Wieczór dzień przed mianowaniem
Biały kocurek biegał właśnie za motylem, gdy zauważył stojącego obok kocura. Zatrzymał się nagle przed nim, uderzając w jego klatkę piersiową. Liliowy spojrzał w dół na kociaka i westchnął.
— Zabieram cię na noc w lesie. Pamiętasz? — miauknął po chwili, odsuwając się od Księżycka. — Mama ci o tym nie wspominała? — zapytał po chwili, a gdy zauważył zmrużone oczy niebieskookiego, prychnął cicho.
— Coś wspominała? Nie wiem, nie słuchałem! — miauknął, z uśmiechem na pyszczku, a następnie złapał w pyszczek gałązkę, która leżała nieopodal.
— Nieważne. Chodź — miauknął, kręcąc głową niedowierzającą. — Najlepszy wojownik to z ciebie raczej nie będzie — stwierdził kocur, gdy wychodzili właśnie poza wyjście z obozu.
— Mam spędzić całą noc gdzieś tu? — zapytał, marszcząc brwi. — A jak będzie chciał mnie zjeść wilk? — zapytał, kierując swoje ogromne oczy na pręgowanego.
— Za dużo gadasz. Wtedy przynajmniej będziemy wiedzieć, że byłeś smaczny — odmruknął, a jego pysk mówił tylko jedno: “Proszę, zamknij się już”.
Czy to znaczyło, że Księżycek przestał gadać? Oczywiście, że nie. Pięknooki nie rozumiał komunikatów poprzez gesty czy mimikę. To nie tak, że był głupi. Po prostu czasem nie rozumiał.
— A to w ogóle bezpieczne? — zapytał, zatrzymując się.
— Nie, a teraz idź dalej i przestań już gadać — odparł kocur, najwyraźniej mający już szczerze dość. — Naucz się być cicho, bo inaczej te wilki cię zjedzą — dodał jeszcze, żeby biały w końcu zaczął być cicho.
Księżyckowi oczywiście zakręciła się łezka w oku. Gdyby nie był odrobinę emocjonalny, nie byłby w końcu sobą.
— Dobrze, przepraszam — wymamrotał tylko, starając się przełknąć gulę w gardle
Opuścił głowę w dół i zaczął chodzić bardziej nierówno jakby nerwowo. Stąpał powoli, a gałązki łamały się pod jego łapkami. Na jego nos spadł listek, więc zamachnął się głową, przez przypadek uderzając jednym ze swoich pędzelków Sowi Zmierzch.
— Mam dość — mruknął. — Miałem iść z tobą aż do Potwornej Przełęczy, ale zostajesz tu, na Czarnych Gniazdach. Żegnam — burknął i odszedł w stronę obozu.
Księżycek spojrzał w górę, szukając niewielkiej przestrzeni do obserwacji powoli ciemniejącego nieba. Przysiadł bezczynnie na środku, tylko co jakiś czas się rozglądając. Nagle usłyszał jakiś cichy dźwięk dochodzący z krzaków. Miał ochotę odskoczyć, ale zwierzę, które siedziało w ukryciu, musiało być naprawdę niewielkie. Ustawił się w pozycji, której nauczył go wojownik Kamyk i skończył na zwierzę. Działał jednak odrobinę zbyt chaotycznie i do tego stał pod wiatr, więc zwierzyna ostatecznie uciekła, a Księżycek wylądował z pyszczkiem w ściółce leśnej. Potarł nos łapą i przylizał swoją pierś. Nawet nie zauważył, gdy ciemność rozeszła się na tyle, że nie był w stanie zauważyć dalszego krajobrazu. Podszedł do jednego z drzew i spojrzał w górę. Miał nadzieję, że uda mu się wspiąć na jedną z gałęzi i przespać tam noc, jednak trochę się przeliczył. Najwidoczniej będzie musiał przećwiczyć to ze swoim mentorem, gdy już będzie uczniem, bo gdy wspiął się zaledwie pół metra, jego łapy odmówiły posłuszeństwa i spadł na ziemię. Pisnął cicho przez ból czterech liter, a jego wielkie oczy teraz stały się odrobinę szklane. Gdy już się uspokoił, zaczął się rozglądać za nową kryjówką. Szybko znalazł niewielki krzak, pod który z pewnością mógł wyjść i się ukryć. Jego białe futro z pewnością odznaczało się na tle lasu, co mogło sprowadzić na niego drapieżniki, ale siedział tak cicho i tak skulony, że możnaby pomyśleć, iż był tam od początku. Ułożył się na tyle wygodnie, na ile pozwalały mu to krzaki, schował puchaty ogonek pod siebie i dosyć szybko zasnął.
W dniu mianowania
Biały kocurek nadstawił jedno z uszu. Otworzył powoli niebieskie oczy, dopiero po chwili orientując się, gdzie właściwie się znajdował. Hałas nieopodal sugerował mu, że coś się zbliża. Głośniejszy tupot mówił mu także że mogło to być nadchodzące niebezpieczeństwo. Wyskoczył z krzaków i zaczął się rozglądać. Zjeżył białe futro, żeby wyglądać na odrobinę bardziej przerażającego, lecz przy jego ogromnych, niebieskich oczach, długaśnych pędzelkach oraz nieco dziwnej grzyweczce, wyglądał co najwyżej komicznie. Gdy zauważył w końcu drapieżnika, prędko odkrył, że to po prostu kot. Podbiegł do niego i przywitał się skinięciem pyszczka.
— Przeżyłem! I nie uciekłem do obozu! — miauknął radośnie, a mina, którą przybrał jego pyszczek, była chyba największym widzianym kotom wyszczerzem. Prędko rozpoznał w wojowniku kotkę, z którą rozmawiał kilka księżyców temu.
— Pani Maczek! — zawołał po chwili, widząc rudy pyszczek. Uśmiechnął się szeroko i machnął lekko puszystym ogonkiem.
Kotka uśmiechnęła się tylko, kiwając lekko głową.
***
Księżycek pobiegł do żłobka, rozglądając się za Jaskółczym Zielem. Szybko uświadomił sobie, że jego mamy już tam nie było. Zagrzebał nerwowo łapką w ziemi. Zdecydował się sam wymyć swoje futerko, przygotowując się swojej ceremonii. W ten sposób miał śmiesznie wyliczane na różne strony futro. Niekoniecznie potrafił myć je sam. Uznał jednak, że nauczy się wkrótce. Już po chwili zauważył liderkę Klanu Wilka wychodzącą ze swojego legowiska. Brązowe oczy kotki wydawały się Księżyckowi przerażające. Gdy spotkały się z tymi jego, zdawało się, że wyrażały one pogardę. Biały kocurek nie mógł być tego pewien, ale prawdopodobnie uważała, że był słaby. Zmrużył lekko oczy i nabrał powietrza w płuca, usiłując uspokoić drżące łapy. Nie naprawiało to jednak faktu, że jego zęby odrobinę szczękały. Starał się z całych sił nie okazywać strachu, ale emocje targające jego przerażonym serduszkiem mu na to nie pozwalały. Gdy usłyszał zwoływanie klanu, podszedł bliżej. Miał szczerą nadzieję, że przytrafi mu się dobry mentor, który nauczy go wszystkiego, co powinien wiedzieć. Szylkretowa kotka poprosiła niebieskookiego o podejście nieco bliżej.
— Księżycku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą — zaczęła Zalotna Gwiazda, wpatrując się w białe kocię. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać… Księżycowa Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. Mam nadzieję, że Kocimiętkowy Wir przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, odwracając się w stronę mentorki, którą postanowiła dać potomkowi Jaskółczego Ziela. Księżycek widząc rude futro i piękne zielone oczy uśmiechnął się lekko. “Wygląda niemal kropka w kropkę jak pani Maczek! Może będzie równie przyjazna? A może są siostrzyczkami?” pomyślał, a jedno z jego uszu zatrzepotał radośnie, sprawiając, że pędzelek prawie uderzył Zalotną Gwiazdę w nos. Kotka spojrzała tylko na niego ni to pobłażliwym, ni to rozeźlonym wzrokiem. Odwróciła ponownie głowę w stronę pręguski.
— Kocimiętkowy Wirze, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki, Lodowego Omenu doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę i upartość. Będziesz mentorką Księżycowej Łapy. Mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — miauknęła, a następnie przymknęła oczy, najwyraźniej zastanawiając się jeszcze chwilę czy to, aby na pewno dobra decyzja.
Zalotka stała jeszcze chwilę, a następnie odwróciła się, kierując się w stronę swojego legowiska. Ksieżycek, a może raczej Księżycowa Łapa, bo tak teraz brzmiało jego imię, słuchał wiwatów. Nowe imię było podobne do poprzedniego i zdaniem ucznia równie piękne. Uniósł pyszczek, było widać jak bardzo bym dumny. Opuścił go, aby poszukać wzrokiem swojej matki, ale nigdzie nie mógł jej dostrzec. Gdy wykrzykiwanie jego imienia się skończyło, od razu poszedł szukać Kocimiętkowego Wiru. W końcu musiał kiedyś odczepić się od Jaskółczego Ziela…
[1122 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz