Zgromadzenie
Kocur ruszył za Mandarynkową Gwiazdą, drepcząc u boku Urodziwej Łapy. Wszystko działo się tak szybko. Nawet nie był pewien, kiedy rudawa się do niego przyłączyła. To było jego pierwsze zgromadzenie. Słyszał już o nich co nieco, jednak nie był pewien, czego dokładnie się spodziewać. Oczywiście mógł próbować sobie to wyobrazić, miał co nieco wyobraźni. Aczkolwiek z pewnością różniło się to od tego, co miało miejsce w rzeczywistości.
Urodziwa Łapa była widocznie podekscytowana. Skakała radośnie u boku Przypalonej łapy.
— Ale fajnie, nie? Pierwsze zgromadzenie! I to w tak doborowym towarzystwie! — wymruczała radośnie i szturchnęła lekko Kasztanka ogonem w bok.
— Zgodziłbym się z tobą, siostro! Jest tu tak różnorodnie, mam nadzieję tylko, że nie spotkamy kotów z Klanu Burzy, bo to stan umysłu. Sam się przekonałem, jak jeden z ich kotów prawie mi się rzucił do gardła! — powiedział Szkwalna Łapa, przyłączając się do dwójki.
Przypalona Łapa poczuł lekkie szturchnięcie w bok, które na szczęście nie zaburzyło jego równowagi. Prawdopodobnie, gdyby szylkretka włożyła w to więcej siły, mógłby się wywrócić, ale z pewnością nie miała niczego negatywnie nacechowanego na myśli. Spojrzał na Urodziwą Łapę. Zawsze dziwiło go, ile energii odnajdywała w sobie kotka. Wyglądało to tak, jakby miała jej jakieś nieskończone źródła. Podobnie było ze Szkwalną Łapą, który nawet zdecydował się na dłuższą wypowiedź. Dziwiło go także to, jak chętnie kotka podchodziła do rozmów i spędzania z nim czasu. Raczej zawsze żył w przekonaniu, że jest tym dziwnym – tym, z którym niekoniecznie każdy chciałby przebywać, ponieważ odstawał od reszty. Przypalona Łapa nie odpowiedział od razu, pomyślał, że w tej sytuacji lepiej jest udzielić własnego zdania dopiero wtedy, kiedy jest się pewnym, że się niczego nie popsuje. On nie miał takiej pewności, ale próbował w sobie się jej doszukać, żeby nie wyszedł na takiego, co wcale nie słucha. Słysząc dalsze słowa szarego, otworzył oczy szerzej. — M-myślisz, że zaatakowaliby i nas? W końcu jesteśmy młodzi, nie wiem, czy nie będzie ich więcej... — zająknął się, przebierając nerwowo łapami. Podczas zgromadzenia trwał rozejm i wszelkie próby zerwania go nie kończyły się dla kotów dobrze, z tego, co słyszał. Jednak na moment jakby o tym zapomniał, zamartwiając się, że jego pierwsze zgromadzenie może być jego ostatnim.
Urodziwa Łapa spojrzała na oba kocury i zaśmiała się rozbawiona.
— Och, spokojnie, Kasztanku. Szkwałku, na zgromadzeniu nie powinno być walk, bo to czas pokoju. Czas, który wyznaczył nam sam Klan Gwiazdy, byśmy choć na jedną noc zapomnieli o różnicach, których w ogóle nie powinno być. Przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy kot ma serce i duszę. Dlatego spokojnie — wymruczała ciepło do brata i kolegi.
— Gdyby nie było zgromadzenia, to jestem pewny, że z własnej głupoty nie zawahaliby się. Mamy szczęście, że przodkowie nad nami czuwają, w końcu to my jesteśmy najbliżej gwiazd — odpowiedział szary kocur. — Nie zgodziłbym się tylko z jednym, Urodziwa Łapo, a właściwie z tym, że nie każdy ma duszę i serce oraz nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Takim przykładem są czekokoty, one ogólnie nie mają tego wszystkiego, wredne pasożyty. Jak dobrze, że nie wypuszczamy naszych na zgromadzenia, jedynie co by nam przynosili to wstyd i hańbę. Na zgromadzenia powinny chodzić takie koty jak my! Jesteśmy bardzo przykładnym dowodem, jak można reprezentować swój klan. Jak dobrze, że istnieją zgromadzenia, już je lubię, można się tu rozkręcić towarzysko, nie sądzicie?
— Naprawdę myślisz, że jesteśmy dobrym przykładem? ~ miał ochotę zadać mu pytanie, jednak ugryzł się w język. Skoro tak powiedział, to najprawdopodobniej właśnie w ten sposób myślał, bo niby dlaczego miałby kłamać w tej sprawie? Nie był pewien, co myśleć o sercu i duszy. O Klanie Gwiazdy też słyszał, jednak nie wiedział, z jakiej strony do tego w ogóle podejść. Czy wiara mogła zapewnić mu spokój? Czy dzięki temu zyskałby coś konkretnego, może materialnego? Pewność siebie, pewność przynajmniej jednej rzeczy? Usłyszawszy wzmiankę o czekotach, zmrużył oczy na parę uderzeń serca, próbując to wszystko zrozumieć. Oczywiście, nie było drugiego takiego kota jak przykładowo Urodziwa Łapa czy nawet Szkwalna Łapa. Każdy był wyjątkowy na swój sposób. Ale dlaczego koty o brązowym futrze nie miały serca? Może było to związane w dużej mierze z przekonaniami, jakie panowały w Klanie Nocy. Sam łaciaty nie brał sobie ich nigdy aż tak bardzo do serca.
— Myślisz, że takie koty są też w innych klanach? — zamruczał. Usłyszawszy dalszą część wypowiedzi kolegi, nie zwlekał tym razem z odpowiedzią niepotrzebnie. — Nie wiem... jak chcesz się rozkręcić towarzysko? Planujesz z kimś porozmawiać, spoza Klanu Nocy? — sam Przypalona Łapa nie podchodził do tego zbyt chętnie. Jemu w zupełności wystarczyło towarzystwo dwójki. Czuł się trochę przytłoczony ilością każdego z kotów, aczkolwiek próbował jakoś to zagłuszyć. Żołądek mu się ścisnął w kłębek, gdy nawiązał kontakt wzrokowy z jakimś nieznanym mu kotem. Nie starał się nawet rozglądać po tym, prawie nikogo tu nie znał. Chociaż sama wyspa wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażał. Może nawet nieco lepiej. Fakt, że miał kogoś, kogo znał u boku, trochę podnosił go na duchu. Próbował też trzymać pysk w miarę wysoko, żeby nie pokazać siebie od tej gorszej strony. Zrobiło mu się odrobinę słabo. Wymuszanie w sobie uspokojenia nie działało tak korzystnie, jak mógłby tego chcieć.
Urodziwa Łapa skrzywiła się lekko na wypowiedź odnośnie do tego, że byli najbliżej Klanu Gwiazdy. Kotka położyła uszy po sobie i zmierzyła brata wzrokiem.
— Nieprawda! Jesteś okrutny w swojej wypowiedzi. Czekoladowe koty też mają uczucia! Też mają duszę. Mają prawo, by żyć. Wierzysz w jakieś historyjki, które opowiadał nam ojciec? Wierzysz w to na jakiej podstawie? Może to nie czekoladowe koty są złe, a ci, którzy je tak perfidnie obrażają i wyrzucają poza struktury klanu. Czy naprawdę jesteś tak ślepy? Zawiodłam się na tobie — warknęła.
Po paru uderzeniach serca przeniosła wzrok na Kasztanka.
— Na pewno są i podejrzewam, że są lepiej traktowani — odparła chłodno i lekko wysunęła się naprzód.
— Oczywiście, że są! Rozsiały się jak plaga, a nawet zaskarbiły sobie wysokie miejsca w hierarchii. Dobrze, że mamy mało takich kotów, bowiem tym im mniej, tym więcej szczęścia jest w klanie — podjął niebieski terminator. — Mam na myśli, że jak nam się znudzi, to możemy podbić do jakiegoś ucznia z innego klanu — wyjaśnił Przypalonej Łapie.
Niebieskooki kocur nie tolerował zachowania siostry i przybliżył się do niej.
— Co masz na myśli? Sądzisz, że nasz ojciec kłamie?! To posłuchaj mnie uważnie, nie tylko nasz ojciec tak myśli, też tak sądzi większość naszego klanu, wraz z królewską rodziną. Nawet medyczka potwierdza, że one przynoszą pecha. Powiem ci, że takie zdanie o czekokotach nie powstało wczoraj! To historia przekazywana z pokolenia na pokolenie! Więc skoro się to ciągnie długo, to jest to prawdą, bo widzisz, gdyby to było kłamstwem, to by już dawno to obalono.
Dobrym przykładem całej pierwszej tej części ich rozmowy była Fląderka. Kotka nie była traktowana jak typowa terminatorka Klanu Nocy. Przypalona Łapa nie widywał jej tak często, aczkolwiek jak już było mu to dane, to nie wyglądała na szczęśliwą. A może tylko sobie to wmówił? On sam niekiedy czuł się dość skołowany. Spiął mięśnie u łap z podenerwowania, prawie wysuwając pazury, jednak udało mu się w porę opanować. Zastrzygł wąsami.
Słowa, które przekazała im Urodziwa Łapa miały dla niego wiele sensu. Bo jak inaczej mogłyby funkcjonować? Dlaczego kolor futra miał odpowiadać za to, czy miało się serce, duszę, czy potrafiło się zachować? On był łaciaty, futro miał czarne z lekko wybijającymi się pręgami, a nie nazwałby siebie kotem, za którego śladami należało podążać. Nie sądził, żeby był kimś takim, a już na pewno nie miał siebie za lepszego od reszty. Nie wybrał sobie tego umaszczenia.
Gdy szylkretka odsunęła się od nich odrobinę, miał ochotę przysunąć się do niej, chociaż sam nie był pewien dlaczego. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi, w dodatku coś, jakby mu się serce zapadło. Zupełnie tak, jakby obecność kotki wpływała diametralnie na jego samopoczucie.
I mogło w tym coś być – w końcu Kasztanek nie znał wcale tak wielu kotów. Wizja, że Urodziwa Łapa mogłaby się od niego odwrócić z powodu tego typu dyskusji, przyprawiała go o mdłości. Spojrzał na swoje łapy, którymi ugniatał teraz z nerwów chłodną posadzkę. Nie było tu nawet mrówek, na których mógłby zawiesić wzrok. Jedynie masa obcych kotów, Szkwalna Łapa i Urodziwa Łapa. Oczywiście także jego rodzeństwo, Narwana Łapa i Narcyzowa Łapa. Oni jednak radzili sobie znacznie lepiej w tego typu sytuacjach, tak myślał. Z pewnością zaczęli już trajkotać z kimś w najlepsze. On czuł się tutaj odrobinę nie na miejscu – bo do kogo miałby niby zagadać, jak nie do dwójki, z którą tu przyszedł? A dwójka musiała się niestety pokłócić. Położył uszy po sobie. Musiał jakoś to naprawić, nawet jeśli sam nie zaczął tematu czekotów. Nie sądził, by strata kogoś takiego jak Urodziwa Łapa dobrze na niego wpłynęła. Jego pysk przybrał swego rodzaju nutę obojętności, po tym, jak w oczach zakręciła mu się czysta panika. Czuł się tak, jakby ktoś nakarmił go kostkami lodu. Chłód zapanował w gardle, ściskającym się teraz z nerwów.
Szkwalna Łapa go prześcignął. Przysunął się do kotki, kontynuując nieprzyjemny temat. Przypalona Łapa obrócił się, nerwowo przylizując kawałki odstającej sierści. Zrobił to na tyle mocno, że wyrwał parę z włosków. Co ma zrobić w takiej sytuacji? Przecież nie powie Szkwałowi, żeby sobie poszedł. Sytuacja zaczęła przyprawiać go o mdłości, zakręciło mu się lekko w głowie.
— Dlaczego tylko nasz klan jest taki cięty na te czekoladowe koty?! Bo jakaś stara historyjka była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Nasz ojciec słyszał ją od kogoś. To są powielanie bzdury i nic więcej — warknęła cicho w odpowiedzi.
— N-nie sądzę, żeby to było prawdą, Szkwale . Przecież to nie ma sensu... — mruknął, jednak zrobił to na tyle cicho, że nie był pewien, czy w ogóle doleciało to do dwójki. Takie słowa mogły być też dość ryzykowne, skoro lwia część Klanu Nocy wychowywała się w takim przekonaniu. Pociemniało mu odrobinę przed oczami. Położył się na brzuchu, kładąc łapy na głowie. Co miał zrobić, żeby polepszyć tę sytuację? Nie chciał, żeby byli na niego źli. A w tej dyskusji ewidentnie musiał zabrać jedną stronę, bo jeśli zamierzał brać drugą, to drugi kot byłby na niego zły. Jeśli nie pocieszy żadnego z nich, to będzie to jego wina. Wszystko spadnie na niego. Jak miał wyjść z tej sytuacji? Zamknął oczy, marszcząc brwi. Miał wrażenie, jakby jego uszy zajęły się ogniem, dudnienie serca wydawało się jedynym, co przekrzykiwało każdego, chociaż nie trwało wcale długo. — Przestań! Szkwalna Łapo, przestań, niedobrze mi — zawył.
— Przypalona Łapo! Co się dzieje? — miauknęła przestraszona i podbiegła do Kasztanka.
— A ty? Nie zbliżaj się do mnie, Szkwalna Łapo. Nie chcę rozmawiać z tobą w tej chwili — odparła chłodno, kładąc po sobie uszy. Po czym skupiła się całkiem na Przypalonej Łapie. Zaczęła go czule lizać tak, jak robił to Złocisty Widlik, by ich uspokoić. — Już, cichutko, Kasztanku. Spokojnie, jestem tutaj... — miauknęła do kocura.
— Bardzo śmieszne, oczywiście, że ma to sens! A wasze jakieś teorie spiskowe tego nie przyćmią — burknął. Nagle zjeżył się, gdy Kasztan zaczął krzyczeć. — Świetnie, to se nie chciej! Nie potrzebuję waszego zwariowanego towarzystwa. Chce mi się rzygać, jak słyszę ten ściek słów, który uznajesz za prawdę, idę sobie! — syknął głośno, odchodząc od kotów z wysuniętymi pazurami.
Sposób, w jaki kotka próbowała go uspokoić, przypominał mu ten, który wiele razy wykorzystał Złocisty Widlik. Poczuł się nagle niczym kocię w żłobku, wtulone w puchaty ogon piastuna. Rozluźnił mięśnie, kładąc łapy teraz pod brodą. Niestety tkwił na zgromadzeniu, a nie w ciepłej, bezpiecznej kociarni. W dodatku spadła na niego odpowiedzialność za własne czyny, a wcześniej nie musiał się przejmować takimi rzeczami. Nie musiał chodzić na zgromadzenia ani nic. Nic nie musiał.
Przypalona Łapa podniósł się po jakimś czasie, rozglądając niepewnie. Nie chciał, żeby Szkwalna Łapa się na niego złościł, aczkolwiek naprawdę trudnym było pogodzenie dwójki, szczególnie teraz. Nie wiedział, czy dało się to jakkolwiek naprawić. Ciężko było mu wybierać pomiędzy dwójką, jednak nie zgadzał się z jego przekonaniami, co wydało się dosyć szybko. — Nie chciałem, żeby tak wyszło... — zaczął, po czym szybko zamknął pysk. Czy to miało jakieś znaczenie, skoro już szary sobie od nich poszedł? W emocjach robiło się wiele rzeczy, jednak ta nietolerancja ze strony terminatora nie brzmiała za dobrze. Spojrzał smutno na Urodziwą Łapę. — Dziękuję, Urodziwa Łapo — mruknął niepewnie, chociaż z wyraźną wdzięcznością. Gdyby nie było jej obok, to byłoby gorzej, tak mu się wydawało. Kto by pomyślał, że pierwsze zgromadzenie potoczy się w tak nieprzyjemny sposób?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz