłaszcza dla kota w jej wieku i z jej umiejętnościami, członu. Była trochę zła na Wędrującą Łapą. Wiedziała, że to nie jego wina, że jest słabeuszem i nabawił się jakiegoś większego choróbska, ale gdyby nie to, to już byliby najpewniej przynajmniej w ćwiartce szkolenia. Tak strasznie chciała to mieć za sobą. W jej przypadku wystarczyło, aby medyczki dwa razy wsadziły jej do ucha jakąś przeżutą papkę i już poczuła się całkowicie zdrowa. Nikt jednak nie przyszedł, nawet kiedy otwarcie powiedziała Ćmie, że wszystko z nią w porządku.
"Pewnie nie przewidzieli tego, kiedy dali nam jednego kota na mentora..." — pomyślała i zmarszczyła brwi. "Umrę z nudów... I to z uczniowskim imieniem, co za wstyd..."
— Mirtowe Lśnienie, mógłbyś zanieść do lecznicy zwierzynę? Miałam to zrobić, ale muszę pomóc Rozkwitającemu Astrowi z Naparstnicową Łapą. — Widziała jak ciemny, widocznie stary już kocur zatrzymuje rudego wojownika. Truskawkowa Łapa jedynie raz rozmawiała z owym Mirtowym Lśnieniem, który został wybrany, aby zajmować się ich treningiem. Przyszedł jeszcze zanim zdążyli zapaść w błogi sen tego dnia, kiedy zostali znalezieni przez patrol. Nie wydawał się szczególnie zadowolony wizją niańczenia kotów w swoim wieku.
— Oh, oczywiście Pomocny Wróbelku, nie martw się — mruknął w odpowiedzi, a drugi uśmiechnął się wdzięcznie. Pomarańcowooki od razu skierował się do stosu zwierzyny i wybrał kilka piszczek. Z pyskiem pełnym gryzoni wszedł do lecznicy i rozejrzał się. Wędrująca Łapa próbował wciąż przespać chorobę i odespać te wszystkie noce, które spędził na zamartwianiu się o los swój i siostry.
— Pani ślepa poszła do kociarni, a rudzinka po zioła — odezwała się, kiedy wojownik zdawał się stawać coraz to bardziej zdziwiony tym brakiem odpowiedzialnych kotów. — Ale możesz zostawić. Pewnie zaraz wrócą, a ja nie jestem głodna... Słuchaj, panie mentor, wiem, że pewnie czekasz, aż mój brat będzie w stanie stać o swoich łapach, ale zanim to się stanie, to ja wyzionę tu ducha z nudów. Czy proszę, możemy coś zrobić, tylko we dwójkę? Zasłużył na odpoczynek — tu wskazała na brata ogonem i dodała prędko: — Ale jak tak dalej pójdzie, to będziesz miał tylko go do szkolenia, bo ja nie wytrzymam, albo co gorsza, ta wasza zastępczyni, co czyha na mnie jak jastrząb z daleka, wyrwie mi wszystkie trzewia — zażartowała, ale gdzieś na dnie faktycznie się tego obawiała.

<Mirtuś?>

19 stycznia 2026

Od Miłostki (Truskawkowej Łapy) CD. Sekrecika (Wędrującej Łapy)

Wszystko w ciele kotki było rozerwane między dwoma możliwymi... wyjściami z tej sytuacji. Umysł i rozsądek kazał jej biec. Biec tak szybko, jak tylko było to możliwe. Biec tak daleko, aby lisie łapy stały się wiotkie niczym trzciny. To był mądry wybór. To był wybór, który powinien być oczywisty. Niestety mózg przepełniony strachem, wizjami rudego pyska zaciskającego się na kocim karku sprawiał, że całe ciało stało się skamieniałe, a nogi wbiły się w ziemie. Miłostka, najeżona niczym skorupka kasztana, syczała przeraźliwie, nie czując nawet, kiedy owe dźwięki wydobywały się z jej mordki. Uszy miała położone niemal całkowicie płasko, a ślepia nigdy nie były tak rozszerzone. Miała wrażenie, że świat się zatrzymał, a jedyne co wskazywało no jego bieg, to rozwścieczona lisia matka zbliżająca się coraz bliżej.
— Co ty robisz kretynko, wiej! — wrzasnął nagle Sekrecik, łapiąc ją agresywnie za ogon. Ból przywrócił ją na ziemie. Kotka pisnęła, a wysoki dźwięk rozjuszył rudą bestię jeszcze bardziej. Skoczyła prosto na parę samotników, którzy w ostatnim momencie rzucili się do ucieczki.
Dawna zwiadowczyni czuła, jak adrenalina buzuje jej w żyłach, jak strach sprawia, że umysł staje się bardziej przejrzysty. Wszystko było proste, zwłaszcza że w głowie miała jeden cel: przeżyć. Nigdy nie przebierała łapami z taką prędkością, żaden wyścig z Sekrecikiem, Lnem czy Jaśminowiec mógł być porównany do tego, co działo się w tym momencie. Jej oczy nie były w stanie rozpoznawać kształtów, które mijała, a huk wiatru, uderzający jej w uszy, całkowicie ogłuszał. Miała wrażenie, że źdźbła trawy, które uderzają ją w pysk, są niczym kolczaste łodygi. Przez ten krótki czas nie myślała nawet o Sekreciku. Pierwszy raz, od kiedy opuścili wspólnie Owocowy Las, jego ogon nie majaczył jej przed nosem, jego płowy pysk nie kręcił się po prawej, ni lewej stronie. Gdyby nie fakt, że kilka mysich długości za sobą słyszała jego urywane sapanie, byłaby pewna, że lisica go dopadła.
Polana powoli zamieniła się w rzadki gaj. Odszukała wzrokiem niezbyt pokaźny buk, którego niskie gałęzie rozkładały się nad wydeptanymi kępkami. Nie odwracając się, rzuciła:
— Do góry! — Przyśpieszyła nieznacznie i wybiła się, łapiąc pazurami gładką korę.
— Miłostka, czekaj — powiedział Sekrecik, dysząc ciężko.
— Na co?! Aż nas zeżre?! — warknęła, wspinając się wyżej i wyżej, aż wszystkie jej łapy stanęły na jednej ze środkowych gałęzi. Spojrzała na dół, gdzie jej brat stał spokojnie, wciąż próbując złapać oddech, i zadzierał do góry głowę, wpatrując się w kotkę.
— Tobie robale zeżarły mózg. Widzisz ją tu gdzieś? Próbowałem do ciebie wrzeszczeć, ale niemal cię nie zgubiłem. Żebyś taka prędka była podczas polowania to może nie musielibyśmy żreć najchudszych, kulawych myszy. — Zrobił kolejny krok.
— Lepiej uciec dalej niż bliżej. Prawie odgryzła mi pół nosa! — Szylkretka położyła się na gałęzi i pochyliła się na dół, próbując zbliżyć się nieco do brata. — Ciekawe, kto wtedy by ci łapał sójki i gonił za wiewiórkami, panie wielki wojowniku!
— Może jakbyś była bez nosa, to w końcu zobaczyłabyś coś więcej niż tylko jego czubek — powiedział Sekrecik i usiadł pod drzewem, owijając sobie ogon wokół łap.
— Znalazł się! Wzór przykładności, honoru i troski nad innymi. — Złapała się teatralnie za serce.
— A wiedz, że tak. Na pewno bardziej niż ty. Jesteś jednym z najbardziej samolubnych kotów, jakie kiedykolwiek spotkałem.
— A ty jednym z najgłupszych! — odgryzła się. Zapanowała cisza. Chociaż słońce zdawało się mieć jeszcze długą drogę przed sobą, zanim horyzont pozwoli mu skryć się i odpocząć, tak chłód wieczora już ich dogonił. Wiatr wzbierał się i tańczył między nielicznymi drzewami. Zostawiali za sobą polany i niewielkie skupiska wyższej roślinności, wchodzili w gęstszy, ciemniejszy las. Musieli zadecydować do dalej. Miłostka wstała powoli i rozejrzała się po konarze; był gruby i mocny, a po jednej stronie, nieco niżej, znajdowała się dziupla. Szylkretka zeskoczyła jedną gałąź w dół i obejrzała dziurę; nie była zbyt duża, ale noce stawały się chłodniejsze, więc bliskość była preferowana.
— H-hej... Dasz rade wejść? — zapytała spokojnie, nieco niezręcznie. Płowy kocur kiwnął głową, ale nie ruszył się z miejsca. — Powinniśmy się zmieścić, ale może być trochę ciasno.
— Dobrze, że nie mamy jedzenia i mogliśmy się przygotować do tego, że będziemy spać w dziupli, w której ledwo mieszczą się pisklęta. — Przewrócił oczami, ale tym razem wstał i przygotował się do wspinaczki.
— Och przepraszam, że dałam rady znaleźć czegoś, co odpowiada paniczowi — parsknęła kotka, ale na widok pokracznych sposób wspinaczki kocura, musiała się zaśmiać. — Oj... Chyba będziemy musieli nad tym popracować, co?
— Za-zamknij się... — wydusił, ale w końcu wślizgnął się do środka dziury. — Zobaczymy, kto by sobie lepiej poradził, jakby skończyło się na walce z tą rudą kupką futra.
— Jeszcze byś się zdziwił... Ale nie będę się teraz nad tobą pastwić — powiedziała, wchodząc za płowym. Okazało się, że schronienie było jeszcze mniejsze, niż zdawało się na samym początku.
— Uważaj trochę, łazisz mi po ogonie! I schowaj te pazury, bo zaraz wydłubiesz mi oko — warczał Sekrecik, kiedy siostra próbowała okręcić się i znaleźć sobie jakieś miejsce. W końcu dawny wojownik położył się byle gdzie, a kotka obok, kładąc policzek na jego grzbiecie. Westchnęła, próbując ukryć, że wciąga ten jedyny znajomy dla niej zapach. Płowy łeb spoczął na jej kręgosłupie. — Co teraz? — spytał cicho.
— Nie wiem, ale... musimy coś wymyślić — mruknęła.
— Nie poradzimy sobie sami, nieważne ile będziemy się oszukiwać, wiesz o tym. — Wzrok kocura był twardy i stanowczy. Miłostka wiedziała, że to Sekrecik jest tym racjonalnym, że to on myśli więcej i przychodzi mu to z większą łatwością.
— Wiem... Gdzie chcemy iść? Myślałeś nad tym? — Przekręciła się nieco, aby móc uciec przez morskimi ślepiami.
— Rozumiem, że próby przekonania cię do powrotu do Owocowego Lasu wciąż są bezsensowne?
— Nawet nie zaczynaj — burknęła, marszcząc nos.
— Możemy iść poszukać czegoś przy Wyprostowanych... Tam na pewno żyją koty. — Myślał głośno płowy.
— Jak nie one obedrą nas ze skór, to zrobią to Bezwłosi, ale z godności... — Skrzywiła się szylkretka.
— To co? Nie wierzę, że jesteśmy daleko od granic Naszych... Najbliżej nam zapewne do Klanu Wilka. Nie zdziwię się, jakby ten las prowadził właśnie tam... Musielibyśmy się bardziej w niego zapuścić, wtedy będziemy pewni przez zapach. No i jest jeszcze Klan Burzy, też pewnie bliżej niż dalej...
— A Klifu? Ojciec z niego przyszedł — zaproponowała zielonooka.
— Dalej się nie dało? — mruknął Sekrecik, marszcząc brwi.
— Wiemy, gdzie jest... Jeśli znajdziemy jakieś miejsce, które będziemy kojarzyć z drogi na Bursztynową Wyspę, powinniśmy się nie pogubić. No i ojciec tam mieszkał — powtórzyła.
— Jeśli dobrze pamiętasz, to ojciec kilka zgromadzeń temu wdał się w publiczną bijatykę z Klifiakiem, nie wiem, czy powinniśmy się kierować wyborami staruszka. — O ile słowa kocura miały dużo sensu, tak kotka jedynie wzruszyła barkami.
— W Owocowym Lesie wszyscy go lubili, nawet ta stara dżdżownica Cierń, więc nie wierzę, że w Klanie Klifu za nim nie przepadali — zauważyła. Płowy wydał z siebie niski pomruk i przez dłuższy moment milczał, myśląc nad możliwymi problemami, które mogą z tego wyniknąć. Kiedy kocur, według siostry, zastanawiał się już zdecydowanie za długo, dodała: — Jeśli się nie zgodzą, zawsze możemy spróbować gdzieś indziej... Nie powyrywają nam ogonów, jeśli nic im nie zrobimy prawda?
— Raczej nie... — zgodził się. — Ale w takim razie musimy tu jakiś czas zostać. Jak wejdziemy na tereny klanów, raczej nie będziemy mogli polować, bo powyrywają nam nie tylko ogony, ale i całe zadki.
— Miejmy nadzieje, że lisica nie mieszka w tym lasku — zażartowała ruda, a brat uderzył ją ogonem po czole. Zaśmiała się i podkuliła nogi mocniej pod siebie. Westchnęła głęboko i przymknęła ślepia. Cisza znów rozniosła się po dziupli. Sekrecik niemal zasnął, ale zmęczony głos znów się odezwał: — Nasze imiona są głupie...
— Słucham? — Otworzył jedno oko.
— Żałosne... Nie pasują... — dodała i przybliżyła się nieco do głowy kocura. — Wiesz, oni nazywają się tak majestatycznie... Jak to niby będzie brzmieć w naszym przypadku?
— Sekretny to bardzo ładny człon, nie wiem, o czym mówisz — mruknął, ale widocznie zainteresował się słowami zwiadowczyni. — Ale co proponujesz.
— Nadajmy sobie nowe imiona.
— Że sami?
— Nawzajem. Ja nadam tobie, a ty mnie — wytłumaczyła, już nieco bardziej rozbudzona.
— Nie wiem, czy ci ufam z tak poważnym wyborem — burknął żartobliwie, ale w oku mu zaiskrzyło. — No i czy ty jesteś w stanie mi powierzyć coś takiego? Po tych swoich wszystkich głupich wyborach jedynym odpowiednim imieniem byłby Pusty Łeb. — Kotka klapnęła zębami zaraz przy płowym uchu.
— Ha, ha! Bardzo zabawne... — Wykrzywiła pysk w zadziornym uśmiechu. — Nie żartuje. Ja zacznę... Ty byłbyś... Wędrującym Wibrysem — powiedziała po chwili namysłu. Zaskoczenie na pyszczku kocura było szczere; nie spodziewał się, że siostra faktycznie nada mu ładne, nieprzygłupie miano. Uśmiechnął się.
— Wiesz... Faktycznie myślałem, żeby wybrać coś paskudnego, ale Wędrujący Wibrys jest całkiem nieźle...
— A ja? A ja? — Przysunęła się jeszcze bliżej, teraz trzymając brodę na łopatkach brata.
— A ty... Pamiętasz, że ojciec zawsze mówił, że twój nos wygląda jak serduszko? Że dlatego nazywasz się Miłostka? — zapytał, przekrzywiając nieco łebek.
— No... — mruknęła zniecierpliwiona.
— Według mnie to jednak wygląda trochę, znaczy kształt... jak truskawka...
— Truskawka? Chyba podgniła, umorusana! — wzburzyła się nieco szylkretka.
— Ale masz zielone oczy, to trochę jak listki... — obronił swoje zdanie. — Truskawkowe Pole... Skoro już mamy pokazywać, że łaziliśmy w te i wewte... Przez pola też — mruknął, ziewając przeciągle.
— Urocze... Nie pasuje do mnie — skrzywiła się nieco.
— Może pozwoli ci się zmienić i nie będziesz już taka narwana i szurnięta. Myśle, że nie będzie lepszego momentu na to, żeby trochę wydorośleć — pouczył ją brat, a samotniczka przewróciła oczami tak mocno, że poczuła lekki ból w czole.
— No, no, przestań już, bo ci naślinię do nosa, kiedy będziesz spał — warknęła.
— Właśnie o tym mówię, Miłostko... znaczy, Truskaweczko. — Uśmiechnął się strasznie irytująco. Pointka syknęła na niego, ale zaśmiała się, zwijając się w szczelniejszy kłębek. Nie zabrała głowy z grzbietu płowego, a kocur owinął jasną kitę wokół rudego ciała siostry. — Dobranoc...
— Dobranoc. Może w śnie ześlą ci jakiś mądry pomysł... — mruknęła. Krótko potem oboje odpłynęli w sen.

* * *
Aktualnie

— Pytam jeszcze raz, a jeśli nie odpowiecie, radze wam jak najszybciej odejść z terenów Klanu Klifu — powiedział kremowy kocur, którego futro przesiąknięte było zapachem słonego morza.
— Naprawdę nie szukamy zwady, ale to, co mówiliśmy, to prawda... — Próbował mówić jak najspokojniej Wędrujący Wibrys — Chcielibyśmy dostać azyl, miejsce do życia w waszym klanie i, jeśli to możliwe, poprosić o spotka-
— Audiencje — przerwała Truskawkowe Pole, a kiedy nastał moment nieco niezręcznej ciszy, nachyliła się nad uchem brata, aby szepnąć: — Wiesz... wyrafinowany język... żeby nie wzięli nas za zwykłych gównojadów.
— Zamknij się, kiedy próbuje rozmawiać i nie wkopać nas pod ich pazury — warknął na nią.
— Uwierzcie, że szemranie między sobą nie poprawia waszej sytuacji — odezwała się, nieco mniej pewnie niż wojownik, szylkretowa kotka. W jej zielonych ślepiach błyszczała iskierka wrogości.
— Przepraszam... My mamy powód, aby udać się do Klanu Klifu, tak w sumie... — Tym razem to pointka zrobiła krok do przodu. Już przy pierwszym słowie, które wypełzło z jej pyska, płowy zdawał się żegnać z jakimikolwiek szansami.
— A jaki to dokładnie, taka para samotników, może mieć interes — mruknął ponownie wojownik.
— Będziemy z wami szczerzy... Odeszliśmy z Owocowego Lasu, ale szukamy dla siebie lepszego miejsca, a nasz ojciec mieszkał tutaj... Dobrze wspominał nadmorskie klify i tych, którzy nad nimi żyją... Pomyśleliśmy, że to dobrze miejsce, aby zacząć na nowo — wytłumaczył Wędrujący Wibrys.
Wszyscy członkowie pokaźnego patrolu spojrzeli po sobie. Para samotników nie miała prawa tego wiedzieć, ale nie mogli trafić na lepszy skład. Grupą przewodził Królicza Prawda, którego odejścia i powroty do klanu ciążyły nad nim niczym burzowa chmura, nawet jeśli zmieniono mu imie. U jego prawicy stała Pchełkowy Skok, która nigdy nie mogła czuć się w pełni Klifiaczką. Za nimi, w całkowitej ciszy, dwójce przyglądała się Pajęcza Nić, której pochodzenie nigdy nikomu nie zostało zdradzone. Nad Tawułową Łapą i Pasterzową Łapą, których odsunięto od niespodziewanych gości, stała Rozżarzona Pieśń, dawna wojowniczka Klanu Wilka.
— Eh... — westchnął Królik, patrząc po swoich towarzyszkach. — Co uważacie?
— Wiem, że moje zdanie najpewniej nie znaczy zbyt wiele... — zaczęła ruda kotka. — Ale czułabym się niczym hipokrytka, gdybym proponowała ich odesłać.
— Pchełkowy Skoku? — dopytał ponownie.
— Nie wyglądają zbyt dobrze... Może faktycznie powinniśmy dać zdecydować Judaszowcowej Gwieździe? W końcu mówią, że ich ojciec pochodził z naszego klanu — odpowiedziała szylkretka.
— Nasz ojciec był samotnikiem, ale przebywał to dość długi czas — naprostowała pointka.
— Nie potrzebujemy szczegółów. Zatrzymajcie je dla naszego lidera — rzucił jeszcze kremowy, a następnie dodał, już odwracając się, aby dać im znak, żeby podążali za nimi: — Jak się nazywacie?
— Ja jestem Wędrujący Wibrys, a moja siostra to Truskawkowe Pole.
— Ciekawe... Myślałam, że mówiliście, że jesteście z Owocowego Lasu — wtrąciła się biała uczennica, odzywając się po raz pierwszy. — Czy ich imiona nie są inne.
— Są! — odpaliła się Truskawka. — Sami wybraliśmy sobie te imiona, ja mu, a on mnie.
— Aha... — mruknęła terminatorka.
— Czy możemy już iść? Nie chce się przeziębić, a ten duży strasznie dygocze... — palnął nagle pokręcony kocurek, odsuwając się od płowego samotnika z obrzydzeniem wymalowanym na mordce.
— Faktycznie... Coś wam dolega? — zapytał Królicza Prawda.
— A tam... Ja nie słyszę na jedno ucho od kilku wschodów słońca, ale to pewnie jakiś robak, a mój brat... On akurat faktycznie mógłby odpocząć w cieple — przyznała dawna zwiadowczyni, próbując zabrzmieć lekko i żartobliwie.
— Tak czy siak... Nie ważne, jaki będzie werdykt, wątpię, by kotki z legowiska medyka puściły was chorych, zwłaszcza Jagnięca Łapa — powiedziała Rozżarzona Pieśń. — Ale teraz chodźmy, lepiej mieć to za sobą.

* * *

— Co to ma znaczyć Królicza Prawdo?! — Wściekły głos Pikującej Jaskółki rozszedł się po obozowisku, kiedy syn zastępczyni rozpoczął zdawać raport. Zielone ślepia kocicy powędrowały prosto na pare przybłęd, które stały w towarzystwie trzech pozostałych wojowniczek. Uczniowie odeszli, nie chcąc wtrącać się w poważne sprawy; nasłuchiwali jednak ze swojego legowiska wraz z resztą podrostków. — Jaka część twojego mózgu powiedziała ci, że powinieneś zrobić cokolwiek innego niż przytargać ich tutaj? Prosto do obozu!
— Powiedzieli, że ich ojciec pochodził z Klanu Klifu. Nie są niebezpieczni; oboje potrzebują też pomocy medycznej... Kodeks nie pozwala na wrogość względem słabszych — wytłumaczył spokojnie, ale strach przebijał się przez tą maskę. Cała rozmowa rozgrywała się zaraz pod legowiskiem Judaszowcowej Gwiazdy. Jaskółka musiała dopiero co z niego wyjść, gdyż zapach starczej jaskini wciąż osiadał na jej krótkim futrze.
— Od kiedy kodeks nosisz tak blisko serca? — prychnęła, przenosząc wzrok na "gości". — Nie macie tu czego szukać, nie potrzebujemy kolejnych pysków do wykarmienia. Nie ważne kim jest wasz ojciec, nieważne ile było w nim Klifiaka — krzyknęła głośno. Tak głośno, że dotarło to do nadszarpanych uszu czekoladowego staruszka, który do tej pory siedział cicho w swojej norce.
— Co to za harmider... — wycharczał Judaszowcowa Gwiazda, wyczłapując z mroku.
— Patrol przysparza kolejnych kłopotów — powiedziała krótko i wymijająco zastępczyni. Pomarańczowe ślepia od razu odnalazły źródło problemów. Zmarszczyły się, a łapy kontynuowały powolną drogę w dół.
— Co to za kolorowa para? — zapytał, podnosząc jedną brew i jeżąc się nieznacznie. — A ważniejsze pytanie, czego tu szuka?
— Przybyliśmy z Owocowego Lasu, ale z powodu... kilku konfliktów między moją siostrą, a jej przyjaciółką zdecydowaliśmy się odejść. Swoje stare imiona tez tam pozostawiliśmy. Ja jestem Wędrujący Wibrys, a ona to Truskawkowe Pole. Naszym ojcem jest Miodek-
— Niedźwiedzi Miód, jeśli dobrze pamiętam — wcięła się Truskawkowe Pole. Brat zmierzył ją morderczym wzrokiem. To on miał mówić. Oboje wiedzieli, że tak będzie lepiej, że to ich jedyna szansa na znalezienie miejsca u Klifiaków.
— Kto by się spodziewał, że z tego wycieruchy wyjdą podobne do niego... jednostki. Psiamać... nie brakuję nam mord do wykarmienia... — burknął, patrząc na koty spode łba.
— Umiemy polować, umiemy walczyć. Moja siostra biega po drzewach niczym wiewiórka, na pewno sprawnie będzie poruszać się i po klifach. Pozwólcie nam zostać, proszę... Nie będziemy w stanie się odpłacić od razu za dobroć, ale gdy tylko nabierzemy sił, będziemy polować za trzech albo i czterech wojowników. Każde z nas — mówił Sekrecik, a Miłostka co kilka słów przytakiwała.
— Czemu dokładniej odeszliście z waszego domu? — zapytała nagle Jaskółka. — Skąd pewność, że nie pakujemy się w kłopoty, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w Klanie Wilka?
— Nie wiemy, co wydarzyło się w Klanie Wilka, ale obiecujemy, że to zamknięta spra-
— Pobiłam się z moją byłą najlepszą przyjaciółką, bo ukradła mi chłopaka — palnęła pointka. Wokół wszystkich zebranych nastał moment ciszy.
— Muszę przyznać, że nie jest to wyznanie, którego nie spodziewałbym się po bachorze tego wiecznego kochasia — mruknął Judaszowcowa Gwiazda. Westchnął charcząco i przez moment milczał. Płowy już żegnał się w myślach z jakimikolwiek szansami i obiecał sobie, że urwie siostrze głowę, kiedy tylko wygonią ich z terenów. Przez moment zastanawiał się nawet czy może nie powinien zrobić tego tu i teraz? Może jeśli byłby sam, zlitowaliby się nad nim? — No dobrze... Niech wam będzie, psiamać...
— S-słucham? — wydukał jedynie morskooki, nie wierząc, że to była faktyczna możliwość.
— Judaszowcowa Gwiazdo, nie możesz być poważny w tym momencie — warknęła zastępczyni, oszołomiona niemal tak samo, jak dwójka nowych nabytków Klanu Klifu.
— Jestem poważny i zdecydowany, Pikująca Jaskółko. — Podrapał się za uchem i nie przejmując się brakiem formalności, powiedział tu i teraz, bez wchodzenia na mównice: — Klanie Klifu, zbierz się.
Koty, niezwykle zaciekawione i zszokowane, zaczęły niepewnie wychodzić z legowisk. Niektórzy widocznie zdenerwowani, inni pełni pewnej ekscytacji.
— To nie może być prawda, udało nam się — szepnęła do brata szylkretka, kiedy rozglądała się po zbliżających się kotach. Wibrys uśmiechnął się nieśmiało.
— Ty. — Judaszowiec wskazał na płowego. — Do dnia, kiedy klan uzna, że jesteś gotowy odzyskać miano wojownika, będziesz nosić miano Wędrującej Łapy. A ty. — Teraz przeniósł pazur na zielonooką. — Ty będziesz Truskawkową Łapą. Rozumiem, że oboje zakończyliście swój trening w Owocowym Lesie, więc nie chce, abyście grzali się w legowisku uczniów zbyt długo. Wszystko, co powinniście wiedzieć o Klanie Klifu, przekaże wam Mirtowe Lśnienie. Jesteście jego obowiązkiem i problemem. Nie chce słyszeć o żadnych wybrykach. To nie miejsce dla kociąt, a wasz ojciec na pewno był właśnie tym... wielkim, głupim kociakiem — powiedział (lovingly) staruszek, odwracając się i znikając w końcu w swojej jaskini.
Zamiast skandowania, w obozie zapanowała cisza. Do dwójki podeszła nagle mała, jasnoruda koteczka o kobaltowych oczach, a kilka kroków za nią stał kremowy wojownik z patrolu.
— Witamy w Klanie Klifu... Pewnie jesteście podekscytowani, ale słyszałyśmy od Króliczej Prawdy, że to, czego potrzebujecie teraz, to odpoczynek i pomoc medyczej łapy... Jeśli mogę was prosić, spędzicie najbliższe kilka nocy ze mną i Ćmim Księżycem, dobrze? — zapytała, ale kiedy zobaczyli bladooką kocicę, czającą się przy wejściu do części obozu, która okazała się lecznicą, wiedzieli, że nie mieli prawa odmówić. Przynajmniej Mirtowe Lśnienie mógł przyjąć do wiadomości i dojść do siebie po awansie na opiekunkę dwóch pozaklanowych delikwentów.

<Wędrująca Łapo?>

Wyleczeni: Miłostka, Sekrecik

04 listopada 2025

Od Miłostki CD. Sekrecika

Kilka wschodów słońca po ataku na Jaśminowiec

Zmierzyła kocura tak morderczym spojrzeniem, że niemal sama nie przestraszyła się swojej mordki, odbijającej się w jego ślepiach. Tak strasznie nie chciała, aby ktokolwiek się nią teraz przejmował. Każdy rodzaj uwagi był zły. Wszystko, co spotkało ją po tym jednym popołudniu... wszystko było złe. Nie było kota, który nie patrzył jej na łapy, nie było momentu, w którym była sama, nie było oddechu, który mogła wziąć w spokoju. Miała tego dosyć. Miała dość tego, że w ich oczach stała się jakimś nieprzewidywalnym potworem, jakąś bestią, która może w każdej chwili rozszarpać twoje potomstwo i zatruć ci starszą babkę. Po co jej była taka społeczność? Po co jej były koty, dla których jest jedynie emocjonalnym balastem i kolejną rzeczą, której muszą doglądać niczym nabuzowanego, krwiożerczego kociaka? No i po co jej był ten przygłupi, młodszy, słabszy i kompletnie bardziej bezużyteczny brat, który teraz wgapiał się w nią, oczekując jakiejś błyskotliwej odpowiedzi, a co gorsza tego, żeby podkuliła ogonem pod brzuch i od razu skierowała się z powrotem na gałąź, na swoje cieplutkie legowisko, gdzie zapadłaby w żałosny sen, po którym nastałby tylko jeszcze bardziej żałosny dzień wypełniony jakże żałosnymi obowiązkami. O nie. Tego Miłostka nie miała zamiaru tolerować. Nie teraz. Nie po tych wszystkich rzeczach, które musiała znieść.
— Ja jestem niespełna rozumu?! Czy ty widzisz, jak oni mnie traktują? Jak jakiegoś borsuczego bachora! Łażą za mną, wypytują, zatrzymują przed obozem... Wynosiłeś kiedyś mech zaszczany i zapocony przez własną matkę, ciotkę... jeszcze nie wiadomo kogo?! — warknęła w końcu, próbując jednak zachować względnie cichy ton. Usłyszała, że dzisiaj przy wejściu miał czatować ich ojciec, a to znaczy, że najpewniej dawno leżał już skulony pod krzewem, oddany w opiekuńcze objęcia Wszechmatki, z którego wyrwie go dopiero szturchnięcie zwiadowcy, prowadzącego pierwszy poranny patrol. To była jej szansa. Jedyna na długi, długi czas. 
— Żartujesz sobie, prawda? Jesteś aż tak ślepa, tak głupia? — Wojownik był szczerze zszokowany. 
— Nie? A wyglądam, jakby było mi do śmiechu? Wyglądam, jak ktoś, komu na myśli figle, dowcipy? — Teraz stała już całkowicie odwrócona do płowego przodem. 
— Jeśli figlami nazywasz skakanie innym do gardeł, to tak. Tak, wyglądasz. — Sekrecik owinął sobie ogon wokół łap. Miał być może nadzieje, że jego stoicka postawa sprawi, iż siostra wróci z nim do bezpiecznego legowiska. 
— Jak zaraz stąd nie wyjdę, to obiecuje, że faktycznie komuś skoczę.
— I dasz im to, czego dokładnie chcieli? To na co czekali? — Otworzył szerzej oczy. 
— Nie — wypluła zbyt głośno, zbyt szybko. — Dlatego rozwiąże to inaczej. 
— To znaczy?
— Odchodzę — wyrzuciła, jakby była to najbardziej codzienna decyzja. 
— Jesteś niepoważna? — zapytał ponownie. 
— Jestem w pełni poważna i pewna swoich czynów. — Zaczęła już wstawać, ale kocur ja uprzedził. 
— Nie idziesz sama — powiedział stanowczo, robiąc kolejne kilka kroków w jej kierunku. 
— Zatrudnisz mi niańkę? Kto to będzie... — Udała zamyśloną, stukając się pazurem w bok głowy. — Może motylek barwny, może sarenka... A może to zamienione w ptaszka Kruszynka... Hmmm, tyle możliwości. 
— Ja idę z tobą. — Wojownik przeszedł obok niej i skierował się ku wyjściu. Miłostka nastroszyła ogon. Odwróciła się i z szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w brata. W końcu on też zerknął przez bark w tył i złapał jej wzrok. — No co? Rozmyśliłaś się? 
— H-hej! Nie możesz! — Wystrzeliła za nim, doganiając go prędko. Miała ochotę złapać go za ogon i przycisnąć kamieniem, ale bała się, że piśnie, a to obudzi cały obóz. — H-h-hej! Prze-przestań! — Te słowa wyjęczała żałośnie. To miała być jej misja, jej zmiana...
— Jak masz zdradzać Owocowy Las, to chyba nie myślałaś, że pozwolę ci to robić samej, co? Nie bądź niemądra. — Szedł dalej przed siebie, co każdy krok ściszał trochę głos. 
— Nie mamrocz tak. Ojciec jest na warcie. Nawet jakbyś wrzeszczał i skakał niczym na wiewiórczych godach, nie ruszyłby wąsem. — Dogoniła go. 
— Oho! I to jeszcze staruszkowi pod nosem chcesz zwiewać. Nie masz serca. 
— Mam na nosie! — warknęła i dodała: — To jedyna szansa. Wiesz, jak rzadko dają mu to do roboty. Jest w tym potworny! Borsuki mogłyby nam roznieść cały obóz, a on przekręciłby się tylko na drugi bok.
— Chyba że usłyszałby pisk mamy. 
— No tak... Chyba że usłyszałby pisk mamy... — powtórzyła, zwieszając głowę. 
"Nie myśl o niej, nie myśl o nim. Nie możesz się rozmyślić; pożałujesz tego." — mówiła samej sobie na okrągło, próbując zatrzymać łzy, zbierające jej się w kącikach oczu. Nie mogła płakać, nie przy Sekreciku. 
— Ostatnia szansa — mruknął w końcu. Stali przed wyjściem. Słyszeli pomruki starszego wojownika z drugiej strony; spał spokojnie, głęboko i ani myślał przerywać swoich słodkich snów. Miłostka przełknęła ślinę i kiwnęła łbem. Razem, na paluszkach, przeszli przez tunel w krzewach. Nie patrzyła na czekoladowy, posiwiały pysk. Nie miała serca. W bezpiecznej odległości stanęła, a brat spojrzał na nią pytająco. Może spodziewał się, że szybko jej się odwidziało, ale... nie. Pointka czuła, jak ciężar spada jej z serca, a łapy w końcu stają się wolne i lekkie. Zimny, ale rozbudzający wiatr zadął jej w pierś, a ona odetchnęła głęboko. Następnie zaśmiała się bez kapki goryczy czy żalu. 
— Kto ostatni na Wrzosowej Polanie ten glut z nosa Ambrowiec! — zawołała i nie czekając na kocura, wystrzeliła do przodu. 

<Sekrecik?>

03 listopada 2025

Od Miłostki CD. Jaśminowiec

Poczuła nadciągające licho szybciej, niż je faktycznie ujrzała. Zjeżyła się na sam dźwięk głosu dawnej przyjaciółki. Jak najszybciej chciała zmyć z się z bardziej widocznej części obozu zaraz po ceremonii mianowania, ale najwidoczniej ta szkarada jest równie szybka, co jej rozprzestrzeniający się swąd.
— I co, nie pogratulujesz mi mianowania? — zaczęła srebrna — Twój najlepszy przyjaciel mi pogratulował, myślałam, że też się ruszysz. Chociaż, hm, ostatnio rzeczywiście coś mało was razem widzę. Ciekawe dlaczego… — mruczała tak obrzydliwie przesłodko, że aż piszczka podeszła jej pod sam język. Nie odpowiedziała. Udawała, że zajmuję się czymś innym. Grzebała łapą w piachu niezwykle przejęta wymyślonym, samodzielnie przydzielonym sobie obowiązkiem. Pod nosem mruczała jakąś zaimprowizowaną melodyjkę tylko po to, aby zagłuszyć oddech młodszej kotki. W końcu jej cierpliwość się wyczerpała i nowo mianowana wojowniczka odchrząknęła znacząco. Pointka odwróciła się powoli, nakładając zdziwioną maskę na pyszczek.
— Oh! Do mnie mówiłaś? — Rozszerzyła swoje zielone ślepia i popukała się palcem w bok głowy. — Wybacz, ale najwidoczniej musiałam aż stracić słuch ze starości, czekając, aż w końcu wygrzebiesz ten brudny zad z legowiska uczniów i zaczniesz się na coś przydawać. Haha, ale ze mnie gapa. — Przymknęła oczy i uśmiechnęła się sztucznie.
— Lepiej chyba poszkolić się dłużej niż zajmować się kopaniem w ziemi — skomentowała srebrna. Zrobiła jeszcze jeden krok do przodu, nie chcąc, aby zwiadowczyni odwróciła się do niej ponownie grzbietem. — Myślałam, że zabawa w obozie to raczej obowiązek stróżów. Zmieniłaś profesje? Było zbyt ciężko?
— Dużo wiesz o byciu stróżem, co? — Wykrzywiła się wrednie. — Braciszek ci opowiadał?
— Mam też oczy, no i faktycznie słuchałam podczas treningów.
— Może i je masz, ale najwidoczniej szwankują, skoro umiesz bez odruchów wymiotnych patrzeć na tą dżdżowni-
— Jaki jest twój problem do mojej rodziny?! — warknęła młodsza, a ruda uśmiechnęła się pełna triumfu. — Jedyne co robisz, to obrażasz Cienia i moją matkę. Mam już w nosie, że obrażasz mnie!
— Koty tak nie wyglądają. Koty mają futra. Koty powinny być w stanie wytrzymać bez oblepiania się brudnymi, podgniłymi liśćmi. Ty może i pyszczek masz, och jakże urokliwy, ale w środku jesteś pozbawiona tego, czego oni na zewnątrz. Więc może idź już sobie i podziękuj Wszechmatce, żeś nie urodziła się taką wywłoką i nie musisz kryć się w legowisku stróżów lub za warstwą zlepionych liści. — Posłała jej tylko jeszcze wyzywające spojrzenie. Zamiast czekać na odpowiedź, odeszła, zostawiając wściekłą wojowniczkę samą. Nie miała na to ochoty. Nie miała ochoty na kłótnie z Jaśminowiec; wiedziała, że nawet jeśli udało jej się uniknąć jednego tematu o Lnie, tak pomarańczowooka zrobi wszystko, aby znów go przywołać. Wiedziała, że to najłatwiejszy sposób, aby rozjuszyć Miłostke. Musiała się uspokoić. Musiała wyjść z obozu. W nim było za mało miejsca; kotka od razu by ją odszukała i zmusiła do rozmowy, wymusiła kłótnie. Polowanie jej nie zaszkodzi. Zwłaszcza że wiedziała, że nikt nie zwróci uwagi na jej dłuższą nieobecność. Ojciec przesiadywał z matką coraz częściej; oboje posiwieli, oboje mieli coraz mniej sił i chęci do patrolowania czy łowów. Starzeli się. Ta myśl wprawiała Miłostke w zakłopotanie i stan dziwnego... smutku. Myśl, że rodzice nie zawsze będą na tym świecie był... abstrakcyjny i niemożliwy do wyobrażenia. Oczywiście, mogli mieć przed sobą jeszcze wiele, wiele spokojnych i przepełnionych miłością księżyców, ale widok ich pobielonych mordek, ich coraz powolniejszych ruchów... To nie dawało córce spokoju. Przynajmniej o Sekrecika nie musiała się martwić. Kocur dał sobie najwidoczniej spokój z byciem jej opiekunem, od kiedy przestała aż tyle czasu spędzać z Lnem. Ta realizacja nieźle ją na początku wkurzyła; kim on niby myślał, że jest, skoro tak się wtrącał w jej życie prywatne?! Kto dał mu prawo decydować, kiedy potrzebuje więcej nadzoru, a kiedy mniej?!
Miłostka warknęła do samej siebie i wyszła. Nie wróciła na noc, ale nikt nie wydawał się zwrócić na to większej uwagi.

* * *

Była zmęczona. Coraz częściej zdarzało jej się spędzać noce poza obozem. Nie mogła znieść myśli, że kilka kocich długości od jej posłania, leżą Jaśminowiec i Len, dotykając się ogonami... dokładnie tak, jak robił to z nią. Wracała nad ranem, starając się wyrobić przed wojownikami, którzy zbierali się na wczesne treningi. Marniała w oczach, ale nie przestawała. Robiła, co musiała, ale bez większego zapału, do którego zwyczajnie nie mogła się zmusić. Tym razem była na wieczornym patrolu, a kiedy skończyli, obóz był już ciemny i cichy. Przy wejściu spotkali tylko czuwającego Sajgona, który jednak nie zadał żadnego zbędnego i głupiego pytania, widząc jej morowy wyraz mordki. Skinął za to łbem do starszych uczestników grupy. Sama Miłostka wdrapała się na drzewo i zajęła zimne miejsce obok wciąż śpiącego brata. Na samą myśl o treningu z Guziczkiem miała ochotę wyrwać sobie futro z uszu. Tak strasznie nie chciała. Tak strasznie nie miała na to siły. Tak strasznie nie chciała mieć ucznia. Cichy, zdławiony płacz wyrwał się z jej pyska. Czuła, że wszystko jej się wali, że wszyscy mają w życiu lepiej od niej, nawet jeśli nic faktycznie złego na nią nie czuwało. Oczywiście... straciła siostrę, ale nie do końca wiedziała, co ma z tym zrobić. Czuła się źle, że jej głównym zmartwieniem i źródłem smutku jest jej kłopot z Lnem i Jaśminowieć, ale nie mogła się zmusić do faktycznej tęsknoty i żałoby, w której tkwili teraz ojciec z matką. Nałożyła łapy na uszy, żeby nie słyszeć swoich żałosnych dźwięków. Ona mogła chcieć je zagłuszyć, ale nie wiedziała, że ktoś inny nasłuchuje, a co gorsza, przygląda się i knuję.
Zapadła na krótki, płytki sen, z którego wyrwał ją typowy, poranny zamęt w legowisku. Koty zbierały się na patrole, na polowanie, na treningi. Niektórzy budzili śpiochów, inni planowali z przyjaciółmi wspólne szkolenia swoich terminatorów. Ją szturchnął brat. Patrzył na nią z góry.
— Masz zamiar kiedyś wstać czy może zrzucić cię razem z mchem? — zapytał, podnosząc jedną brew.
— Tak. Zabij i mnie, rodzice na pewno dobrze to zniosą — odfuknęła, a płowy skrzywił się.
— Przestań. Nie mów takich rzeczy — rzucił i odszedł, nie chcąc więcej kontynuować takiej rozmowy. Miłostka podniosła się na obolałych łapach. W głowie jej dudniło, a oczy piekły niemiłosiernie. W dodatku zimny, mocny wiatr dął między wysokimi ścianami obozu. Dreszcz przebiegł jej po grzbiecie. Wciąż nie do końca obudzona zeskoczyła na dół, gdzie czekał już Guziczek. Musiała zacisnąć zęby, żeby nie powiedzieć niczego niemiłego.
"Czemu on taki jest, czemu nie może dać mi spokoju?" — warczała w głowie, wbijając pazury w stwardniałą ziemię. Przełknęła ślinę i wzięła kilka głębokich oddechów. Musiała zareagować, zanim on sam rozpocznie tą swoją irytującą rozmowę.
— Dzisiaj będziemy polować z drzew — rzuciła i bez żadnego innego słowa skierowała się ku wyjściu. Bury pobiegł za nią, widocznie delikatnie wybity z rytmu zachowaniem mentorki.

* * *

— Musisz być ciszej! — warknęła na terminatora, po tym, jak już trzeci raz dźwięk gałęzi spłoszył wiewiórkę.
— Nie wytłumaczyłaś mi, jak mam to robić... Mam się sam domyślić, czy co... — Kocur bardzo się starał; pointka to wiedziała, znała go już przecież jakiś czas, ale nie umiała trzymać emocji, które kotłowały się w niej już od tak dawna.
— Powinieneś to wiedzieć, przecież to oczywiste! Ile ty masz księżyców, że miauczysz jak nienakarmione kocie, co?
— Jesteś moją mentorką! Może dla ciebie to oczywiste, bo tobie ktoś to wytłumaczył.
— Nie wiesz, że jak zrobisz dźwięk, to zwierzyna ucieknie? Nie dobijaj mnie, Guziczku!
— Nie o to chodzi... Wiem to. Ale może byś mi powiedziała, jak mam tego uniknąć? Ja naprawdę nie chce się kłócić.
— Myślisz, że ja chce?
— Na to wygląda...
— Złaź...
— C-co? Ale nic nie złapaliśmy. — Terminator wlepił ślepia w zwiadowczynie, która cała najeżona.
— Ty! Ty nic nie złapałeś! — warczała, nie przejmując się, że ktoś mógł akurat przechodzić pod drzewami. Nie byli daleko od obozu; nie miała siły się oddalać. — A teraz złaź! Wracamy do obozu.
— Ledwo słońce góruje...
— W takim razie będziesz mieć dużo czasu, aby pomyśleć o wszystkich swoich dzisiejszych błędach. — Przeskoczyła na gałąź wyżej, aby wyminąć burego, który z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nią. Wiedział, że coś jest nie tak. Jego nauczycielka zawsze była z tych... bardziej emocjonalnych i podatnych na działanie pochopnie i bez pomyślunku, ale to... to było coś bardzo dziwnego.
— O co ci chodzi? Co się z tobą dzieje..? — zapytał w końcu, świdrując dziurę w tyle głowy mentorki. Nie odwróciła się, ale agresywne uderzenie ogonem zdradziło buzującą w niej złość. — Wiem, że może być ci ciężko, słyszałem o Kruszynce i bardzo mi przykro, że straciłaś siostrę, ale... Mogłaś zwyczajnie powiedzieć, że potrzebujesz czasu. Pieczarka na pewno by to zrozumiała... — zawahał się. Nie wiedział, czy mówić dalej, czy lepiej milczeć. Cisza jednak nie była w jego naturze. — Wiesz, że lubię, że jesteś moją mentorką. Ale to nie znaczy, że możesz mówić mi cokolwiek, co ci się spodoba. Mnie też może zrobić się przykro, zwłaszcza kiedy mnie ta traktujesz. Pomy-
— Skończysz kiedyś mielić tym jęzorem i posłuchasz, co ci powiedziałam?! — krzyknęła, odwracając się nagle. Wskoczyła z powrotem na gałąź, na której wcześniej oboje stali. — Czy chociaż raz, na Wszechmatkę, tylko raz możesz zamknąć ten swój brudny pysk! Czy tak ciężko jest ci zabrać tyłek z drzewa, kiedy ci każe! — Zwiadowczyni złapała terminatora za futro na karku i pociągnęła w swoją stronę, aby zmusić go do zejścia. Ruch był chaotyczny i nieprzemyślany, a równowaga kotki całkowicie nie w tym miejscu, w którym powinna. O ile Guziczek stał mocno zaczepiony pazurami o chropowatą powierzchnię, tak Miłostka niemal momentalnie ześlizgnęła się pod wpływem szarpnięcia. Początkowo złapała się przednimi łapami o gałąź, ale prędko puściła, lądując w namokniętych, śmierdzących liściach. Nic się jej nie stało, ale zimno i wilgoć, które oblepiły ją wraz z poczuciem wstydu, szybko rozjaśniła jej rozum. Nie chciała patrzeć w górę, skąd kocur wołał, aby dowiedzieć się, czy coś sobie zrobiła.
"Właśnie próbowałam zrzucić swojego ucznia z drzewa... Mojego ucznia..." — myślała przerażona, kiedy powoli, dalej w szoku, próbowała się wygramolić. Lepkie liście przylepiały się do jej futra; miała wrażenie, że każde waży tyle, co dorosła wiewiórka. Łapy jej się uginały, ale mimo wszystko, bez słowa, ruszyła do obozu. Słyszała, jak Guziczek zeskakuję bezpiecznie z drzewa i idzie za nią; nie chciała słyszeć. On na szczęście wiedział o tym; nie był głupi, Miłostka wiedziała, że nie był... Wiedziała, że dzisiejszy fatalny przebieg treningu był tylko i wyłącznie jej winą. A to denerwowało ją jeszcze mocniej. Nie byłoby niczym dziwnym, że uczeń z czymś sobie nie poradzi, że potrzebuje więcej wskazówkę, wyraźniejszych porad czy instrukcji, ale ona powinna umieć się opanować, umieć wykonać najpotrzebniejsze ze swoich obowiązków... cierpliwie tłumaczyć i nauczać. Zacisnęła zęby mocniej, aby powstrzymać się od płaczu.
"Mam dość, mam dość" — krzyczała w niej każda, nawet najmniejsza kosteczka, każdy pojedynczy włos. Nie wiedziała, o co jej chodzi, nie wiedziała, co tak naprawdę jest nie tak. Nie mogło chodzić o siostrę; o ile faktycznie było jej przykro, tak sam żal brał się bardziej z tego, że jej rodzina opłakiwała jej śmierć... nie o sam fakt, że Kruszynka odeszła z tego świata. Nad ciałem nie płakała. Dopiero kiedy na pogrzebie ujrzała trzęsącą się matkę, ojca, który z całych sił próbował wtulić pysk w kark ukochanej, Sekrecika, który całym sobą próbował zatrzymywać łzy... dopiero ten widok ją ukruszył.
Ale teraz nikt nie płakał, nikt nie drżał, nie wył żałośnie. Dlaczego teraz miała ochotę beczeć niby głupie kocie, a nie nad ciałem swojej rodzonej siostry? Była taka wściekła na samą siebie. Tak bardzo było jej wstyd. Zacisnęła oczy, próbując powstrzymać kropelki. Trzymała tak długo, że gdyby nie charakterystyczny zapach Owocniaków, weszłaby prosto w krzewy otaczające obóz. Otrzepała się i wślizgnęła się do środka. Nie czekała na Guziczka. Chciała jedynie zabrać coś drobnego ze stosu zwierzyny i zaszyć się w cieniu, może odwiedzić mame, jeśli nie będzie z nią ojca... z nim nie miała dzisiaj już siły rozmawiać. Los jednak kontynuował swoją misję w rzucaniu jej kłód pod nogi. Zamyślona, oderwana od świata podeszła do piszczek, ale zamiast sięgnąć po małą ryjówkę, poczuła uderzenie. Położyła uszy, a jej futro momentalnie stanęło nastroszone, kiedy do nosa dotarł TEN zapach. Gorycz zalała ją jednak, kiedy usłyszała TEN głos.
— Oho, uważaj Miłostko, bo jeszcze nabijesz sobie guza na czółku, a co wtedy... Rozpłaczesz się znowu? Wiesz... To nic złego czasami się rozkleić, ale może następnym razem oszczędź innym kotom słuchania twojego wycia w nocy. Niektórzy faktycznie wykonują swoje obowiązki. — Sztucznie miły i zatroskany głos Jaśminowiec rozniósł się po obozie. Głośno. Nienaturalnie głośno jak na zwyczajną rozmowę.
Tylko że to nie będzie rozmowa. Srebrna chciała ją zmusić do kłótni. Zwiadowczyni dobrze wiedziała; robiła przecież dokładnie to samo. Szkoda, że Miłostka nie była w humorze do dogryzania sobie, nie miała siły na przerzucanie się z młodszą paskudnymi zaczepkami, nie miała nawet ochoty, aby po obrażać rodzinę wojowniczki. Długo pozostała w tej samej przygarbionej pozycji, nieruchoma, pochłonięta rosnącym w niej gniewem, którego w końcu nie umiała powstrzymać. Jaśminowiec już otworzyła pysk, aby coś dodać, zmusić do szybszej reakcji, ale ubiegł ją głęboki, gardłowy i nasilający się nienawistny warkot, który nagle zaczął wydobywać się z pyska rudej. O ile niemiłe słowa były codziennością w ich interakcjach tak otwarta wrogość... już mniej. Przez mordkę srebrnej przemknął cień niespodziewanej obawy. Zdążyła jedynie zrobić pół kroku do tyłu, jedynie lekko nastroszyć futro na karku i położyć uszy, zanim druga kotka, pełna furii, rzuciła się na nią. Pod naporem Miłostki Jaśminowiec wywróciła się do tyłu. Obie wylądowały na wilgotnej, zimnej ziemi. Młodsza próbowała wyślizgnąć się spod atakującej, ale pazury zwiadowczyni zdążyły wczepić się mocno w grube futro i skórę ofiary. Krzyki zdziwienia rozszalały się po obozie w tempie natychmiastowym. Ruda jednak nie robiła sobie z tego nic; liczyło się tylko to, że pod jej łapami spoczywa ta, która zniszczyła jej życie. Wojowniczka była jednak stosunkowo silniejsza, więc udało jej się podnieść, ale szybko poczuła na swoim tyle ciężar. Zielonooka wbiła pazury głęboko w wyższą partię ud srebrnej i przeorała je z całą bezlitosną siłą. Najpewniej zrobiłaby więcej, gdyby nie mocne szarpnięcie za skórę na karku. Nie wiedział,a kto oderwał ją od Jaśminowiec; nie interesowało ją to. Wiedziała tylko, że zostaję rzucona na ziemie kilka kroków dalej. Słyszała, jak koty podbiegają do zaatakowanej, zranionej, biednej i trzęsącej się z szoku ofiary. Nie widziała jednak nic; wolała nie otwierać oczu. Nie do momentu, kiedy poczuła na sobie obleśną, łysą łapę, która docisnęła ją do ziemi; zerwała się natychmiastowo, kłapiąc zębami na Cierń.
— Nie dotykaj mnie! Bierz to paskudne odnóże! — wrzasnęła, ale szybko do dwójki doskoczył jeszcze Czerwiec, pomagając starszej wojowniczce z szarpiącą się zwiadowczynią. Kocur posłał bezwłosej znaczące spojrzenie i kiwnął na jej poranioną córkę. Kotka odeszła, zostawiając go z leżącą pointką. Czekoladowy powoli podniósł łapę, pozostawiając w pełni czujnym i przygotowanym na kolejny atak, ale... nic się nie stało. Miłostka nie ruszyła się. Nie drgnęła.
— O-owocowy Lesie! — rozbrzmiał drżący głos Pieczarki. Przywódczyni rozglądała się po zszokowanych wciąż kotach. Skakała to na sporą grupę otaczającą Jaśminowiec, to na swoją dawną uczennicę i Czerwca. Przełknęła ślinę, ale kontynuowała: — Cień, zaprowadź swoją siostrę do uzdrowicieli, a-a... — Wlepiła wzrok we wciąż nieruchomą pointke. — Czerwcu, Figo... Weźcie Miłostke przed obóz. Niech ochłonie...
Po tych słowach szepty nie ustały, nawet jeśli każda udawał, że wrócił do swoich obowiązków. Pieczarka ruszyła za poturbowaną. Dwójka zwiadowców szła po obu stronach szylkretki, która niemal machinalnie powłóczyła łapami. Nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Czy była z siebie dumna? Czy może żałowała swojego napadu? Nie umiała stwierdzić. Chciała po prostu mieć już to wszystko za sobą. Cokolwiek ją czekało.
— Ty jesteś jakaś pomylona! — rozbrzmiał nagle głos Lna. Miłostka stanęła, a starsza kotka niemal nie wyskoczyła z własnej skóry, gotowa na kolejny atak. — Co ty masz we łbie?! Cokolwiek masz?! Na Wszechmatke... Że ja się z tobą zadawałem... Mogłaś mnie przecież zabić!
— Przestań... — rzuciła Czerwiec, próbując odsunąć kremowego.
— Co? Że co mam zrobić? — zaśmiał się niezręcznie — Ona jest szurnięta. Jak tak dalej pójdzie, to wymorduję cały Owocowy Las.
— Wymorduję to zaraz ciebie! — wycharczała nagle Miłostka. Figa złapała ją za skórę na karku i szarpnęła mocno w kierunku wyjścia.
— Widzisz?! — Wskazał na nią pazurem. — Wywalcie ją lepiej do rzeki, niech nie wraca!
— Idź lepiej do swojej przyjaciółki. Może przyda jej się wsparcie. — Srebrna rzuciła przez bark, a wojownik faktycznie poszedł. Po drodze dobiegł do niego Sajgon, który szybko zagaił kolegę rozmową, a patrząc na to, że co chwile odwracali się, aby zerknąć na wychodzącą trójkę, jej tematem była właśnie pointka. Jej to jednak nie obchodziło. Len jej nie obchodził. Jaśminowiec jej nie obchodziła. Cały Owocowy Las może o niej mówić... nic jej do tego.

<Jaśminowiec? Tatuaż na dupie>