BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą event Klanu Wilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą event Klanu Wilka. Pokaż wszystkie posty

28 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota wybrała się wraz z Cienistą Łapą, Cykoriową Łapą oraz Lamentującą Tonią poza obóz. Wiatr muskał im futra delikatnie, promienie słońca otulały koty aksamitnym ciepłem, gdy mijali wysokie, rozrośnięte drzewa iglaste. Wilczaczka miała dzisiaj doszlifować umiejętności walki pręguski, a przy okazji sprawdzić tak dla siebie, czy jej brat zrobił jakiekolwiek postępy, odkąd ona sama stoczyła pojedynek z Wilgową Goryczą, tamtej chwili jeszcze Wilgową Łapą. To wydawało jej się takie dziwne. Mimo mieszanych uczuć nie mogła spojrzeć na dymnego przychylniej, był dla niej już przegrany. Przynosił ich rodzinie tylko wstyd. Brakowało jedynie, by wierzył w Klan Gwiazdy. Może Słocie wtedy łatwiej byłoby nabrać do niego z powrotem negatywnych uczuć jak za czasów kocięcych? W końcu od Tygrysiej Nocy bardzo sprawnie ją to odciągnęło. Czasami zrzucenie całej winy na przodków, w których się nie wierzyło, było podnoszące na duchu. Zupełnie tak, jakby potrzebowała, żeby Cienista Łapa jej po prostu napluł w pysk. Żeby zrobił coś, za co go znienawidzi już na zawsze. Nie zasługiwał już na miano jej brata. W dodatku… ile można było być uczniem? Czy on był taki leniwy? Może był bez talentu? Jeśli nic się nie zmieni, najprawdopodobniej zostanie wygnany. Szylkretka nie wiedziała, czy to dla nich lepiej. Może tak. Nie potrzebowali w klanie leniwych kotów. Zajmował tylko miejsce bardziej ambitnym jednostkom.
Ją mianowano wojowniczką już w wieku dziesięciu księżyców! A on nadal gnił w legowisku uczniów, musieli mieć tam naprawdę ciasno, w końcu tyle kotów obecnie się uczyło. Słota zdążyła nawet własną uczennicę dostać i ją wstępnie zapoznać z życiem w klanie! Pomrok również została mianowana, od tamtego czasu wydarzyło się tak wiele... Porywisty Dąb opuścił Klan Wilka wraz z resztą zdrajców nocą, kiedy wszyscy spali. Spoglądanie na Ciernistą Łapę nadal jak na ucznia, mimo że byli w tym samym wieku, a ponadto mieli kiedyś tak wiele potencjału, było dla niej naprawdę nietypowe. Ostatnio sporo takich obcych rzeczy się działo.
Ustawili się na pustej polance, mentorki usiadły nieopodal siebie, a uczniowie stanęli naprzeciwko, patrząc sobie z poddenerwowaniem w oczy. Cykoriowa Łapa wyglądała na naprawdę wystraszoną, futro jeżyło jej się wzdłuż kręgosłupa, co chwilę rzucała spojrzenie Ognikowej Słocie, a Cienista Łapa już prezentował się pewniej, tak naprawdę dużo pewniej. Spoglądał na nią z góry i drwił z młodszej od czasu do czasu, jakby chciał ją podjudzić. Słota strzepnęła jedynie ogonem ze zniecierpliwieniem, poganiając, żeby już zaczynali. Lamentująca Toń obserwowała ich, nie odrywając wzroku. Kiwnęła głową na zgodę, czekając na pierwszy ruch z ich strony.
Cienista Łapa wrzasnął, rzucając się w kierunku Cykoriowej Łapy. Jednym zwinnym ruchem przygniótł ją do ziemi, przyciskając łapę do jej klatki piersiowej. Bursztynooka pisnęła, uderzając głową o grunt. Otworzyła oczy szeroko, próbując się spod niego wydostać. Kopała starszego ze schowanymi pazurami w brzuch nieskutecznie. Próbowała się wydostać, jednak on nie ustępował. W pewnym momencie pręgowana użyła więcej siły, odpychając go od siebie na chwilkę. Ta chwilka jej wystarczyła, ponieważ już po paru uderzeniach serca zaczęła uciekać przed nim. Ognikowa Słota uderzała ogonem o ziemię ze zniecierpliwieniem, powarkując pod nosem. Co ona najlepszego wyprawiała? Czy naprawdę było aż tak źle? Po ucieczce zdrajców jej musiało odbić. Z tego wszystkiego aż odechciało jej się szukać dzisiaj jajek dla Srebrzystej Łuny. To było niedorzeczne.

Od Słotnej Łapy (Ognikowej Słoty) CD. Pomrocznej Łapy (Nadciągającego Pomroku)

Przeszłość

— Rozmawiałam ostatnio z Jarzębinowym Żarem — słowa wyrwały jej się z pyszczka. Oczka rudaski już mrużyły się ze szczególną dezaprobatą. Bardzo nie lubiła Jarzębinowego Żaru, za to wszystko, co zrobiła ich matce. Pomrok prędko podniosła do góry łapkę, aby uciszyć nadchodzącą z jej strony naganę. — Nie chciałam! Wybrana zostałam do towarzyszenia jej przy zbieraniu ziół, taki okropny zbieg okoliczności… Sama zaczęła do mnie mówić — zniżyła ton głosu do szeptu. Brązowe spojrzenie rudej stało się odrobinę przychylniejsze. — Takie bzdury wygadywała, takie okropieństwa! Obrażała… Obrażała mamę i musiałam jej bronić. Wiem, że ty byś tak zrobiła, a nie mogłam znieść jej okropnych słów…
Słotna Łapa otworzyła oczy szeroko, spięła mięśnie, jakby miała już wstać i skierować się do legowiska medyków, jednak Pomrok ją powstrzymała.
— Powyrywam jej futro — syknęła Słota, nerwowo ugniatając podłoże pod sobą. Gdyby tylko miała możliwość, wbiegłaby tam i wyrwałaby jej uszy. Jak ona śmiała tak wypowiadać się o ich matce! O ich kochanej Zalotce! — Ona jest taka niewdzięczna, tak mi działa na nerwy! — miauknęła już głośniej, końcówka jej ogona drgała, jakby ją ktoś prądem raził. Pazury wysuwała i chowała, chociaż tak, żeby nie poranić swojej siostry. Muszą jej jakoś pokazać. Zrobić coś, żeby Jarzębinowy Żar udusiła się własnymi słowami.

***

Teraźniejszość

Ognikowa Słota wzięła zdobycz ze sterty zwierzyny, wypatrując w centrum siostry, Nadciągającego Pomroku. Usłyszała nieprzyjemne burczenie w brzuchu, odruchowo oblizała policzki przed posiłkiem, nie mogąc się go już doczekać. Podmuchy wiatru zebrały się razem z przebierającymi łapami pobratymców, każdy zajmował się czym innym, gdy przeżuwała dokładnie swoją porcję. Siostry były ze sobą blisko, a mimo to Wilczaczka jakoś czuła się tak, jakby wiedziała o kotce coraz mniej z każdym dniem. Nigdy wcześniej nie odczuła czegoś identycznego, tego rodzaju myśl naprawdę ją dziwiła oraz była jej obca, w końcu zawsze mówiły sobie o wszystkim, a ostatnio zorientowała się, że ona mówiła Pomrok dużo więcej o własnych przeżyciach, niżeli ona o sobie. Może było to spowodowane tym, że Słota rzadko kiedy faktycznie dawała jej dojść do słowa? Denerwowało ją to, jak Tropiąca Łaska przymilała się do ich matki, a także to, jak wiele czasu chciała spędzać z jej siostrą. Na samą myśl o czekoladowej skrzywiła się z niezadowoleniem. Nadal za nią nie przepadała, mimo że Porywisty Dąb przecież wiecznie z nią przesiadywał w przeszłości, ona zresztą też, jako część ich grupki. Po tym, jak srebrny opuścił klan, jej relacje z Tygrysią Nocą się pogorszyły, jednak nie miała nawet teraz ochoty ich polepszać, bo nie było po co. Miała ważniejsze rzeczy do roboty.
Liście szeleściły na wietrze, ziemia skrzypiała kotom pod łapami, prawdopodobnie nie mogąc doczekać się już deszczu. Kotka zajęła się poranną toaletą, chcąc wyglądać jak najlepiej, chociaż wcale nie musiała, w końcu już prezentowała się wspaniale. Dobrze byłoby porozmawiać z szylkretką, miała wiele ważnych rzeczy do opowiedzenia jej. Może przy okazji dowiedziałaby się, o co chodzi Tropiącej Łasce. Pomrok z pewnością by chciała usłyszeć o obecnych kociętach Klanu Wilka. O Grubym, Chudym, Kalince oraz Nocy – a o Nocy Słota by powiedziała najwięcej, ponieważ nie zdążyła jeszcze za bardzo poznać reszty kociąt, przynajmniej aż tak dobrze. Na pewno Gruby zdążył już ją zirytować, chociaż nie była pewna, dlaczego aż tak to na nią wpłynęło. W końcu był słaby i taki nieporadny, więc jego los był już ustalony odgórnie. Gdyby stała mu się krzywda, to nie byłaby to wina Słoty, tylko Gąsiorki, bo go nie pilnowała. Noc słuchał bardzo dużo, wyglądał też najzdrowiej, w zasadzie Kalinka też nienajgorzej. Słota najmniejsze szanse dawała Chudemu, prezentował się naprawdę marnie. Jak sama skóra i kości, no i ten chrapliwy, nieprzyjemny oddech wydobywający się z jego klatki piersiowej.
Słota wreszcie wypatrzyła Nadciągający Pomrok. Podniosła się ze swojego miejsca pospiesznie, po czym podeszła do brązowookiej z ogonem uniesionym wysoko, uśmiechając się do niej szeroko i nie zwlekając niepotrzebnie. Po paru uderzeniach serca zrezygnowała odrobinę z uśmiechu, żeby nadać sytuacji swego rodzaju powagi. Miała coś ważnego do powiedzenia, a nie chciała, żeby słyszeli o tym wszyscy, więc jej dalsze słowa dało się w pewnym sensie przewidzieć.
— Przejdziemy się? — zapytała, chociaż brzmiało to bardziej niczym swego rodzaju rozkaz, niżeli prośba. Jej wzrok był stanowczy, nieznoszący sprzeciwu.
— Słoto! Oczywiście — odparła Nadciągający Pomrok, kiwając głową, jakby zrozumiała. Wędrowała już w kierunku wyjścia, tuż obok wojowniczki. Ich ogony zniknęły w mroku tunelu do serca Klanu Wilka.
Pierwsze parę chwil przeszły w ciszy, mijając liczne drzewa iglaste. Pomrok nasłuchiwała, jak gdyby próbowała coś wytropić, chociaż wcale nie nurkowała w żadnych krzewach. Gdy oddaliły się już znacznie, kocica spojrzała na siostrzyczkę.
— Pomroku, pamiętasz te kocięta, które ostatnio do nas przyniosłaś, prawda? Rozmawiałaś już z nimi?
Gdy Nadciągający Pomrok chciała odpowiedzieć, otwierając pyszczek, Słota uniosła łapę, uśmiechając się do niej. Normalnie dopuściłaby ją do głosu, jednak nie chciała zwlekać z informacją. Odpowie za chwilę, jeśli to ważne.
— Ostatnio się nimi opiekowałam, żeby Gąsiorkowy Trzepot mogła odpocząć, widać, że sobie nie radzi. Jest ich dużo, a ona jedna i w dodatku wiecznie zmęczona. Ale nie o tym… Przyjrzałam im się dokładnie – Chudy wygląda z nich wszystkich najmizerniej, nie wiem, jakim cudem się on jeszcze trzyma. Może to kwestia czasu… Gruby, mimo równie płaskiego pyska, jest dużo pulchniejszy, chociaż też nie nazwałabym go okazem zdrowia. Cały czas łzawią mu oczy, a jak go podniosłam, to się zmęczył, mimo że nawet nie musiał chodzić. No i wcale się nie słucha, ponadto nie ma za grosz szacunku do swojej przybranej matki, nie wiem, czy cokolwiek z niego będzie — opowiadała z widocznym obrzydzeniem na pysku, gestykulując przy tym i patrząc siostrze w oczy. — Opowiedziałam Nocy o Mrocznej Puszczy, o naszych wspaniałych przodkach. Bardzo go to wciągnęło. Wcale mi nie przerywał ani nie zaprzeczył niczemu. Myślę, że on jest najbardziej obiecujący z nich wszystkich. Kalinka też jest zdrowa, ale była wtedy zajęta, więc nie wiem jeszcze też, jaka jest dokładnie. Noc jest nieśmiały i lekko ospały, bardzo dużo słucha, dlatego to dla nas idealnie. Myślę, że dobrze byłoby o nim powiedzieć też naszej mamie, Zalotce. Z pewnością by ją zaciekawił.
Nadciągający Pomrok kiwała głową, nie dodając nic od siebie, jakby nie chciała, by Słota jej znowu nie dopuściła do głosu. Widać było, że szylkretka jeszcze nie skończyła swojego wywodu.
— Zamierzam częściej do nich przychodzić. Będą miały od kogo się uczyć właściwych rzeczy. Robię to też po to, żeby im przypadkiem nikt głupot do głów nie powbijał, przykładowo o tym całym śmiesznym Klanie Gwiazdy — strzepnęła ogonem ze złością, jeżąc się. — Bo młodzi tacy są, że łatwo im coś wmówić, a potem nie zawsze to kwestionują. Pod moim okiem będą bezpieczne — miauknęła z zadowoleniem, wygładzając futro i wypinając pierś do przodu dumnie. — Ostatnio przyłapałam Grubego na gorącym uczynku. Wyszedł sobie ot tak ze żłobka, a jego wytłumaczeniem było to, że był głodny. Podobno prosił Gąsiorkowy Trzepot o jedzenie, a ona go zignorowała, wierzysz w to? — kontynuowała, śledząc pyszczek siostry wzrokiem, jakby chciała dowiedzieć się w ten sposób, czy Pomrok by się z nią zgodziła. Na pewno by to zrobiła, zawsze taka była.
— Z pewnością będą z tobą bezpieczne — zamruczała Pomrok, posyłając siostrze uśmiech.
Ognikowa Słota zmrużyła z zadowoleniem oczy. — Gąsiorkowy Trzepot powinna im więcej opowiadać o tym, o czym muszą wiedzieć, będąc w Klanie Wilka. Mam wrażenie, że albo pominęła tak istotny element wychowywania ich, albo po prostu pozapominały, bo Noc nie miał pojęcia, o czym opowiadałam, musiałam mu przedstawiać to od początku, chociaż to nie był aż taki kłopot. Opowiadałam mu tak, jak nam niegdyś mama. Myślę, że to był dla niego wielki zaszczyt, w końcu nie każdy miał okazję uczyć się ze słów naszej kochanej Zalotnej Krasopanii, a ja jemu dałam możliwość usłyszenia prawdy, o której nie miał pojęcia. Jego umysł jeszcze nie jest skażony wiarą w niewłaściwych przodków. Obserwowanie jego reakcji było dość zabawne, jest tak ekspresywnym kociakiem. Początkowo nie był do mnie za bardzo przekonany, ale prędko zrozumiał, że nie przyszłam zrobić mu krzywdy. Lubi zbierać piórka i jakieś kamyczki — dopowiadała dalej, jakby pysk miał się jej nie zamknąć do jutra. Zdążyła zapomnieć o jajkach dla Srebrzystej Łuny.

<Co o nich myślisz, siostrzyczko?>

27 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty do Grubego

Oblizała pysk po skończonym posiłku. Rozciągnęła się, wyginając grzbiet w łuk. Wysunęła pazury, rysując ziemię odrobinę, po czym schowała je, oblizując policzki. Wyszła z obozu pospiesznie, nie chcąc zwlekać z polowaniem nadto. Dzisiejszy poranek był chłodny, z pewnością za niedługo się ociepli, w końcu panowała obecnie pora zielonych liści. Trawa była pokryta malutkimi kropelkami. Z niektórych liści spadał nadmiar wody, chlupocząc, gdy lądował na ziemi. Po południu, czyli już bardzo niedługo, przyplączą się do niej już pierwsze promienie słońca, taką miała nadzieję. Może mogłaby się na nich powygrzewać? Dawno nie miała takiej okazji. I też mogłaby się od razu wysuszyć. Przedzierając się przez gęste poszycie leśne, usłyszała nagle chrupanie. Postawiła uszy czujnie, przybierając pozycję myśliwską. Rozejrzała się dokładnie, ale też tak, żeby przypadkiem siebie nie wydać. Zaczęła skradać się do źródła dźwięku – jej oczom ukazał się długouchy, chrupiący coś w najlepsze. Postawił uszy czujnie, gdy Słota przypadkowo nadepnęła na suche liście. Zrugała się w myślach, mając nadzieję, że mimo to uda jej się go dopaść. Królik stanął na dwóch łapkach, węsząc w powietrzu. Szylkretka skradała się razem z wiatrem, dlatego szansa na wyczucie jej zmniejszała się znacząco.
W paru susach doskoczyła do królika, chwytając go za kark. Po paru uderzeniach serca zdobycz przestała wierzgać, godząc się ze swoim losem. Brązowooka wróciła do serca Klanu Wilka, przechodząc przez centrum dumnie, z brodą wysoko uniesioną. Poczuła czyjeś spojrzenie na sobie, futro na karku podniosło jej się, aczkolwiek szybko je wygładziła. Ciekawe kto to mógł być? Nie mając za wiele czasu na rozmyślanie o tym, skierowała się do legowiska starszych, szeleszcząc przy tym. Niebieskooka starsza podniosła się na ten dźwięk, a gdy Ognikowa Słota położyła posiłek przed nią, srebrna podziękowała jej serdecznie, zabierając się za jedzenie. Krzywiła się przy każdym gryzie, prawdopodobnie doskwierały jej zęby, chociaż szylkretkę nie obchodziło to jakoś szczególnie.

***

Wilczaczka leżała na jednym z nagrzanych rozległych kamieni, ciesząc się z przyjemnych promieni słońca. Pobratymcy dzielili się językami, spora część kotów odpoczywała po porannym patrolu, a także polowaniach. Gałęzie drzew szeleściły kojąco, głaskane przez zefirek. Śpiew ptaków poniósł się echem po polanie. Druga garść kotów wyszła na samotne spacery lub w mniejszych grupkach, prawdopodobnie też, żeby upolować więcej. Każdy kęs był dla nich korzystny. Przechyliła pysk tak, żeby świeciło jej prosto na nos. Obecne światło nie grzało aż tak mocno, jak mogłaby tego chcieć, jednak nie mogła narzekać, wreszcie mogła sobie więcej odpocząć. Mruczała pod nosem, poruszając końcówką ogona nieregularnie. Gdy już prawie przysypiała, mając łeb na łapach, do jej uszu doleciał cichutki szmer. Zaalarmowana, podniosła głowę, spozierając na źródło dźwięku. Gdy zorientowała się, na kogo patrzy, zastrzygła wąsami, zeskoczyła z głazu, stając przed malutkim okrągłym kocięciem. Gruby zatrzymał się momentalnie, po czym spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, wyglądał tak, jakby nie wiedział, co się dzieje.
— Co ty tu robisz? — powiedziała ostro Słota, strzepnąwszy ogonem. Zmarszczyła brwi. — Nie wolno ci opuszczać żłobka. Możesz sobie z niego wyjść dopiero wtedy, kiedy ktoś ci na to pozwoli albo jak pomyślnie zdasz test na ucznia. A ty jesteś na niego zdecydowanie za młody — spojrzała na niego gniewnie, wwiercając się w płaską mordkę ślepiami.
— A-ale ja nie wiedziałem, że nie mogę… Gąsiorkowy Trzepot mi nie powiedziała, że nie mogę wychodzić — tłumaczył się, popiskując. Czy sam nie mógł wpaść na to, że mu nie wolno? Obserwując własne rodzeństwo? W dodatku za grosz szacunku do swojej matki… Ognikowa Słota położyła uszy po sobie, zirytowana dźwiękiem, jaki z siebie wydawał. Wyglądał na takiego słabego, mimo masy. Gdyby tylko jakieś ptaszysko przelatywało teraz nad ich obozem, z pewnością zgarnęłoby go i bardzo by się cieszyło. Brzuch mu chyba przyćmił rozum. Warknęła pod nosem, mrużąc oczy na chwilę. To było takie żałosne.
— Po co wyszedłeś? — dopytywała, oczekując natychmiastowej odpowiedzi.
— Bo byłem głodny, a Gąsiorkowy Trzepot była czymś zajęta i mnie nie słuchała… Naprawdę nie wiedziałem, że nie mogę — kwilił, poruszając krótkim ogonkiem nerwowo. Do jego oczek napłynęły łzy, które prędko spłynęły mu po policzkach. Brzmiał tak, jakby miał zapchany nos. Z jego pyska wydobywał się dźwięk, jakiego Słota nigdy wcześniej nie słyszała. Jakim cudem on przeżył tak długo, będąc w takim stanie? Chyba nie przestanie jej zadziwiać, oczywiście, dopóki żyje.
— W naszych lasach są sowy. Gdyby jakakolwiek cię dopatrzyła, porwałaby cię bez zastanowienia, już byś nie zobaczył swojej mamy ani rodzeństwa — powiedziała ostrzegawczo, nie mogąc znieść tego widoku. Rudy patrzył na swoje łapy, na mordce miał wymalowane poczucie winy, a przynajmniej tak wydawało się starszej. Ognikowa Słota z obrzydzeniem spoglądała na niego, nie widząc w nim nic, oprócz słabości. Myślała, że jej brat, Cienista Łapa jest słaby, jednak on przebił wszystko. Chyba jeszcze długo nie dojrzy takiego, chyba że Chudego. On wyglądał nawet mniej korzystnie. Dlaczego Gąsiorkowy Trzepot nie ukróci po prostu ich cierpienia? Schyliła łeb, chwytając go za kark. Jego małe łapki zatrzęsły się, zaczął nimi lekko wywijać, jednakże prędko się zmęczył, rezygnując z własnego pomysłu. Ognikowa Słota machała nerwowo ogonem, kocię było odrobinę ciężkie, jednak nie zamierzała go upuścić, mimo wszystko. Skoro liliowa pozwalała mu żyć, niech tak będzie. Jeśli nie wykończą go drapieżnicy, zrobi to któryś z Wilczaków, prędzej czy później. Niech Gąsiorkowy Trzepot go pilnuje.
Weszła do żłobka pewnym krokiem, rozglądając się za kocicą. Szybciutko wypatrzyła ją. Żółtooka podniosła łeb, spozierając na wojowniczkę ze zdziwieniem. Posłała jej delikatny uśmiech, aczkolwiek jej wyraz diametralnie zmienił się w momencie, gdy dojrzała rudego kocurka. Zmarszczyła brew, jakby szykowała się już do udzielenia reprymendy młodziakowi. Musiał to być dla niego wstyd – w końcu wojowniczka, która nawet nie była z nim spokrewniona, przyniosła go z powrotem do jego matki, przyłapując na gorącym uczynku. Pręgus wykorzystał chwilę jej nieuwagi, myśląc, iż jego pomysł był dobry. A dla Gąsiorki pewnie było to nawet większym ciosem, bo mogło sugerować, że wcale nie potrafi zadbać o własne młode. Szylkretka podeszła do niej pewnym krokiem, kładąc ostrożnie rudego tuż u jej boku. Był zdyszany, a nawet nie musiał sam iść przez wejście ani od centrum. Ognikowa Słota nie potrafiła powstrzymać skrzywienia, gdy na niego patrzyła.
— I więcej nie wychodź samemu — powiedziała tonem takim, jakby miała mu zaraz pourywać łapy. — Nie szanujesz wcale tego, co dla ciebie robi Klan Wilka. Wiesz, jak wiele potrzeba, żeby kocięta takie jak ty mogły żyć wśród nas? — prychnęła, wycofując się ze żłobka. Mogła porozmawiać z Nocą. Kocurek na pewno chciałby posłuchać trochę więcej. Przyjdzie do niego jutro, dzisiaj niech odpocznie. Ostatnio sporo rzeczy mu powiedziała, musiał to na spokojnie przetrawić.

<Uważaj na siebie, Gruby>

26 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty do Nocy

Dzisiejszy dzień zapowiadał się na spokojny. Ognikowa Słota wyruszyła na polowanie, tym razem chciała złapać karczownika dla Gąsiorkowego Trzepotu. Kocica poprosiła ją o niego jakiś czas temu, wyglądała na wykończoną. Zresztą nic dziwnego, miała z pewnością wiele pracy przy maluchach. Śpiew ptaków działał na nią kojąco, lekkie podmuchy wiatru mierzwiły jej futro, jednak brązowooka nie przejmowała się tym nadto. Ciepłe promienie zakrywały wysokie korony drzew, do kotki docierało jedynie cieniutkie pasmo co jakiś czas, które nawet nie raziło ją w oczy. W pewnym momencie usłyszała szelest w krzewach, przybrała prędko pozycję myśliwską, skradając się do zwierzyny. Będąc wystarczająco blisko, wyskoczyła, jednym sprytnym ruchem zabijając gryzonia.

***

Ognikowa Słota zajrzała do żłobka powoli. Jej oczom ukazała się Gąsiorkowy Trzepot, miała na mordce wymalowane wyraźne niezadowolenie. Tuż u jej łap siedziało kocię z miną pełną wyrzutów sumienia, jakby dopiero co dostał ochrzan od mamy. Przed nim leżała połamana gałązka. Starsza podniosła wzrok na młodszą z konsternacją, stawiając uszy czujnie.
— Ognikowa Słoto? Co tu robisz? — zapytała, poruszając ogonem lekko nerwowo. Brązowooka poczuła spojrzenie paru ciekawskich małych oczu na sobie. Zmrużyła ślepia, jednak nie w złośliwy sposób.
Szylkretka podeszła bliżej, owijając kitę wokół łap. Położyła karczownika przed liliową.
— To dla ciebie. Gąsiorkowy Trzepocie, potrzebujesz pomocy przy małych? Mogłabym się nimi na chwilę zająć, a ty byś sobie odpoczęła albo rozprostowała chociaż łapy — zaproponowała szczerze, spoglądając na Noc, który bawił się z Kalinką. Wróciła spojrzeniem na kocicę, czekając na odpowiedź z jej strony. Była ciekawa, czy Nadciągający Pomrok dobrze zrobiła, sprowadzając je tutaj, oczywiście oprócz Kalinki, która była biologiczną córeczką Gąsiorkowego Trzepotu. Chociaż może jej także powinna się przyjrzeć.
Wilczaczka otworzyła oczy nieco szerzej. Nie zwlekając długo z odpowiedzią, pokiwała głową, przysuwając jednego z nich bliżej Słoty.
— Maluchy, zajmie się wami na razie Ognikowa Słota. Wrócę do was niedługo — powiedziała, spoglądając na pobratymczynię z wdzięcznością. Chwyciła karczownika w pysk, po czym wstała. Szylkretka uśmiechnęła się do niej odrobinę, spozierając na kocurka u jej łap. Bursztynooki odprowadził mamę wzrokiem, kładąc uszy po sobie. Słotę normalnie zdziwiłaby taka reakcja, jednak miała pewien interes w tym, co obecnie robiła. Nie wynikało to jedynie z czystej ciekawości – na pewno ona grała tu dużą rolę, aczkolwiek coś podpowiadało jej, że nie traciła czasu, przychodząc tu dzisiaj.
— Cześć, jak się nazywasz? — zapytała, posyłając uśmieszek i jemu, gdy kita starszej zniknęła w wyjściu ze żłobka.
Czarny kocurek pokręcił główką, jakby wyrwano go z transu. Spojrzał na kocicę z lekkim zdziwieniem, jednak po chwili przełknął nerwowo ślinę.
— Nazywam się Noc. To jest mój braciszek, Gruby, a tam siedzi Chudy. No i jest z nami też Kalinka — kocię przedstawiło ich wszystkich, na każdego pokazując palcem, jakby nie chciał nikogo pomylić.
Ognikowa Słota zerknęła na każdego kolejno, kiwając głową, żeby mu pokazać, że go nadal słucha. Zauważywszy płaskie mordki dwóch z nich, uniosła brew ze zdziwieniem, stukając nerwowo ogonem o podłoże, prawie jak na zawołanie. Klan Wilka przyjął kociaki które musiały walczyć o oddech każdego dnia? Czy naprawdę aż tak im się powodziło ze zwierzyną lub dopadła ich tak wielka desperacja? Może ostatnio proszono ją o zapolowanie na więcej, żeby wykarmić właśnie nich? Z jakiegoś powodu u Słoty pojawiła się myśl, że Nocy by jedzenia nie żałowała. Wyglądał na zdrowego, na pierwszy rzut oka nie dostrzegła u niego żadnych anomalii, z zachowania był jedynie może… ospały i lekko nieśmiały, ale to nie było nic, czego nie dało się naprawić z czasem. Przysunęła kitą czarnofutrego bliżej siebie, jakby chciała go ochronić, chociaż sama nie była pewna, przed czym. Mimo wszystko nie pokazała po sobie ewentualnej niepewności, raczej uśmiechnęła się do niego pocieszająco. Spostrzegła szybko, że kocurek lubi zbierać piórka i wszelkiego rodzaju ozdóbki, w legowisku było tego pełno, a sam między własnymi kłosami miał ich także niemało.
— Sam zbierałeś te kamyczki? — zapytała, wskazując pyskiem w kierunku łoża.
Noc pokiwał głową, uśmiechając się leciutko. Ciekawe czy zamierzał coś więcej o nich opowiedzieć? Nawet jeśli, to nie zapowiadało się na to, żeby wojowniczka pozwoliła mu dojść do słowa.
— Bardzo ładne. — pochwaliła go, oglądając się za siebie, żeby sprawdzić, co robi reszta jego rodzeństwa. — A wiesz, że ja też lubię zbierać różne rzeczy? Przykładowo dostałam złotą monetę od mojej kochanej mamy. Mam w legowisku także gałązkę jemioły od… — przerwała, marszcząc nos, jednak po chwili zmusiła się do ponownie pozytywnej mimiki. — Nieważne. Może powinnam ją wyrzucić, w końcu ma już swoje księżyce… — powiedziała do siebie. Od kocicy dało się wyczuć zapach jemioły, mimo że od jej przyniesienia upłynęło tyle czasu. Z jakiegoś powodu nie mogła jej wyrzucić, to było jedyne, co jej pozostało po Porywistym Dębie, po jej przyjacielu, który okazał się zdrajcą. Ciekawe, czy taki był od zawsze, czy to Klan Gwiazdy namieszał mu w głowie? Czy gdyby powstrzymała go przed ucieczką, jeśli byłaby taka możliwość, to czy by został? Może go zaszantażowano, a że było ich więcej, Dąbek nie miał wyboru? Pokręciła głową. Dywagowanie na ten temat nie miało najmniejszego sensu, skoro nawet nie znaleźli ich wszystkich, a trop prędko się urwał.
Kalinka dłubała pazurkiem w zaschniętym mchu, a Gruby odpoczywał, jakby dopiero co zjadł. Chudy siedział naburmuszony, to pewnie jemu coś połamano jak przyszła. A może Nocy? W końcu on zbierał różne przedmiociki.
— Opowiedzieć ci o czymś fajnym? — zagadnęła, zwracając uwagę bursztynookiego z powrotem na sobie. Zauważywszy jego zainteresowanie, poruszyła ogonem. Zamierzała nauczyć go o wierze w Mroczną Puszczę. Noc miał ogromny potencjał, szczególnie dlatego, jak wiele słuchał. Miała tylko nadzieję, że wynika to z jego zainteresowania, niżeli bujania w obłokach. — Zauważyłeś kiedyś, że różnicie się wraz z Kalinką od swojego rodzeństwa? — szepnęła, na co młodzik pokiwał główką raz jeszcze. Spojrzał na nich, jakby musiał się upewnić na nowo. Łapką dotknął swojego nosa. — Wiesz, dlaczego wyglądają inaczej? Ponieważ Klan Gwiazdy chce dla was źle. Obdarzył ich krótszymi kufami, żeby musieli się męczyć. Niestety nie możemy zrobić dla nich nic, żeby im ułatwić oddychanie, jednak ty i Kalinka jesteście inni. Macie ogromny potencjał i zamierzam wam pomóc w rozwijaniu się. — szepnęła mu do ucha dalsze słowa z dumą, po chwili pusząc sierść na piersi z zadowoleniem. Będą bezpieczni pod jej okiem.
— Ojej, naprawdę? Dziękuję…! A dlaczego oni tak mają? Bardzo im to szkodzi? Myślałem, że to normalne… — wymruczał Noc, spoglądając na swoich braci ze zmartwieniem. Słota obróciła jego główkę w swoją stronę delikatnie.
— Wiesz dlaczego? Bo Klan Gwiazdy taki jest. Twoi bliscy niczym nie zawinili, a i tak ich ukarano. Ukarano ich bez powodu. — Strzepnęła ogonem ze złością, jednak nie na Noc. Sama siebie napędzała, Klan Gwiazdy tak wiele napsuł jej w życiu, a nie była na tym świecie nawet tak długo. Kalinka spojrzała w jej kierunku, jakby chciała podsłuchać ich rozmowy, jednak wróciła prędko do zabawy, zagłuszając ich cichą konwersację. — Noc, a… słyszałeś o Mrocznej Puszczy? — zapytała, gładząc ogon łapą.
Kocię pokręciło głową w odpowiedzi. — Co to takiego?
— To są nasi przodkowie, czuwają nad nami. Nad kotami takimi jak my — uśmiechnęła się szeroko. — Wiara w nich jest dla nas bardzo, bardzo ważna. Czy Gąsiorkowy Trzepot opowiadała ci już o nich? Może zapomniałeś? — dopytywała Słota, nie spuszczając oczu z młodziaka. Zapytała o to samo drugi raz, jakby chciała się upewnić, czy aby na pewno.
Kocurek ponownie pokręcił głową, na co Słota zareagowała dość negatywnie. Na jej mordce wymalowało się niezadowolenie, a sierść zjeżyła się wzdłuż kręgosłupa. Czy liliowa postradała zmysły? A może nie dawała sobie rady ze względu na to, jak wiele kociąt musiała doglądać i przez to zapomniała? Chociaż to było absurdalne. Może Noc po prostu zapomniał. Kociaki miały to do siebie, że czasami informacja wlatywała jednym uchem i wylatywała drugim. Słota po chwili przybrała łagodniejszy wyraz pyszczka, starając się panować nad sobą. Chwyciła w łapę kamyczek, gładząc go poduszką. — Pozwól, że ja ci o nich opowiem, wychowałam się na historiach mojej mamy, Zalotnej Krasopanii, najlepszej mentorki oraz wojowniczki w Klanie Wilka. Wiem, o czym mówię, możesz mi zaufać. Mroczna Puszcza to miejsce dla najlepszych i najwspanialszych kotów. Trafiają tam koty odważne, takie, które niosą przykład innym, tym zagubionym. Dołączenie do nich po śmierci to największy zaszczyt, jakiego kot może doświadczyć. A wiesz też, że nawet ty byś mógł taki być? Z pewnością chciałbyś wiedzieć, jak to osiągnąć – otóż oczywiście ciężką pracą, ale też i wiarą w nich. Tylko wiesz… nie możesz powiedzieć nikomu o tym, nawet swojej mamie ani swojemu rodzeństwu, czego dzisiaj się dowiedziałeś, przynajmniej dopóki ci nie powiem, że możesz. W przeciwnym razie przodkowie będą bardzo niezadowoleni. A nie chcesz, by byli na ciebie źli, prawda? — poruszyła łapą, przyciskając kamyczek mocniej, ogonem tuląc młodzika do siebie bardziej.
— Nie chcę, nie! — pokręcił główką energicznie, wsłuchując się w dalsze słowa kocicy.
— Posłuchaj. Niektóre koty w Klanie Wilka wierzą w innych przodków. Oni chcą dla ciebie źle i mogliby cię nie zrozumieć przez to, że są ograniczeni i nie dostrzegają, co jest dla nich tak naprawdę dobre. Są zagubieni. Chcą odebrać nam siłę. Życzą ci tego, co Klan Gwiazdy dla twojego rodzeństwa. Skrzywdził ich na całe życie, przez nich teraz muszą się męczyć. Nasi przodkowie by ich tak nie zranili. Koty Mrocznej Puszczy są dumne oraz silne, obserwują nas nawet w tej chwili, czuwają nad nami. Tak naprawdę Miejsce Gdzie Brak Gwiazd jest dobre. Tylko ono, a nie Klan Gwiazdy — splunęła pod koniec. Miała głos również ściszony tak, żeby nie przebijał się przez radosne piski reszty kociąt. Zależało jej na tym, żeby przedstawiać im tę wiedzę stopniowo, ponieważ nie znała ich jeszcze wcale, a musiała być ostrożna, bo nie każdy był w stanie pojąć tego typu mądrości. — Największym zaszczytem dla każdego z nas jest, żeby po śmierci zasilić ich szeregi — powtórzyła, jakby w ten sposób miała zakorzenić to w głowie młodziaka na zawsze.

<Zapamiętasz to, Noco?

24 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota wyruszyła na patrol wraz z Tygrysią Nocą, Jaskółczym Zielem, a także Dyniową Skórką. Ostatnio w klanie wilka zawitało parę nowych, młodych pyszczków. Szylkretka jeszcze nie miała aż tak dobrej okazji, żeby je odwiedzić. Była ciekawa, czy były silne, zastanawiał ją także ich charakter. Z tego, co dosłyszała, nazywali się… Gruby, Chudy, Noc, a także Kalinka. Brązowooką zdziwił taki wybór imion, chociaż matki miały pełne prawo do nazwania swoich pociech, jak tylko im się podobało. Ciekawe czy Gąsiorkowy Trzepot radziła sobie z taką gromadką? Co prawda tylko Kalinka była jej biologiczną córką, jednak zajmowała się resztą tak, jakby były jej, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce.
Uskoczyła w krzewy, węsząc za wszelkiego rodzaju zwierzyną. Przesunęła krzewy łapą, rozglądając się dokładnie. Jej oczom ukazała się nornica. Przypadła do ziemi, ogon miała nisko, a wzrok skupiony na zdobyczy. Zaczęła zbliżać się do niej i znalazłszy się wystarczająco blisko, wyskoczyła w powietrze, goniąc za gryzoniem. Głośne piski rozległy się po lesie dookoła, uszom Słoty nie umknął trzepot skrzydeł nieopodal. Nie dając się rozproszyć, dogoniła wreszcie nornika i chwyciwszy go za kark, zabiła go, dumna z siebie.
Powróciła do patrolu, za ten czas ruda kocica także zdołała coś upolować, Jaskółcze Ziele jeszcze się rozglądała, a Słota na Tygrysią Noc nawet nie chciała tym razem patrzeć.

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota przewracała się w legowisku, czując lekkie podmuchy wiatru na futrze. Sen, który przyśnił jej się chwilę temu, nie był wcale taki przyjemny. Może jeśli zaśnie za moment na nowo, to trafi jej się lepszy?
Poranne promienie zaczynały przebijać się przez gęsty krzew legowiska wojowników. Słota dostrzegła na swoim boku jaśniejsze plamki. Westchnęła pod nosem – kiedy noc tak szybko minęła? Rozciągnęła się porządnie, wyginając grzbiet w łuk. Zajęła się poranną toaletą, wygładzając odstające kępki futra łapą. Po jakimś czasie wyszła z legowiska, zauważywszy, iż spora część kotów jeszcze śpi.
Wybrała się poza obóz raz jeszcze. Może dzięki promieniom znalezienie rośliny, na której jej zależało będzie łatwiejsze? Miała nadzieję, że tak. Zaczęła rozglądać się dokładnie po pustej polanie, doszukując się nawet najmniejszych krzewów. Gdy je wreszcie dojrzała, w jej oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. W paru susach doskoczyła do krzaczka, wyrywając z niego gęstą kępkę w nadziei, iż taka ilość będzie satysfakcjonująca dla kocicy.
Po jakimś czasie wróciła do obozu z mordką wypchaną łodygami wraz z liśćmi młodej pokrzywy. Podreptała radośnie w kierunku Dyniowej Skórki, ruda kocica momentalnie odwróciła się do młodszej, z podekscytowaniem spozierając na jej zbiór.
— Udało ci się zebrać wszystko? Świetnie, bardzo ci dziękuję, Ognikowa Słoto — miauknęła wojowniczka, odbierając swoje zamówienie od młodszej. Wycofała się do legowiska medyka, prawdopodobnie w celu uzupełnienia zapasów ziół.
Ognikowa Słota zamruczała z zadowoleniem. Wreszcie jej się udało!

23 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota przeskoczyła nad niskim pniem, czując, jak podmuchy wiatru czeszą jej futro. Goniła za królikiem, był tak blisko, że małe drobinki ziemi, jakie posyłał w powietrze co jakiś czas, niemal wpadały jej do oczu. Wymijała wszelkiego rodzaju przeszkody, by tylko się nie przewrócić.
W pewnym momencie wyskoczyła w powietrze, lądując na grzbiecie uszatego. Długouchy zaczął wierzgać ile sił w łapach, wydając przy tym pisk tak głośny, iż Słota się skrzywiła. Próbował zrzucić ją z siebie, aczkolwiek nie przynosiło to takich rezultatów, na jakie liczył. Nie czekając długo, schyliła się, wgryzając w kark, pozbawiając go w ten sposób życia. Chwyciła zwierzynę w pysk, dumna z siebie. Nie była pewna, czy uda jej się dzisiaj znaleźć te pokrzywy. Dobrze, że zdobyła chociaż tyle. Wracanie do obozu z pustymi łapami ją dobijało. Wojowniczka poczuła, jak mokra kropla skapuje jej na grzbiet. Spojrzała w górę i zauważywszy gęste, szare chmury malujące się na niebie, zaczęła powoli się wycofywać, nie chcąc zmoknąć. Niebo prezentowało się prawie tak, jakby ktoś wyścielił je futrem. Coraz więcej zaczęło skapywać na nią, obijały się o liście z głośnym pluskiem, lądując w kałużach, które powoli się tworzyły. Ognikowa Słota truchtem biegła w stronę obozu, tym razem nie udało jej się znaleźć rośliny, znowu… ale za to upolowała zwierzynę! Więc przynajmniej nie będą chodzili głodni, taki królik potrafił zapewnić kotu najedzenie i to na jakiś dłuższy czas, chyba że ktoś lubił się objadać.

22 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota wróciła z patrolu, czując przyjemne poranne podmuchy wiatru. Dzisiaj Cykoriowa Łapa mogła zażyć dawkę odpoczynku, wczoraj świetnie się spisała. Szylkretka podeszła do stosu i wzięła sobie z niego nornicę.
Przez zgiełk w centrum, nikt konkretny nie zwrócił na nią uwagi. Ona sama też nie zbliżała się do samego kota, dzisiaj zamierzała zjeść sobie w spokoju. Po skończonym posiłku oblizała dokładnie policzki, zajmując się poranną toaletą. Wszystkie odstające kępki futra wygładziła, kończąc na myciu uszu. Wstała, po czym rozciągnęła się i wyszła z obozu ponownie, tym razem, żeby znaleźć młode pokrzywy. Już miała o nich odrobinę więcej pojęcia – dostała mniej więcej opis liści, dlatego jej szanse na znalezienie jej wzrastały. Z każdym kolejnym wypadem ogon drgał jej coraz bardziej nerwowo, czasami zastanawiała się, dlaczego Dyniowa Skórka sama by po nie nie poszła albo może Cisowe Tchnienie. W końcu to było w interesie medyka, żeby kontrolować zapas ziół. Wojownicy byli od tego, żeby bronić innych, patrolować granic, a także polować na zwierzynę, by klan nie głodował. Albo przynajmniej tak się Słocie wydawało. Może coś przegapiła?
Rozglądając się po krzewach, nic nie przypominało jej tego, czego szukała. Irytacja kotki wzrastała z każdym krokiem. W pewnym momencie odwróciła się na pięcie. Pewnie znowu poszła w podobnym kierunku, co ostatnio, skoro nic nie przykuwało jej szczególnej uwagi. Wróciła do obozu okrężną drogą, łapiąc przy okazji ryjówkę, żeby nie wracać z pustymi łapami. Trochę jej zeszło, szkoda by miała zmarnować tyle czasu na nic.

21 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota skrzywiła się, zauważywszy Wilczy Skowyt. Nie przepadała za kocurem. Nadal gdzieś z tyłu głowy miała słowa Zalotnej Krasopanii sprzed paru księżyców. Powinna trzymać się od kotów jego typu z daleka, tak więc też robiła. Ciekawe czy Zalotka to dostrzegała? I jeśli tak, to czy była dumna ze swojej córki?
Szylkretka wyruszyła poza obóz, w celu znalezienia pokrzyw. Tym razem starała się skupić dużo bardziej niż ostatnio. Musiała je znaleźć… im więcej porażek na jej koncie, tym bardziej wpływało to na jej samopoczucie. Oczywiście nie zamierzała nikomu się przyznawać do tego, że jej nie wyszło. Dzisiaj miała w celu ogłosić wreszcie, że jej się udało. Że Dyniowa Skórka już nie musi szukać więcej i dostanie od niej wystarczająco. Aczkolwiek… im dłużej tak wędrowała i się rozglądała, tym bardziej docierało do niej to, że nie miała pojęcia, gdzie mogła się spodziewać tej rośliny. Może gdyby kiedykolwiek jej się chciało szkolić na medyka oraz zostałaby wybrana do tego, to by miała nieco więcej o tym pojęcia. Jednak nigdy zioła jej nie interesowały, miałaby niezbyt przyjemnych mentorów, a ponadto... ona raczej wolała walkę i polowanie, zresztą nie chciała tego też wymieniać na nic innego, takie życie bardzo jej odpowiadało. Sprawdzała się jako wojowniczka i mimo ukończenia treningu, nadal niekiedy ćwiczyła sobie w zaciszu, żeby przypadkiem nie stracić formy, jaką sobie wyrobiła przez tyle księżyców.

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota cieszyła się ciepłymi promieniami słońca, które padały na jej bok. Wylegiwała się wygodnie na jednym z rozłożystych kamieni podczas przerwy. Dzisiejszy trening z Cykoriową Łapą był udany. Gdyby pogoda była gorsza, może brązowooka wzięłaby młodą na kolejny, chociaż chyba dobrze było dać jej odpocząć tym razem. Szkoda by miała się zamęczyć, w końcu jutro też musi się czegoś nauczyć.
Wojowniczka wyruszyła w las, ostatnimi czasy to też była jedna z tych rzeczy, które robiła dosyć często. Wszystko po to, żeby znaleźć przedmioty, o jakie prosili ją inni niektórzy wilczacy, ale nie tylko ją. Brązowooka wsłuchiwała się w przyjemny śpiew ptaków, pod jej łapami uskakiwały zielone robaczki, wtapiające się lekko w ziemię. Wojowniczka nawet nie starała się ich omijać, wiedziała, że jeśli miały uskoczyć, to to zrobią. Jeśli nie, wtedy to nie było jej winą, iż na nie nadepnęła. W zasadzie nie miało to większego znaczenia i tak, ponieważ robaki były zawsze i zawsze znajdowały sposób na to, żeby jakoś wrócić. Nikomu nie zrobiłoby różnicy parę mniej. Rozglądała się za młodymi pokrzywami. Brązowooka nie była pewna, gdzie dokładnie należało ich szukać, dlatego poszła w możliwe, że losową stronę. Po dłuższym czasie poszukiwań nie udało jej się niczego konkretnego wypatrzeć. Podirytowana, spłaszczyła uszy. Może innym razem.

20 grudnia 2025

Od Roztargnionego Koperka

Roztargniony Koperek wróciło do obozu po znalezieniu jeżyn, od razu wręczając je mamie. Polizało Kwitnący Kalafior po uchu, na co dostało krótkie mruknięcie.
— Dziękuję — mruknęła, zjadając jedną z jeżyn. — Nie chciałobyś też znaleźć odrobinę miodunki? Obiecuję, że po tym już nic nie będę chciała — uśmiechnęła się, patrząc ciepło na swoje kocię.
— Oczywiście mamo. Coś jeszcze? — odparło, odsuwając się kawałek od białej kotki.
— Ach i Ognikowa Słota cię szuka. Podobno wbił się jej w grzbiet jakiś naprawdę uparty kleszcz — rzuciła kotka.
Koper kiwnęło jeszcze jej głową na pożegnanie, kierując się w stronę legowiska medyków. Widząc, że Cisowe Tchnienie po powrocie ze zbioru ziół leczyła już Słotę.
— Idę po miodunkę — rzuciło w stronę kotki, kierując się w stronę dalszej części terenów Klanu Wilka.
Łapy jakby same pokierowały jeno w stronę wilgotnych terenów, gdzie najprawdopodobniej mogło znaleźć trochę miodunki. Przyglądało się przez moment rzeczce. Zanurzyło w niej powoli łapy, dopływając do drugiego brzegu. Widząc kolorowe kwiatki, zebrało trochę rośliny, wracając z roślinnym ekwipunkiem do obozu.

***

— Wróciłom — miauknęło, wręczając mamie miodunkę. — Muszę jednak już iść, Makowa Łapa pytała, czy mam chwilę, żeby sprawdzić, co jej dolega — dodało, wychodząc w legowiska starszych.
Weszło do legowiska medyków, a z tego, co wywnioskowało po uderzeniu w bok, za nim wbiegł jakiś prawdopodobnie uczeń. Odwróciło się nagle, widząc czarną jak noc młodą kotkę.
— Przepraszam! — miauknęła kotka, na co Koper tylko się zaśmiało.
— Tak, tak. Dzień dobry Makowa Łapo. Co cię tutaj sprowadza? — uśmiechnęło się lekko, przyglądając się kotce. — Czyżby coś z łapami? Strasznie nierówno biegasz — mruknęło po chwili, wnioskując to z wcześniejszych uderzeń łap kotki o ziemię.
O ile węch miało okropny, tak słuch był już znacznie bardziej wyostrzony. Zrobiło kotce okład z ziół i odesłało ją, aby odpoczęła.

Event: miodunka

Wyleczeni: Ognikowa Słota, Makowa Łapa

Od Roztargnionego Koperka CD. Cisowego Tchnienia

Liliowy przeciągnął się, otwierając leniwie oczy, by spojrzeć na lekko rozrzucone zioła. Wyjątkowo długo spało, co najpierw wydawało się dla jeno dziwne. Przypomniało sobie jednak, że wczoraj wzięło ziarenko maki na lepszy sen. Ostatnio, gdy tylko próbowało zasnąć, jeno legowisko wydawało się jak z kamieni, a gdy w końcu wpadało w objęcia Morfeusza, miewało koszmary. O śmierci ojca i Borsuczej Puszczy skręcającej mu kark. O początkach choroby matki. O starych czasach i jeno kontaktach z Brukselkową Zadrą. Czy nawet o głupich rozmowach z Kosaćcową Grzywą na wszystkich zgromadzeniach. Wszystkie kończyły się jakoś inaczej, niż je pamiętało. Dziwnie tragicznie. Poniekąd właśnie to sprawiało, że wróciło stare Koper. Pusta arogancja znowu dawała popalić jeno najbliższym, a futro jeżyło się od końca ogona aż do czubka głowy za każdym razem, gdy ktoś próbował z jeno porozmawiać. Co jakiś czas przychodziły momenty, w których nie wiedziało nawet, kim jest. Myślało wtedy, że to taki sezon, gdyż nigdy nie przepadało za Porą Zielonych Liści. Szybko jednak się okazało, że po prostu znowu zostało zabrane jeno coś, co kochało. W tym przypadku były to córeczki, które aktualnie wiodły nowe życia na ścieżce ku byciu najlepszymi wojowniczkami, o jakich słyszały klany. Koszmary przychodziły zawsze, gdy traciło coś lub kogoś bardzo ważnego. Otworzyło znowu oczy, mrugając kilka razy. Wstało i powoli rozejrzało się po legowisku medyków. Cisowe Tchnienie dalej spała. Zdawała się nieświadoma chaosu, który właśnie powstawał na zewnątrz. Podobno zniknęło kilka kotów. Pierwszą myślą Kopra było to, że może po prostu przedwcześnie wyszli na patrol. Po chwili jednak dotarła do jeno informacja, że tych kotów było co najmniej ośmiu. Zjeżyło futro, szukając wzrokiem Jarzębinowego Żaru, jednak kotki również nigdzie nie było. Wyszło z legowiska, rozglądając się za znajomymi pyszczkami. Zauważyło siedzącą z boku Cykoriową Łapę i odetchnęło z ulgą. Podeszło do kotki.
— Nie ma Stroczkowej Łapy! — miauknęła, oznajmiając w ten sposób, że to już dziewiąty kot, który zniknął.
— Czy wiesz już, kogo nie ma? — zapytało, ale po chwili potrząsnęło głową. — Kosaćcowa Grzywa jest? — mruknęło, bardziej konkretnie wypytując córkę. Miało szczerą nadzieję, że doprowadzi jeno to na trop młodszej medyczki.
— On chyba też zaginął. Przeszukiwali tereny, ale nikogo z nich nie znaleźli. Czemu pytasz? — odparła kotka, rzucając na końcu szybkie pytanie, choć wyraźnie widziała iskierkę przerażenia w jeno oku.
— Nieważne — mruknęło, nie chcąc odpowiadać. W końcu co jeśli bez powodu uznało koleżankę z legowiska za zdrajczynię? Postanowiło więc czekać z nadzieją, że jednak wyszła tylko po potrzebne zioła.
Południe
Roztargniony Koperek siedziało obok legowiska, przyglądając się wszystkim dookoła. Dla wszystkich sprawa była już jasna. Dziesięć wronich karm postanowiło uciec niczym tchórze z Klanu Wilka. W tym także koty w jakiś sposób dawniej ważne dla Kopra. Liliowy skrzywił się na myśl o Jarzębinie i Kosaćcu, jednak po chwili zupełnie wyrzucił ich ze swoich myśli, przypominając sobie, że to tylko bezużyteczni zdrajcy.
Spojrzało bokiem na Blade Lico, mrużąc oczy. Stał obok jeno, przyglądając się.
— Przekonaj jakiegoś ucznia, żeby przyniósł mi wiewiórkę, dobra? — zapytał byłego ucznia.
— Jasne — miauknęło, ponownie kierując się w stronę Cykoriowej Łapy.
— Coś się stało? — zapytała czekoladowa, a Koper tylko kiwnęło głową na nie.
— Mogłabyś może złapać wiewiórkę dla Bladego Lica? — mruknęło, a kotka kiwnęła głową. — Poszukaj niedaleko obozu w lesie — mruknęło jeszcze kotce na pożegnanie. Kotka wzięła ze sobą dwa inne koty i poszli na polowanie.
— Dzień dobry marudo — rzuciło w stronę przechodzącego obok Kruczego Pióra, który obrzucił go niechętnym spojrzeniem. — Ty chyba powinieneś mnie niedługo odwiedzić, wiesz… — mruknęło kąśliwie. — Albo teraz. Chodź, bo aż śmierdzisz na odległość, współczuję twoim towarzyszom z legowiska — prychnęło, wbijając wzrok w czarnego kocura.
— Ze wszystkich kotów na tym świecie… Dlaczego akurat ty? — przewrócił oczami i po nieco dłuższym namyśle zdecydował jednak, że pozwoli się wyleczyć.
— Podam ci wierzbę białą. Jeśli nie przejdzie, przyjdź ponownie. Tylko tym razem faktycznie przyjdź i nie każ mi siłą wyciągać cię z legowiska — burknęło prześmiewczo, obserwując wychodzącego kocura. — Do widzenia Krucze Pióro! — zawołało za nim jeszcze, choć nie usłyszało nic oprócz jakiegoś nieprzychylnego komentarza o myszojadach czy czymś w tym stylu.

***

Liliowy mył swoje łapy, gdy poczuł na sobie czyjś wzrok. Biorąc pod uwagę, że w legowisku znajdowały się w tej chwili tylko dwa koty, można było od razu stwierdzić, że oczy wpatrujące się w jeno grzbiet należały do Cisowego Tchnienia.
— Nie, nie mam zielonego pojęcia gdzie Jarzębinowy Żar — mruknęło, wyprzedzając pytanie kotki. — I tak niewykluczone, że poszła z Kosaćcową Grzywą — dodało, odwracając się w stronę szylkretki.
— Musisz coś wiedzieć. Przecież kręciłoś się nieraz przy Kosaćcowej Grzywie. Chyba się przyjaźniliście. Nic na ten temat nie wspominał? — zapytała, mrużąc oczy.
Roztargniony Koperek przygryzło lekko wargę w zastanowieniu. Czy coś jeno wspominał? Raczej nie. Musiało niechętnie stwierdzić, że ich relacja nie polegała na rozmowach, tylko głównie na przepychankach.
— Nie nazwałobym tego przyjaźnią — burknęło, układając kilka ziaren maku, które akurat nie były na swoim miejscu. — Nic mi nie wspominał. Samo chciałobym wiedzieć, gdzie wszyscy są — westchnęło cierpiętniczo. — Myślisz, że będą nas przesłuchiwać? — zapytało, wbijając niebieskie ślepia w oczy kotki.
— Myślę, że powinniśmy wyjść po zioła — odparła, ucinając rozmowę, tak jakby to nie było odpowiednie miejsce ani czas.
Wyjrzało na zewnątrz, widząc Blade Lico rozmawiającego z jeno córką i uśmiechnęło się lekko, widząc wiewiórkę pod łapami kocura.

<Cisowianko?>

Event: wiewiórka

Wyleczeni: Krucze Pióro

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota dreptała w miejsce, gdzie znalazła ul. Zauważywszy jego zarys, zanurkowała do pobliskich krzewów, uważając na to, żeby się w nich przypadkiem nie zaplątać. Obserwowała uważnie, jak malutkie owady wylatują i wlatują do niego, jeszcze nie zdążyły odbudować swojego domu od jej ostatniej wizyty. Teraz miała lepszy plan, może by jej się poszczęściło?
Chwyciła jeden z pobliskich patyków w pysk. Był dość ciężki, dobre wycelowanie nim trochę ją kosztowało, jednak z pewnością wolała to, niż żeby musiała iść do legowiska medyka po to, żeby jej wyciągał żądła tych podłych robaków z futra. Gdy strąciła ul, podbiegła do niego szybko, wyrywając z niego trochę miodu. Głośny trzask poniósł się echem, aczkolwiek prędko zagłuszyły go gęste drzewa iglaste. Robiła co w jej mocy, żeby go przypadkiem nie upuścić. Jej broda cala się kleiła od słodkiej masy, brązowooka nie zwalniała tempa. Miała świadomość, że pszczoły, które ją teraz goniły były rozwścieczone. Gdyby się zatrzymała, mogła pożegnać się z obowiązkami wojownika przynajmniej na jeden księżyc lub coś koło tego, po tylu użądleniach musiałaby odpocząć, a wcale nie chciała odpoczynku, nie teraz. Jeszcze nie była stara, nie miała siwych włosków, więc mogła dalej służyć klanowi wilka tak, jak powinna. Wbiegła do obozu, oglądając się za siebie gorączkowo. Odetchnęła z ulgą, zauważywszy, iż żaden z owadów już jej nie gonił. Podeszła do rudej kocicy, wręczając jej przedmiot, o który musiała tak ryzykować.
— Proszę, Dyniowa Skórko — miauknęła, posyłając jej lekki uśmiech.
Wojowniczka podziękowała Słocie, chwyciła plaster w kły ostrożnie, a na jej mordce zawitało podobne rozpromienienie.

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota zamierzała dzisiaj znaleźć miód dla Dyniowej Skórki. Miała szczerą nadzieję, że jej się uda. Bo mimo że ruda nie była z nią jakoś szczególnie blisko, była to przecież matka Kocimiętki. Szkoda, by miała się męczyć… ból gardła nie był niczym przyjemnym.
Szylkretka wędrowała, tym razem inną drogą, niż ostatnim razem. W pewnym momencie do jej uszu doleciał charakterystyczny dźwięk, a jej oczy wyłapały dokładnie to, czego szukała. Podeszła do ula ostrożnie, obwąchując go i obserwując z każdej strony, jakby szukała najlepszego sposobu na podkradnięcie im chociaż jednego plastra. Gdy tak się zastanawiała, wysunęła pazury, drapiąc w ochronną warstwę. Z każdym jej ruchem wylatywał przynajmniej jeden owad, który próbował ją użądlić. Słota każdego odtrącała łapą. W pewnym momencie było ich za wiele, nie dawała sobie rady z unikaniem ich. Zanurkowała w krzewy, potrząsając futrem w celu pozbycia się natarczywych insektów. Zaklęła donośnie, machając ogonem nerwowo. Wróci tu kiedy indziej, może wtedy pszczoły by się uspokoiły chociaż trochę… Będzie musiała pomyśleć nad czymś lepszym, jeśli chciała zdobyć ten miód. Całe szczęście, że nie miała powiedziane do kiedy powinna go przynieść. Nie, żeby bardzo się tym przejmowała, chociaż z jakiegoś powodu chciała, by Dyniowa Skórka spojrzała na nią może przychylniej albo bardziej przyjaźnie. Wojowniczka westchnęła przeciągle, kierując się z powrotem do obozu. To była kolejna porażka na jej koncie, co jej wcale nie cieszyło. Ale nikt nie musiał wiedzieć, mogła wymyślić dowolną wymówkę w razie pytań.

19 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota wróciła ze spaceru z Kocimiętkowym Wirem. Na jej mordce malował się szczery uśmiech. Kotki spędzały ze sobą dużo więcej czasu. Wojowniczka chciała być wsparciem dla przyjaciółki. Szczególnie po tym, czego zielonooka dowiedziała się na ostatnim zgromadzeniu. Szylkretce nadal pazury same się wysuwały na tę myśl, jednak nie mogła za wiele z tym zrobić, przynajmniej nie teraz.
Wędrując tak i wędrując, jak zwykle rozglądała się za potencjalnymi rzeczami do zrobienia. Gdyby wzięła ze sobą Cykoriową Łapę, prawdopodobnie kazałaby jej coś upolować albo wytargałaby drugiego ucznia z obozu, żeby zobaczyć, komu by poszła lepiej walka. To była dobra myśl – zresztą obydwa te pomysły mogła wykorzystać i to bardzo niedługo. Pręgusce przydadzą się te umiejętności. Jako wojowniczka podziękuje swojej mentorce za to, ile czasu poświęcają na treningi i ile pracy w to wkładają. Słota miała nadzieję, że bursztynooka nie zmarnuje swojego potencjału.
Brązowooka patrzyła po drzewach, szukała czegokolwiek, co by mogło przypominać pszczeli ul. Postanowiła sobie, że znajdzie miód. W końcu Dyniowa Skórka o niego prosiła. Pewnie, gdyby poprosił o to jakiś inny kot, przykładowo… Wilgowa Gorycz, to by tylko go wyśmiała i kazała samemu sobie znaleźć. Jednak ruda kocica była blisko z Kocimiętką, wypadało jej pomóc.
Słota niestety tym razem wróciła z pustymi łapami, aczkolwiek była zdeterminowana, żeby znaleźć dla niej to, o co prosiła. Może przy okazji Kocimiętka mogłaby spróbować miodu, ciekawe czy by jej posmakował?

15 grudnia 2025

Od Ognikowej Słoty

Śpiew ptaków wybudził szylkretkę z popołudniowej drzemki. Zamrugała oczami, otrzepując się z paprochów z posłania. Rozciągnęła się, wyginając grzbiet w łuk. Jak do tej pory dzisiejszy dzień był udany. Ciekawe, czy dalej taki będzie?
Wyszła z obozu z brodą uniesioną wysoko. Ostatnio sporo wychodziła poza bezpieczne krzewy klanu wilka. A wszystko tylko po to, żeby zadowolić starszych wojowników od siebie. Z jednej strony wcale nie musiała tego robić, może wtedy mogłaby bardziej odpocząć. Tylko… po czym? Nawet jeśli bolały ją łapy po takich wędrówkach, czuła się szczęśliwa. Mogła zająć czymś łapy, umożliwiało jej to swego rodzaju lepsze panowanie nad emocjami, co ją niezwykle cieszyło. Tego typu spacery naprawdę dobrze jej robiły, nawet jeśli nie zawsze znajdowała to, czego by chciała.
Wędrując, do jej uszu dotarł szmer dochodzący zza krzewu. Doskoczyła do niego prędko, aczkolwiek pod gałęziami nie znalazła niczego szczególnego. Pokręciła głową. Może tylko jej się wydawało? W końcu dzisiejszy wiatr kołysał odrobinę koronami drzew, był zatem wystarczająco silny, żeby pogłaskać krzaki.
Słota usłyszała radosne ćwierkanie dobiegające niedaleko. Postawiła uszy czujnie, a wzrok utkwiła w miejscu, z którego dosłyszała potencjalną zwierzynę. Zaczęła skradać się, ogon miała nisko, łapami wymijała igły i wszelkiego rodzaju patyki, które mogłyby spłoszyć ptaka. Znalazłszy się wystarczająco bliziutko, wyskoczyła, lądując na kolejnym wróblu. Chwyciła go w mordkę z zadowoleniem, wracając do obozu. Może bardziej opłacalnym byłoby, gdyby upolowała coś jeszcze? Nie, może innym razem. Jeszcze zapomni o swoim wróblu i się zezłości.
Będąc już w centrum, w paru susach dobiegła do Jaskółczego Ziela. — Jaskółcze Ziele, to drugi wróbel dla ciebie. To już wszystko, czego chciałaś — powiedziała Słota dumnie, pusząc futro na sierści.
W bursztynowych oczach zatańczyły iskry podekscytowania. Uniosła łapę i pogłaskała nią młodszą wojowniczkę po łbie, dziękując. Po chwili chwyciła za skrzydło, zwierzyna zwisała jej z pyska bezwładnie, gdy kruczofutra zaczęła się wycofywać. Ognikowa Słota zdziwiła się z powodu tego gestu, jednak nie odebrała go negatywnie. Co prawda chyba nikt nigdy jej tak nie zrobił albo przynajmniej nie pamiętała czegoś identycznego, jednak odetchnęła z ulgą. Dla Jaskółczego Ziela to było już wszystko.

Od Brukselkowej Zadry

Jeden wróbel to jeszcze nie wszystko. Brukselkowa Zadra po spotkaniu z Wełnistą Łapą postanowiła ponownie rozejrzeć się po okolicy; może nawet uda jej się dziś wrócić do obozu z dwiema zdobyczami?
Przez pierwsze chwile nie potrafiła znaleźć kompletnie nic. Nie słyszała ćwierkania, nie wyczuwała żadnej woni, która wskazywałaby na to, że była blisko znalezienia zdobyczy. Przez moment myślała o tym, by zawrócić i najzwyczajniej w świecie spróbować następnego dnia, lecz wtem zdało jej się, że gdzieś usłyszała trzepot skrzydeł. Czyżby jakiś wróbel właśnie przyleciał w to miejsce? Co, jeśli… ten wróbel, którego zabiła, był jego rodziną?
Cóż. W takim wypadku będzie musiała pozbawić życia i tego drugiego, by za bardzo nie rozpaczał. Tak będzie… sprawiedliwie.
Brukselkowa Zadra ostrożnie rozejrzała się wokół, wypatrując drobnego stworzonka, które powinno w tym momencie skubać gdzieś ziemię. A może już znalazło ciało swojego towarzysza? Może zamierza odlecieć i powiadomić pobliskie wróble o zagrożeniu? Liliowa strzepnęła uchem, a wtedy jej wzrok zatrzymał się na celu. Wróbel, jeszcze niczego nieświadomy, skakał między źdźbłami trawy, wyćwierkując melodię.
Pręgowana bez wahania wysunęła pazury, ponownie się zniżając. Wróbel stał do niej tyłem, co dawało jej przewagę. O ile się nie odwróci ani jej nie wyczuje, wszystko powinno przejść sprawnie. Wojowniczka powoli zaczęła kroczyć naprzód, wymachując puchatym ogonem na boki. I gdy nadszedł idealny moment, odbiła się od ziemi, lądując na wróblu. Przygniotła go łapami do gleby na tyle mocno, że nawet nie musiała się schylać, by dobić go kłami.
W końcu chwyciła go w pysk, po czym podeszła do kupki ziemi, pod którą schowany był drugi wróbel, upolowany jakiś czas temu. Jego także zabrała, kierując się w stronę obozu.

* * *

Wróciła do obozu cała wyszczerzona. Czuła się potwornie z siebie dumna – i wreszcie udało jej się zapomnieć o ostatnich przykrych wydarzeniach. Była po prostu szczęśliwa, że mogła pomóc koleżance.
Szybko ją odnalazła i rzuciła przed nią dwa wróble. Potem jeszcze wypluła pióro z pyska i usiadła ciężko na ziemi.
— Proszę. Mniszek, dwa wróble. Tyle chciałaś — mruknęła.
Jaskółcze Ziele przyciągnęła jednego wróbla do siebie łapą, dokładnie mu się przyglądając.
— Jestem ci wdzięczna, Brukselko! — odezwała się czarnofutra. — Nawet nie wiem, jak ci dziękować…
Wojowniczka tylko machnęła łapą.
— Nie musisz. Byłaś dobrą mentorką dla mojej córki, to wystarczy. Cieszę się, że Gwiazdnica ma już nowe imię. Ty pewnie też! Jeden obowiązek mniej, co? — spróbowała zagaić do żółtookiej.
— Tak… masz rację, jeden obowiązek mniej — zaśmiała się łagodnie Jaskółka. — Choć nie powiem, że nienawidziłam treningów z Gwiazdnicą. Możesz się cieszyć, że wychowałaś taką kotkę.

Od Ognikowej Słoty

Ognikowa Słota pędziła przez las, czując, jak nisko położone gałęzie od czasu do czasu przeczesują jej grzbiet. Poranna mżawka zostawiła po sobie błoto, które rozbryzgiwało się pod łapami wojowniczki. Ostatnio często zdarzało jej się brudzić futro, chociaż jej zapach na tym nie ucierpiał. Nadal pachniała jemiołą, którą otrzymała kiedyś od Porywistego Dębu. Mimo że miała go za zdrajcę, z jakiegoś powodu nie mogła pogodzić się z tymi nowościami. W zasadzie ta gałązka to jedyne, co jej po nim zostało. Czy powinna odczuwać taki sentyment do tych rzeczy? Przecież srebrnego już nie było z nimi…
Potrząsnęła głową, chcąc na razie zostawić to na później. Nadmierne rozmyślanie nie działało na nią dobrze, zresztą nie mogła za bardzo nawet sensownie tego sobie poukładać. Może powinna zapytać się Pomrok? W końcu jej siostra wiedziała tak dużo. I miały bardzo podobne zdanie na tak wiele rzeczy. A może powinna porozmawiać z Wirującą Kocimiętką? W końcu z nią też miała teraz prześwietny kontakt. Jak wróci do obozu, to zobaczy, kto będzie bliżej. Nie było sensu zastanawiać się na zapas.
Biegnąc tak, usłyszała śpiew wróbla. Zastrzygła uchem, odwracając łeb w tamtym kierunku. Przypadła nisko do ziemi, futrem na brzuchu dotykając mokrego podłoża. Skrzywiła się, jednak nie pozwoliła tej niedogodności sobie przeszkodzić! Zaczęła wędrować cichutko w stronę nic niepodejrzewającego ptaszka. Znalazłszy się wystarczająco blisko, wyskoczyła i gdy tylko pazurem zahaczyła o jego piórka, pociągnęła go w dół za sobą, wgryzając się w brązowy kark. Jednym mocnym uściskiem pozbawiła go życia.
Dumna z siebie, ogonem uniesionym wysoko, pognała z powrotem do obozu. Była cała umorusana, aczkolwiek zadowolona. Podbiegła do Jaskółczego Ziela, czując zadyszkę. Położyła zdobycz przed kocicą, wiedząc, że była coraz bliżej spełnienia prośby starszej. Zamruczała z zadowolenia, ujrzawszy Kocimiętkowy Wir. Podeszła do rudej, witając się z nią z entuzjazmem.
credit: kruliik. (discord)

Od Brukselkowej Łapy (Brukselkowej Zadry) CD. Kosaćcowej Łapy (Kosaćcowej Grzywy)

Przeszłość, gdy byli uczniami

— Myślisz, że twój mentor i również mój... wujek, też jest w kulcie? — Kosaćcowa Łapa wyszeptał cichutko w jej stronę. — Skoro moja matka też tam jest to chyba jej brat też... Jak myślisz? — zapytał, unosząc jedną brew w zaciekawieniu. — A może Miodowa Kora też... — ściszył głos, jakby mówił do siebie.
Brukselkowa Łapa wyciągnęła łapę do góry, po czym mocno przydzwoniła nią w pysk Kosaćcowej Łapy. Jej pyszczek wygiął się w kwaśnym grymasie.
— Może byś poczekał z tym kłapaniem, aż będziemy w samotności! — skarciła go gniewnie, po czym spojrzała na Syczkowy Szept. — Masz szczęście, że chyba nic nie słyszał, ale jeśli wyda się, że wiemy… to wszystko będzie twoją winą! — uparła się, zadzierając brodę. — A co do pytania… to nawet bym się nie zdziwiła. Nie lubię go, coś z nim jest nie tak. Całkiem możliwe, że on także ma zepsuty mózg — prychnęła.

* * *

Jakiś czas przed drugim spotkaniem z Wełnistą Łapą

Brukselkowa Zadra nie zamierzała się poddawać w odszukiwaniu rzeczy, o które poprosiła ją Jaskółcze Ziele. Poza tym był to całkiem fajny test, by sprawdzić, jak dobrze idzie jej szukanie i polowanie. Musiała być bardzo uważna, by znaleźć akurat ten konkretny przedmiot, który był jej potrzebny. Zazwyczaj, gdy polowała, rzucała się na pierwszą lepszą ofiarę, jaka pojawiła się w pobliżu. A teraz? Tyle już wiewiórek, myszy i królików ominęła, próbując odnaleźć wróbla. Może było to marnotrawstwo, ale liliowa nie miała na tyle pojemnego pyska, by zmieścić w nim kilka gatunków zwierząt naraz!
Wędrowała po terenach klanu, wyostrzając wszystkie zmysły. Szukała zapachu, śladów wróblich łapek, a także nasłuchiwała, czy gdzieś nie słychać ich ćwierkotu. Właściwie sama nie była do końca pewna, na ile zna się na wróblach, ale będąc całkiem dobrą tropicielką, postanowiła zaufać swoim przeczuciom. Może faktycznie pamięć ją nie myliła, choć od zakończenia jej treningu minęło już kilka… naście księżyców.
Gdy pręgowana dostrzegła przed sobą brązowo-szarego ptaszka, aż poruszyła wibrysami z zadowolenia. W jej oczach pojawiła się iskra, która nie gościła w nich od czasu, gdy jej bliscy uciekli z Klanu Wilka. Brukselka natychmiast przypadła brzuchem do ziemi, powoli krocząc w stronę ofiary.
Gdy była już wystarczająco blisko, napięła mięśnie i wyskoczyła prosto na ptaka, chwytając go w szpony. Ten próbował się oswobodzić, uderzając ją skrzydłami, ale kotce udało się dosięgnąć jego karku i zagryźć go. Niedługo później ofiara przestała się szamotać – Brukselce udało się upolować pierwszego wróbla!

Od Brukselkowej Zadry do Wełnistej Łapy

W obozie Brukselkową Zadrę zaczepiła czarnofutra – Jaskółcze Ziele. Była ona dawną mentorką Gwiazdnicowego Blasku, czyli córki liliowej. Nie znały się aż tak wnikliwie, lecz można było śmiało nazwać je koleżankami. Czasem o czymś poplotkowały, ponarzekały na złą pogodę i małą ilość zwierzyny. Dlatego, gdy wojowniczka poprosiła ją o znalezienie mniszka i dwóch wróbli, pręgowana nie miała nic przeciwko, by to zrobić. Zresztą i tak wychodziła teraz na patrol i przydałoby jej się jakieś zajęcie.
Odkąd z Klanu Wilka uciekła grupa kotów wierząca w Klan Gwiazdy – w tym niektórzy bliscy Brukselki – kotka zadręczała się myślami o nich. Czy udało im się znaleźć bezpieczną przystań? A może wszystkich porozjeżdżały Potwory Dwunożnych? Ta Pora Zielonych Liści wydawała się wyjątkowo niekorzystna dla klanowych kotów – czy ta grupka na pewno poradzi sobie w takich warunkach? Brukselka wiedziała, że mieli predyspozycje do stwarzania kłótni, sporów i sprzeczek. Co, jeśli w trakcie podróży Jarzębinowy Żar ukręciła Kosaćcowej Grzywie szyję?
Oprócz rozmyślań o ich dobrobycie pojawiło się też pytanie: co ona sama powinna zrobić? Czy było sens nawracać Klan Wilka na nowo? Czuła się zagubiona – jakby nagle, z dnia na dzień, została zupełnie sama. Z wierzących zostali tylko… Wilczy Skowyt, Gwiazdnicowy Blask i kilka innych kotów, z którymi Brukselka nie miała na tyle dobrego kontaktu, by prosić ich o radę. Zresztą – dlaczego miałaby obarczać młodsze od niej koty takimi pytaniami? Sama sobie poradzi. Da radę, bo kto inny, jak nie ona? To właśnie ją Gwiezdni wybrali, by nawróciła Klan Wilka. Ją i… Wrotyczową Szramę! No tak. Mogła przecież poprosić o radę dymną kocicę – w końcu były sobie bliskie. Wspólnie… jakoś sobie poradzą.
A tymczasem Brukselkowa Zadra przemierzała już tereny Klanu Wilka, ukradkiem poszukując żółtych kwiatów – choć musiała przyznać, że nie skupiała się na nich zbyt mocno. Liczyła, że zajmie się zadaniem, lecz jej przemyślenia były ważniejsze. Nawet nie zauważyła momentu, w którym dotarła nad granicę z Klanem Burzy. Zdążyła już oddalić się od patrolu i teraz była sama, gdzieś pośród drzew. Mniszka, niestety, nie udało jej się znaleźć po drodze.
Miała już zawracać, próbować jakoś odnaleźć resztę patrolu, gdy wtem rozległ się głos:
— M-Mglisty Śnie?
Brukselkowa Zadra od razu podniosła uszy do góry, osłupiona. Kto z Klanu Burzy mógłby nawoływać jej syna? I dlaczego pomyślał akurat, że to Brukselka nim potencjalnie jest? Przecież… byli różnego wzrostu, mieli zupełnie inne kolory futra, a na dodatek inne płcie. Czy ten ktoś nie posiadał zmysłu węchu?
— Nie… Nie jestem Mglistym Snem, lecz dobrze go znam — odpowiedziała niepewnie wojowniczka, rozglądając się po lesie.
Wtedy, między drzewami, dostrzegła niewielką kotkę o bardzo jasnym futrze i fioletowawych oczach, które mrużyła. Nie wyglądała jak zwykły kot – zdawała się wręcz… jakby zesłana była z nieba, stworzona z chmur i kolorów porannego nieba.
— Och, przepraszam! Musiałam z kimś panią pomylić — odezwała się kotka, mimo wszystko robiąc krok do przodu. — Szukałam tylko znajomego, ale skoro go nie ma, to mogę porozmawiać i z panią.
Na pyszczku młodszej pojawił się delikatny, miękki uśmiech. Wyglądała łagodnie – niemal jak baranek. Brukselkowa Zadra nie wiedziała, że takie egzemplarze trzymali w Klanie Burzy. Właściwie sama raczej nie rozmawiała zbyt dużo z Burzakami; nie wiedziała nic a nic o ich zwyczajach ani nawet o kotach, które wśród nich żyły.
— Proszę, mów mi Brukselkowa Zadra — odezwała się w końcu, również podchodząc bliżej granicy.
Obca kotka wyglądała, jakby starała się przeanalizować każde drgnięcie na pysku Brukselki. Wojowniczka przekręciła głowę, a wtedy albinoska mruknęła:
— Miło mi poznać. Ja nazywam się Wełnista Łapa — przedstawiła się przyjaźnie. — Widzę, że coś cię trapi. Czy mam rację?
Na to pytanie liliowa odchrząknęła nerwowo, odwracając wzrok od nieznajomej. Cóż – była całkiem niezła w te klocki. A może wszyscy Burzacy tak dobrze radzili sobie z odgadywaniem uczuć innych?
— Może… trochę — zaśmiała się Brukselka, jakby próbując obrócić swoje problemy w żart. — Ostatnio sporo się wydarzyło w moim życiu, ale nie będę wchodzić w szczegóły. W tym momencie po prostu spaceruję — kontynuowała i choć starała się brzmieć spokojnie, w jej głosie słychać było napięcie.
— Mhm… — odparła Wełnista Łapa, nie do końca przekonana. — W takim razie nie będę pani… — urwała na kilka uderzeń serca — …Brukselkowa Zadro… — dodała niepewnie — …przeszkadzać.
Na jej słowa wojowniczka tylko machnęła łapą.
— Nie przejmuj się nadto; może czas zaakceptować, że młodsza nie będę — zażartowała, na co białofutra się uśmiechnęła. — Muszę już iść, patrol na mnie czeka. Może jeszcze kiedyś się spotkamy — pożegnała się, robiąc krok w tył.
Wełnista Łapa zamrugała kilka razy, po czym zawołała jeszcze:
— Do zobaczenia! Gdybyś mogła, możesz przekazać Mglistemu Snowi, że tu byłam!
Serce Brukselki ścisnęło się, gdy to usłyszała. Odwróciła się i czym prędzej zaczęła zmierzać w stronę obozu, nie odpowiadając kotce. Może powinna była jej powiedzieć, że czarnofutry uciekł? Teraz bidulka może pomyśleć, że kocur po prostu ją ignoruje, że nie chce się z nią spotykać. A to, jak zakładała, wcale prawdą nie było.

* * *

W drodze powrotnej Brukselkowa Zadra przypomniała sobie o prośbie Jaskółczego Ziela i o tym, że nawet nie starała się zbytnio znaleźć tych kwiatków. Na szczęście słońce wciąż było wysoko – rozmowa z Wełnistą Łapą nie zajęła jej zbyt dużo czasu. Właśnie dlatego liliowa postanowiła ruszyć terenami wzdłuż granicy, rozglądając się za żółtymi kwiatami. Dobrze, że miały tak wyrazisty kolor; w innym przypadku może ciężej byłoby je wypatrzyć między trawą.
Tym razem Brukselkowa Zadra starała się nie myśleć o czymkolwiek innym, co mogłoby ją rozproszyć. Bardzo jej zależało na tym, by pokazać się przed Jaskółką jako ktoś dotrzymujący słowa, bystry i uczynny. Nie chciałaby pod żadnym pozorem czarnofutrej zawieść – jej ani zresztą nikogo innego, kogo choć trochę lubiła i szanowała. Do tych kotów, rzecz jasna, nie zaliczał się Syczkowy Szept. Dla niego była… potworna.
I gdziekolwiek złoty teraz był, na pewno nie myślał o niej zbyt dobrze. O ile w ogóle jeszcze myślał. Może już leżał w piachu? Może dorwali go kultyści? Odkąd Syczek uciekł, słuch po nim zaginął – ale nikt nawet nie kwapił się, by go odnaleźć. Śmieszyło to Brukselkę, ale jednocześnie ją wkurzało. Sama nie zamierzała niebieskiego szukać, lecz to tylko pokazywało, że Wilczacy mieli gdzieś dobro jednostek, które były od nich choćby trochę inne. Gdyby ona zaginęła, pewnie też nikt by jej nie szukał.
Nagle Brukselkowa Zadra spojrzała pod swoje łapy i zauważyła, że o mało nie nadepnęła na mniszka. Jak poparzona cofnęła się do tyłu, nie spuszczając wzroku z kwiatu. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, gdy zrozumiała, że udało jej się odnaleźć pierwszy składnik. Ostrożnie chwyciła go w zęby.
Brukselkowej Zadrze udało się znaleźć poszukiwanego mniszka, choć wciąż brakowało jej jeszcze dwóch wróbli, o które prosiła ją Jaskółka. Była już trochę zmęczona chodzeniem po terenach, ale mimo to zmusiła się, by iść dalej; jeśli teraz nie uda jej się upolować zdobyczy, to wróci, by nareszcie odpocząć. Tak sobie przynajmniej obiecała.
Kontynuowała swoją podróż, uważnie trzymając kwiatek w pysku. Nie chciała, by przez nieuwagę jej wypadł ani żeby został zniszczony przez nacisk kłów. Sama nie chciałaby dostać przeżutego prezentu – choć tego mniszka ciężko było nazwać prezentem. Właściwie nie wiedziała, po co Jaskółcze Ziele go chciała, ale skoro właśnie tego pragnęła, Brukselka nie zamierzała tego kwestionować.
Niestety nie udało jej się znaleźć wróbla. A szkoda, bo upiekłaby dwie pieczenie na jednym ogniu. Teraz zmuszona była wrócić do obozu i oddać mniszka Jaskółce, a także wyruszyć na kolejne łowy następnego dnia, gdy będzie już w pełni sił. Chodziła na tyle długo, że niebo poczęło przybierać barwy pomarańczu i różu. Było piękne, lecz piękno nie wystarczyło, by dodać jej energii.

* * *

Brukselka, uprzednio upolowawszy wróbla, przybyła z nim nad granicę z Klanem Burzy. Zastanawiała się, czy tym razem również uda jej się spotkać białą kocicę i czy zdecyduje się wyjawić jej prawdę na temat Mglistego Snu. Czuła jednak, że nie mogła jej wprost powiedzieć, iż kocur uciekł wraz z kilkoma innymi kotami. Ta sprawa… była skomplikowana i lepiej, by jak na razie inne klany o niej nie wiedziały – przynajmniej do następnego zgromadzenia, na którym Nikła Gwiazda wszystko wyjaśni.
Pewnie zrobi to po swojemu, ale kim była Brukselka, by mu się sprzeciwiać? Gdyby tylko spróbowała zaprotestować, najpewniej skończyłaby tak samo, jak Wrotyczowa Szrama – a może i gorzej. Bez ogona, z karnym imieniem; wiedziała też, że kultyści mogliby posunąć się jeszcze dalej. Co, gdyby pozbawili ją wzroku? Języka? A nawet życia?
Brukselka wzdrygnęła się na tę myśl. W Klanie Wilka było brutalnie – nie dziwiła się, że inni zapragnęli uciec. Rozumiała ich decyzję, choć jednocześnie była zła na Kosaćcową Grzywę. Kocur, tak samo, jak ona, miał nawrócić Klan Wilka, a nie z niego uciekać. Zostawił ją na lodzie, wybrał wygodę. Przynajmniej tak to widziała.
Ale czego ona się po nim spodziewała? Nigdy za nim nie przepadała. Zawsze wydawał się taki irytujący, nieznośny. Głupi, a pomysły miał jeszcze głupsze. Z drugiej strony… dlaczego ona sama nie próbowała ich powstrzymać? Dlaczego pozostawała bierna? Zgadzała się na ich pomysły, aż do samego końca nawet im nie powiedziała, że bała się uciec. Stchórzyła. Wiedziała, że będzie tego żałować – więc czemu to zrobiła?
Z rozmyślań wyrwały ją kroki. Natychmiast zwróciła głowę w stronę granicy z Klanem Burzy i upuściła wróbla na ziemię, delikatnie go zakopując, by wrócić po niego później. Sama zrobiła kilka kroków w przód, mając nadzieję, że uda jej się spotkać albinoskę.


<Wełnista Łapo?>