Kilka wschodów słońca po ataku na Jaśminowiec
— Ja jestem niespełna rozumu?! Czy ty widzisz, jak oni mnie traktują? Jak jakiegoś borsuczego bachora! Łażą za mną, wypytują, zatrzymują przed obozem... Wynosiłeś kiedyś mech zaszczany i zapocony przez własną matkę, ciotkę... jeszcze nie wiadomo kogo?! — warknęła w końcu, próbując jednak zachować względnie cichy ton. Usłyszała, że dzisiaj przy wejściu miał czatować ich ojciec, a to znaczy, że najpewniej dawno leżał już skulony pod krzewem, oddany w opiekuńcze objęcia Wszechmatki, z którego wyrwie go dopiero szturchnięcie zwiadowcy, prowadzącego pierwszy poranny patrol. To była jej szansa. Jedyna na długi, długi czas.
— Żartujesz sobie, prawda? Jesteś aż tak ślepa, tak głupia? — Wojownik był szczerze zszokowany.
— Nie? A wyglądam, jakby było mi do śmiechu? Wyglądam, jak ktoś, komu na myśli figle, dowcipy? — Teraz stała już całkowicie odwrócona do płowego przodem.
— Jeśli figlami nazywasz skakanie innym do gardeł, to tak. Tak, wyglądasz. — Sekrecik owinął sobie ogon wokół łap. Miał być może nadzieje, że jego stoicka postawa sprawi, iż siostra wróci z nim do bezpiecznego legowiska.
— Jak zaraz stąd nie wyjdę, to obiecuje, że faktycznie komuś skoczę.
— I dasz im to, czego dokładnie chcieli? To na co czekali? — Otworzył szerzej oczy.
— Nie — wypluła zbyt głośno, zbyt szybko. — Dlatego rozwiąże to inaczej.
— To znaczy?
— Odchodzę — wyrzuciła, jakby była to najbardziej codzienna decyzja.
— Jesteś niepoważna? — zapytał ponownie.
— Jestem w pełni poważna i pewna swoich czynów. — Zaczęła już wstawać, ale kocur ja uprzedził.
— Nie idziesz sama — powiedział stanowczo, robiąc kolejne kilka kroków w jej kierunku.
— Zatrudnisz mi niańkę? Kto to będzie... — Udała zamyśloną, stukając się pazurem w bok głowy. — Może motylek barwny, może sarenka... A może to zamienione w ptaszka Kruszynka... Hmmm, tyle możliwości.
— Ja idę z tobą. — Wojownik przeszedł obok niej i skierował się ku wyjściu. Miłostka nastroszyła ogon. Odwróciła się i z szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w brata. W końcu on też zerknął przez bark w tył i złapał jej wzrok. — No co? Rozmyśliłaś się?
— Nie — wypluła zbyt głośno, zbyt szybko. — Dlatego rozwiąże to inaczej.
— To znaczy?
— Odchodzę — wyrzuciła, jakby była to najbardziej codzienna decyzja.
— Jesteś niepoważna? — zapytał ponownie.
— Jestem w pełni poważna i pewna swoich czynów. — Zaczęła już wstawać, ale kocur ja uprzedził.
— Nie idziesz sama — powiedział stanowczo, robiąc kolejne kilka kroków w jej kierunku.
— Zatrudnisz mi niańkę? Kto to będzie... — Udała zamyśloną, stukając się pazurem w bok głowy. — Może motylek barwny, może sarenka... A może to zamienione w ptaszka Kruszynka... Hmmm, tyle możliwości.
— Ja idę z tobą. — Wojownik przeszedł obok niej i skierował się ku wyjściu. Miłostka nastroszyła ogon. Odwróciła się i z szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w brata. W końcu on też zerknął przez bark w tył i złapał jej wzrok. — No co? Rozmyśliłaś się?
— H-hej! Nie możesz! — Wystrzeliła za nim, doganiając go prędko. Miała ochotę złapać go za ogon i przycisnąć kamieniem, ale bała się, że piśnie, a to obudzi cały obóz. — H-h-hej! Prze-przestań! — Te słowa wyjęczała żałośnie. To miała być jej misja, jej zmiana...
— Jak masz zdradzać Owocowy Las, to chyba nie myślałaś, że pozwolę ci to robić samej, co? Nie bądź niemądra. — Szedł dalej przed siebie, co każdy krok ściszał trochę głos.
— Nie mamrocz tak. Ojciec jest na warcie. Nawet jakbyś wrzeszczał i skakał niczym na wiewiórczych godach, nie ruszyłby wąsem. — Dogoniła go.
— Oho! I to jeszcze staruszkowi pod nosem chcesz zwiewać. Nie masz serca.
— Mam na nosie! — warknęła i dodała: — To jedyna szansa. Wiesz, jak rzadko dają mu to do roboty. Jest w tym potworny! Borsuki mogłyby nam roznieść cały obóz, a on przekręciłby się tylko na drugi bok.
— Nie mamrocz tak. Ojciec jest na warcie. Nawet jakbyś wrzeszczał i skakał niczym na wiewiórczych godach, nie ruszyłby wąsem. — Dogoniła go.
— Oho! I to jeszcze staruszkowi pod nosem chcesz zwiewać. Nie masz serca.
— Mam na nosie! — warknęła i dodała: — To jedyna szansa. Wiesz, jak rzadko dają mu to do roboty. Jest w tym potworny! Borsuki mogłyby nam roznieść cały obóz, a on przekręciłby się tylko na drugi bok.
— Chyba że usłyszałby pisk mamy.
— No tak... Chyba że usłyszałby pisk mamy... — powtórzyła, zwieszając głowę.
"Nie myśl o niej, nie myśl o nim. Nie możesz się rozmyślić; pożałujesz tego." — mówiła samej sobie na okrągło, próbując zatrzymać łzy, zbierające jej się w kącikach oczu. Nie mogła płakać, nie przy Sekreciku.
— No tak... Chyba że usłyszałby pisk mamy... — powtórzyła, zwieszając głowę.
"Nie myśl o niej, nie myśl o nim. Nie możesz się rozmyślić; pożałujesz tego." — mówiła samej sobie na okrągło, próbując zatrzymać łzy, zbierające jej się w kącikach oczu. Nie mogła płakać, nie przy Sekreciku.
— Ostatnia szansa — mruknął w końcu. Stali przed wyjściem. Słyszeli pomruki starszego wojownika z drugiej strony; spał spokojnie, głęboko i ani myślał przerywać swoich słodkich snów. Miłostka przełknęła ślinę i kiwnęła łbem. Razem, na paluszkach, przeszli przez tunel w krzewach. Nie patrzyła na czekoladowy, posiwiały pysk. Nie miała serca. W bezpiecznej odległości stanęła, a brat spojrzał na nią pytająco. Może spodziewał się, że szybko jej się odwidziało, ale... nie. Pointka czuła, jak ciężar spada jej z serca, a łapy w końcu stają się wolne i lekkie. Zimny, ale rozbudzający wiatr zadął jej w pierś, a ona odetchnęła głęboko. Następnie zaśmiała się bez kapki goryczy czy żalu.
— Kto ostatni na Wrzosowej Polanie ten glut z nosa Ambrowiec! — zawołała i nie czekając na kocura, wystrzeliła do przodu.
— Kto ostatni na Wrzosowej Polanie ten glut z nosa Ambrowiec! — zawołała i nie czekając na kocura, wystrzeliła do przodu.
<Sekrecik?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz