Skutecznie ignorując rozgadane towarzystwo, które od rana rozprawiało o kolejnych dziwactwach w klanie, zdecydowała się opuścić teren obozu. Przedzierając się między gęstwiną trzcin, pozwoliła sobie na odrobinę samouwielbienia, przyglądając się niektórym wykończeniom uzyskanym wskutek jej ciężkiej pracy. Gdy przesuwała się dalej, mimowolnie wychwytywała wśród łodyg miejsca niedorobione, krzywo ułożone. Fragmenty, przy których na pewno nie maczała łap. Inni najwyraźniej nie przykładali się wówczas solidnie do roboty tak jak ona.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.
<Słońce?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz