BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 lipca 2019

Od Koziej Łapy CD Mglistej Łapy

oh, boi, ale to się dawno działo

Boki Koziej Łapy unosiły się i opadały w swoim własnym rytmie. Spał dosyć spokojnie, ale płytko, a sen nie przynosił mu nic więcej niż odpoczynek po kolejnym ciężkim dniu. Nagle, poczuł na swoim boku piekący ból, który prędko wyrwał go z objęć morfeusza. Czy to zrobił Baran? A może Lisia Gwiazda? A co jeśli jakiś klan napadł na obóz?! Prędko otworzył oczy i zobaczył wystraszoną i drżącą Mglistą Łapę z szklanym spojrzeniem. Widok trzęsącej się ze strachu kupki niebieskiego futra dosyć mocno zaskoczył Kózkę.
- J-Ja...-wyjąkała Mgiełka. - Przepraszam! - pisnęła, kuląc się na swoim legowisku i zakrywając pyszczek i głowę łapami. - N-nie chciałam!
- No... nic się nie stało, chyba. - mruknął Kozia Łapa, po czym oblizał zranione miejsce. - Wszystko dobrze? Wyglądasz na... wystraszoną.
Mglista Łapa nic nie odpowiedziała. Pewnie śnił jej się koszmar czy coś. Jeśli kotka nie chce o tym mówić, to nie. Koza miał tylko nadzieję, że szybko się uspokoi i oboje zapomną o tej sytuacji. Gdy wciąż nie doczekał się odpowiedzi o niebieskookiej, westchnąwszy cicho, wstał i udał się do legowiska medyka, by Sokole Skrzydło opatrzył jego zadrapanie.

***

Liliowy bicolor siedział w wejściu do legowisku medyków, obserwując pozornie spokojne życie kotów z obozu. Łapa już go aż tak nie męczyła, a nuda nie doskwierała aż tak bardzo - było parę rzeczy, umilających mu czas. Chociażby regularnie odwiedzający go przyjaciele, uczenie się ciekawostek o ziółkach od Sokolego Skrzydła i Lśniącego Słońca oraz Śnieżna Łapa, jako jego partnerka. Bengalka aktualnie opierała się o jego bok i razem cieszyli się własną bliskością. W takich momentach Koza miał wrażenie, że nie mógłby być szczęśliwszy. Tyle marzył o tym, by właśnie tak trwać u boku Śnieżki, nie martwiąc się tym, co Baran sobie pomyśli, albo czy Lisia Gwiazda nie ochrzani go za "zachowywanie się jak kociak". Kozia Łapa polizał czule kotkę po głowie, a co ta zachichotała. Koza uśmiechnął się ciepło, słysząc jej piękny głos. Chwilę jeszcze tak sobie siedzieli, gdy syn Głuszcowej Łapy dojrzał niebieską kotkę podchodzącą do nich.
- Cześć, Mglista Łapo. - miauknął radośnie Koza na powitanie kocicy. Mgiełka uśmiechnęła się delikatnie i usiadła przed parą. Śnieżna Łapa jedynie zmierzyła ją wzrokiem od koniuszka palców do czubka głowy, po czym przysunęła się jeszcze bliżej liliowego i zmrużyła oczy. Pręgowana dziko kotka widząc reakcję partnerki swojego przyjaciela, spojrzała najpierw na Śnieżkę, potem na Kozę pytająco.
- Mój. - odezwała się w końcu Śnieżka, liżąc Kozę ostentacyjnie po policzku. Z początku zawstydzony i zaskoczony uczeń Lisiej Gwiazdy nie bardzo wiedząc, o co chodzi kotce, w końcu po chwili wykonał ten sam gest, po czym dodał z czułością w głosie:
- Moja.
Śnieżka najwidoczniej ucieszyła się, słysząc to krótkie słowo, a Mgiełka wciąż nie wiedziała, o co chodzi dwóm zakochanym gołąbkom.

< Mglista Łapo? >

Od Wroniej Łapy CD Pstrągowego Pyska

Wrona razem z Pstrągowym Pyskiem czekały przy wyjściu z obozu na Rozżarzony Popiół i Kaczy Pląs, starsza kotka zrzędziła pod nosem coś o tym, że nie wytrzyma w takim towarzystwie całego patrolu i na pewno prędzej skoczy któremuś z kocurów do gardła. Za to jej uczennica nuciła sobie pod nosem i rozradowana kołysała się na boki. Entuzjazm ten nie uszedł uwadze Pstrąga, która pacnęła ogromnym ogonem podopieczną w grzbiet, na co ta nieznacznie się skuliła i przestała się bujać. W tym momencie właśnie nadszedł biało-rudy wojownik, a chwilę po nim nadbiegł młodszy Kaczy Pląs. Najmłodsza posłała nowo przybyłym ciepły, radosny uśmiech, który szybko odwzajemnili. Rozżarzony Popiół ruchem głowy nakazał kotom wyjść z obozu i ruszyć za nim. Kocur szedł pierwszy, przecierając leśne, zarośnięte ścieżki i raz na jakiś czas zatrzymywał się by na zmianę z Kaczym Pląsem zaznaczyć granicę terytorium Klanu Nocy, mimo że nie byli patrolem granicznym, nic złego nie było w tym, żeby jeszcze mocniej brać sobie do serca tą czynność. Bura kocica człapała za nim, co jakiś czas nasłuchując szmerów i szelestów w pobliskich krzakach. Blisko jej boku bardzo skupiona dreptała uczennica, jej krok był sztywny i sztucznie cichy, ponieważ młodej bardzo zależało by nie spłoszyć w żaden sposób potencjalnego śniadania o którym tak bardzo teraz marzyła. Pochód zamykał młodszy kocur, który co chwilę próbował zabawić swoje towarzystwo żarcikami i opowiastkami. Śmiała się z nich głównie tylko Wronia Łapa, która ciągle zapominała również o cichym poruszaniu się, więc jej szuranie sprawnie płoszyło wszystko co tylko nadawałoby się do zjedzenia.
- Przymknij się, bo twoje burczenie irytuje mnie bardziej niż paplanie Kaczego Pląsu - warknęła mentorka Wrony, nawet nie odwracając się w jej stronę - Miałaś sobie coś sama upolować żebym mogła sprawdzić czy jesteś aż taką niedojdą jak mi się wydaję. Jazda w krzaki i przynieś coś - Warknęła posyłając podopiecznej poganiający wzrok, czarna kotka zdała się go nawet nie zauważyć tylko bez żadnego słowa sprzeciwu wskoczyła w gęste zarośla.
Lekkim, wyciągniętym truchtem poruszała się po lesie, starając się jednak nie odchodzić za daleko, by nie zgubić drogi powrotnej, a co za tym idzie, nie kazać długo czekać reszcie patrolu. Nagle usłyszała szmer po swojej prawej i niczym spetryfikowana stanęła w miejscu. Przysłuchała się uważnie i wciągnęła powietrze głęboko, mając otwarty pysk. Dobrze znała ten zapach ze swojej rodzinnej stodoły. Pstrągowy Pysk nie nauczyła jej jeszcze poprawnej postawy, więc postanowiła iść na żywioł i po prostu dać się ponieść swojemu własnemu, naturalnemu instynktowi łowcy. Zgięła przednie i tylne łapy, by jej brzuch był zaraz nad ziemią i znów zaczęła nasłuchiwać żeby tylko wyłapać jak najwięcej odgłosów gryzonia. Kiedy mniej więcej znała jego pozycje, zaczęła powoli sunąć w jego stronę, by po chwili wyskoczyć wysoko i przyszpilić go pazurkami do brudnego podłoża.
- Mam cie! - wykrzyknęła uradowana i dobiła mysz jednym uderzeniem. Wzięła ją do pyska i puściła się dzikim pędem przez las nie zważając na wystające korzenie i kamienie, przez co parę razy o mało nie wywinęła kozła. Zapach patrolujących kotów czuła już z daleka, a kiedy usłyszała głośny szum rzeki wiedziała już, że udało jej się nie zgubić, mimo że była to jej pierwsza samotna wyprawa po lesie. Odbiła się od twardego gruntu i zrobiła potężny, wysoki sus nad kolczastym krzewem i wylądowała przed Pstrągowym Pyskiem. Pech chciał, że ścieżka po której się w tej chwili poruszali była piaszczysta i dość wąska, więc uczennica zaraz po tym jak wypuściła gryzonia z pyska i chciała pochwalić się nim przed mentorką, zaczęła czuć, że jakoś tak ucieka jej grunt pod łapami. Minęła chwila, a Wronia Łapa sturlała się z dość sporej górki i pewnie gdyby nie gładki kamień, którego się w porę złapała, wylądowałaby w rwącej rzece, z której na pewno trzeba by było ją wyciągać. Trzęsąca się czarna kotka podciągnęła swoje ciało, wchodząc na głaz i spojrzała na trójkę kotów z której każdy był przygotowany już by biec i ratować najmłodszą przed utonięciem. Rozżarzony Popiół szybko otrząsnął się i westchnął ciężko, przymykając ślepia, a Kaczy Pląs uśmiechnął się pod nosem, po czym zachichotał.

< Pstrągowy Pysku? >
to najgorsze opowiadanie w mojej blogowej karierze elo

Od Świetlistego Potoku cd. Błękitnej Cętki

Był to jeden z tych wietrznych, z nagła pochmurnych dni, które zjawiają się znikąd w środku ciepłego lata, jakby jakiejś nadnaturalnej sile zabrakło w zapasach słońca i dobrej pogody. Silny wicher hulał po łąkach, wypełniając powietrze nieustannym wizgiem i szumem; tak jak i zahartowane źdźbła nadmorskich wzgórz, mierzwił też sierść dwóch kotek skazanych na polowanie w tych zniechęcających warunkach. Świetlisty Potok wzdrygnęła się z zimna, nadciągającego nad ich dom prosto znad otwartego morza, i uniosła głowę, by w tym wzburzonym oceanie trawy odnaleźć swoją przyjaciółkę. Wśród smaganych wiatrem łodyżek Błękitna Cętka przypominała nieregularną srebrną plamkę. Szylkretka wiedziała, że coś planuje. Chociaż nie polowały bezpośrednio obok siebie, a szalejąca wichura skutecznie utrudniała komunikację, to gdy ramię w ramię wychodziły z obozu, wyłapała u młodszej kotki zdenerwowanie – a może ekscytację? Cokolwiek to było, miała podstawy przeczuwać, że coś się szykuje, i to coś prawdopodobnie związanego z nią samą. Szybko zauważyła, że posiada zbyt niewiele informacji, by wydedukować coś jeszcze, a więc jako osoba praktyczna nie zaprzątała sobie tym dłużej głowy i zwyczajnie czekała, mechanicznie podkradając się do kolejnych ofiar i w zależności od wyniku podejścia zakopując je lub przyglądając się, jak uciekają. Nie myślała o niczym w szczególności – weszło jej to już w nawyk, takie nicniemyślenie podczas polowania. Było zajęciem niezwykle pustym i przez to z natury nie mogło być przyjemne, ale i nie bolało; nie pozostawiało miejsca natrętnym traumatycznym wspomnieniom. Pustka była jedynym miejscem, w którym można się było schować przed drapieżczym światem. Gdyby mogła pozostać tam na zawsze, zgodziłaby się bez wahania. Zauważyła, że niebieska macha do niej ogonem, i posunęła w jej stronę. Ocierające się o jej ciało źdźbła wyginały się za nią niczym kilwater. – Kończymy już? – Wiatr porywał jej słowa, zanim jeszcze w pełni wydobyły się z jej pyska. W jakiś sposób zdołały jednak dotrzeć do uszu Błękitnej Cętki, która kiwnęła głową. Świetlista powtórzyła jej gest na znak, że zrozumiała, po czym zawróciła, by odgrzebać upolowane przez siebie zdobycze. Przeczucie, że przyjaciółka ma co do niej jakieś ukryte zamiary, wróciło ze zdwojoną siłą. *** – Dlaczego ten królik pachnie ziołami, Błękit? – W jej wnętrzu już zaczynała rodzić się nieufność. Spojrzała niebieskiej prosto w oczy, usiłując odnaleźć tam odpowiedź. – Wiesz, podejrzewam, że się w czymś wytarzał… – Zdradzała ją mowa ciała. Być może zdolności konwersacyjne nie były najlepsze, ale mogła się poszczycić czymś w rodzaju biegłości, jeśli chodziło o wychwytywanie takich niuansów. W milczeniu uniosła łapę, by odsunąć od siebie podejrzane jedzenie, jednak przyjaciółka czym prędzej ją powstrzymała. – No, dobra! Nafaszerowałam go ziołami na twój smutek, szczęśliwsza? Drgnęła. Wcale nie spodziewała się czegoś takiego. – Burzowe Serce ci na to pozwolił? – Podejrzliwość w jej głosie zastąpiło niedowierzanie. – Prawdę mówiąc, to… nie ma o niczym pojęcia… – Myśli szylkretki skłębiły się niczym owcze futerko; nie miała pojęcia, jak zareagować. Błękit… chciała jej podać zioła? Bez jej wiedzy, ba, bez konsultacji z medykiem? Przed oczami mignęły jej możliwe konsekwencje takiego działania. Nie chciała ich doświadczać na własnej skórze. Czy przyjaciółka rzeczywiście chciała zrobić coś takiego? Poza tym… czy naprawdę wyglądam aż tak źle? – Wiesz co? Mam pomysł! – Poczuła jej dotyk na swojej łapie. Przez ułamek sekundy wahała się, czy jej nie cofnąć. – Zjemy obie! Mi… mi też jest ciężko po śmierci Laska – Błękit zadrżała i otarła pysk, po czym spróbowała się uśmiechnąć, choć nie wyszło to najlepiej. Świetlista zamrugała. Przeniosła zagubione spojrzenie z przyjaciółki na rozdartego królika i z powrotem, nie mogąc podjąć decyzji. A nie chodziło tylko o to, co powinna teraz zrobić; nie wiedziała przecież nawet, jak miała się czuć. Chyba powinna się zdenerwować? Cóż, tak pewnie zrobiłaby większość kotów na wieść, że bliska osoba bez ich świadomości zamierzała podjąć takie radykalne kroki… Ale nie mogła się na to zdobyć. Nie, kiedy widziała, w jakim stanie jest sama Błękitna Cętka. Widziała łzawy błysk w jej oczach, zanim odwróciła głowę, słyszała delikatne drżenie w jej głosie, a w jej mowie ciała dostrzegła ślady głębokiego smutku. To wszystko było znajome, boleśnie znajome, bo czasem odnajdywała to w sobie samej. Niebieska chciała jej tylko pomóc, tak, jak zawsze. Ale teraz musiała dźwigać swój własny ciężar i nie starczało jej już sił. Powoli pochyliła głowę i zatopiła zęby w pachnącym mięsie. Zioła miały dziwny, lekko gorzki posmak. Przełknęła. To, że nie tylko ona ma tutaj problemy, dotarło do niej wyraźnie; czuła się winna. Chciała wesprzeć córkę Białej Sadzawki, jak ona zawsze wspierała ją, ale nie wiedziała, jak. Nie miała pojęcia, co robić; czuła się jak kilkuksiężycowe kocię, które po raz pierwszy znalazło się na zewnątrz bez swojej matki. Mogła tylko powoli przeżuwać królika, by na końcu rzucić cichym: – Dziękuję.

***
Nikt nie zwrócił uwagi na szczupłą kotkę, która cichutko prześlizgnęła się w pobliże legowiska medyka. Nic dziwnego; nie było tu wielu, którzy zainteresowaliby się jej obecnością, a ona sama ostrożnie wybrała odpowiedni moment, w którym ci właśnie nieliczni znajdowali się poza obozem. Obrzuciwszy polanę ostatnim, czujnym, ale sprawiającym wrażenie spokoju spojrzeniem, odwróciła się i powoli wsunęła pod głaz, gdzie Burzowe Serce zwykle przyjmował chore lub zranione koty. Odczekała kilka uderzeń serca. Nikt nie wołał, nikt nie nadchodził. Nie zauważyli jej lub nie uznali jej zachowania za odbiegające od normy. Dobrze. Nie znała się na ziołach, jednak te, które kilka dni temu wybrała Błękitna Cętka, potrafiła odróżnić po zapachu; po kilku wizytach w aromatycznym legowisku nauczyła się też rozpoznawać ich wygląd. Odnalezienie ich wśród stosów innych roślin nie zajęło jej wiele czasu; doświadczenie podpowiadało jej, gdzie zostały ułożone, tak, że nie musiała polegać na węchu, który w obliczu takiego natężenia zapachów – zarówno otaczających ją ziół, jak i jej własnego, nabytego przez wytarzanie się w lawendzie – stawał się bezużyteczny.. Zgrabnym ruchem chwyciła po kilka listków i natychmiast przełknęła. Zaczną działać za godzinę, może pół. Wtedy zawoła swojego ucznia na trening i może dzięki temu uda jej się go przeżyć. Ostrożnie opuściła legowisko i na powrót wymknęła się z obozu, by udać się na spacer. Pół godziny... Wytrzyma.
***
Kolejne wschody słońca mijały bezpowrotnie. Nie przynosiły one ze sobą – mooże poza śmiercią Złotej Melodii – żadnych większych smutków i nie wyglądało na to, by czarne scenariusze, które kreśliła w myślach Świetlista, miały się w najbliższym czasie ziścić. Wręcz przeciwnie; Kasztanowa Łapa radził sobie coraz lepiej, aż wreszcie pewnego dnia Błękitna Cętka oznajmiła, że zasłużył na mianowanie. Szylkretową wojowniczkę zalała w tamtym momencie taka fala ulgi, że omal nie zbiła jej z nóg. Prawdę mówiąc, nawet tego dnia, już po tym, jak Kasztanowy Szpon odbył milczące nocne czuwanie, dalej chodziła lekko otumaniona. Koniec mordęgi. Wreszcie nie będzie musiała nikogo uczyć, pouczać, poprawiać i powtarzać całej sekwencji kolejne trzydzieści razy. Mogła wrócić do luźnych, spokojnych, samotnych polowań, nie martwiąc się tym, czy kiedykolwiek uda się zrobić wojownika z kocurka, którego los pokarał taką niekompetentną mentorką. Nie będzie musiała spotykać się, rozmawiać z kimkolwiek, odganiać wżerającego się w nią stresu za pomocą ziół... Nie była wolna. W tamtym momencie osiągnięcie wolności nie było możliwe. Nadal błąkała się we mgle, której mleczna trucizna nie odstępowała jej na krok; jednak jeżeli w ten sposób opiszemy jej trudności, to mianowanie Kasztanowej Łapy można przyrównać do wąskiego promyczka słońca, który zdołał przedrzeć się przez ponure obłoki i spocząć na jej zmierzwionym futrze. Promień słońca. Kropla ciepła, krótka chwila ulgi. Niedługo się skończy, ale teraz jest dobrze. Zrobiła się nieco bardziej rozmowna. – Wiesz co – miauknęła w zamyśleniu, wbijając wzrok w błękitne niebo, kiedy razem z Błękitną Cętką siedziały na skraju obozowej polanki – gdyby to nie stanowiło problemu… Mogłabyś powiedzieć Brzoskwiniowej Gwieździe, żeby nie dawała mi już więcej uczniów? – Jesteś pewna? Wytrenowałaś już dwóch i popatrz, jak dobrze ci poszło! – Błękit wskazała łapą Orli Trzepot, który właśnie przechodził nieopodal, na co Świetlista westchnęła. – I to, jakim cudem to się udało, do dzisiaj jest jedną wielką zagadką – mruknęła w odpowiedzi. – Mówię serio. Oczywiście, gdyby się nie dało, to… Ale no, wiesz przecież, że tego nie znoszę. Poza tym, ostatnio jakoś nie czuję się najlepiej, i... – Dobrze, dobrze, nie musisz się tak tłumaczyć! Pewnie coś uda się zrobić. – Niebieska uśmiechnęła się, ale zmierzyła przyjaciółkę czujnym spojrzeniem. – I jak to nie czujesz się najlepiej? Może powinnaś dać się zbadać Burzowemu Sercu? – Nie, nie. – Zbyła reakcję cętkowanej machnięciem głowy. – To nic takiego. Zresztą pewnie teraz już tak będzie. – Wbiła wzrok w nieistniejący punkt gdzieś za horyzontem, po czym westchnęła krótko i dodała ciszej: – W końcu starość, nie radość, nie? – Że co!? Wypraszam sobie! – Nie zdołała uniknąć nagłego ciosu łapy. Zaskoczona obróciła głowę, tylko po to, by natrafić na pełne zgrywanego oburzenia spojrzenie Błękitnej Cętki. – Jesteś pięć księżyców starsza ode mnie, kupo futra! O jakiej starości ty mówisz!? – Czekaj, nie o to mi… – wydukała, z początku zmieszana; pojęcie kryjącego się w tym żartu zajęło jej pewną chwilę. Od następnego przyjacielskiego pacnięcia nie uchyliła się naumyślnie i w dramatycznym geście nakryła pysk łapą. – Aaa, nieee, poddaję się. Wybacz mi, zastępczyni. Oczywiście jesteś piękna i młoda niczym wiosenny kwiatek. Błękit roześmiała się głośno, a Świetlista wyprostowała się, zadowolona z osiągniętego efektu. Ostatecznie nieczęsto się zdarzało, żeby rozbawiła kogokolwiek swoimi marnymi zdolnościami aktorskimi. A właściwie, to… chyba nie zdarzało się to nigdy. – Ale i tak, ostatnio rzeczywiście wyglądasz lepiej. – Polizała futro na piersi, po czym rzuciła jej ciepłe i nieco zaciekawione spojrzenie. Niedawno zauważyła, że humor niebieskiej zauważalnie się poprawił, szczególnie, jeżeli porównać go do poziomu, na jaki posłała go utrata Leśnego Cienia. Nie miała pojęcia, co było tego przyczyną, ale w żadnym razie nie zamierzała narzekać, skoro to coś spowodowało zmiany na lepsze. – Stało się coś miłego? Podniosła głowę i przymknęła oczy, delektując się ciepłem słońca. <Błękit?>

Od Jemioły (Owczej Łapy) C.D. Pstrągowego Pyska

Owa, wcześniej wspomniana chwila, dłużyła się dla Jemioły. Nieco poruszyła koniuszkiem ogona, odczuwając zarówno stres jak i zmęczenie oraz strach. Przecież nie wie co też te dzikie koty zrobią z nią, jak jednak zdecydują się na odrzucenie jej prośby o pomoc. Musiałaby wtedy z powrotem wrócić do Puszki i Bratka, a nie miała pewności, czy w ogóle do niech trafi! Cała ta podróż do Złotych Traw nie zapadła jej w pamięć. Minęło trochę od dnia ich ostatniego pożegnania, więc raczej nie dałaby rady wytropić ich za pomocą węchu, który również do najlepszych nie należał - w końcu po co w domu węch, kiedy wszystko się dostawało bez potrzeby używania zmysłów? 
— Masz bardzo ładne futerko. Przypomina trochę owcze — odezwała się w końcu Żwirowa Gwiazda, a kąciki jej ust uniosły się nieco w ciepłym uśmiechu. — Pstrągowy Pysku, daj jej coś do jedzenia i zaprowadź ją do legowiska starszyzny. Zadecyduję, co z nią zrobić. Wronia Łapo, natomiast ty idź i zbierz dla niej troszkę mchu, dobrze? — poleciła, po czym kiwnęła głową na znak, że mogą już odejść. Na pyszczku srebrnej pieszczoszki pojawił się radosny uśmiech. Nie był on spowodowany jedynie komplementem ze strony ślicznej szylkretki, ale i faktem, że pozwoliła jej tu zostać!
— Bardzo dziękuje słońce, twoje futerko również jest bardzo ładne. Naprawdę, nigdy takiego nie widziałam — przyznała szczerze i zmrużyła niebieskie ślepia w przyjaznym wyrazie. Kąciki jej pyszczka same unosiły się ku górze, chociaż doskwierało jej okropne zmęczenie! Miała odejść do jakiegoś legowiska starszych? Nie no, aż taka stara nie była! Ile to ona tam miała...Rok? Oj już po roku skończyła liczyć, jednak zdecydowanie była młodziutka i zdrowa jak rybka. Duża i nieco okrągła rybka, ale takie się tez pewnie w naturze zdarzają. Skłoniła się delikatnie, po czym ruszyła u boku burej wojowniczki i jej uczennicy w stronę stosu martwych zwierząt leśnych, którymi to...pewnie się żywiono. Sama Jemioła, podczas podróży obok Grzmiącej Ścieżki, zmuszona była zjadać myszy. Nie była z siebie najbardziej na świcie zadowolona, jednak! Czego też się nie robi dla przetrwania. 
— Tylko uważaj na siebie kwiatuszku podczas zbierania tego mchu dobrze? — miauknęła nim Wronia Łapa się oddaliła i posłała jej promienny uśmiech. Jest tu jedynie gościem, żaden dziki kot nie powinien się za nią narażać.Kto wie, co może się przydarzyć koteczce podczas zbierania tejże roślinki?
— Spokojnie Jemioło, to tylko mech — rzuciła na odchodne kotka i zniknęła srebrnej z oczu. Wtedy dopiero kotka przyczłapała za Pstrąg, stając u jej boku i przyglądając się stosikowi. Nigdy by się tego po sobie nie spodziewała, jednak na sam widok i zapach tych wszystkich dobroci lasu, aż jej ślinka pociekła i zebrała w masowej ilości w jej pyszczku. Myszy, ptaki i inne pyszności wyglądały tu zdecydowanie bardziej okazale niż zwierzyna przy Drodze Grzmotu. A co się dziwić, niebieskooka jakby była taką pulchną myszką, sama by nie chciała mieszkać przy takim miejscu jak tamto! 
— Hej, weź sobie coś do żarcia — mruknęła, trącając Jemiołę nosem w bark. — Wybierz co tylko chcesz, pewnie jesteś cholernie głodna, co? —
Czując delikatne szturchnięcie w bark, ze strony cętkowanej, burej kotki, Jemioła się wzdrygnęła i zamrugała, wyrwana z rozmyśleń. Zaburczało jej w brzuchu jak na zawołanie i uśmiechnęła się kiwając okrągłym łebkiem. Pstrągowy Pysk trafiła w dziesiątkę!
— Ach, masz rację, słońce, jestem strasznie głodna! — miauknęła pieszczoszka, zbliżając się do stosu. Przez chwilę przyglądała się martwym zwierzętom, aż w końcu zwróciła się z powrotem do Pstrągowego Pyska. — Nie będzie problemem, jeśli poczęstuję się tą dorodnie wyglądającą myszką?
— Nie będzie to żaden problem, po prostu jedz — odpowiedziała, po czym wzięła sobie jakąś rybę i usiadła pod jednym z krzewów okalających obóz. Była pieszczoszka nie pozostała w tyle i chwile po Pstrąg, chwyciła wcześniej wspomnianą mysz i...w kilku kłapnięciach już owej piszczki nie było. Oblizała się i zamruczała zadowolona. To była najlepsza mysz, jaką w ogóle kiedykolwiek jadła! A nie jadła ich za wiele, jednak ta, była wyjątkowa. Już otwierała pysk, by zapytać czy można już iść, ale dostrzegła, że bura wojowniczka, która ją tu sprowadziła nadal je. Polizała się pośpiesznie dwa razy po piersi i grzbiecie, po czym przysiadła i oczekiwała. Nie musiała długo czekać, by zostać spiorunowana ostrym spojrzeniem niezadowolonej kotki. Cóż, na pewno Jemioła dawno zostawiłaby w spokoju nową koleżankę, by już jej nie przeszkadzać, ale nie miała zielonego pojęcia, gdzież to legowisko starszych się znajduje! Po szybkiej wymianie zdań między kotkami, została zaprowadzona w skromne progi najstarszych kotów w całym klanie, które nazywano tu starszyzną. Wiedziała, bowiem została w tym poprawiona, kiedy przez przypadek nazwała ich staruchami. Nie chciała być nie miła! Po prostu...tak jej się powiedziało. Mech, który miała przynieść Wronia Łapa już czekał, co dojrzała chwilowa samotniczka i uśmiechnęła się. Trzepnęła delikatnie uchem na słowa Pstrąg, która rozmawiała z jakąś starszą kotką, po czym wdała się w rozmowę z naprawdę przyjaznym kocurem, zapominając o otaczającym ją świecie! 
— Jak mi miło was poznać słoneczka! A więc ja trafiłam tu dzięki.... — i tak gadała aż do momentu w którym padła ze zmęczenia, kuląc się pomiędzy Rybim Ogonem i Bursztynową Bryzą, z szerokim i zadowolonym uśmiechem. Znalazła tymczasowy azyl, jej nowy, chwilowy dom.

***parę dni później***

Kilka wschodów i zachodów słońca minęło, nim pulchniutka pieszczoszka ustała przed Żwirową Gwiazdą wsłuchując się w jej słowa. Rybi Ogon oraz Bursztynowa Bryza, tak jak obiecali zajęli się wprowadzeniem młodziutkiej w całe te klanowe obyczaje, zwyczaje i takie tam. Jemioła musiała przyznać, że brzmiało to bardzo skomplikowanie, tym bardziej temat tych...Zmarłych przodków, znajdujących się na niebie. Jednak z zapewnień starszych wynikało, że jeszcze zdąży się nauczyć ponieważ zacznie trening. Nie potrafiła im odmówić i przerwać, uświadamiając ich że jedynie na chwile tu przyszła - nie miała serca tego robić! A teraz stała i...ponownie zmieniano jej imię. Już nie była ani Maniusią, ani Jemiołą. Była Owczą Łapą. Pewnie za sprawą jej futra, a nie śmiesznego wypadku jeszcze sprzed czasu dołączenia w szeregi Klanu Nocy. Pyszczek srebrno-niebieskiej pręguski wręcz zdawał się świecić radością. Mimo nieprzychylnych spojrzeń niektórych kotów, ta nadal pewnie stała i spoglądała to na Rybi Ogon, to na Wronią Łapę. 
— Owcza Łapa? Jak ładnie! — zamruczała z zadowoleniem i zerknęła na podchodzącego wojownika, który dziwacznie się nachylił w jej stronę. Zamrugała parę razy niezbyt wiedząc co robić — Wszystko dobrze kochaniutki? — dopytała posyłając nie wiele starszemu od niej kocurowi troskliwe spojrzenie. Może niedowidzi?
— Powinnaś się z nim zetknąć nosami skarbie! — szepnął Bursztynowa Bryza rozbawiony, kiedy to Jemioła, teraz Owcza Łapa wydała ciche ''ochhhhh' dobrze dobrze!' i w końcu zetknęła się nosami z mentorem. Teraz powinna zacząć trening, coś o czym mówili jej starsi. Zamiast zaczęcia nauk, została otoczona przez znajome jej już pyszczki, które skandowały jej nowe imię, a ta odczuwała rosnącą w niej dumę. Owcza Łapa, Owcza Łapa! Wtedy podeszła naburmuszona Pstrągowy Pysk, jednak dlaczego? Niebieskooka rozejrzała się i dojrzała wiele kotów, które niechętnie spoglądały w jej stronę czy szeptały między sobą. Rozumiała je, przecież była nadal obca! Przyzwyczają się, na pewno. Trzeba być dobrej myśli.
— Widzisz Pstrągowy Pysku? Zostałam ten no, uczennicą! Czy jakoś tak. Nauczę się jeszcze słoneczko, zobaczysz — obiecała, posyłając promienny uśmiech w stronę wojowniczki. Teraz, zaczyna się nowy rozdział w jej życiu. Może to przez ten trening, dzikie koty pomogą jej wrócić do domu? Kto wie. Na ten moment jednak kicia nie chciała wracać, dopóki ni nauczy się wszystkiego co tylko jest jej potrzebne. Co...chyba trochę jej zajmie, ale kocur który ma sprawować nad nią opiekę, wydawał się sympatyczny, więc...co może się stać?


<Pstrąg?>

Od Pstrągowego Pyska C.D. Jemioły

Pstrągowy Pysk i Wronia Łapa milczały w oczekiwaniu na decyzję liderki. Żwirowa Gwiazda milczała przez dłuższą chwilę, podczas której przyglądała się Jemiole bardzo dokładnie, jakby potrafiła zobaczyć wszystko, co kiedykolwiek uczyni.
— Masz bardzo ładne futerko. Przypomina trochę owcze — odezwała się w końcu Żwirowa Gwiazda, a kąciki jej ust uniosły się nieco w ciepłym uśmiechu. — Pstrągowy Pysku, daj jej coś do jedzenia i zaprowadź ją do legowiska starszyzny. Zadecyduję, co z nią zrobić. Wronia Łapo, natomiast ty idź i zbierz dla niej troszkę mchu, dobrze? — poleciła, po czym kiwnęła głową na znak, że mogą już odejść.
Pstrągowy Pysk wyszła na zewnątrz wraz z Jemiołą i Wronią Łapą, która po chwili wybiegła truchtem z obozu na poszukiwanie mchu. Wojowniczka natomiast podeszła do stosu zwierzyny, przyglądając się, co też dzisiaj może zjeść na... właściwie to już kolację, bo słońce powoli znikało za horyzontem, ustępując miejsca Srebrnej Skórze rozsianej na granatowym tle. Pstrągowy Pysk już miała chwycić w pysk jakąś pokaźną rybę, gdy nagle przypomniała sobie o pieszczochu u swojego boku.
— Hej, weź sobie coś do żarcia — mruknęła, trącając Jemiołę nosem w bark. — Wybierz co tylko chcesz, pewnie jesteś cholernie głodna, co?
— Ach, masz rację, słońce, jestem strasznie głodna! — miauknęła pieszczoszka, zbliżając się do stosu. Przez chwilę przyglądała się martwym zwierzętom, aż w końcu zwróciła się z powrotem do Pstrągowego Pyska. — Nie będzie problemem, jeśli poczęstuję się tą dorodnie wyglądającą myszką?
— Nie będzie to żaden problem, po prostu jedz — odpowiedziała, po czym wzięła sobie jakąś rybę i usiadła pod jednym z krzewów okalających obóz.
Zmrużyła oczy i zaczęła jeść, delektując się niesłychanie wybornym smakiem posiłku, gdy poczuła na sobie czyiś wzrok. Warknęła pod nosem.
— Nie możesz mi dać chwili spokoju na zjedzenie, przylepo? — syknęła, unosząc łeb i wbijając w Jemiołę gniewne spojrzenie pomarańczowych oczu. Zauważyła, że myszki już nigdzie nie było, a przy pyszczku pieszczoszka miała strzępek burego futerka. No cóż, najwyraźniej była bardzo głodna.
— Przepraszam, że działam ci na nerwy, kochanie, ale skończyłam już jeść, więc czekam aż i ty skończysz, żebyś mogła zaprowadzić mnie do... starych? — miauknęła.
— Starszyzny — poprawiła ją Pstrągowy Pysk. Westchnąwszy ciężko, szybko dokończyła swoją rybę, jednak ciężko było ukryć, że rozbawiło ją nazwanie szanowanej, doświadczonej starszyzny klanu "starymi". Podniosła się z sapnięciem, po czym musnąwszy Jemiołę ogonem, ruszyła wraz z nią do legowiska starszyzny.
Bursztynowa Bryza i Rybi Ogon powitali je ciepło, a mech, który miała przynieść Wronia Łapa, już tam był.
— Rybi Ogonie? — szepnęła do niej Pstrągowy Pysk.
— Tak, młodziutka? — starsza uśmiechnęła się serdecznie do wojowniczki.
— Jemioła będzie tu pewnie jakiś czas. Moglibyście opowiedzieć jej wtedy jak wygląda życie w klanie? Wydaje mi się, że jest trochę... nieogarniętym pieszczochem — mruknęła, patrząc na koteczkę, która już zdążyła pogrążyć się w rozmowie z Bursztynową Bryzą.
— Ach, żaden problem, kochanieńka! Już, uciekaj stąd, a my zajmiemy się tym piecuchem! — zaśmiała się, a Pstrągowy Pysk bez zbędnego gadania wymknęła się z legowiska starszych. Spojrzała w niebo, zastanawiając się jeszcze, czy aby na pewno dobrze zrobiła, przyprowadzając Jemiołę do klanu, po czym ruszyła w stronę Szałwiowej Chmury, która wróciła właśnie z patrolu.

~parę dni później~

— ...od tego dnia, aż do dnia, w którym otrzymasz imię wojownika, będziesz nosiła imię Owcza Łapa, natomiast twoim mentorem zostanie Szakłakowy Cień. Szakłakowy Cieniu, mam nadzieję, że dasz z siebie wszystko, aby wytrenować Owczą Łapę na dobrą wojowniczkę — zakończyła Żwirowa Gwiazda, a gdy Szakłakowy Cień podszedł do swojej nowej uczennicy i zetknął się z nią nosami, zeskoczyła z powalonego pnia, jednocześnie kończąc zebranie klanu. Grupka kotów otoczyła Owczą Łapę, w tym Wronia Łapa, Rybi Ogon i Bursztynowa Bryza, wiwatując i skandując jej nowe imię, jednak siedząca na uboczu Pstrągowy Pysk zauważyła, że większość wojowników Klanu Nocy nawet nie podeszła do dawnej pieszczoszki. Zacisnęła zęby gniewnie, po czym podniosła się i szybkim krokiem podeszła do zbiorowiska. Owszem, była zła na większość swoich pobratymców, jednak na widok szczęśliwej Owczej Łapy otoczonej przez wesołą grupkę, jej pysk przybrał ciepły wyraz.

<Owieczko? :3>

Od Mglistej Łapy CD Sroczego Żaru

Kotka schowała się nieopodal legowiska wojowników. Ale zaraz... co ona wyprawia?! Wyskoczyła szybko i poszła spowrotem na środek polany. Nagle coś na nią skoczyło.
-Ha!-krzyknał triumfalnie znany jej głos.
-Sroczy Odorze zejdź ze mnie!-powiedziała podduszana w tej chwili Mglista Łapa.
-Pierw mnie przeproś.-miałkneła Sroczy Żar.
-O wszechwielka i najmądrzejsza Sroczy Żar ja mała Mglista Łapa bardzo cię przepraszam za moje naganne zahowanie w obec pełnoprawnej wojowniczki. Ciebie-powiedziała iroicznie i niechętnie, a druga kotka z niej zeszła.-Sroczy Odór...- dodała cicho i odeszła zanim ta druga ponownie ją przygniotła. Usłyszała jak zwykle... kociaki bawiące się w żłobku, dzielenie się językami klanowiczów i... szum wiatru. Spojrzała na niebo i wróciła do nasłuchiwania. Zastrzygła bezsensownie uchem.
-Mglista Łapo?-usłyszała głos Sroczego Żaru. Obejrzała się.-Wiesz że przypominasz pchłe?-Mglista Łapa tylko przewróciła oczami.-Nie serio. Nie rośniesz tak jak inni, jesteś drobna i smukła. Właściwie... nie wiele różnisz się od kociaka.
-Zostawie to bez komentarza.-poczekała na wychodzącą Gronostajowy Krok.
-Nie no na serio-miałkneła ponownie ciemno niebieska kotka. Mglista Łapa zmrużyła natrętnie oczy.
-Nie odzywaj się...-wymruczała i wstała idąc do mentorki.
-Ale to prawda! Na serio przypominasz kociaka-powiedziała Sroczy Żar ale po chwili wybuchła śmiechem. Niebieska doskonale wiedziała że druga żartuje.
-Cicho-powiedziała Mglista Łapa ale gdy była ogon od swojej mentorki usłyszała że Lisia Gwiazda zwołał zebranie. Niepewnie skierowała się pod wielką skałę.

<Sroczy Żar? PS: u opo do Lisa będzie miano>

Od Turkawiego Skrzydła CD Cętkowanego Liścia

*Żeby nie było, to zawaliłam czasowo. Pierwsza część tego opka dzieje się tuż po pierwszej bitwie (chyba XD). Turkawka jeszcze nie wie kim byli jej rodzice*

Turkawie Skrzydło potknęła się i upadła na ziemię. Syknęła cicho, gdy jej kręgosłup uderzył o kamień.
- Co?! Nie, nie ma takiej opcji! - syknęła, usiłując się podnieść. Cętkowany Liść podbiegła do niej i pomogła asystentce medyka wstać. - Nie będziemy szukać moich rodziców - syknęła Turkawka i poczuła, że czernieje jej przed oczami. Potrząsnęła głową. Świat zaczął obracać się wokół własnej osi. Buraska podprowadziła kocicę do legowiska i pomogła jej usiąść.
- Jak już mówiłam, poszukamy ich, o ile będziesz chciała - mruknęła Cętka, jednak córka Odyseusza zauważyła jej skwaszoną minę.
- A-ale ja nie wiem czy chcę - mruknęła Turkawka, zakrywając niebieskie oczy łapą. - Ja ich nigdy nie widziałam, nie wiem jacy są. Nie... to nieistotne. Przecież i tak są okropni!
- Och nie przesadzałabym - mruknęła Cętkowany Liść, przewracając oczami. - Sama mówiłaś, że nie wiesz kim są... więc jak możesz ich oceniać?
Pointka zacisnęła wargi i odwróciła wzrok od dawnej podopiecznej. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Cętka miała rację. Kocica obróciła niesprawną łapę, żałując, ze nie może tak po prostu wstać i stąd wybiec. Wojowniczka dogoniłaby ją w pół uderzenia serca.
- Słuchaj, wiem, że nie powinnam ich krytykować, tylko ja... już wiem jacy oni są. No bo jakim trzeba być kotem, by porzucić swoje dzieci?! Albo tylko córkę?!
Myśl o tym, że jej rodzice mogą podróżować ze swoimi innymi dziećmi wstrząsnęła nią do głębi. Rodzeństwo... to brzmiało tak... obco. Cętka pokręciła głową, jakby z żalem.
- Nie powinnaś... nie! Nie MOŻESZ oceniać ich na podstawie jednego drobnego błędu!
- Uważam inaczej - warknęła asystentka medyczki. - Wiesz co? Czasami strasznie mnie irytujesz przez tę swoją upartość!
- Nawzajem.
Przez chwilę obie kotki mierzyły się spojrzeniami. Turkawka prychnęła i usiadła przy ziołach, przesypując kupkę szałwii pomiędzy łapami. Wojowniczka rzuciła jej jeszcze ostatnie spojrzenie przez ramię, po czym wyszła z legowiska medyków.
***
- Chciałaś o czymś pogadać. To musi być ważne, skoro nie wzięłyśmy ze sobą Miedzianej Iskry... - Turkawie Skrzydło zatrzymała się przy krzewie i odgarnęła parę liści. Spłoszona mysz wybiegła z  krzaków, gdzie czekała już na nią Cętkowany Liść. Kocica zabiła gryzonia jednym celnym ugryzieniem i rzuciła jego ciało na ziemię. Pointka odwróciła wzrok i nawinęła na gałązkę kilka nitek z pajęczyny.  Buraska prychnęła i usiadła, przerzucając piszczkę między łapami.
- Dalej się gniewasz?  - dawna pieszczoszka uniosła spojrzenie na byłą mentorkę. Córka Odyseusza odwróciła wzrok. Chciała już wracać do obozu. Znajdowały się zbyt blisko terenów Dwunożnych, jednak asystentka medyczki potrzebowała kilku medykamentów, właśnie stamtąd. 
- Nie wiem - odpowiedziała Turkawka i wypuściła powietrze przez nos. - No dobra, już prawie wcale. W sumie tak, po głębszym namyśle mogłabym ich odnaleźć, no bo masz rację i w końcu są moją rodziną - uniosła głowę i zauważyła zaintrygowane spojrzenie kocicy. Przełknęła ślinę. - Too... o czym chciałaś porozmawiać?

<Cęteł? Wyszło takie sobie ;-;>

Od Niezapominajkowej Łapy C.D Sroczego Żaru

Liliowa z szerokim uśmiechem kiwnęła łebkiem i skierowała się za partnerką swojego brata. Zastanawiała się co ta chce jej pokazać, chociaż część jej nie była jednak pewna czy powinna tak za tą kotką podążać. W końcu cętkowana była już wojowniczką i to pewnie silniejszą od Niezapominajkowej Łapy, więc szybko mogła się jej pozbyć. Córka Księżycowego Pyłu na tą myśl cicho westchnęła i pokręciła łebkiem, karcąc się w myślach, w końcu przecież była siostrą Zlepka, a Sroczka go lubiła, więc by liliowej nic nie zrobiła, przynajmniej Niezapominajka miała taką nadzieję.
Gdy doszły na plażę, uczennica Klanu Burzy rozejrzała się, a widząc jak słońce znika za wodę pisnęła zachwycona.
— Ale czad! Jak to jest możliwe? Dlaczego ta woda połyka słońce? Połyka? A może samo ono znika? W końcu zawsze wraca...A może da się je gdzieś znaleźć? Właśnie co robi słońce jak znika? Wiesz co Sroczko?
— Umm chyba nikt tego nawet nie wie, nawet starszyzna, chociaż to dość ciekawe zagadnienie — oznajmiła z lekkim uśmiechem wojowniczka Klanu Klifu.
— Co nie? Ach zobaczysz ja się tego dowiem! Będę pytać i pytać, a kiedyś jeszcze to sprawdzę osobiście! Tylko potrzebuje czegoś by tam się dostać! — stwierdziła Niezapominajkowa Łapa, by po chwili szeroko się uśmiechnąć.
— Mam! Użyję do tego klifu! Wiesz wybiję się z niego i siup jestem tam gdzie słońce! A jak to nie wyjdzie to przynajmniej będzie czadowo! Chcesz ze mną?
— Och, wiesz Niezapominajko to kusząca propozycja, ale muszę jednak odmówić.
— Boisz się? No nie mów! Nic się nie stanie!
— Oczywiście, że się nie boję! Po prostu jest ciemno i w ogóle też pogoda nie jest na takie rzeczy odpowiednia. Przełóżmy to na kiedy indziej — oznajmiła Sroczy Żar, wzdrygają się w środku na samą myśl o wodzie i o tym, że jednak jakby coś się stało Niezapominajkowej Łapie to sama by się pewnie utopiła, niż miałaby to tłumaczyć Zlepkowi.
— Jasne, jasne! Niech ci już będzie! Ale następnym razem ci nie odpuszczę! — zaśmiała się wnuczka dwóch liderek.
Resztę tego dnia kotki spędziły na rozmowach, czyli bardziej gadaniu Niezapominajki oraz poznawaniu się bliżej, jak Sroczy Żar wreszcie mogła coś powiedzieć podczas wyjątkowych chwil, gdy siostra jej ukochanego była jednak cicho.
~*~
Minęło parę księżyców od kiedy Niezapominajkowa Łapa była już w Klanie Klifu, czuła się prawie jak w domu, ale wiedziała, że w końcu musi wrócić do Klanu Burzy, do swoich bliskich, ale wcześniej musiała się pożegnać z kotami, z którymi dość mocno się związała.
Dlatego pewnego dnia złapała Sroczy Żar, gdy ta wracała z patrolu.
— Sroczko! Dobrze, że już jesteś musimy porozmawiać, potem będziesz mogła iść i się migdalić z moim braciszkiem!
— No dobrze, dobrze — kiwnęła łebkiem starsza kocica, zastanawiając się na co znów Niezapominajkowa Łapa wpadła i co niebezpiecznego tym razem planuje zrobić.
— Ale nie tutaj, chodź! — Oznajmiła liliowa i skierowała swoje kroki na plażę, wiedząc, że Sroczy Żar idzie za nią.
Gdy dotarły na plażę Niezapominajkowa Łapa cicho westchnęła.
— Wiesz to chyba już pora...
— Ha? Niezapominajko o czym mówisz? O tym klifie? Jeszcze nie jest na to pora!
— Nie, nie o nim, chociaż dobrze, że mi przypomniałaś! Ale to kiedyś...Teraz jest pora bym wróciłam do domu.
— Nie rozumiem. Dlaczego teraz?
— Zostawiłam tam swoich bliskich, braci, matkę przybraną, przyjaciółki i moją kochaną mentorkę, a jeszcze gdzieś tam w lesie siedzi Aster, chociaż on...On pewnie o mnie zapomniał...Ale to nie ważne! Jak widzisz muszę wrócić, jestem ciekawa co się zmieniło, czy ten głupi Wilk zmądrzał i nie atakuje wszystkich jak jakiś wariat. Mówię ci, uwziął się na mnie, chociaż fakt może nie byłam najmilsza dla niego, ale to jego wina, zaatakował mnie pierwszy! Ale spokojnie poradzę sobie z nim, radzę sobie z Liskiem, to byle jaki uczniak nie jest mi straszny — oznajmiła córka Księżycowego Pyłu, by po chwili mocno się przytulić do partnerki Zlepionej Łapy.
— Będę tęsknić, ale odwiedzę was jeszcze kiedyś! A jeśli będziesz chciała się spotkać wcześniej to róbmy spotkania tam gdzie są zgromadzenia! W końcu to najlepszy punkt spotkać. Więc do zobaczenia, tak?


<Sroczko?>

Od Mglistej Łapy CD Koziej Łapy

- Nie umiesz kłamać - mruknęła przewracając się na plecy.-Co ci się śniło?
- Powiedziałem, że nic ciekawego - odparł Kozia Łapa patrząc na bok.
- Na pewno coś ciekawego - miauknęła wstając. Spojrzała na bicolora ale ten... zaczął udawać, że śpi.- Nie śpisz. Za szybko oddychasz. - Kocur prychnął tylko i po kilkunastu uderzeniach serca zasnął. Niedługo wschód słońca więc nie było co spać. Mglista Łapa wstała i skierowała się pod wejście do legowiska uczniów. Siadła i zaczęła cierpliwie czekać na mentorkę lub zastępce jednak oni raczej nie byli rannymi ptaszkami. Westchnęła cicho. Było strasznie nudno. Zaczęła obchodzić dookoła obóz po chwili przestając i wracając na poprzednie miejsce. Zaczęła ćwiczyć ruchy na polowanie na mysz i ptaki. Wszystko szło dobrze póki nie wyczuła na jakiegoś sobie wzroku.
- Dobrze ci idzie - ziewnęła z legowiska wojowników Gronostajowy Krok. Mglista Łapa zesztywniała powodując wywalenie się.
-Przepraszam-powiedziała zakłopotana.-Gronostajowy Kroku mam prośbę...
-Jaką?-zapytała szylkretowa.
-Czy... mogłabyś się spytać Księżycowego Pyłu kiedy będę mogła iść na jakiś patrol..?-zapytała niepewnie.
-Dob-urwała zdanie przeciągle ziewając.-Dobrze, tylko daj jeszcze chwilkę-dokończyła wracając do środka. Niebieska znowu została sama... siedziała tak nudno póki nie usłyszała jakiegoś ptaka. Wsłuchała się w lekką melodie wyćwierkiwaną przez ptaka. Po chwili uśpiona śpiewem zasnęła.

-Sen-

Mglista Łapa wstała i podrapała się rozruchowo za uchem. Jednak... gdy się rozejrzała miała nadzieję zobaczyć legowisko i legowiska razem z uczniami. I owszem było nim ale jakieś ponure... niebieska natychmiast wstała.
- Halo?! - krzyknęła w okół była pustka. Odpowiedziało jej ciche echo.-Jest tu ktoś?-zapytała. Nastała znowu głucha cisza. - Co jest...? -rozejrzała się. Obóz nagle trzasnął. Kotka najeżyła sie widząc tafle wody zalewająca obóz. Szybko zaczęła machać łapami jak nigdy dotąd trafiła na drzewo. Nie wiedziała co się właśnie działo. Jej oczy przybrały kształt pomaramczy. Wysunęła pazury i wbiła je w ziemię. Stała tak póki woda nie wciągnęła jej z powrotem. Ta zaczęła się dusić. Nagle czar prysł.


-Koniec Snu-

Obudziła się cała drżąca. Rozejrzała się. Zobaczyła zszokowanego Kozią Łapę. Miał zadrapanie na boku.
-J-Ja...-wyjąkała.-Przepraszam!-skuliła się i zakryła łapami swoją głowę przyciskając ją do ziemi i zaciskając oczy.

<Kozia Łapa?>

Od Koziej Łapy CD Zlepionej Łapy

Koza musiał przyznać, że na początku był dosyć niepocieszony, że na związki nie ma żadnego schematu. No bo jak ma się ma teraz w tym wszystkim połapać? No i jak ma udowodnić Niezapominajce, że będzie odpowiednim partnerem dla Śnieżki? Jednak  każdym słowem Zlepionej Łapy, stres, niepewność i inne negatywne emocje rozmazywały się, bo po chwili zniknąć, a na pyszczek bicolora wstępował coraz to większy uśmiech. Tak ciepło zrobiło mu się w sercu, gdy Zlepek zaczął go upewniać, że jest idealny dla Śnieżnej Łapy. Owszem, miejsce w którym dotknął go łapką liliowy przyjaciel, skrywało raczej płuco, aniżeli serduszko, jednak Kózka zrozumiał intencje. No, a poza tym, Zlepek był blisko trafienia.
- Dziękuję, Zlepiona Łapo! - miauknął w końcu ciepło. Wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy, ile znaczył dla niego syn Nowiu. Był jego najlepszym przyjacielem i mimo, że Zlepek czasem wydawał się no... bardzo podobny do Koziej Łapy, to Kózka zawsze mógł na niego liczyć.
- N-nie ma sprawy, Kozia Łapo. - uśmiechnął się zielonooki, po czym niestety został wyproszony przez Lśniące Słońce, gdyż medyk i jego asystent musieli zbadać swojego pacjenta.
- Uwierz mi, jest. - powiedział syn Głuszcowej Łapy. - Dodałeś mi pewności siebie, szczególnie przed twoją wygadaną siostrą. Naprawdę, jakim cudem jesteście tak różni od siebie. No bo wiesz, jej pyszczek się ciągle nie zamyka, a ty jesteś małomówny. Oczywiście, to nic złego, a nawet lepiej, bo od jej ciągłej gadaniny może rozboleć głowa.
- Wiesz, chyba się od niej zaraziłeś gadulstwem. - zaśmiał się cicho Zlepek, przerywając bratu Barana.
- N-naprawdę? - zawstydził się Kózka, a uświadomiwszy sobie, co właśnie wypłynęło z jego pyszczka i ile jeszcze mogło wypłynąć, zaczął wtórować śmiechem partnerowi Sroczego Żaru.

***

Od złamania łapy Kózki, minął już prawie księżyc. No, własnie, prawie robi różnicę. Jednak Sokole Skrzydło powiedział, że już niedługo i będzie mógł wrócić do swoich codziennych męczarni zwanych treningami z Lisią Gwiazdą. Koza musiał przyznać, że naprawdę bał się powrotu do uczenia się u boku lidera. Przeczuwał, że nie tylko dostanie ochrzan od Lisa, ale także dostanie niezły wycisk od niego już od pierwszego dnia.
Kózka powoli wstał z swojego posłania, po czym przeszedł parę kroków pokracznych po legowisku.
- Hm, nie jest tak źle. - mruknął Kozia Łapa, delikatnie potrząsając opatrzoną łapą. Wciąż delikatnie bolało, ale na pewno było lepiej niż ostatnio.
- Też tak uważam. - miauknął Sokole Skrzydło i zaraz potem, tak jak się spodziewał Kózka, dodał: - No, niedługo będziesz mógł wrócić na trening.
Ah, gdyby tylko mógł jakoś obejść trening i zostać wojownikiem bez męczenia się z Lisą Gwiazdą - o ile byłby szczęśliwszy! Resztę dnia spędził razem z Śnieżką, gdyż ta miała akurat dzień wolny, jednak wieczorem została wytyczona na patrol, więc musiała opuścić partnera. Kozia Łapa uznał, że jeśli ma wrócić na trening, to chociaż powinien nieco więcej się ruszać, by nie rozlecieć się jak kupka paru patyków po pierwszym ćwiczeniu, więc potuptał powoli do wejścia do legowiska medyków, a wypatrzywszy Zlepioną Łapę, przywołał go do siebie i uśmiechnął się szeroko.
- Jak tam, Zlepku? Co dzisiaj robiłeś? - zapytał zainteresowany. No, trzeba sobie poprzypominać, co się dziele na treningach.

< Zlepku? >