BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Plotki w Klanie Klifu mimo upływu czasu wciąż się rozprzestrzeniają. Srokoszowa Gwiazda stracił zaufanie części swoich wojowników, którzy oskarżają go o zbrodnie przeciwko Klanowi Gwiazdy i bycie powodem rzekomego gniewu przodków. Złość i strach podsycane są przez Judaszowcowy Pocałunek, głoszącego słowo Gwiezdnych, i Czereśniową Gałązkę, która jako pierwsza uznała przywódcę za powód wszystkich spotykających Klan Klifu katastrof. Srokoszowa Gwiazda - być może ze strachu przed dojściem Judaszowca do władzy - zakazał wybierania nowych radnych, skupiając całą władzę w swoich łapach. Dodatkowo w okolicy Złotych Kłosów pojawili się budujący coś Dwunożni, którzy swoimi hałasami odstraszają zwierzynę.

W Klanie Nocy

doszło do ataku na książęta, podczas którego Sterletowa Łapa utracił jedną z kończyn. Od tamtej pory między samotnikami a Klanem Nocy, trwa zawzięta walka. Zgodnie z zeznaniami przesłuchiwanych kotów, atakujący ich klan samotnicy nie są zwykłymi włóczęgami, a zorganizowaną grupą, która za cel obrała sobie sam ród władców. Wojownicy dzień w dzień wyruszają na nieznane tereny, przeszukując je z nadzieją znalezienia wskazówek, które doprowadzą ich do swych przeciwników. Spieniona Gwiazda, która władzę objęła po swej niedawno zmarłej matce, pracuje ciężko każdego wschodu słońca, wraz z zastępczyniami analizując dostarczane im wieści z granicy.
Niestety, w ostatnich spotkaniach uczestniczyć mogła jedynie jedna z jej zastępczyń - Mandarynkowe Pióro, która tymczasowo przejęła obowiązki po swej siostrze, aktualnie zajmującej się odchowaniem kociąt zrodzonych z sojuszu Klanu Nocy oraz Klanu Wilka.

W Klanie Wilka

Kult Mrocznej Puszczy w końcu się odzywa. Po księżycach spędzonych w milczeniu i poczuciu porzucenia przez własną przywódczynię, decydują się wziąć sprawy we własne łapy. Ciężko jest zatrzymać zbieraną przez taki czas gorycz i stłumienie, przepełnione niezadowoleniem z decyzji władzy. Ich modły do przodków nie idą na marne, gdyż przemawia do nich sama dusza potępiona, kryjąca się w ciele zastępczyni, Wilczej Tajgi. Sosnowa Igła szybko zdradza swą tożsamość i przyrównuje swych wyznawców do stóp. Dochodzi do udanego zamachu na Wieczorną Gwiazdę. Winą obarczeni zostają żądni zemsty samotnicy, których grupki już od dawna były mordowane przez kultystów. Nowa liderka przyjmuje imię Sosnowa Gwiazda, a wraz z nią, w Klanie Wilka następują brutalne zmiany, o czym już wkrótce członkowie mogli przekonać się na własne oczy. Podczas zgromadzenia, wbrew rozkazowi liderki, Skarabeuszowa Łapa, uczennica medyczki, wyjawia sekret dotyczący śmierci Wieczornej Gwiazdy. W obozie spotyka ją kara, dużo gorsza niż ktokolwiek mógłby sądzić. Zostaje odebrana jej pozycja, możliwość wychodzenia z obozu, zostaje wykluczona z życia klanowego, a nawet traci swe imię, stając się Głupią Łapą, wychowanką Olszowej Kory. Warto także wspomnieć, że w szale gniewu przywódczyni bezpowrotnie okalecza ciało młodej kotki, odrywając jej ogon oraz pokrywając jej grzbiet głębokimi szramami.

W Owocowym Lesie

Społecznością wstrząsnęła nagła i drastyczna śmierć Morelki. Jak donosi Figa – świadek wypadku, świeżo mianowanemu zwiadowcy odebrały życie ogromne, metalowe szczęki. W związku z tragedią Sówka zaleciła szczególną ostrożność na terenie całego klanu i zgłaszanie każdej ze śmiercionośnych szczęki do niej.
Niedługo później patrol składający się z Rokitnika, Skałki, Figi, Miodka oraz Wiciokrzewa natknął się na mrożący krew w żyłach widok. Ciało Kamyczka leżało tuż przy Drodze Grzmotu, jednak to głównie jego stan zwracał na siebie największą uwagę. Zmarły został pozbawiony oczu i przyozdobiony kwiatami – niczym dzieło najbardziej psychopatycznego mordercy. Na miejscu nie znaleziono śladów szarpaniny, dostrzeżono natomiast strużkę wymiocin spływającą po pysku kocura. Co jednak najbardziej przerażające – sprawca zdarzenia w drastyczny sposób upodobnił wygląd truchła do mrówki. Szok i niedowierzanie jedynie pogłębił fakt, że nieboszczyk pachniał… niedawno zmarłą Traszką. Sówka nakazała dokładne przeszukanie miejsca pochówku starszej, aby zbadać sprawę. Wprowadziła także nowe procedury bezpieczeństwa: od teraz wychodzenie poza obóz dozwolone jest tylko we dwoje, a w przypadku uczniów i ról niewalczących – we troje. Zalecana jest również wzmożona ostrożność przy terenach samotniczych. Zachowanie przywódczyni na pierwszy rzut oka nie uległo zmianie, jednak spostrzegawczy mogą zauważyć, że jej znany uśmiech zaczął ostatnio wyglądać bardzo niewyraźnie.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty



Znajdki w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 30 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 kwietnia 2025

Od Stokrotkowej Pieśni CD. Postrzępionej Łapy

Kocur podszedł szybko do Postrzępionej Łapy ze zmartwionym spojrzeniem.
— Klanie Gwiazdy! Wszystko dobrze?
Szybko obejrzał kotkę z góry po sam dół, zwracając uwagę na to czy nic się jej nie stało.
— Podrapałam brzuch, ale to nic…
Gdy kocur usłyszał słowa młodszej, spojrzał na nią z mieszaniną strachu i opiekuńczości. Miał szczęście, że nie było to nic gorszego. W końcu co z niego za mentor, jeśli jego uczennica wróci cała poharatana!
— Może odpocznijmy przez chwilę, gdy odzyskasz siły, spróbujemy na mniejszym drzewie.
Postrzępiona Łapa przytaknęła i usiadła. Mimo iż szylkretka patrzyła w bok, to mógł dostrzec na jej pyszczku złość na samą siebie. Wziął delikatny oddech i spojrzał na niebo, szukając tematu, który mógłby jakoś rozluźnić atmosferę. Potem przypomniał sobie, że obiecał kiedyś Postrzępionej Łapie, że opowie jej o swoim życiu za czasów, gdy był samotnikiem. Ten temat idealnie się nada! Dotknął łapą futra Postrzępionej Łapy i pokazał ogonem na złote kłosy.
— Pamiętasz, że pochodzę aż zza złotych kłosów? Gdy byłem dużo młodszy od ciebie, to mieszkałem w kociej kolonii.
Te dwa krótkie zdania od razu przykuły uwagę Postrzępionej Łapy.
— Miałem rodzeństwo tak samo, jak ty. Nazywali się Lazuryt i Krzemień. — Na wspomnienie o swojej rodzinie wojownika wypełniła fala nostalgii. Mógł wręcz poczuć, jak wypełnia ona każdy koniuszek jego ciała. — Moja mama była za to dawną wojowniczką Klanu Burzy. Drugi rodzic był samotnikiem.
— Co się z nimi stało?
Pytanie to ukuło Stokrotkową pieśń jak ostre pazury przeciwnika.
— Większość z nich od dawna poluje z naszymi przodkami — odpowiedział z nutą żalu w głosie.
— Oh. Wybacz, że zapytałam…
— Nie przepraszaj, nie miałaś przecież pojęcia.
Spojrzał na uczennicę, którą nadal patrzyła się z nutą zakłopotania w głosie.
— Mama często opowiadała nam o życiu w klanach. Od momentu, gdy pierwszy raz o nich usłyszałem, to już wiedziałem, że chcę dołączyć do klanu...
Stokrotkowa Pieśni zaczął opowiadać Postrzępionej Łapie historię tego, jakim cudem skończył w Klanie Klifu. Nie mógł oczywiście zapomnieć w swojej historii o swojej przyjaciółce, kotce, którą nazywał Czar.
— Wtedy Srokoszowa Gwiazda zgodził się na to, żebym został uczniem, I od tego czasu, staram się być jak najlepszym członkiem Klanu Klifu.
Pyszczek kotki był lekko otwarty w podziwie, przez co wojownik mimowolnie się zaśmiał.
— To niesamowite!
— W rzeczy samej — odpowiedział ciepło. — Miło się nam razem gawędzi, ale trzeba wracać do treningu prawda?
Wojownik zauważył niedaleko dużo mniejsze drzewo, idealne dla kogoś rozmiarów Postrzępionej Łapy. Podszedł do niego powolnym krokiem.
— Może spróbuj tutaj? Powinno ci być dużo łatwiej.

[403 słów]
<Postrzępiona Łapo?>

Od Kruka

Nareszcie coś widział. Otworzył swoje oczy, patrząc na otaczający go świat. Nagle zapach mógł połączyć z rzeczami, do których on należy. Wiercił się przy brzuchu matki, szukając trochę więcej ciepła. Ta polizała delikatnie jego głowę, gdy już znalazł wygodną pozycję. Często matka nie pomagała mu i jego rodzeństwu, ale okazywała dumę za wykonanie czegokolwiek samemu. To sprawiało, że sam był dumny. Nie chciał być słaby, chciał pokazać, że nawet jako mała kupka futra potrafi zrobić to, co w jego wieku jest normą. Otworzył znowu oczy i usiadł obok jej brzucha. Jego rodzeństwo właśnie spało, więc znów się rozejrzał. Zobaczył wyjście ze żłobka, a przy nim Makowy Nów, która niosła posiłek dla partnerki. Mógł ją wyczuć już z daleka, jednak dopiero teraz widzi, jak kotka wygląda. Miała liliowe, półdługie futro, a jej oczy odznaczały się piękną żółcią. W promieniach słońca, które wpadały do żłobka, wyglądały na łagodne, ale skrywały w sobie tajemniczość. Kotka usiadła obok Mrocznej Wizji.
— Jak się czujesz? Mam nadzieję, że kociaki nie sprawiają problemów. — powiedziała, kątem oka zauważając, że Kruk spogląda na nią z wrażeniem. Nie dziwota, kotka była piękna.
— Któż to się obudził? Jak tam się spało, maluchu? — Kotka pochyliła się nad młodszym, a ten powąchał jej nos. Podszedł bliżej i otarł się o jej pyszczek bokiem.
— Chyba dobrze. Upolowałaś to? — wskazał na wiewiórkę, którą przyniosła. Makowy Nów przytaknęła mu.
— Tak, specjalnie dla Mrocznej Wizji. To jej ulubiony posiłek; zasługuje na niego, szczególnie teraz, gdy opiekuje się tobą i twoim rodzeństwem. — Kotka stwierdziła, na co Kruk przytaknął. Również tak uważał, w końcu zajęcie się kociętami nie może być wcale takie łatwe, nawet jeśli on i jego rodzeństwo zachowują się dobrze. Zresztą sam poród musiał być bardzo bolesny.
— Też tak sądzę... Nauczysz mnie kiedyś łapać wiewiórki? — spytał. Chciałby sam kiedyś przynosić je dla matki.
— To zadanie twojego mentora, ale na pewno kiedyś zapolujemy razem na jakimś patrolu. — odpowiedziała mu matka.
— Rozumiem... W takim razie na pewno kiedyś znajdę chwilę, żeby z tobą zapolować. — obiecał jej młodszy. Patrzył, jak kotka podaje swojej partnerce jedzenie. Liznęła ją po uchu w geście czułości. Widać było, jak oczy Mrocznej Wizji łagodnieją na ten czyn. Kruk uwielbiał patrzeć, jak pomimo swojej stanowczości kotka była w stanie okazywać miłość. Gdyby nie ta druga, pewnie byłaby o wiele bardziej agresywna, ale dzięki sobie nawzajem utrzymywały balans. Może i sam kiedyś pozna kotkę, która mu w tym pomoże.
— Muszę uciekać, więc zachowujcie się! Nie męczcie mamy — spojrzała na kocurka, który jako jedyny był bardziej przytomny niż reszta, która pobudzała się przez zapach zwierzyny.
— Kruk, pilnuj ich i pomagaj Mrocznej Wizji, ufam ci z tym! — skinęła do niego, a Kruk odwzajemnił gest. Patrzył, jak kotka wychodzi ze żłobka, po czym odwrócił się do rodzeństwa. Warkotek właśnie wyskakiwał na nadal zaspanego Pustułka, który syknął na niego. Kruk owinął ogon wokół łap i przewrócił oczami.
— Makowy Nów dopiero co stwierdziła, że mam was pilnować. Chyba już wiem dlaczego... — westchnął, ale cieszył się, że matka odpoczęła, chociaż za ich snu. Mroczna Wizja przyglądała się walkom kociąt. Można by powiedzieć, że wydaje się, jakby ich oceniała. Jednak Krukowi się nie wydawało, on był wręcz pewien, że to robi. Niestety nie miał jeszcze pojęcia czemu. Nie pierwszy raz czujnie obserwuje walkę jego rodzeństwa, jakby robiła sobie w głowie notatki. Mają jeszcze daleko do zostania uczniami, więc nie powinna się martwić czy będą na tyle silni. Musiało chodzić o coś innego.

Od Kruczej Łapy CD. Margaretkowego Zmierzchu

Kilka księżyców temu

Głośny pomruk wydobył się z jego ust, kiedy jego matka się o niego otarła. Zamachał ogonem, liżąc ją po twarzy. Mały uśmiech pojawił się na twarzyczce kota, gdy ten usiadł na mchowym legowisku.
— Dobry z niego mentor — przyznał. Treningi z Kukułczym Skrzydłem co prawda były wymagające i nie raz Krucza Łapa dostał wycisk, wiedział, że to dla jego dobra. Przecież nie mógłby zawieść resztę, w końcu jako potomek samego przywódcy, na pewno oczekiwało się od niego umiejętności oraz gracji.
Niepewnie zamachnął się ogonem, rozglądając po legowisku uczniów. Wciąż nie docierało do niego to, że był uczniem! Nowe miejsce i nowe przygody oraz trudy, których było więcej i więcej. To dobrze. Dla niego wręcz świetnie przecież lubił wyzwania. A jeśli coś się lubi, robi się to z przyjemnością. I oczywiście; traktował treningi jako coś poważnego, lecz na każdy z nich wstawał z uśmiechem na pyszczku i pewnością siebie. Przekonanie o tym, jak bardzo jest to ważne, dotrze do niego jeszcze nie raz, dlatego już warto dmuchać na zimno.
— Treningi, też są świetne — dodał, biorąc, wdech nie raz dostaje wycisk, ale to dla mojego dobra prawda? Mogę się pokusić o stwierdzenie, że wstaje do treningów z uśmiechem. — przymrużył oczy, patrząc na matkę.
Zawsze widział w niej swoją kochającą i troszcząc się matkę i to właśnie jej zawdzięczał. Słysząc historię innych uczniów, doceniał wszystko, co miał ponad wszystko.
— A ty… Jak się czujesz? — zapytał, kręcąc łebkiem. Wiedział, że jego mama nie za dobrze czuła się przez ostatnie kilka dni, dlatego chciał się upewnić czy wszystko z nią w porządku.
— Dobrze Krucza Łapo — odpowiedziała, bez chwili namysłu - jak zawsze - dodała. Krucza Łapa uśmiechnął się lekko pod nosem, by ostatni raz przed zachodem słońca ją przytulić.
Przez treningi nie mógł spędzać, z nią tyle czasu co kiedyś. Jakby w ogóle go miał, poza wieczorami, gdzie głównie odpoczywał. Obiecał sobie, że będzie przychodzić do matki, by porozmawiać, ale przez napięty grafik treningów było mu naprawdę ciężko i miał nadzieję, że ta go zrozumie. Nie mógł ułożyć sobie w głowie scenariusza, gdzie ich relacja się psuje przez głupie treningi! To było nie do pomyślenia. Krucza Łapa taki nie jest, zawsze walczy. Nawet jak upadnie.

Od Celestyna

Uniósł łeb, posyłając Dwunożnemu spojrzenie swoich lśniących, ciepłych oczu. Wygiął grzbiet w łuk, a następnie schylił się nieco, napiął mięśnie i jednym, zgrabnym susem wskoczył na kanapę, stając tuż przy staruszku. Przepchnął się między rękami Wyprostowanego, wciskając się na jego kolana. Powoli schylił się, wygodnie kładąc się na jego spodniach i wydając z siebie cichy pomruk zadowolenia. Leżał tak przez chwilę, a na swoim pyszczku czuł przyjemny dotyk; Dwunożny gładził go czule po karku, mierzwiąc pieszczotliwie sierść.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Gorące promienie słoneczne przebijały się przez gałęzie drzew, padając wprost na grzbiet Celestyna. Frywolny wiatr przemykał między jasnymi kosmykami jego sierści, a ptasi trel niósł się echem po ogrodzie dwunożnych, umilając każdą chwilę spędzoną poza domostwem. Bengal przechadzał się wśród wysokich traw, muskających jego lico. Barwne, kwieciste główki wysuwały się ku górze, zupełnie jakby walczyły o dostęp do światła, rozczepionego na milion kawałków. Pieszczoch przysiadł przy jednym z kwitków, ogonem przejeżdżając po ziemi i całkiem ginąc pośród mieszaniny zieleni. Z rozkoszą przymknął oczy, napawając się idylliczną chwilą i w pełni oddając się przemyśleniom. Mimowolnie pierwszym pyskiem zobaczonym przez niego po zamknięciu powiek była Petunia; potem Wisteria, a na końcu Leto. Od ich zaginięcia minęło już tak wiele czasu, a on wciąż nie potrafił się z tym pogodzić… Tak bardzo tęsknił.

Od Celestyna

Przesunął łapą po podłodze, kreśląc długą, niebieską smugę i poruszył wąsami, uśmiechając się do siebie. Jeszcze chwila… Ponownie zanurzył swoje jasne poduszeczki w błękitnej farbie i z impetem wyjął je, rozchlapując barwnik na wszystkie strony. Kremowy zmrużył oczy, nieznacznie wyciągając język i ze skupieniem przyglądając się swojemu dziełu. Jeszcze kilka pociągnięć łapą, trochę farby i…. Gotowe! Uderzył ogonem o ziemię, wzrokiem lustrując ukończoną pracę. Nie zdążył do końca przeanalizować wszystkiego, a za sobą usłyszała czyiś krzyk; starszy Dwunożny zbliżył się do niego, swoimi wielkimi, łysymi łapskami chwytając Celestyna za klatkę piersiową i unosząc go. Bengal poruszył kończynami w powietrzu, a następnie wydał z siebie przeciągłe miauknięcie, odwracając łeb na tyle, aby móc przyjrzeć się dokładniej Wyprostowanemu. Na jego pysku widniał jakiś dziwny grymas, którego pojawienia się Celestyn nie był w stanie zrozumieć. No bo jak to tak, na jego sztukę? Przecież podobizna Petunii wyszła mu naprawdę dobrze! Dawno nie stworzył czegoś tak cudownego i był pewien, że doskonale odwzorował wygląd swojej ukochanej rodzicielki. Więc co mogło być przyczyną złości jego opiekuna? A może wcale nie był zły? O tak, na pewno właśnie miał zamiar dać mu jakąś nagrodę za to, jakim jest wspaniałym artystą!
Chyba jedak nie. Dwunożny wsadził go do jakiegoś dziwnego, śliskiego pudełka i chwycił za pokrętło. Jakimś dziwnym trafem z otworku mieszczącego się blisko grzbietu bengala trysnęła woda; bardzo zimna woda. Kocur skulił się, odsuwając od chłodnego strumienia.
Ostatecznie skończył z mokrymi łapkami, niezadowolonym pyszczkiem i zmierzwionym futerkiem.

Od Celestyna

Wpatrywał się w przestrzeń przed siebie, co jakiś czas mrużąc oczy i ziewając przeciągle. Słońce chyliło się już ku horyzontowi, swoimi promieniami delikatnie muskając ziemię. Po chwili jednak zginęło gdzieś, chowając się przed wzrokiem Celestyna i zostawiając za sobą jedynie ciemność. Bengal westchnął, odwracając się na pięcie i jednym, zgrabnym ruchem zeskakując z parapetu. Powolnym krokiem ruszył w kierunku kanapy, aby po chwili wskoczyć na nią i umościć się delikatnie na błękitnym kocu. Kątem oka dostrzegł ciemne futro Amfitryty, przemykające gdzieś między meblami. Kocur wysunął pazury, prawą łapą drążąc małe szlaczki w aksamitnej okrywie. Niestety, jego dzieła za każdym razem znikały, pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Po którymś razie zakończonym porażką, Celestyn wstał i, mamrocząc pod nosem ze złością, podreptał w kierunku uchylonych drzwi. Prędko opuścił domostwo, aby przewietrzyć się i nieco odpocząć od swojej męczącej pracy. Ile w końcu można? Ogonem smagał nerwowo powietrze, jednak gdy tak wpatrywał się w modry nieboskłon, z każdą chwilą czuł, że cała frustracja opuszcza go, ustępując spokojowi. W końcu jak widok puchatych obłoków sunących po niebie oraz szybujących ptaków może nie być kojący? Kremowy przycupnął na trawie, rozkoszując się cudowną pogodą i mlasnął kilka razy pyskiem, biorąc głęboki wdech. Wszystko kiedyś się ułoży, czyż nie?

Nowa samotniczka!

 


Od Gąbki do Mątwy

Gąbka jeszcze niedawno spała, a teraz siedziała już przed swoją mamą, gotowa do tego, aby ponownie zawracać jej głowę jakimiś pytaniami. Właściwie robiła to dosyć rzadko, więc mama nie powinna mieć o to problemu! Gąbka i tak dawała jej fory ze względu na to, że często wydawała się jakaś taka zmęczona i jakby wstała lewą łapą. Prawie-ofutrzona kotka zaczęła radośnie skakać wokół karmicielki, trzepiąc przy tym uszkami.
— Mamo! A czy jeże potrafią latać? Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeże latają! Czy to prawda? — zapytała, lecz nie dostała odpowiedzi od swojej mamy. Nie zamierzała jednak ustępować. Miała jeszcze kilka ważnych pytań, a pazur kieł w końcu na coś odpowie!
— Mamo! A dlaczego koty nazywają swoje dzieci takimi imionami jak kuna? Jakiś staruszek w legowisku starszyzny mi powiedział, że przecież kuny to wrogowie kotów! Czy uważasz, że Kunia Łapa jest kuną przebraną za kota? — zadała kolejne pytanie, ale teraz już trochę zmęczyła się skakaniem. Usiadła przed karmicielką i spojrzała jej się prosto w oczy.
— Znasz odpowiedzi na moje pytania, mamo? A jeśli nie, to może opowiesz mi jakąś bajkę? Może o jakichś ważnych kotach z Klanu Nocy! Ja uwielbiam o takich słuchać, a ty? Historia naszego klanu jest taka interesująca! No i historie innych klanów też, ale nie mam jak ich poznać! Jak tylko będę mogła opuszczać obóz to pierwsze, co zrobię, to spytam się jakiegoś kota, jak powstał ich klan! Myślisz, że to dobry pomysł? — miauknęła, po czym uśmiechnęła się szeroko.
— Czy ja wiem, czy dobry? Niektórzy mogą nie znać historii swojego klanu, ale zawsze możesz spróbować — odpowiedziała karmicielka. Oczy Gąbki zabłysnęły z radości, że mamusia w końcu jej odpowiedziała.
— Na pewno spytam się kogoś z Klanu Wilka! — oświadczyła, uśmiechając się szeroko. Już nie mogła się doczekać zostania uczniem, chodzenia na zgromadzenia! Wreszcie będzie mogła porozmawiać z kimś innym niż mamą, Różaną Wonią i Mątwą!

***

Młoda kotka leżała na plecach, oglądając do góry nogami swoją siostrę, która siedziała teraz na środku żłobka i bawiła się jakimiś błyskotkami. Gdy tylko Gąbka dostrzegła te świecidełka, błyskawicznie podniosła się na cztery łapy i w podskokach znalazła się koło siostry. Zaczęła uważnie przyglądać się rzeczom należącym do Mątwy, choć czarno-biała kotka chyba nie była z tego zbyt bardzo zadowolona. Odłożyła gdzieś na bok swoje zdobycze i spojrzała na Gąbkę.
— Mątwo, co teraz robisz? Chcesz się przejść poza żłobek? No chodź, jest tak ciepło! Może uda nam się znaleźć jakieś ładne kamyczki? — spytała siostry, a na jej licu pojawił się szczery uśmiech. “Mamusia nie zauważy! Na pewno jest teraz zajęta swoimi sprawami, więc dlaczego my nie mielibyśmy zajmować się swoimi?” pomyślała.
— Albo jak się nam poszczęści to nawet i muszelki! — dodała jeszcze, wyobrażając sobie wszystkie te rzeczy, które mogłyby razem znaleźć poza żłobkiem. Byłoby tak pięknie i cudownie, gdyby wróciły tutaj z kamyczkami i kwiatkami!
— Chciałabym muszelkę… nazwałabym ją jakoś fajne! Może Sroka? — mruknęła rozmarzona. Imię muszelki miało nawiązywać do Sroczej Gwiazdy, rzecz jasna. Białofutry starszy skutecznie przekonał Gąbkę o świetności dawnej przywódczyni w swoich opowieściach. Och, no właśnie, starszyzna!
— A jak nie, to może pójdziemy poprosić starsze koty o jakieś historyjki? Oni wszyscy tyle wiedzą! Ja też bym kiedyś chciała być tak mądra, jak oni… — westchnęła.

<Siostrzyczko?>

03 kwietnia 2025

Od Baśniowej Stokrotki

Kremowe futro otarło się o ściany legowiska medyka.
— Nie ruszaj się! — wymruczała Zimorodkowe Życzenie.
— Ale to szczypie… — mruknęła Stokrotka. Zagryzła wargę, by w większym stopniu nie czuć bólu. Jednak nadal było czuć ogromne szczypanie przy głowie. Kiedy liliowe futro księżniczki ustąpiło, Baśniowa Stokrotka oblizała pyszczek. Pokiwała głową do medyczki, wychodząc z legowiska medyka, zobaczyła wymowne spojrzenie Spienionej Gwiazdy. Jej zielone oczy śledziły ją wzrokiem.
"Czy to przez tę bliznę? Od kiedy się wygoiła, wyglądam strasznie… " — pomyślała. Po chwili liderka pokręciła głową w jej kierunku, pomachała w jej stronę ogonem, zachęcając ją do podejścia. Pręgowana kotka uchyliła się nad wejściem do drzewa, a tam ujrzała Spienioną Gwiazdę. Legowisko pręgowanej zdobyły piękne kwiaty, aż Stokrotka miała ochotę je ukraść.
— O co chodzi? — zapytała. Kocica potrząsnęła łbem i westchnęła.
— Możesz brać udział w patrolach, jednak nadal nie zwalnia cię to z dawno przydzielonej kary — oznajmiła. Baśniowa Stokrotka położyła uszy i kiwnęła głową.
— A teraz idź, patrol czeka na ciebie — powiedziała. Kremowa z niechęcią opuściła jej legowisko, cały czas patrząc się w ziemię. Nie miała ochotę iść na patrol, zwłaszcza od tego ostatniego wypadku.
— Baśniowa Stokrotko! Czekamy na ciebie — Usłyszała. Z mozołem podniosła łeb i ujrzała Kijankowe Moczary i Nenufarowy Kielich. Czarny ogon wojownika musnął bok Stokrotki, a ta odwzajemniła to mruczeniem.
— Ruszamy? — zapytała Nenufarowy Kielich, a reszta patrolu przytaknęła.

* * *

Cętkowane futro zaczepiło się o krzak, dlatego kotka mruknęła.
— Poczekajcie! — wyrmuczała. Baśniowa Stokrotka szarpnęła futro i dogoniła resztę patrolu.
— Gdzie idziemy? — rzuciła. Kijankowe Moczary wskazał punkt obok Brzozowego Zagajnika. Członkini patrolu kiwnęły głową i wraz z Kijankowymi Moczarami do granicy.
— Teraz uważajcie! — ostrzegł je. Czarne, krótkie futerko kocura musnęło krzaki, szukając jakichkolwiek poszlak. Tak samo Nenufara i Stokrotka, razem poszły do jednego z wysokich drzew. Kremowe jutro wojowniczki zmieszało się z czarnym futrem Kijankowych Moczar. Po jego spojrzeniu Baśniowa Stokrotka wywnioskowała, że nic się nie dzieje. Aby to stwierdzić, pręgowana wezwała koty głębiej w las. Mogli jej nie ufać, ale ta w tych patrolach zdobyła największe doświadczenie... Stokrotka raz jeszcze powąchała powietrze. Ciekawa woń zwabiła wojowniczkę głębiej, dalej w nieznane tereny. Prowadziła ją w ciemność głębokiej, opuszczonej, niegdyś należącej do lisa woń. Kremowa nieco obwąchała norę i spojrzała się krzywo na swoich towarzyszy. Po chwili namysłu zdecydowała się wejść. A co jeżeli to ich obóz? Czy powinna sama decydować, przecież coś mogło jej się stać!
Kotka postawiła kroków do przodu, zagłębiając się w korytarzu. Wtem coś chrupnęło, a ziemia za nią się obsunęła, zasypując wyjście z nory.
— Baśniowa Stokrotko? — rozległy się zaniepokojone głosy jej towarzyszy.
Baśniowa Stokrotka odskoczyła, nie wiedząc, co się dzieje.
— Nic mi nie jest! Może uda mi się przekopać, ale najlepiej jak znajdę wyjście — wydukała.
— Uważaj na siebie! Spróbujemy znaleźć drugie wejście. W lisich norach praktycznie zawsze są, więc się nie martw! — zawołała Nenufarowy Kielich, próbując uspokoić Baśniową Stokrotkę. Kotka uwielbiała ciasne miejsca, ale tylko wtedy gdy miała przed sobą wyjście.
— Ja też spróbuje coś znaleźć! — powiedziała. Ale na jej słowa, już nie dostała odpowiedzi. Trzepnęła ogonem o wilgotną ziemię i ruszyła w stronę ciemnych korytarzy. Z naprzeciwległej strony wojowniczki dobiegł dźwięki powolnie stawianych kroków, a po chwili z mroków nory i uniesionego pyłu, wyłonił się smoliście czarny kocur, obserwujący beznamiętnym spojrzeniem Baśniową Stokrotkę.
— Szwendanie po cudzych terenach z tego, co widzę, wam się nie nudzi... — skomentował z wyraźną dozą sarkazmu.
— Ależ nie! Ja, gdybym mogła, wylegiwałabym się na skale! — wymruczała. Spojrzała na czarne futro kocura. Przypominał jej Cis - jej ojca. Chociaż ten miał czekoladowe futro, a nieznajomy czarne. Jednak znała to spojrzenie, pełne znudzenia. Czy mu naprawdę się wydawało, że ona tego chciała? Tak... Bo na pewno chciałaby być uwięziona w dziurze.
— Kim jesteś? — zapytała — Masz jakieś imię? Panie Smoliste futro — rzuciła.
— To nie jest istotne — rzucił, skracając dzielący ich dystans — I tak ta wiedza do niczego ci się już nie przyda — dodał, po czym skoczył przed siebie, lądując na wojowniczce.
— Jesteś bardzo niemiły! Mam nadzieję, że nikt tego nie widzi! Bo nie lubię stosować złego języka — syknęła. Wiła się łapami, żeby znaleźć ziemię i z niej się odbić. Syknęła wściekle na kota, łapiąc go za łapę.
— Jesteśmy! — zawołały praktycznie jednocześnie dwa znajome głosy, jednak widząc sytuację, w jakiej znajdowała się ich towarzyszka, rzucili się na pomoc.
Nenufarowy Kielich złapała kocura za ogon, ściągając go ze Stokrotki. Choć kotka nie widziała, co się dzieje, głównie przez panującą ciemność i wznoszony przy każdym sykliwym uderzeniu piach i drobiny pyłu, po odgłosach domyślała się, że Kijankowe Moczary zajął się obcym.
— Jesteś cała? — spytała bura, przywierając do boku kremowej i pomagając jej wstać — Przybiegliśmy najszybciej, jak mogliśmy. Trochę to zajęło, bo górne wyjście było zasłonięte, ale po głosach was odnaleźliśmy!
— Tak! Dziękuję... Musimy stąd uciekać — wymruczała.
— Mm — wymruczała młodsza, obserwując z bezpiecznej odległości walczące kocury — Ty zajdź go z jednej, ja z drugiej — poinstruowała, przykucając na ziemi.
Gdy już kotki zaczęły podkradać się bliżej wroga, ten niespodziewanie uderzył całym ciałem w jedną ze ścian, podpieranych iglastymi pędami. Te pękły pod naporem siły, tworząc mu dodatkową drogę ucieczki, z której natychmiast skorzystał.
— Uważajcie! Chce nam uciec! — krzyknęła. Nie za wahała się, od razu podbiegła za kocurem. Nie mógł jej uciec, nie tym razem! Kremowe futro już całkiem brudne zmieszało się z ziemią. Małe wibracje, uderzającej pod jej łapami ziemi, dawały Stokrotce nadzieję. Niestety, mimo próby Baśniowej Stokrotki, jej starania poszły na marne, gdy pyskiem uderzyła w ścianę ślepego zaułku.
— Baśniowa Stokrotko, wracajmy! Kijanek podobno się czegoś dowiedział, ale krwawi. Musimy go zabrać do obozu nim wda się infekcja! — miauknęła ze zmartwieniem. Ta niepewnie spojrzała się na ciemny kąt. Jak udało mu się uciec...? Zadała sobie pytanie.
— Masz rację, wracamy — powiedziała. Pomogła Kijankowym Moczarom wstać, podpierając się na jej braku.
— Dziękuję… — wyszeptał wojownik. Stokrotka kiwnęła łbem i powędrowała za Nenufarą do obozu.

* * *

— Różana Woń, Zimorodkowe Życzenie! Jesteście? — krzyknęła. Po chwili zza rogu wybiegły obie kotki, szybko przejęły pacjenta i położyły go na legowisku.
— Odniósł obrażenia w walce — wyjaśniła.
— Zajmiemy się nim, możesz już iść — powiedziała Różana Woń. Baśniowa Stokrotka kiwnęła i poszła do legowiska, by odpocząć.

Od Szczawika (Szczawiowej Łapy)

Kocurek właśnie dotarł do obozu. Jego rodzeństwo już tam było. Siedzieli pod pniem, czekając na swoje mianowanie. Wystraszony nadal kocurek podszedł i usiadł obok nich. Spojrzał na swojego brata. Dumnie patrzył ku górze. Jego siostra zaś wyglądała, jakby chowała lęk. Szczawik był zestresowaną kulką pełną lęku. W tej chwili najlepiej wróciłby do żłobka. Spojrzał na lidera.
— Dzisiaj trójka młodych kotów zostanie uczniami. Podejdźcie bliżej. — Liderka zaprosiła ich strzepnięciem ogona, a oni posłuchali. — Szczawiku. Ukończyłeś sześć księżyców i jesteś gotów zostać uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Szczawiowa Łapa. Twoim mentorem będzie Iskrząca Nadzieja. — Przywódczyni wskazała na wojowniczkę, która wyglądała na zdziwioną, ale zadowoloną. Szczawik nie często z nią rozmawiał, ale raz przyniosła mu kulkę mchu, wydawała się być miła. Miał nadzieję, że taka właśnie jest. — Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę. — Dokończyła Sosnowa Gwiazda. Starsza podeszła do ucznia. Szczawiowa Łapa zetknął się nosem z kotką. Jej delikatny uśmiech podpowiadał mu, że z nią będzie bezpieczny. Usiadł razem z nią z boku, patrząc, jak reszta jego rodzeństwa również otrzymuje mentorów. Po całej ceremonii dostał wiele gratulacji. Widać było po nim stres spowodowany tak wielką atencją, no i zostaniem w lesie przez noc... Nadal miał ciarki. Gdy już wszyscy się rozeszli, Iskrząca Nadzieja skinęła do młodszego.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że zostałeś moim uczniem! Sprawię, że będziesz najlepszym wojownikiem, jakiego Klan Wilka widział! Poradzimy sobie razem, co ty na to, młody? — Łagodny głos starszej utwierdzał przekonania Szczawiowej Łapy. Dostał najlepszą możliwą mentorkę. Wyprostował się dumny.
— Tak jest, pani Iskrząca Nadziejo! — odpowiedział dumny.
— Po prostu Iskrząca Nadziejo. Jutro rozpoczniemy szkolenie, wyśpij się dzisiaj! Pewnie jesteś jeszcze trochę skołowany po próbie. — Kotka uśmiechnęła się i odeszła w stronę legowiska wojowników. Szczawiowa Łapa westchnął i usiadł, patrząc na swoje łapy. Jeszcze nigdy nie ogarniał go taki strach. Kątem oka zobaczył Jarzębinową Łapę.
— Gratulacje Szczawiowa Łapo! Iskrząca Nadzieja to świetna wojowniczka. Nauczy cię wszystkiego, czego potrzebujesz. — Polizała jego ucho, aby dodać mu otuchy. Jednak on nadal rozmyślał o nocy.
— Zostawili mnie. W lesie... Dlaczego to zrobili..? — spytał, ale nie dostał odpowiedzi od kotki. Ta jedynie uśmiechnęła się blado.
— Cieszę się, że żyjesz.

[359 słowa]

Od Szczawika

[TW: atak paniki]

Obudziło go szturchanie w bok. Zobaczył trzy koty stojące przed nim. Jego pobratymcy.
— Co się dzieje..? Jest noc, czemu tu jesteście? — spytał wystraszony. Zero odpowiedzi. Kocurek rozejrzał się dookoła. Dynia? Szczypiorek? Nigdzie ich nie było. To koniec, przyszli go zabić! Kocurek skulił się.
— Proszę, nie krzywdźcie mnie! — Nie chciał umierać, tam bardzo nie chciał! Jeden z wojowników chwycił go i postawił na łapy, na co pisnął. Trącił go łapą, aby podążał za resztą. Dwójka wojowników szła przed nim, a jeden za nim. Wyprowadzali go z obozu.
— Nie mogę wychodzić, jeszcze nie jestem uczniem! — protestował, ale starszy z tyłu popchnął go znowu do przodu.
Po jakimś czasie doszli na miejsce, bo wojownicy zatrzymali się. Szczawik rozejrzał się wokół. Było ciemno... Gdy odwrócił się znowu do pobratymców, nie było ich tam. Kocurek położył po sobie uszy.
— Halo? Hej, zostawiliście mnie! Halo! Nie, nie! — Pobiegł przed siebie, ale zdał sobie sprawę, że nie tam znajdował się obóz. Może tu? A może tam? Kocurek schował się w jednym z krzaków. Zakrył oczy łapkami. Słyszał ptaki, ich dźwięki huczały w jego uszach. Szczawik zaczął się trząść. Dusił się. Czuł, że stoi na krawędzi, jakby miał spaść. Co się z nim dzieje? Bał się i to strasznie, bo nie miał zielonego pojęcia co robić. Panikował bardzo szybko i kulił jeszcze bardziej, szybko wdychając powietrze.
— C- co się dzieje... Pomocy, proszę, w- wróćcie po mnie..! — Jego błagalne głosy odbiły się jedynie echem. Czuł, jak powietrze które wdychał o wiele za szybko, stawało się dla niego mniej pomocne. Był zmęczony, nie miał sił walczyć z lękiem. Jego ciche prośby nie zostały wysłuchane. Nikt nie wrócił. Jego oczy zamykały się, gdy jego oddech poddawał się. Kociak z wycieńczenia zasnął.
Obudził się, gdy usłyszał kroki. Wystraszony rozejrzał się wokół i zobaczył wojownika. Przełknął ślinę.
— Czy zrobiłem coś nie tak..? Czemu mnie tu zostawiliście... — spytał wystraszony. Wojownik zastrzygł uchem.
— Właśnie przeszedłeś test na zostanie uczniem. Choć. Wracamy do obozu.


Od Gąbki do Zimorodkowego Życzenia

Gardło Gąbki miało się już o wiele lepiej niż przedtem, więc młoda kotka nie miała powodu do tego, aby iść do legowiska medyków. Jednak tak strasznie jej się nudziło! Nie miała pomysłu, co mogłaby zrobić, a rozmowa z Różaną Wonią wydawała się ciekawa. Cóż, chyba nic się nie stanie, jeśli trochę zagada czarno-białą kotkę, prawda? Nie musi przecież cały czas zajmować się chorymi! Tym razem jednak mamusia nie spała, choć miała lekko przymrużone oczy. Gąbka w kilku susach znalazła się koło jej boku i wspięła się na jej plecy.
— Mamo! Mamo! Ja chcę iść do legowiska medyka! Mogę, mamusiu? Proszę! — mruknęła jej do ucha, na co karmicielka się wzdrygnęła, a następnie westchnęła.
— A nie możesz się z Mątwą pobawić? Nie rozumiem, co ty widzisz w tej medyczce… — odparła, odwracając głowę i spoglądając na swoją córkę. Łysa nie była jednak zadowolona z reakcji mamy. Przecież Mątwę miała na co dzień, z Różą nie rozmawiała wcale tak często!
— No mamo, proszę! — nie zamierzała odpuszczać. Nie chciała kolejnego wieczoru spędzić, nudząc się kącie żłobka! Nie rozumiała, jaki mama miała w tym wszystkim problem, przecież nie szła nigdzie daleko!
— To tylko krótki spacer po obozie i będę w legowisku medyków! Nic strasznego — przewróciła oczami. Czarno-biała karmicielka nie miała innego wyboru niż po prostu zgodzić się na pójście córki do medyczki.
— No dobrze, niech ci będzie — stwierdziła. Gąbka zsunęła się z futra swojej mamy i zaraz później znalazła się już przy wyjściu ze żłobka. Posłała swojej mamusi pożegnalne spojrzenie, po czym wybiegła. Zaraz po wyjściu prawie potknęła się o kamień, mało brakowało, a jeszcze by się wywaliła! Była nieuważna, bo jedyne co miała w głowie to, to, żeby dostać się do legowiska medyka, a gdy już tam wparowała, zdziwiła się, gdy nie dostrzegła Różanej Woni. Była jednak druga medyczka, z którą Gąbka jeszcze nie rozmawiała.
— Dzień dobry… a gdzie jest Róża? — spytała, rozglądając się niepewnie dookoła. Po czarno-białej kotce ani śladu, czyżby zaginęła? Może porwał ją lis… albo kuna! Młodsza medyczka podeszła do kociaka i pochyliła nad nim głowę.
— Poszła zbierać zioła, a ty coś chciałaś, malutka? — mruknęła, wpatrując się w łysą kotkę. Gąbka nie wiedziała, co ma powiedzieć. Może powinna jej wmówić, że coś ją boli? Czy śmiało powiedzieć, że po prostu chciała porozmawiać, bo jej się nudzi? Nie, to by było głupie! Gąbka usiadła, kładąc łapkę na szyi i zamykając oczy.
— Gardło mnie boli! Róża podała mi miód, powiedziała, że mam infekcję! Ale… pomogło tylko trochę i wciąż mnie boli! — westchnęła ze smutkiem w głosie.
— Może mogłabym wziąć więcej miodu? — zapytała, otwierając jedno z oczu.

<Pani Druga Medyczko?>

Od Gąbki

Gąbka, zbudzona przez słoneczne promienie wpadające do żłobka, niechętnie podniosła się z miejsca. Przełknęła ślinę, a wtedy ból rozprzestrzenił się po jej gardle. Skrzywiła się, czując się tak, jakby coś właśnie złapało jej szyję i nie chciało puścić. “Ała!” pomyślała, odwracając się w stronę mamusi. Chciała ją teraz o to pomęczyć, ale jak się okazało, czarno-biała kotka jeszcze smacznie sobie spała. Nic dziwnego, był w końcu wczesny ranek. Gąbka westchnęła i podeszła do śpiącej karmicielki. Kilka razy próbowała ją obudzić, trącając ją łapą, ale ona ani drgnęła. W końcu zrezygnowana postanowiła, że sama pójdzie do medyczki. Była już w końcu duża i sama mogła załatwiać różne sprawy! Poza tym bardzo lubiła Różaną Woń i wizyty u niej. Medyczka była super! Była miła i zabawna, no i też bardzo, bardzo mądra! Gąbka podziwiała ją za jej wiedzę o ziołach i chorobach. Kto wie, może w przyszłości Gąbka pójdzie w jej ślady i zostanie tak świetnym kotem, jak sama Różana Woń? Młoda kotka opuściła żłobek, od razu kierując się w stronę legowiska medyka, gdzie tak, jak zwykle, przebywała czarno-biała medyczka.
— Dzień dobry! — miauknęła ochrypłym głosem. Otworzyła szeroko oczy, zdziwiona, że jej głos był tak cichy i niewyraźny. “Co się ze mną dzieje!” pomyślała, odwracając wzrok od Róży. Medyczka podeszła do Gąbki ze smutnym wyrazem pyska i poklepała ją łapą.
— Coś się stało? — spytała młodą członkinię rodu z troską w głosie. Gąbka nawet przez chwilę się nie zastanawiała, czy aby na pewno chce teraz truć o swoim stanie Różę. Westchnęła dramatycznie i przewróciła oczami, kładąc sobie łapę na czole.
— Tak mnie okropnie boli gardło! Czy ty słyszysz, jak ja brzmię? Musisz to jakoś naprawić! — jęknęła niezadowolona. Różana Woń zachichotała i poklepała Gąbkę po główce. Po tym geście pośpiesznie udała się do składziku z ziołami i zaczęła go przeszukiwać. W międzyczasie młoda koteczka wstała z miejsca i zaczęła rozglądać się po medykowym legowisku. Może znowu uda jej się znaleźć tę dziwną rzecz, którą trzymała tu Różana Woń? Tym razem na pewno jej się uda ją zabrać! Miała w końcu większe doświadczenie i lepsze umiejętności niż ten… księżyc temu. Czarno-biała medyczka zdążyła jednak wrócić już do Gąbki z przygotowanymi ziołami.
— Bidulko, pewnie nabawiłaś się infekcji gardła, mam rację? To straszna rzecz! Nieleczona może prowadzić do utraty głosu, wiesz o tym? Jeśli kiedyś znowu zaboli cię albo twoją siostrę gardło to od razu mi to powiedz, to coś na to zaradzę! — wytłumaczyła, na co Gąbka pokiwała głową. “To straszne! Ja bym nie chciała stracić głosu, ani bym też nie chciała, aby Mątwa nie mogła nic powiedzieć! Wtedy byłoby tak nudno!” pomyślała. Róża położyła przed nią kulkę mchu, która oblepiona była jakąś mazią.
— To to nie wygląda smacznie! Chcesz, abym zjadła mech? On nie jest do jedzenia, jest do zabawy! — burknęła niezadowolona. Róża zdziwiła się trochę na słowa kotki, jednak po chwili zachichotała.
— Nie! To nie mech cię uleczy, a to, czym jest nasączony. Wiem, że kociaki nie przepadają za jedzeniem ziół, mam rację? Spróbuj zjeść miód, moim zdaniem jest słodki i całkiem smaczny, na pewno jest lepszy do podawania kociętom od gorzkich liści — zaśmiała się, na co Gąbka niepewnie na nią spojrzała. Podeszła do kulki mchu, nasączonej miodem.
— No dobrze, skoro tak mówisz… — mruknęła.

Wyleczeni: Gąbka

Od Gąbki

Jakiś czas po porodzie

Było dziś wyjątkowo spokojnie, a co za tym idzie, było okropnie nudno! Mamusia gdzieś tam spała, była widocznie zmęczona, choć wcale nie było tak późno. Ona zawsze była zmęczona i czasami trochę dziwnie przygnębiona, gdy obserwowała swoje kocięta. Gąbka nigdy nie rozumiała, dlaczego tak było, przecież Klan Nocy chciał kocięta, prawda? Młodą kotkę często odwiedzała rodzina, która zawsze chętnie się z nią bawiła, która wręcz ubóstwiała ją i jej siostrę! Przecież… byli tak wyczekiwanym miotem, dlaczego w takim razie czarno-biała kotka wyglądała tak, jakby wcale się ich nie spodziewała? Może smucił ją fakt, że nie było przy niej ojca pociech? Gąbka słyszała, że miot mamusi i tego kocura z Klanu Wilka był jakąś taką umową, ale podobno obaj są bardzo szanowanymi członkami swoich klanów i przecież musieli się już wcześniej przyjaźnić! Gąbka spojrzała na karmicielkę, a potem na wyjście ze żłobka. “Przecież się nie skapnie, jak na chwilę wyjdę, prawda? Mamusia śpi, nic nie zauważy!” pomyślała, skradając się w stronę wyjścia ze żłobka. Gdy była już wystarczająco blisko, ciepłe promienie słoneczne owinęły kotkę swoim ciepłem. Przystanęła ona na chwilę, obserwując niebo ze zmrużonymi oczami. Widziała latające po nim ptaki i sunące, śnieżnobiałe chmurki. Było tak wspaniale! No i było też gorąco! Różana Woń mówiła jednak, że Gąbka powinna uważać, gdy jest za zimno lub za ciepło, bo wtedy coś może się jej stać… to było jednak dawno. Teraz na Gąbce zaczynały już rosnąć włoski, które jednak wciąż nie były tak gęsto rozłożone, jak na Mątwie. Kto wie, może kiedyś łysa koteczka wśród swoich pobratymców nie będzie już do odróżnienia? Gąbka zaczęła skradać się w stronę legowiska starszyzny, starając się, drogę przebyć przebywając w cieniu. Skakała z jednego zacienionego miejsca do drugiego, zachowując się tak, jakby słońce było morderczym laserem, które miałoby ją unicestwić w kilka uderzeń serca. W końcu nadszedł ten moment. Ostatni sus i znajdzie się u celu. Gąbka skoczyła, lecz z marnym skutkiem. Zaryła pyszczkiem o ziemię, jednak to wcale jej nie zniechęciło. Skóra trochę ją piekła od upadku, ale Gąbka nie zważając na to, radośnie wtargnęła do środka. Tam, ukojona chłodnym cieniem, wyprostowała się i stanęła na samym środku, chcąc wygłosić przemowę.
— Cześć! Mamusia mi powiedziała, żebym tu przyszła, bo podobno kociaki bardzo lubią słuchać opowieści starszych. I to się zgadza! Bo ja uwielbiam historyjki! — pisnęła, rozglądając się po kulkach futra, które skulone były w swoich posłaniach. Jedna z nich, ta całkowicie puchata, wyciągnęła swój łebek do góry, patrząc na Gąbkę. Łysa kotka spojrzała najpierw prawo, a potem w lewo, jakby upewniając się, że nieznajomy patrzy akurat na nią, a nie na kogoś innego.
— Och, czy to księżniczka, córka zastępczyni, przyszła nas tutaj odwiedzić? — mruknął starszy trochę ochrypłym głosem. Po tych słowach odchrząknął. Przez chwilę młoda Gąbka zastanawiała się co odpowiedzieć, a potem radosnym krokiem zrobiła kilka kroków w stronę starszego i się wyprostowała, chcąc wyglądać bardzo dumnie. Nie było to jednak łatwe ze względu na to, że była raczej małym, w dodatku łysym, oseskiem.
— No a jak! Gąbka we własnej osobie! — przedstawiła się, a w jej oczach błysnęła iskierka. Starszy, jasnofutry kocur mlasnął kilka razy i wygodnie ułożył się na swoim posłaniu, potem spojrzał na Gąbkę.
— W takim razie myślę, że mogę mieć kilka opowieści do przekazania — stwierdził, a na jego licu pojawił się skromny, subtelny, lecz ciepły uśmiech. Najwidoczniej całe swoje życie czekał na tę chwilę! Przez chwilę biały kocur wpatrywał się w ścianę legowiska starszych, lecz potem spojrzał się ponownie na Gąbkę.
— Wiesz, kim była Srocza Gwiazda? — zapytał.
— Nie do końca, ale mamusia powiedziała mi, że to moja prababcia i to dzięki niej jestem dziś księżniczką! — mruknęła z dumą w głosie. Starszy zachichotał, był widocznie zadowolony myślą, że może opowiedzieć młodemu pokoleniu, kim była Srocza Gwiazda.
— No tak, to prawda, można tak powiedzieć. Srocza Gwiazda wzięła pod skrzydła twoją babcię – Wirującą Lotkę, tym samym sprawiając, że dołączyliście do rodu — wyjaśnił Gąbce. Niestety kotka nie znała ani Sroczej Gwiazdy, ani Wirującej Lotki. Pewnie obie umarły przed jej narodzinami!
— A czym jest ten cały ród? Czy Srocza Gwiazda miała jeszcze jakieś kocięta? — dopytała.
— Biologicznych… nie. Miała jednak jeszcze trzy córki, których imiona brzmiały: Tuptająca Gęś, Kotewkowy Powiew i nasza obecna przywódczyni – Spieniona Gwiazda. Tuptająca Gęś związała się z Wieczorną Gwiazdą, przywódczynią Klanu Wilka. Mieli oni wspólnie miot sojuszniczy, z którego narodziła się Różana Woń i Muszlowa Łapa — miauknął, wspominając o dwóch kotkach, które przyszły na ten świat z tego samego powodu, co Gąbka.
— Różana Woń! Znam ją, to medyczka naszego klanu! — uradowała się łysa kotka, że w końcu lepiej kojarzy choć jedną z kotek, o której jest teraz mowa.
— Owszem. Żyje i ma się dobrze, ale z tego, co słyszałem, nie można powiedzieć tego samego o Muszlowej Łapie. Podobno gdzieś zaginęła — westchnął.
— Ale czym w końcu jest ród? — mruknęła, porzucając temat Muszlowej Łapy. Był interesujący, ale też i trochę smutny. Gąbka nie miała ochoty o nim rozmawiać.
— Ród to wymysł jakże mądrej i wspaniałej, niestety byłej już przywódczyni Klanu Nocy. To ona zauważyła, że najlepiej dla klanu będzie, jeśli władzę będą sprawowali członkowie jej rodziny, bo tylko w taki sposób uzyska ona pewność, że klan będzie się prężnie rozwijał, a na szczycie nie zasiądzie nigdy nikt niepożądany, czyż to nie jest wspaniałe? — zachwycił się, w jego oczach błysnęła iskierka dumy. Gąbka zastanawiała się, dlaczego biały kocur tak bardzo wychwala Sroczą Gwiazdę. Czy łączyło ich coś więcej?
— Musisz przyznać, że twoja świętej pamięci prababcia była kotem genialnym, bardzo mądrym. Znałem ją już od czasów kocięcych i mam z nią tyle wspomnień! Kiedyś nawet uratowała mnie od wydry… — mruknął rozmarzonym głosem i westchnął.
— Ojej! To musiało być ekscytujące! A jak wyglądają wydry? — spytała kotka. Jej mamusia nigdy nie opowiadała jej o rzeczach, które spotka poza obozem!
— Tak… ekscytujące. Jeśli chodzi o wydry, to są trochę jak takie koty, tyle że o krótkich nóżkach. Mają też przylegające do ciała futro i są dosyć, hm, gruboskórne. Mogą wyglądać słodko na pierwszy rzut oka, ale w rzeczywistości są niebezpieczne! — ostrzegł Gąbkę. Na całe szczęście łysa koteczka na razie nie planowała z żadną wydrą walczyć na śmierć i życie!
— Mam nadzieję, że nigdy żadnej nie spotkam! A jakie jeszcze znasz zwierzęta? Walczyłeś kiedyś z jakimś? — zaczęła się dopytywać. Rany! Biały staruszek miał tak rozległą wiedzę! Szkoda by było, gdyby się zmarnowała, prawda?
— …
— Znam psy, lisy, borsuki... To jedne z najgroźniejszych zwierząt, jakie można spotkać! Nie chciałabyś nigdy zobaczyć ich na własne oczy! Poza tym są jeszcze… kuny i jastrzębie! — zaczął wymieniać. Gąbka w pewnym momencie jego wypowiedzi otwarła szeroko oczy, przypominając sobie o tym, że kiedyś słyszała, że w klanie jest szylkretowa uczennica o imieniu Kunia Łapa! Czy jej też powinna się bać?
— No… może i bym nie chciała. Brzmią strasznie! A czy Kunia Łapa też jest niebezpieczna? Ktoś mi o niej opowiadał, ale już nie pamiętam kto! — przeraziła się, na myśl o tym, że mogliby mieć w obozie mordercę. Dlaczego jeszcze ją tu trzymali? Powinni ją szybko gdzieś zamknąć albo wygonić, zanim pobije się z klanowiczami!
— Kto… Kunia Łapa? Ach, to pewnie jakaś uczennica, ale ona nie jest groźna! Kunia Łapa jest kotem, a nie kuną — zachichotał, na co Gąbka zmarszczyła brwi. “Ja już swoje wiem! To kuna w przebraniu kota!” pomyślała. Usiadła jak naburmuszony kociak.
— To dlaczego ma tak na imię? Dlaczego ktoś chciałby nazywać kota czymś, co jest niebezpieczne? Nie rozumiem! — jęknęła i tupnęła przednią łapą o ziemię.
— Nie wiem… — zaśmiał się starszy, ale Gąbce wcale do śmiechu nie było. Gdyby ona kiedyś miała kogoś nazwać, to na pewno celowałaby w imiona… takie jak na przykład Kwiatuszek albo Kamyczek!
— Aha. To ja już chyba wrócę do mamusi, zanim zacznie za mną tęsknić! Może kiedyś wrócę! — pożegnała się ze starszym i ruszyła w stronę wyjścia z legowiska. Może dopyta się mamy o Kunią Łapę? Mamusia wie wszystko!
— Do zobaczenia! — krzyknął za nią biały kocur. Słońce było teraz schowane za białymi chmurami, co sprawiało, że nie dawało już tak mocno po oczach. Gąbka spokojnym krokiem weszła do żłobka, jakby nigdy nic się nie stało, jednak tam czekała na nią jej mama, która zmierzyła ją gniewnym wzrokiem.
— Gąbko! Gdzie ty się podziewałaś? Musisz mi mówić, jak gdzieś wychodzisz — westchnęła. Łysa kotka podeszła do mamusi, kładąc po sobie uszy. Czarno-biała kotka owinęła ją swoim ogonem, a Gąbka tylko ospale ziewnęła i ułożyła się w kulkę.

Od Kruka

Ciemność, jedynie to widział przez pierwsze chwile swojego życia. Wydawała się go pochłaniać z każdej strony... Kociak leżał skulony przy brzuchu matki, czuł przy sobie swoje rodzeństwo, które razem z rodzicielką dawało mu ciepło. Słyszał odgłosy innych kotów, wchodziły i wychodziły co jakiś czas, niosąc ze sobą słodko-gorzkie zapachy, jakby liści. Kocurek słyszał najczęściej dwie kotki, rozmawiające ze sobą, mruczące czule, czasami zwracając się też do swoich pociech. Czasami był trącany nosem lub łapą, przy czym zawsze wydawał z siebie pisk. Nie dość, że nic nie widział, to cały czas mu przeszkadzano w drzemce!
— Są przepiękne, a jakie silne — odezwała się jedna z kotek. Słyszał, jak przycupnęła tuż obok ogona kotki, przy której brzuchu leżał.
— Też tak uważam. Przydałoby się je nazwać, czyż nie? — spytała Mroczna Wizja.
Kocurek w tym momencie wiercił się, próbując się wygodnie ułożyć. Jego uszy wyłapywały dźwięki, które wydawały się być odległe, jakby nie były w tym miejscu, w którym się znajdował. Być może pochodziły z zewnątrz. Zorientował się już dawno, że musi być w miejscu, w którym jest ciepło, więc jakimś schronieniu. Nagle poczuł, jak ogon Makowego Nowu dotyka jego głowy. Jej zapach otoczył go, a on dalej słyszał dźwięki spoza żłobka.
— Kruk. Myślę, że to imię do niego pasuje. Kojarzy mi się z tym ptakiem — stwierdziła kotka.
Kruk? Zwierzę, które jest ptakiem? Ciekawe jak musi wyglądać, skoro kotce kojarzy się z nim. Czyżby to właśnie on wydawał dźwięki, które słyszał? Dla niego było to jedną wielką niewiadomą jak całe życie w tym momencie. Pustka pochłaniała go, miał nadzieję, że wydostanie się z niej jak najprędzej.

Od Cienia

*Gdy Cień był jeszcze kociakiem*

Jaśminowiec znowu wyszła ze żłobka, pozostawiając swojego brata niemal całkowicie samego. Niby spędzali ze sobą dużo czasu, ale kociak chciałby ją mieć na wyłączność. Tak, żeby była tylko jego, żeby nikt inny się z nią nie zadawał. To powoli zaczynało robić się chore. Wiedział o tym.
Niby zostawały mu jeszcze matki. Tak, kochał je, ale jednak były jego rodzicami, a nie rówieśnikami. Chociaż nawiązał z nimi silną więź, to innego rodzaju. Siostra po prostu rozumiała go bez słów, myślała podobnie, w końcu byli w tym samym wieku. Za to Cierń i Żmija wychowywały łysego, tak więc czasem musiały być stanowcze, czasem czegoś od niego wymagały.
Właśnie, ostatnio Cień miał wrażenie, że robi coś nie tak. Czuł, że nie zadowala swojej rodziny. Czy była to prawda? Nie posiadał futra... Wiedział, że przez to był gorszy. Rokitnik i Żagnica mu to już kilka razy uświadomili. Za każdym razem, gdy ich spotykał, przypominali mu o tym przykrym fakcie. Dodatkowo Len często się z niego naśmiewał. Inne koty patrzyły z pogardą, z politowaniem lub współczuciem. Nie chciał tego. Nie chciał litości. Dlatego starał się unikać tych wszystkich spojrzeń, przemykać bokiem, nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Gdy tylko zauważał któregoś z prześladowców, starał się gdzieś ukryć, zniknąć. Niestety prześmiewcze spojrzenia niemal zawsze na nim lądowały, gotowe obrzucić lawiną obelg i kpiącym śmiechem. Zwykle takie spotkania kończyły się łzami w oczach Cienia.
Dlatego niedawno wpadł na całkiem dobry pomysł, jak unikać tych, którzy go nie lubili. Wystarczyło po prostu nie wychodzić ze żłobka, skryć się pod ścianą legowiska i odpoczywać wtulonym w matkę cały dzień.
— Na pewno dobrze się czujesz, maluchu? — spytała jeszcze raz Żmija. — Ostatnio jesteś trochę... niemrawy.
Miał ochotę powiedzieć rodzicielce o tym wszystkim, o tym, jak bardzo fatalnie było. Na zewnątrz, poza kociarnią, nikt go nie lubił. Śmiano się z niego, przezywano. Nie mógł jednak tego zrobić. Rokitnik i Żagnica byli przyjaciółmi mam. Powinien mieć z nimi dobre relacje. Zastanawiał się, gdzie popełnił błąd. Czy chodziło o to, że był łysy? Nie, pewnie źle się zachował. Ciekawe, czy uda się naprawić tę relację. Pewnie nie, ale może...
— Tak, w porządku.
Starał się, aby jego głos nie drżał. Nie chciał, żeby jeszcze jeden kot wiedział o tym, jak Cień był słaby. Przecież Len mu mówił, że płacz jest właśnie oznaką słabości.
Cierń i Żmija niepokoiły się o niego, to było widać. Pytały się, jak się czuje, czy nic go nie boli. Nawet Świergot go zbadała, ale nie znalazła żadnej oznaki jego zmienionego zachowania.
— Po prostu jestem trochę zmęczony, nie wyspałem się.
To była prawda. Chociaż dużo odpoczywał, rozmyślanie spędzało mu sen z powiek. Zastanawiał się nad paroma rzeczami. Po pierwsze, czy uda mu się zostać dobrym wojownikiem. Po drugie, czemu tyle kotów jest do niego wrogo nastawionych, po trzecie, czy Jaśminowiec nadal go lubi. Czwarte, czy mamy kiedykolwiek będą z niego dumne. Piąte, czy będzie miał przyjaciół i szóste, czemu akurat on był łysy. Dlaczego urodził się bez futra? Tyle kotów w społeczności, czemu on był tym... wyjątkiem. I nawet nie mógł nic z tym zrobić. Może nie zasłużył? Był przekonany, że odpowiednio dobrze zająłby się własną sierścią, ale czy na pewno?

***

Wcisnął się pomiędzy przednie łapy Żmii i podkulił ogon, rozglądając się niepewnym wzrokiem dookoła.
— No już, maluchu. Czas wyjść ze żłobka — oznajmiła matka łagodnym, lecz stanowczym tonem.
Cień rzucił ostatnie spojrzenie Cierń odpoczywającej w przytulnym ciepłe legowiska. Naprawdę nie chciał opuszczać kociarni...
Jego mózg dokonywał szybkiej analizy. Co będzie mu się bardziej opłacało? Jeśli zostanie w środku, uniknie spotkania ze swoimi prześladowcami, ale również nie wykona prośby matki. Czyli będzie na niego zła. Zawiedzie ją. Znowu. Nie, ta opcja wychodziła z gry. Zostawało mu więc wyjście i trzymanie się daleko od wszystkich nieprzyjaznych kotów. Pewnie nie uda mu się uniknąć śmiechu i kilku obelg, ale musiał to zrobić. Dla mamusi.
Wyszedł niepewnie ze żłobka. W jego sercu migotała drobniutka iskierka nadziei. Może tym razem się uda, może będzie w porządku... Naprawdę chciałby się z kimś zaprzyjaźnić. Tylko kto chciałby mieć łysego tchórza za kolegę? Oczywiście, że nikt. Cień na to zasłużył. Był słaby. To wystarczało, żeby żaden kot się z nim nie zadawał.
Żmija została przy żłobku, wiedział, że będzie go obserwować. To niedobrze. Nie chciał, aby ktoś się z niego śmiał na jej oczach. Zaczęłaby się martwić. Spojrzał na matkę, chciał posłać jej uśmiech, ale na jego pysku można było zobaczyć tylko krzywy grymas kota, który ledwo powstrzymuje się od płaczu.
Zrezygnował z prób pracowania nad mimiką swojego pyska i po prostu zaczął iść przed siebie. Nie wiedział, gdzie zmierza. Po prostu spacerował bez celu po obozie. Starał się chodzić lekkim, beztroskim krokiem. Szybko jednak zorientował się, że lepiej jest skradać się uboczem.
Cień, który rzucały wysokie, rozłożyste drzewa, krył kocurka. Nie rzucał się w oczy. Spodobało mu się to. Ciekawe, że tak samo się nazywał. Może mamy już od jego narodzin wiedziały, że będzie się krył, błagając w myślach, aby nikt go nie zauważył. Interesujący zbieg okoliczności.
Westchnął głośno, kiedy znowu przypomniało mu się, że jego ceremonia na ucznia zbliża się z każdym wschodem słońca. Nie czuł się gotowy. Bał się tego. Co, jeśli nie podoła treningowi? Jeśli będzie gorszy od Jaśminowiec? Na pewno będzie, uświadomił sobie z goryczą. Zastanawiał się za to, czy da radę? Czy stanie się wojownikiem?

Od Mrocznej Wizji do Pustułki

Tw: poród (nieszczegółowy)

Mroczna Wizja siedziała na skraju obozu przy kociarni. Musiała już opuścić legowisko wojowników. Była zbyt duża na polowanie. Dlaczego to Makowy Nów nie mogła urodzić? Mrok była w beznadziejnym stanie. Od razu po jedzeniu znów była głodna i męczyła się po kilku krokach. Dlatego większość dnia spędzała właśnie tutaj. Nie podobało jej się to, że nie mogła polować, ale Cisowe Tchnienie stwierdziła, że kociętom lepiej będzie, jeśli ona, Mroczna Wizja, będzie bezczynnie odpoczywać nie przysługując się nijak klanowi. Tak więc całymi dniami się nudziła, a jej brzuch robił się coraz większy, jakby za chwilę miał pęknąć. Ile to już księżyców minęło? Traciła rachubę. Nie chciała wcześniaków, jednak miała wrażenie, że zwariuje siedząc dalej przy żłobku.
Nagle coś poczuła. Skurcz w brzuchu. Pewnie maluchy się przemieszczały. Wtedy drugi. Zgięła się wpół z bólu. Po chwili wyprostowała się, przyjmując ponownie nieruchomy wyraz pyska, jakby nic się nie działo. Pewnym ruchem przemieściła się ku legowisku medyka. Nikogo oprócz medyczki nie było w środku, całe szczęście.
- Coś się stało, Mroczna Wizjo? - zapytała medyczka. Mroczna Wizja odsłoniła na chwilę prawdziwą siebie, kiedy zgarbiła się, a jej twarz wykrzywił grymas bólu.
- Sama nie wiem - westchnęła. - Skurcze są częstsze - wyjaśniła.
- Podejdź tutaj - miauknęła Cis i zmrużyła oczy. - Wody ci odeszły. Zaczynasz rodzić. Połóż się tutaj - poleciła i przygotowała jakieś zioła i patyk, który wepchnęła czarnej kotce do pyska. 
Na Mroczną Gwiazdę, jak ona chciałaby to już mieć za sobą. Wypluła patyk i miauknęła coś o zawołaniu Makowego Nowiu. Potem wszystko potoczyło się tak szybko. Zaczęła jęczeć z bólu, jednocześnie czuła się… inaczej. W porządku. To była jej powinność. Wiedziała, że jej przodkowie patrzą na nią w tej chwili i są dumni z tego, co zaraz zrobi. Wyda na świat potomstwo dla kultu.
- Przyj, Mroczna Wizjo - miauknęła Cisowe Tchnienie, nagle pojawiając się obok z Makowym Nowem. Zielonooka jęknęła i zagryzła patyk.
- Jest pierwszy - miauknęła Makowy Nów jakimś nienaturalnym głosem, ale Mroczna Wizja nie miała czasu, aby to interpretować.
- To kocurek - ogłosiła Cis. - Drugi też. To jeszcze nie wszystko, Mroczna Wizjo. Dobrze sobie radzisz.
Czy miała szansę na cztery kociaki? Nie wiedziała, co się dzieje. Nagle poczuła, że to już koniec.
- Są trzy - oznajmiła Makowy Nów z dumą, ale też mieszanką lęku.

***

- Jak je nazwiemy? - zapytała Makowy Nów.
- Szczerze, to nie mam pojęcia - wyznała Mroczna Wizja, szturchając kociaka obok siebie. Były już wylizane, a Mroczna Wizja pozbyła się łożysk. Teraz maluchy piły mleko.
- Wyglądają na silne, zwłaszcza on. - Makowy Nów wskazała nosem jednego z kociąt.
- Nazwijmy go Kruk - zaproponowała nagle Mroczna Wizja. Jej partnerka z uznaniem kiwnęła głową.
- A on może się nazywać Pustułka - zamruczała pokazując kocurka.
- A trzecie kocię? - spytała czarna.
- Warkotek? - zasugerowała.

***

Kocięta na razie miały zamknięte oczy. Mroczna Wizja z bólem serca patrzyła, jak Pustułka przewrócił się i nie może dojść do mleka. Kapłanka jednak mu nie pomogła. Obserwowała, jak kocię piszczy. Nieważne, ile mu to zajmie, musi to zrobić sam. Tylko tak może być silnym wojownikiem w przyszłości. Nie mogła mu pomóc, choć chciała. Nie mogła być nadopiekuńcza, ponieważ młode same muszą przezwyciężać trudności, aby być niepokonanym. Po chwili Pustułka przestał się szamotać i zaczął się czołgać w stronę Mrocznej Wizji. Udało mu się. Mroczna Wizja uśmiechnęła się pod nosem. Miała nadzieję, że po Dziczu odziedziczą siłę i brutalność, a po niej rozsądek, inteligencję i taktykę.
Nagle Pustułka otworzył jedno oko.
- Witaj na tym świecie, Pustułko - powiedziała, a z pyszczka kociaka wydobył się jedynie pisk. Zaczął mrugać. Mroczna Wizja nachyliła się. - Widzisz teraz świat.
Mroczna Wizja odruchowo nakryła kocię ogonem podarowywując mu odrobinę ciepła. Miała ochptę mruczeć, jak na nie patrzyła. To było dziwne. Zrobiła to dla kultu, nie dla siebie. A miała jakieś odruchy macierzyńskie, które będą teraz utrudniały jej życie.
- Potrzebujesz czegoś, Pustułko? - zapytała mimo woli. Była ich matką, kochała swoje kocięta. Musiała jednak uważać, zeby tej miłości nie było zbyt dużo. Musiała być konsekwentna i wychować kocięta na przyszłych kultystów.

<Pustułko?>

02 kwietnia 2025

Jastrzębi Zew urodziła!




Mroczna Wizja urodziła!

 Mroczna Wizja urodziła trzech równie mrocznych i krwiożerczych jak ona synów!

Od Mewiego Puchu CD. Mżącego Przelotu

Bagietka wpatrywało się we własne odbicie. Puszysta mordka wpatrywała się w niego. Szeroka z kwadratowym pyszczkiem, a uszka zdobiące ją były malutkie. Mniejsze niż mamy czy braci. Nie wyglądało jak oni. Ani troszkę. Zwiesiło łebek smętnie. Było tyle znaków. Żółty Kot, który twierdził, że jest jego dziadkiem, choć mama go nie znała. Pan Piórko, który był przyjacielem mamy, choć mama nigdy z nim nie rozmawiała. Ich bracia dużo starsi. O długich łapach, pyskach i trójkątnych uszach.
Uderzył łapką swoje odbicie, sprawiając, że wzbudzona woda rozmyła je. Okłamywali ich. Ukrywali to przed nimi. Nie wiedziało dlaczego. Tylko ono nie wiedziało. Z całego klanu. A ich prawdziwa mama i tata pozostawali tajemnicą. Milczeli w tej sprawie. Zagrzebani po uszy w zmowie milczenia.
— Mewko?
Spuściło wzrok na własne łapy. Nie miało siły rozmawiać dziś z przyjacielem. Było przepełnione bólem i żalem. A przede wszystkim niezrozumieniem.
— Co się stało?
Poczuło ciepło kocura. Niechętnie oparło łeb o jego bark.
— Nie chce o tym gadać. Nie dzisiaj. — miauknęło cicho, czując narastającą gulę w gardle.
Było im przykro. Tak strasznie przykro.
— Rozumiem. Słyszałem od Kijanki co się stało... — urwał niepewnie. — To nic złego, że nie wiesz jak ułożyć to sobie w głowie. Możesz być zły, smutny, roztrzęsiony... Ale pamiętaj, Mżący Przelot naprawdę cię kocha. W tym aspekcie wszystko było prawdziwe.
Bagietka schowało pysk w futro przyjaciela. Nie wytrzymało. Łzy mimowolnie zaczęły moczyć ich poliki.
— T-to dlaczego do dziś kłamała... — głos łamał się nad ciężarem tych słów.
Poczuło ogon przyjaciela. Siwa Czapla mruczał cicho, gładząc ich po grzbiecie.
— Może... Może się bała twojej relacji? Tak naprawdę tylko ona wie. Gdy już ułożysz sobie wszystko w głowie porozmawiacie. Wszystko sobie wyjaśnicie. — wyciszał ich wojownik.
Mewka pokiwało łebkiem. Choć na samą myśl o mamie potok łez nabierał na sile.


* * *


Czuło się jak ktoś obcy. Bez tożsamości, rodziny, wiedzy o sobie. Istniało w tak dużej społeczności, a tak naprawdę tylko kryło się po zakamarkach. Chodziło bezsensownie, przemierzając tylko krańce obozowiska. Byle wyglądać na zajęte. Byle nie dopuścić do siebie własnych myśli. Znów się w nich nie zatopić. Nie zwariować. Gula rozpaczy nie znikała. A minęło już tyle czasu (jeden wschód słońca). Odkąd poznało prawdę nie mogło spać. Nie wiedziało czy zdoła spojrzeć w ślepia matki. Czy podoła i zacznie z nią ten temat.
— Mewi Puchu?
Dźwięk jej głosu sprawiał, że ich serce pękało z żalu. Nie uniósło łba. Nie odwróciło się w jej stronę.
— Mewo?
Głos kotki zdawał się zbliżać. Czuło jak serce zaczynało głośniej bić. Zagłuszało odgłosy nocnej zwierzyny. Igrało z nimi. Przerażone tym wszystkim zaczęło biec przed siebie. Szybko wylądowało w wodzie. Futro zaczęło pęcznieć od wody. Ciągnąć ich w dół. Uderzało łapami o taflę wody, starając się nie przegrać walki z prądem niosącym ich ku otwartemu morzu.
Głos Mżawki nie słabł. Wciąż unosił się gdzieś za nimi. Echem odbijał się o wzgórza i pagórki okolicy. A ono płynęło, płynęło aż ich łapy nie dotknęły ponownie ziemi. Piach, zimny podobnie jak woda, rozsuwał się pod ich ciężarem. Padło na niego zmęczone i zdyszane. Mokre futro nieprzyjemnie kleiło się do ciała. Głos, przed którym tak uciekało znów niósł się po okolicy. Zebrało się na łapy, choć te odmawiały posłuszeństwa. Biegło dalej. Kosmyki traw uderzały ich w pysk, próbując ich zatrzymać. Gałęzie z trzaskiem łamały się pod łapami, wzbudzając zaniepokojenie wśród zwierzyny. Ono jednakże wciąż biegło i biegło, aż nie padło pod drzewem. Rozemocjonowane, zapłakane i przemoczone rozlało się pod korzeniami rośliny. Nie miało siły na nic. Wykończone zarówno psychicznie i fizycznie zasnęło pod drzewem.


* * *


— Myślicie, że nie żyje?
— Nie mów tak. Mżący Przelot się zapłacze...
Dźwięk rozmowy dotarł do ich uszu. Nie do końca przytomne, jeszcze trochę zaspane, niekoniecznie zdawało sobie sprawy ze stanu rzeczy. Poczuło szturchnięcie w brzuch i wydało z siebie niezadowolony odgłos.
— ...To były gazy pośmiertne?
— Fuj. Spróbuj jeszcze raz. Ja trupa nie dotknę. 
Kolejne szturchnięcie już było mocniejsze. Zaskoczone otworzyło ślepia. Pysk Pluskające Potoku był tak blisko. Za blisko. Zjeżyło się. Nie rozumiało co tu się dzieje. Trochę dalej stała szylkretowa kotka i jeszcze ktoś.
— Co...? Co się dzieje? — miauknęło zaspane, nie rozumiejąc tej sceny.
Przejrzało się wokół. Nie wyglądało to jak legowisko wojowników. Bardziej jak las. Dziwne. Lunatykowało?
— Co się dzieje? Może ty byś powiedział. Pół obozu się o ciebie martwiło, łajdaku. Wyglądasz jak sowia wypluwka, a śmierdzisz jeszcze gorzej.
Położyło uszy zawstydzone. Krzyki kotki były straszne. Chcąc jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem szylkretki zaczęło iść przed siebie.
— Idziesz w złą stronę, mysi głąbie.
Usłyszało zirytowane westchnienie wojowniczki.
— Pluskający Potoku, odprowadź tą pokrake do obozowiska. Żeby znów gdzieś nie zbłądził. Spieniona Gwiazda się ucieszy, że znalazłeś zgubę.
W towarzystwie rudego ruszyli już w dobrą stronę. Powoli zaczęło rozpoznawać te okolice. Jak i powód ich ucieczki także stał się jasny. Nie było gotowe na konfrontacje z mamą. Na rozmowę o tym wszystkim. Spojrzenie jej w oczy i ujrzenie, że już ich nie kocha. Bo odkryli prawdę. Prawdę, którą tak bardzo przed nimi zatajała.
Zwiesiło smutno łebek.
— Nie martw się. Spieniona Gwiazda nie jest taka straszna. Ale więcej tak nie rób. Bo Biedronka za nią zdzieli ci skórę i wypatroszy. 
Mewa pokiwało smętnie głową.
— Nie martw się, ona tak z każdym kocurem.
Już niezbyt słuchało Pluska. Bardziej martwiło się o to co czekało ich w obozowisku. A stres narastał z każdym krokiem. Serce znów zaczynało tak okropnie głośno bić. Czuło się, jakby zaraz miało wyskoczyć im z piersi. Uciec gdzieś daleko. Jak to wczoraj zrobiło z ich ciałem. 
— Znaleźli go. 
Usłyszało znajomy głos. Bało się podnieść wzrok. Spojrzeć komukolwiek w pysk. Tylko sprawiło im nerwy. I zbędny niepokój. Było im wstyd. A jeszcze musiało stanąć przed obliczem Spienionej Gwiazdy. 
— Mewo... — głos niematki się łamał. 
Samo nie wiedziało czy ze smutku czy z gniewu. Pewnie żałowała, że ich przygarnęła i wychowała. A potem wyszkoliła. Całe życie Bagietki opierało się tylko na niej. A to wszystko okazało się tak zakłamane. Czuło łzy zbierające się w ślepiach. Chciało coś powiedzieć. Zbyć temat. Pójść dalej spać. Przespać ten cały niepokój i smutek. Zatopić się w sennych marzeniach, gdzie wszystko wciąż było cudowne. 
— Nie rób tak więcej. Proszę. Porozmawiaj ze mną. Spójrz na mnie. — jej głos zamieniał się w płacz.
Tak bardzo ją zraniło. Było okropne. Wyrodnym dzieckiem. Zasługiwało na całą jej nienawiść. Nie umiało nawet spełnić jej prośby. Ledwo trzymało się na własnych łapach. Usiadła obok nich i tak siedzieli. W ciszy - pełnej niespokojnych oddechów. 
— Bagietko! Co się stało... — głos przyjaciela ucichł nagle. — Przepraszam. Już wam nie przeszkadzam...
Poczuło dotyk kotki. Niepewny. Delikatny. Zapłakane spojrzało na łapę wojowniczki. Nie umiało wyżej unieść łba. Bało się wyrazu pyska kotki. Jakie emocje na nim ujrzy.

<mama drama time>

Od Jeżyny

Krótkie, czekoladowe futro Czereśni łaskotało ją w nos. Skrzywiła się i odsunęła nieco pyszczek, nadal skupiając się jednak na jego słowach. Coś o tym, że wychodzi dzisiaj ze Skałką na spacer. Ma go nie być do południa; zmarszczyła brwi na tą informację.
— Myślisz, że to na pewno dobry pomysł? — spytała nieśmiało, podnosząc na niego spojrzenie. — Wiesz, nadal może ktoś się tu kręcić... Poza tym, czy Skałka nie boi się zbytnio? Biedna, musiała sama się natknąć na waszego ojca, to na pewno było okropne...
Kocur poruszył się nieco pod jej bokiem, parskając cicho. 
— Dobrze wiem, co mogę robić, a czego nie — ton jego głosu był stanowczy, ostry. Spuściła uszy. — To prawda, współczuję jej, ale nie może wiecznie chować się przed rzeczywistością. Zmiana otoczenia dobrze jej zrobi.
— Skoro tak mówisz — westchnęła cicho, jednak pod jego spojrzeniem poprawiła się nieco. — Wiem, że chcesz dla niej jak najlepiej.
— Dokładnie.
Bardzo chciałaby, aby myślał tak też o niej.
Nie żegnając się, choćby słówkiem, wstał z z legowiska i zgrabnie zszedł z gałęzi, wymijając jej łapy i ogon. Już po chwili zniknął za krzewem starszyzny, gdzie często przebywała jego siostra. Obserwowała, jak przekonał ją do wyjścia z obozu, prowadząc ją powoli i z tak rzadko widywanym uśmiechem na pysku. Siedziała tak, aż nie znikli między drzewami i wmieszali się w chmarę innych kotów.
Sama także w kilku susach znalazła się na ziemi, już chcąc ruszyć na poszukiwania własnego ucznia, gdy drogę zagrodziła jej pewna puszysta kotka. Spojrzała na pocieszny pyszczek Ambrowiec.
— Och Jeżyno, dobrze że jesteś. Szukałam cię cały ranek! — zaświergotała z uśmiechem stróżka. — Nawet pytałam się mojego synka, gdzie się podziewasz. Właśnie, o nim chciałam pomówić! Mam nadzieję, że masz momencik.
Trudno było jej powiedzieć "nie", gdy starsza kotka spoglądała na nią z błyszczącymi oczkami, wiec skinęła głową i uniosła kąciki pyszczka.
— Oczywiście — westchnęła — Chodź, może usiądziemy? 
— Dobrze, w takim razie — zaczęła szylkretka, gdy usadowiły się obie niedaleko jej legowiska. — To tylko drobna rzecz, chciałabym po prostu wiedzieć, jak Fruczak sobie radzi? Podejrzewam, że trening zwiadowcy jest trudny, a on taki wątły...
Jeżyna podniosła łapę, zanim ta zdążyła się bardziej rozgadać.
— Wszystko jest w jak najlepszym porządku, nie musisz się o nic martwić — zapewniła ją. — Może i jest trudny, ale nie aż tak, jak ci się wydaje. Fruczak radzi sobie świetnie!
Ambrowiec odetchnęła głęboko i odchyliła głowę nieco do tyłu.
— Cieszę się. Właśnie na tym mi zależało, aby był zadowolony... On i Kolendra. Oboje są moimi skarbami, nadal nie wierzę, że są już tak duzi — mogło jej się wydawać, ale w oku szylkretki chyba zakręciła się łezka. — Dla mnie to nadal maleństwa. Len także. Nie wierzę, że mnie i Chrząszcza spotkało takie szczęście.
Nieco zaskoczona słuchała kotki. Na początku czuła się nieco niezręcznie, ale prędko podchwyciła temat.
— Nigdy się nad takimi rzeczami nie zastanawiałam — przyznała. Takie czułości nadal były jej dalekie, chodź pragnęła ich chyba tak bardzo jak stróżka obok. — Czy Chrząszcz też jest z nich taki dumny? To aż taki cud?
— Ależ oczywiście! Jest bardzo dumnym tatą — zamruczała starsza. — Ta cała trójka połączyła nas bardziej, niż o tym kiedykolwiek marzyłam. Teraz jest idealnym partnerem, kochankiem i wszystkim w jednym! Na każde skinienie pazura, naprawdę! 
Przytaknęła kotce, ważąc jej słowa. Jej serduszko zabiło szybciej, gdy wyobraziła sobie Czereśnię przynoszącego jej świeże piszczki czy przylizującego niesforne kędziorki na szyi. Była to myśl ekscytującą, choć drobna; czuła jednak, jakby było to coś niestosownego - w końcu to ona była tą na posłużki, tą, co o niego dbała. Rzadko zdarzało się na odwrót. On był na to za dumny, a ona musiała starać się, aby utrzymać jego afekcje. 
— I naprawdę tam było? Tak się odmienił, gdy zaszłaś w ciążę? Nie wiedziałam, że kocury mogą tak na to reagować... — szepnęła niemrawo.
Musiała przyznać, że chciałaby być tak traktowana. Jakby była tą jedyną w całym lesie, na którą kładzie spojrzenie pełne uznania i czułości. Mimo, iż bała się popełnić kolejny błąd, była gotowa spróbować wielu rzeczy. 
Ambrowiec nie zauważyła żadnej zmiany w jej tonie głosu i kontynuowała swoim świergotem.
— Oczywiście, moja miła. Oni mają do tego słabość — puściła w jej kierunku oczko. — Do nas. Można ich sobie owinąć wokół pazura tak prosto... Oczywiście, nigdy kosztem dzieci. Moje pociechy zawsze będą dla mnie równie drogie, co on, jeżeli nie bardziej. 
Ponownie pokiwała głową. Słowa stróżki na pewno miały w sobie trochę sensu. Umiała sobie wyobrazić, jak Czereśnia uśmiecha się na widok swojej drobnej kopii, równie silnej i charyzmatycznej jak on. Tak by wyobrażał sobie swojego syna. Jak Sówka i Kaczka wyobrażałyby sobie swoje wnuki? Jak ona wyobrażałaby sobie swoje dzieci? Jeśli miałaby być szczera, nie umiała myśleć o sobie z kociętami u boku. Wydawały się jej niepotrzebne, skoro ma tyle innych możliwości spełnienia się w Owocowym Lesie, nie tylko poprzez zostanie matką... Z drugiej strony, czego by nie zrobiła dla uczucia Czereśni? Aby zyskać je z powrotem? Może, jeżeli zaproponuje mu coś więcej niż swoją miłość, zauważyłaby to samo uznanie w jego oczach, które znikło stamtąd kilka księżycy temu?

***

Nerwy kręciły się w jej żołądku. Czekała przy wyjściu z obozu, aż Czereśnia raczy do niej dołączyć. Przełknęła ślinę, usiłując utrzymać obiad w brzuchu. 
Kątem oka widziała, jak kocur żegna się z siostrą. Wtulił sie w jej bok i powiedział coś, czego z takiej odległości nie usłyszała, ale Skałka zaśmiała się niemrawo w odpowiedzi. Odwróciła wzrok, zanim ktoś ją przyłapał. 
— Jeżyno? — Odskoczyła jak oparzona, gdy pochylił się nad jej barkiem. Jego mina zdążyła zobojętnieć, co nieco ją zasmuciło. — Co takiego ważnego masz mi do powiedzenia? Nie mamy całego dnia.
Skinęła tylko głową, zanim znalazła na języku jakiekolwiek słowa.
— Nie tutaj — szepnęła. — Przejdźmy się.
Bez słowa ruszył do przodu, ona za nim. Nie szli długo, jeszcze zanim słońce zniżyło się nad horyzont, kocur usiadł i spojrzał na nią z oczekiwaniem. Przycupnęła obok i odwróciła głowę w jego stronę.
— Co myślisz na temat... Kociąt?
Zmarszczył brwi, patrząc na nią sceptycznie, zanim odpowiedział.
— Są siłą naszej grupy. Energiczne. Wkurzające i głośne, ale niewinne. Do czego zmierzasz?
— Myślałeś o swoich własnych? — Spytała jeszcze ciszej niż wcześniej, nagle czując się drobna w jego oschłych oczach.
— Tak. Kiedyś chciałbym wychować naszych przyszłych zwiadowców i wojowników, wychować ich dobrze. Na wzór takich, jak my. Dlaczego- — tu przerwał, w jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Zakłopotanie w jego oczach znikło i zabłysły jaśniej. — Och.
Wbiła wzrok we własne łapy, nie chcąc patrzeć, jak te iskierki zamieniają się w pogardę. To na pewno był koszmarny pomysł. Trzeba było siedzieć cicho.
Zdziwiła się więc, gdy głowa kocura znalazła się na jej barku. Szturchnął ją delikatnie, tak, aby na niego spojrzała. Przełknęła nerwowo ślinę.
— Naprawdę? — Prędko pokiwała głową. Czereśnia zamrugał parę razy.
— Chciałabym — miauknęła nieco wyraźniej, już pewniejsza siebie. — Bardzo. Dla ciebie — zadrżała lekko — i dla mnie.
Skinął głową. Na jego pyszczku pojawił się delikatny uśmiech, którego tak dawno nie widziała.
— Dobrze się wami zaopiekuję.

01 kwietnia 2025

Od Mątwy

Mątwa miała dzisiaj ogromną misję. Polegała ona na ozdobieniu żłobka, tylko… W jaki sposób mogła go ozdobić? W obozie Klanu Nocy nie było zbyt wiele rzeczy, które mogła do tego wykorzystać. Jej pierwszą myślą były ptasie pióra. Są one piękne i eleganckie, a ich różnorodność dodaje im uroku! W taki sposób czarna kotka wyruszyła z kociarni, dzielnie maszerując, gdy nagle Algowa Struga stanęła jej na drodze.
— Cześć mamo! Co robisz? — zapiszczała koteczka, podskakując w miejscu niczym mały zajączek.
— Cześć rybko… Gdzie tak pędzisz? — zapytała starsza ciepłym tonem, na co kociak uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Po piórka! Chcę ich dużo! Są one takie śliczne, takie barwne, takie delikatne! Chcę ozdobić nimi obóz i moje legowisko! Twoje też mogę! Lubisz piórka, mamo? — miauknęła koteczka, odbijając się od ziemi. Jeszcze chwila, a ta padnie ze zmęczenia…
— Ach, piórka? Myślę, że są śliczne. Tylko może najpierw zapytaj mnie, czy możesz wyjść ze żłobka, dobrze kochanie? Swoją drogą, może pójdziesz z Gąbką? Jestem pewna, że… — zaczęła mówić, jednak Mątwa prędko przerwała zastępczyni.
— To mogę iść? Tak? Super! Dzięki mamo kocham cię! — zapiszczała, a następnie wyleciała ze żłobka niczym strzała… Te kociaki są niemożliwe.

Gdy wyleciała z kociarni, przebierając łapkami tak szybko, jak tylko mogła, czuła się niczym rozpędzony wiatr! Wszystko było takie szybkie, a ona w krótkiej chwili znalazła się na środku obozu Klanu Nocy, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu idealnego piórka, które nadawałoby się do jej planu. Oczka koteczki dokładnie skanowały otoczenie, nagle rozszerzając się, gdy ujrzała białe, ogromne pióro! Och, jakie było ono piękne! Podbiegła do jej znaleziska, przystając przy trzcinach, w których było ono zaplątane, a następnie łapiąc puchatą zdobycz w pyszczek, starała się je wyrwać z gąszczu roślin. Szarpała i szarpała, aż je wyszarpała, niestety jej kocięcy umysł nie był w stanie przewidzieć tego, co się stanie, gdy coś, co szarpiesz, nagle się odczepia… W taki sposób mała koteczka poleciała do tyłu, turlając się po ziemi. Z perspektywy innych wyglądało to dosyć komicznie! Kocięcy kłębek turlający się po ziemi, coś wspaniałego… Cóż, może nie w oczach Mątwy, gdyż ta czuła się, jakby miała zwrócić swoje śniadanie… Zatrzymała się ona, gdy ciałko jej uderzyło o legowisko Spienionej Gwiazdy. Czarna kotka podniosła się z ziemi oraz otrzepała swoje futerko, a następnie chwiejnym krokiem ruszyła w stronę kociarni, aby pokazać swojej mamie jej zdobycz! Po chwili, gdy zawroty głowy minęły, ta dumnie stawiała swoje kocięce kroki, a głowę trzymała wysoko, pokazując każdemu w obozie swoje zdobyte piórko. Gdy dotarła do swojego celu podróży, położyła znalezisko przed kociarnią, aby pokazać je kotce. Następnie koteczka wbiegła do żłobka z głośnym piskiem.
— Mamo! Mamo! Mam piórko! Chcesz zobaczyć? Mamo! Chodź! — zapiszczała głośno, łapiąc Algową Strugę za ogon, starając się ją wyciągnąć z legowiska.
— Masz piórko? A mogłabyś mi je tutaj przynieść może..? Mama nie ma zbyt wiele siły, aby wstawać i ganiać za tobą, co ty na to słońce? — zapytała, nakładając przyjazny uśmiech na pysk.
— Nie! Tam jest słońce, tu go nie ma! Ono jest śliczne, musisz je zobaczyć! — miauknęła, na co zastępczyni westchnęła w odpowiedzi na błaganie córki.
— Dobrze, już dobrze — odpowiedziała, nareszcie ulegając prośbom kociaka oraz powoli podniosła się z legowiska. Gdy Mątwa to zauważyła, prędko wybiegła ze żłobka, czekając, aż matka za nią ruszy.
Mątwa oglądała się niecierpliwie, cały czas zerkając na piórko przed jej łapkami.
— Widzisz mamo? Śliczne jest one! — miauknęła i gdy Algowa Struga wygrzebała się ze żłobka, mrużąc oczy przez promienie słońca. W tej samej chwili Mątwa usłyszała świst, a jedno uderzenie serca później poczuła, jak wiatr uderza ją w pyszczek, zabierając ze sobą znalezione przez nią piórko. Na ten widok Mątwa osłupiała, tępo wbijając wzrok w miejsce, w którym jeszcze sekundę temu znajdowało się najpiękniejsze piórko w całym lesie.
— Tak kochanie, śliczne jest... — powiedziała ospale dymna, dopiero otwierając oczy, tylko aby zamiast obiecanego piórka, ujrzeć pustkę i córkę, której ramiona delikatnie drgały. — Kochanie, gdzie jest twoje piórko? — zapytała niepewnie, zerkając na czarną, tylko aby ta się nagle odwróciła i wybuchnęła w szloch.
— M-m-mamo! Moje… Moje p-piórko! Ono tu.. Ono tu było! Wiatr.. Mamo! — zapłakała kotka, podbiegając do matki, wtulając się w jej kręcone futro, głośno szlochając. — Zabrało! Moje p-piórko! M-mamo! Powiedz.. Powiedz, aby wiatr mi je oddał! — pisnęła, zalewając się łzami, a jej drobne ciałko drgało, szukając komfortu od matki.
— Och Mątwo… Rybko, nie płacz, proszę. Jestem pewna, że było ono wspaniałe, wierzę ci słońce — wymruczała cicho w odpowiedzi, siadając na ziemi oraz pozwalając młodszej wtulić się w jej ciało. — Znajdziesz jeszcze sto takich! Nie płacz już… Obiecuję, że jak mama trochę odpocznie, to poszukam kolejnego piórka z tobą i Gąbką, dobrze kochanie? — zapytała, lizając kociaka po głowie. Mątwa zaszlochała ostatni raz, podciągając nosem oraz kiwając głową.
— Okej… — miauknęła krótką odpowiedź, dalej wtulając się w ciemne futro kocicy. Dopiero gdy emocje z niej opadły, ta się odczepiła oraz z podkulonym ogonem wróciła do żłobka, trzymając się blisko Algowej Strugi.

Od Złotej Łapy CD. Mniszkowego Nektaru

 Wieczór dnia, którego dołączył do Klanu Klifu

Po rozmowie z Postrzępioną Łapą, po posiłku, który spożył u jej boku, zabawiając ją opowieściami o swoim samotniczym życiu i przygodach, które ubarwiły mu samotną dolę (lub uprzykrzyły życie; zależy kogo zapytacie o opinie), postanowił przejść się po obozie. 
Jaskinia, która służyła za "pałac" Klanu Klifu, za siedzibę jego władczy, a raczej, co ciężko przechodziło kocurkowi przez gardło, władczyni, oraz za, z tego co zrozumiał, jedyne miejsce, gdzie jego członkowie się osiedlili na stałe, była ogromna. Miała wysokie, kamienne sklepienie, które stanowiło znakomitą ochronę przed chłodem i śniegiem, wiatrem lub deszczem, a nawet piekącym skwarem górującego słońca. Było to idealne miejsce, żeby móc odpocząć po ciężkim, intensywnym dniu. Było sucho, cicho, a wodospad, który roznosił delikatną mgiełkę, wygrywał szumem rytmiczną melodie, która usypiała w mgnieniu oka. 
"Sen tutaj musi być niczym sielskie marzenie... Bez strachu i własny ogon, o to czy włożysz coś do pyska wraz z następnym wschodem. A do tego ten cel... To zadanie, aby jak najlepiej dbać o słabszych, o całą społeczność! Aby nie być balastem, aby zapracować na swoją własną część dobra, które wszyscy razem współtworzą!"
Rozglądając się po krzątających się kotach, co jakiś czas łapał z pojedynczymi jednostkami krótki kontakt wzrokowy. Uśmiechał się, do kotek potulnie, acz szarmancko, a do kocurów mężnie wypinając pierś, co jednak zostało odebrane jako przechwałka. Od kiedy odeszła od niego Postrzępiona Łapa, nikt sam nie zainicjował interakcji. 
"Wszyscy są zajęci, cóż za idealna grupa! Każdy odpowiedzialny za każdego! A jednocześnie nikt się nie obija, aby ktoś inny wykonał jego część... Dawanie z siebie wszystkiego przy wykonywaniu codziennych obowiązków... Tak wiele samotników, tak wiele pieszczochów mogłoby się tyle nauczyć od tych rzekomych "niebezpiecznych, niewyrachowanych dzikusów", jak ich nazywali!" 
Nie było co czekać na gwiazdkę z nieba; zwłaszcza, że granat skryty był za szarym sufitem. Złota Łapa, chociaż jego nowe imie wciąż brzmiało dla niego nieco dziwacznie, wstał i podreptał do najbliższego, skrytego w cieniu legowiska. 
— Tak słucham? — Od razu dopadła go jakaś kotka. Pysk miała delikatnie oprószony siwizną, a to, co uczeń zauważył niemal od razu, to jej oczy. Wypełniała je mądrość i doświadczenie. Prawdziwa czarodziejka, niczym wyjęta z ojcowskich bajek i baśni... — Halo? Jesteś naszym nowym nabytkiem, prawda? Zrobiłeś sobie coś po drodze? Słyszałam, że Stokrotkowa Pieśń i jego mała uczennica znaleźli się całego mokrego — zaśmiała się dźwięcznie i od razu podreptała głębiej; bengal szedł za nią, niczym baranek.
— Ah! Proszę o wybaczenie! Moje zachowanie... Iście karygodne! Tak, tak. Jestem Złota Łapa, a-a Pani? — zapytał grzecznie, chociaż w środku ganił się za to, że nie odezwał się jako pierwszy. Ten czas spędzony samotnie w ciężkich warunkach, obdarł go z dobrych nawyków. 
— Jestem Liściaste Futro, jestem medyczką. Zajmuję się pomaganiem i doglądaniem zdrowia wszystkich kotów, więc jeśli coś się dzieje, możesz śmiało się do mnie zwracać. — Kocica nawet nie odwróciła się, aby zwrócić się bezpośrednio do niego. 
"Niekulturalne..." — pomyślał. 
— No, do mnie, lub do moich dwóch asystentek! — dodała i zaczęła rozglądać się po ciemnych kątach, w poszukiwaniu wspomnianych kotek. — Ah! No tak, gapa ze mnie. Wieczne Zaćmienie jest akurat na zbieraniu ziół, więc raczej jej dzisiaj nie uraczysz; wyszła ze swoimi wojowniczymi znajomymi, więc wróci po zmroku. No, a druga to akurat wiem, gdzie się podziewa, chodź za mną. — Ogonem machnęła w stronę mniejszego pomieszczenia, z którego wydobywała się intensywna woń ziół i kwiatów. — Jak tam zapasy, kochana? Przyprowadziłam naszego nowego adepta. Liściasta Gwiazda mianowała go tego popołudnia; Stokrotkowa Pieśń i Postrzępiona Łapa znaleźli go przy rzece przy Złotych Kłosach. — Gdyby mogła, opowiadałaby dalej, ale przerwał jej sam wspominany. 
— Dobry wieczór, Jaśnie Panienko! Na imie mam Złota Łapa — przedstawił się, podchodząc bliżej o jeden krok. Zdziwił się, gdy ta nawet nie drgnęła. — A-a Tobie, jakie imię nadano, abyś nosiła je niczym paw swe najpiękniejsze piórka?
— Ćmi Księżyc... — powiedziała cicho, wciąż przekładając zioła z jednej, do drugiej wnęki. Nic więcej nie powiedziała. Uczeń zmieszany spojrzał na starszą. 
— Ahaha... Musisz się przyzwyczaić... Ciemka nie mówi za wiele, ale wiedzy jej nie brakuję, a do tego jest naszą najjaśniejszą gwiazdeczką! — Poklepała go ogonem po barku. Oczy jej zajaśniały, gdy dostrzegła na jednej półce skalnej roślinę z bordowymi kwiatami. Skoczyła tam i wzięła je do pyska. — Skoro nic poważnego ci nie jest, zjedz przynajmniej to. — Położyła zioło pod kremowymi łapami. — To krwiściąg, doda ci sił, a będą ci potrzebne. Coś czuję, że od jutra Rozświetlona Skóra da ci popalić. 
— O-oh... Dziękuje Szanownej Pani bardzo, Pani medyczko Liściaste Futro. — Ukłonił się, na co kotka roześmiała się lekko niezręcznie. Skinął głową jeszcze na pożegnanie i wziął do pyska podarunek. Od razu poczuł gorzki sok; skrzywiony odszedł. Nagle zobaczył niespodziewanie znajomy pysk. Toż to... Mniszek! Kot, który pomagał mu szukać matki, kiedy jej zaginięcie było niczym świeża, parująca jeszcze rana. Wracał w towarzystwie innych Klifiaków. W pyskach nieśli zwierzynę, którą po kolei układali na centralnym stosie. Powoli żując krwiściąg, skierował się w jego stronę, aby go powitać. Kiedy ich oczy się spotkały, liliowy się odezwał, a bengal musiał przełknąć resztkę wzmacniającego jadła. 
— Jakże by mogło być inaczej! Chociaż... Kiedyśmy się widzieli, pierwszy i ostatni raz, byłem tylko małym podrostkiem, który ledwo wystawał ponad śnieżne zaspy... Teraz jestem prawdziwym, mężnym kocurem! — Wypiął pierś, a wojownik zaśmiał się pod nosem, wciąż pokazując jednak swoje niedowierzanie owym zbiegiem okoliczności. 
— No tak... To musiało być... Nawet nie jestem w stanie spróbować zgadnąć, ile księżyców temu. Bardzo się zmieniłeś, chociaż twoje futro poznam wszędzie. — Mniszek usiadł, ogonem zapraszając znajomego, aby również zajął wygodnie miejsce. — I co..? Jak ci się potem wiodło? Udało się znaleźć matkę, wróciła do waszych dwunożnych? 
— Oh... Nie, nigdy już jej nie widziałem... — mruknął, na co zielonooki nieco się zmieszał; to było niezręczne. — Ale na pewno jest w dobrym domu. Była niezwykle piękna, więc ktoś musiał się nią dobrze zaopiekować. 
— Hm... Może masz rację; bezwłosi uwielbiają piękne rzeczy; to wiem nawet ja — zaśmiał się cicho. — No ale co tutaj robisz? Nigdy bym nie pomyślał, że nasze ścieżki mogą się skrzyżować, no i to po takim czasie, i to w Klanie Klifu. — Oczy wyrażały ciekawość, ale i zmartwienie. To nie było normalne, że pieszczoch, który tak bardzo kochał swoją rodzinę, naglę dołącza do kolektywu dzikich kotów w środku niczego. 
— Zachowując szczerość moich zeznań... No to szukałem matki, nieprzerwanie... Tym razem towarzyszyła mi również moja siostra, jednak i ją utraciłem... — Odczuwał, że za każdym razem, gdy opowiada ową historię, przychodzi mu to z większą łatwością. — Wędrowałem, poznawałem wielu... Ciekawych jegomościów, ale żaden nie wydawał się zainteresowany, a na pewno nie w pozytywny sposób, moją osobą, a więc w końcu trafiłem tutaj. Pewien tułacz miejski coś mi wspomniał o dzikich kotach, które miały zamieszkiwać te tereny. No i tak się też stało, że zamieszkują. I najwyraźniej ja też teraz zaliczam się do grona tych dzikich kotów. — Uśmiechnął się pod nosem. Nawet on sam nigdy by nie pomyślał, że czeka go aż taka przygoda. Mimo że marzył o rycerskich czynach, to nie spodziewał się, że faktycznie będzie miał możliwość się nimi wykazać. No a gdzie, jak nie tutaj, jako wojownik? —  A ty? Dlaczego jesteś w tych szeregach?

<Mniszku?>
[1165 słów]


Nowy kot w Klanie Wilka!






Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie
Zasłużenie: Zdrada Klanu Gwiazdy i Liściastej Gwiazdy

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazdy!

Od Rysiego Tropu (Rysiej Łapy) CD. Brukselkowej Łapy

Przed zdegradowaniem Ryś

— I mówię! Po co myć futro, skoro można wskoczyć do wody — zaczął Trzcinniczkowa Dziupla.
"Na Klan Gwiazdy… Jak on śmierdzi! Czy jakbym mu to powiedziała, zabrzmiałoby to niegrzecznie?" — pomyślała.
— Tak tak!... A wiesz, chyba muszę — urwała w połowie zdania. Bo czekoladowy kocur kiwnął głową, rozciągnął się i podszedł do Miodowej Kory. Wtedy wojowniczka zaczęła pielęgnować swoje szylkretowe, piękne futerko. Liźnięcie za liźnięciem, a w stronę Rysiego Tropu zaczął podchodzić jakiś kot. Na początku jej to nie przeszkadzało, jednak po krótkiej chwili stawało się to uciążliwe.
"Czemu na mnie patrzysz? Coś z tobą nie tak?! Może Trzcinniczkowa Dziupla zaraził mnie swoim smrodem!?" — wzburzyła się.
— Hej! — mruknęła liliowa kotka — Jesteś Rysi Trop prawda? Pamiętam, że szybko zostałaś mianowana! To wielki wyczyn — powiedziała. Ryś trzepnęła ogonem o ziemię i położyła po sobie uszy. Westchnęła i niecierpliwie zaczęła tupać przednią łapą.
— Mam dla ciebie ważne pytanie! Skoro jesteś taka dobra, pokażesz mi swoje techniki? — zapytała uczennica.
— Dobrze! Ale może zrobimy to poza obozem kruszyno — odparła. Chciała wydusić z siebie niechęć, na szczęście nie było tego po niej widać. Cętkowana bardzo szczęśliwa zaczęła podążać za kotką, śmiesznie przy tym tuptając. Rysi Trop z gracją zaczęła stawiać każdy swój krok, a uczennica, widząc to, zaczęła ją naśladować.
— Już jesteśmy! — zatrzymała ją — Przypomnisz mi, jak masz na imię? — wymruczała szylkretka. Liliowa od razu się zaczerwieniła, jakby była zdziwiona, że wojowniczka pyta ją o imię.
— B-Brukselkowa Łapa — wyjąkała.
— Dobrze to zacznijmy! Brukselkowa Łapo, patrz uważnie — zwróciła jej uwagę — Musisz przekierować ciężar ciała na tyle nogi, bo przednie to priorytet. Nie możesz stracić przeciwnika z oczu i pod żadnym pozorem nie odwracaj się. Staraj się schylać i podcinać nogi, tak unikniesz bliższego kontaktu — poinstruowała. Bicolor kotka kiwała na każdą wypowiedź szylkretowej.
— Dobrze! Teraz możemy to przetestować! — rzuciła.

* * *

Ryś z mozołem zaczęła zmierzać w stronę legowiska wojowników. Nie zmęczyła się, ale miała wrażenie, jakby pot leciał z niej litrami. Tortie zaczęła przesyłać Brukselkowej Łapie niepozorne spojrzenie, jakby chciała jej coś przekazać.
— Ciężki trening? — Usłyszała. Odwróciła się i zobaczyła za sobą Gronostajowy Taniec. Jego była uczennica pokiwała głową i stanęła u progu legowiska. Otrzepała futro z kurzu i położyła się na legowisku. Ziewnęła i zamknęła oczy, zasłoniła się swoim ogonem i zasnęła.

Teraźniejszość

— Rysia Łapo… Wstawaj, pora na ostry trening — Usłyszała głos Lodowego Omenu.
"Co miało znaczyć "ostry trening?" Chcę spać… I coś zjeść" — pomyślała. Szylkretka nieporadnie wstała i pobiegła za mentorką. Kiedy kotki wyszły z obozu, skierowały się do lasu, a tam czekał na nią Miodowa Kora i Kosaćcowa Łapa.
— W końcu jesteście! Długo na was czekaliśmy — wymruczał mentor. Kosaćcowa Łapa jedynie kiwnął głową i ustawił się na miejscu.
— Dziś będziemy walczyć! — rzuciła z entuzjazmem Lodowy Omen. Szylkretka kiwnęła głową i również ustawiła się na miejscu. Szybko podeszła do białego kocura, zbliżyła pysk do jego ucha i mruknęła.
— Wiesz, gdy następnym razem będziesz chciał coś powiedzieć. Mów to dyskretniej, bo samo stwierdzenie, że jestem leniwa… Ach to boli — szepnęła. Uczeń zrobił wielkie oczy, jakby zapomniał, co zrobił. A Rysia Łapa wzruszyła ramionami i przyjęła pozycję do walki. Na sygnał mentorów.
— Możemy pooglądać? — Usłyszała.

<Brukselka?>

Od Pierwomrówczej Łapy (Pierwomrówczej Gracji) CD. Przepiórczego Puchu

Skrzywiła się lekko, lecz może coś było w słowach matki. Gwiezdni stawiali jej przed niełatwym zadaniem. Chcieli zobaczyć czy jest gotowa. Czy podoła wyzwaniu. Westchnęła ciężko. Los wybranki gwiazd był zawiły. Jej droga na szczyt usiana była mysimi głąbami.
— Może coś jest w tym co mówisz. — przyznała niechętnie matce rację.
Uśmiech kotki był ciepły. Niczym promienie słońca. Pierwomrówka chciała dłużej zatrzymać ją dla siebie, nim ta znów zatopi się w obowiązkach klanowych. Przybrała dramatyczną pozycję, niemal padając u łap matki. 
— Ale i tak, cóż to za niedola. Jak możesz biernie patrzeć, gdy krzywdzą twe ukochane dziecię. — jęknęła tragicznie. 
Poczuła jej dotyk i uniosła wzrok. Para zielonych ślepi wpatrywała się w nią. I tylko w nią. Jakby była całym światem. Matka zawsze miała do niej słabość. Z resztą jak ojciec. Firletka mogła się kisić z bratem w legowisku medyków. Niech obydwoje dla rozrywki żrą sobie te zioła. 
— Jesteś naprawdę dzielna, a ja bardzo dumna. — miauknęła szylkretka, gładząc córkę po łebku. — Chodź, pomogę ci wyczyścić futerko i pójdziemy razem do Szepta. 
Pierwomrówka na wzmiankę o ojcu zerwała się na równe łapy. On będzie w pełni ubolewał nad jej tragicznym losem. Może nawet nakłoni go by wrzucił krnąbrną wojowniczkę pod pędzącego Potwora. 
Uśmiechnęła się radośnie na tą wizję i z wielką chęcią przystała na propozycję matki. 

* * *

Minęło tyle księżyców, a matka wciąż pozostawała na stanowisku zastępcy. Pierwomrówce nie podobało się to. Tym bardziej, że ukończyła już szkolenie. Mogła zostać jej zastępcą. Królik powinien już paść. Nie rozumiała dlaczego wciąż śmiał trzymać się w zdrowiu. Gdyby tylko Firletka tak nie pękała mogłaby pomóc ukochanej siostrze posłać lidera na inny świat. 
Obserwowała uważnie Króliczą Gwiazdę. Próbowała znaleźć jego słabe punkty. Skrywane słabości, największe sekrety. Niestety czarny był typowym szarym przedstawicielem społeczeństwa. Gwiezdni byli zbyt litościwi wręczając mu życia. Ich łaska jeszcze ich zgubi. 
— Co robisz? 
Mała kopia ich lidera spoglądała na nią zaciekawiona. Otuliła młodszego ucznia ogonem. Musiała jeszcze solidnie wyprać mu ten niewinny kocięcy móżdżek zanim będzie gotowy walczyć w jej imieniu. 
— Dobry wojownik umie  zbierać informacje o wrogu niezauważony. To umiejętność, którą trzeba wciąż doszkalać by być najlepszym. — odparła dumnie. 
Czarny niepewnie zaszurał łapką o ziemię. 
— Ale ja cię zauważyłem...
Pierwomrówka zamierzała wyjść z tego z pyskiem w górze. Podeszła do niego i usiadła obok Echo. Spojrzała na niego z góry. 
— Bo ci na to pozwoliłam. 
Oczka ucznia zaświeciły. 
— Jejku, nauczysz mnie tego? 
Zaśmiała się cicho. Trochę teatralnie. 
— Przyjdzie i na to czas. A teraz leć. Poćwicz na Gradzie. Ten staruch jest już połowicznie głuchy. — odesłała swego przyszłego sługę. 
Patrzyła jak uczeń oddala się. Westchnęła. Nie spodziewała się, że przywództwo tyle będzie od niej wymagać. Zabawa z najmłodszymi była jednak inwestycją w przyszłość. Za młodu były podatniejsze na ukształtowanie ich w konkretną stronę. A wyuczona lojalność nie zawiedzie. Odwróciła się w stronę, gdzie jeszcze niedawno stał lider, ale zamiast niego ujrzała swoją matkę. Nieco zaskoczona podeszła do kotki. 
— Mamo, co tutaj robisz? Zrobiłaś sobie przerwę w obowiązkach, by nacieszyć się moją osobą? — miauknęła radośnie, ocierając się o bok kotki. 
Szylkretka uważnie obserwowała córkę. Widziała czułość i zmartwienie w jej ślepiach. Matka zbyt naiwnie podążała za bezsensownymi ideami. 
— Cieszę się, że tak zajmujesz się najmłodszymi. — zaczęła kotka, opierając łeb na głowie córki. — Lecz martwię się by nie posunęło się to za daleko. 
Pierwomrówka uniosła brew. Zakładanie własnej sekty przecież nie było niczym złym. Szczególnie jeśli miało to względzie dobro klanu. Pozbycia się króliczego bobka ze stołka. 
— Wiesz jakie są kociaki. Mają mnóstwo energii. Zabawa w tajne bazy nikomu krzywdy nie zrobiła. — odparła dumnie. 

<matko?>