BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)
25 lutego 2025
Od Lśniącej Łapy CD. Źródlanej Łapy
Kocurek kroczył w stronę wodospadu, chcąc w spokoju usiąść tam, by odetchnąć oraz uniknąć wszelkich obowiązków. Stawiając łapy po wyściełanej suchą trawą powierzchni wzdrygnął się nagle, niezręcznie wymijając kota, który prawie wpadł na niego. Podniósł łeb i wytrzeszczył oczy, chcąc dojrzeć słabo widoczną pod świetlistymi promieniami sylwetkę. Spodziewał się, iż ujrzy Gąsienicową Łapę, lecz nie, zobaczył Źródlaną Łapę.
— Gdzie masz oczy, z tyłu głowy? — parsknęła jego siostra.
— To ty stoisz na środku przejścia — odburknął, a następnie spojrzał na Bożodrzewny Kaprys, mentorkę siostry, która z pewnością mogła ostrzec swoją uczennicę przed nadchodzącym Lśniącą Łapą. Nim jednak zdołał wydusić z siebie tę uwagę, usłyszał przeciągłe westchnięcie pochodzące z pyszczka jego siostry.
Odwrócił wzrok od białej kocicy, by zauważyć, jak Źródlana Łapa przewraca oczami.
— Spokojnie, to tylko żart. Poza tym i tak nikt inny tędy teraz nie chodzi — wzruszyła ramionami — Ojciec planuje zabrać cię na trening? Trzeba skorzystać z ładnej pogody, kto wie, kiedy następnym razem przestanie padać — zmarszczyła brwi.
— Żart ma na celu bawić — przyuważył, a następnie spojrzał za niebieską koteczkę, by dostrzec Judaszowcowy Pocałunek, który wybierał patrole. — Myślę, że niedługo wyjdę z nim na trening... — Mruknął krótko, z cieniem zwątpienia w głosie.
Koteczka skinęła szybko głową, a następnie wykonała kilka kroków w tył, tak, by stać tuż przy swojej mentorce. Biała kotka mruknęła coś do niej, rudzielec nie zdołał jednak tego usłyszeć, gdyż głos jej zagłuszany był przez szum wodospadu. Biała splotła łapy ogonem, po chwili jednak wstała i ruszyła w stronę tunelu prowadzącego do wyjścia. Źródlana Łapa podeszła do brata, na jej pysku wymalowany był smutek, w oczach jej dostrzec dało się jednak jasny blask.
— Muszę lecieć, Pani Bożodrzew mówiła, że lepiej śpieszyć się, bo nie wiadomo, jak długo będzie słonecznie — wyznała, na co Lśniąca Łapa jedynie pokiwał głową. — Ale hej, na pewno spotkam cię, gdy będziesz trenował! — rozpromieniła się, by po chwili ruszyć w stronę nawołującej ją mentorki, machając jeszcze ogonem na pożegnanie.
Rudy odprowadzał kotkę wzrokiem aż do momentu, w którym jej sylwetka zniknęła w tunelu. Kocurek ruszył w stronę ojca, by spytać go o moment, w którym rozpocznie się ich szkolenie. Gdy tylko brązowy kocur dostrzegł syna, zmierzającego w jego stronę obdarzył go zadowolonym spojrzeniem pary swoich jasnych, żółtych oczu.
— Cześć, Lśniąca Łapo! — miauknął energiczne, będąc w wyraźnie dobrym humorze. — Masz ochotę na trening?
↬✵☽♡☾✵↫
Słońce świeciło, hojnie obdarzając futro Lśniącej Łapy swoim ciepłem. Kocurek wsłuchiwał się w swojego mentora, który powtarzał uczniowi zasady wojowniczego kodeksu, poszczególnych lokacji oraz ogólnie tych umiejętności, które nabył rudzielec na dotychczasowych szkoleniach. Uczeń nie słuchał, gdyż dobrze to wszystko pamiętał, nie miał jednak zamiaru przyznawać się do tego, ciesząc się z tego, że może spędzić czas na słońcu, którego ostatnio za często nie widywał. Otrząsnął się nagle, jak gdyby spadła na niego nieprzyjemna mżawka, a to wszystko za sprawą słów brązowego kocura, które nagle rozbrzmiały w jego głowie: „Często odwiedzałeś złote kłosy, by zaprezentować mi twoje umiejętności łowieckie” — tak krótka, nieskomplikowana wypowiedź, a jednak wzbudziła w rudym uczniu chęć odkrywania. Prawdą przecież było, że to właśnie w Złotych Kłosach został odkryty, lecz nigdy, nawet w momentach, w których odwiedził to miejsce, nie myślał o tym, że to właśnie tam został odnaleziony przez Judaszowcowy Pocałunek, to właśnie stamtąd przybył wraz z siostrą. Chciał to zbadać, chciał dowiedzieć się, czy znajdzie tam coś, co mogłoby naprowadzić go tego wszystkiego, co stracił. Ten nagły przypływ adrenaliny sprawił, że uczeń popędził niczym strzała w stronę pola pszenicy, nie pozostawiając własnego mentora z żadnym wytłumaczeniem. Poruszane przez lekką bryzę kłosy zadrżały, gdy zanurzał się w nich kocurek. Do uszu ucznia wpłynął cichy szmer oraz pisk, wydawany przez zamieszkujące złote kłosy gryzonie, nos jego również wyczuwał obecność małych zwierzątek, rudzielec nie przestał jednak stąpać na przód, nie poświęcając nawet myśli temu, co może czaić się w pszenicy. Przebył może parę długości ogona, jednak to wystarczyło, by woń myszy czy szczurów stała się słabo wyczuwalna i zastąpiona, przez nieciekawy fetor, który z każdym krokiem postawionym przez Lśniącą Łapę stawał się bardziej intensywny oraz bardziej paskudny, do jego uszu dochodziły też nowe dźwięki, przypominające cichy warkot oraz głośne dudnienie, wszystko to, co czuł nasilało się coraz, a choć uczeń był z natury tchórzem, to nie wiedzieć czemu nie potrafił zatrzymać się, jak gdyby chęć odkrycia tego, gdzie jest jego dawny dom, za którym bywało, że tęsknił. Kichając cicho, za każdym razem, gdy brał głębszy oddech, w końcu dotarł do czegoś, co przez chwile zdawało się mu być końcem pola. Przed jego łapami była teraz czarna jak noc, szorstka w dotyku powierzchnia, które oddzielała jedną część pola złotych kłosów, od drugiej. To gdzieś tutaj musiał stać blaszany potwór, z którego wnętrza postanowił uciec, teraz jednak droga była w zupełności pusta, nie pozostawiając na sobie nawet słabego zapachu dwóch, wcześniej młodych kociąt. Westchnął, czując, jak pod jego futrem kipi wyłącznie gorzkie uczucie rozczarowania. Liczył na to, że odkryje coś, co nieraz pochłaniało jego myśli, zwykle niewystarczająco mocno, by faktycznie miał chęć zająć się poszukiwaniem. A teraz, gdy w końcu nadarzyła się okazja, gdy nagle sobie przypomniał to... poniósł porażkę. Niby chciał już zawrócić, znów przedzierać się przez gęste samopsze, jednak jego uwagę przykuła nadchodząca z łoskotem blaszana figura, przejeżdżająca przez ciemną jezdnię, czy też „drogę grzmotu". Lustrował ją przez niedługą chwilę, by po chwili stwierdzić, że wydawała się podobna do tego samego metalowego potwora, z którego uciekał wraz z siostrą, tyle że ten przejeżdżający był innej barwy niż ten, z którego uciekał, a przy okazji był też wybrudzony piachem oraz błotem. Kocurek wzdrygnął się, gdy potwór przejechał obok niego, pozostawiając sobie jedynie niemiły zapach, o wiele silniejszy, lecz taki sam do tego, który w czuł, gdy tylko dotarł na skraj pola. Spoglądał chwile w stronę, w którą odjeżdżało stworzenie, by następnie przekręcić łeb w przeciwną, czyli w tą, z której potwór nadjeżdżał, i ujrzał budynki, czyli tak zwane gniazda dwunożnych. Było ich wiele, a ich różne, dziwne kształty rysowały się na odległym horyzoncie. Serduszko kocura zaczęło bić znacznie szybciej i czuł, że zaraz ruszy właśnie tam, że to właśnie tam znajdzie swój dawny dom, który naprawdę pragnął odwiedzić. Nie potrafił jednak zdobyć się na to, by leźć taki kawał drogi. Poza tym słyszał, jak Judaszowiec go nawołuje, postanowił więc wrócić, niby lekko tym przybity. Odwrócił się, a następnie zaczął kroczyć w stronę wyjścia ze złotych kłosów. Dziwne dźwięki oraz nieprzyjemne zapachy z każdym stawianym przez ucznia krokiem stawały się słabsze, by w końcu kompletnie zaniknąć, będąc zastąpionymi przez aromat oraz dźwięk zwierzyny. Nie wiedział, co ma zrobić ze swoim odkryciem, nie wiedział nawet, czy powinien w ogóle coś z nim robić, ale chyba by wymagało podjąć jakąś akcje... Po dłuższej wędrówce udało mu się dojść na zielony, nieporośnięty zbytnio kawałek terenu, na którym czekał na niego jego mentor. Brunatny kocur nie wyglądał na zadowolonego, patrząc na swojego ucznia dość niechętnym wzrokiem.
— Lśniąca Łapo, zechcesz mi to wytłumaczyć? — chrząknął, a po tonie jego wypowiedzi uczeń doszedł do wniosku, że dobry humor, który wcześniej towarzyszył jego ojcu zmył się, by najpewniej prędko nie powrócić.
— Wybacz, ojcze. Nie wiem, co stało za moim skandalicznym zachowaniem i chcę cię najmocniej przeprosić za to, że musiałeś doświadczyć tak wielkiej niedojrzałości z mojej strony. Chciałbym cię zapewnić, że moje zachowanie się już nie powtórzy. Nigdy. — Ze skruchą spoglądał na kocura, który w końcu prychnął coś pod nosem, a następnie przejechał ogonem po barkach syna.
— Wierzę w to — powiedział, a następnie ruszył w stronę tunelu, prowadzącego do obozowiska. Lśniąca Łapa kroczył za nim.
↬✵☽♡☾✵↫
Gdy dotarł, dostrzegł Źródlaną Łapę, która w samotności pałaszowała dzięcioła. Koteczka pochyliła się znad zdobyczy gdy tylko wyczuła woń brata. Niebieska wstała, zostawiając na wpół zjedzonego ptaka za sobą i ruszyła w stronę swojego rudego brata. Kocurek nie spodziewał się, że siostra zechce się z nim przywitać, jednak był tym faktem miło zaskoczony, gdyż rzadko kiedy ktokolwiek szedł w jego stronę, by się z nim witać.
— Złowiłam dziś mojego pierwszego ptaka! — Pochwaliła się mu, gdy tylko do niego dotarła. Po części zazdrościł jej tego, że udało jej się złapać jakiegoś ptaka, gdyż on sam wcześniej nie próbował, ale nie miał chęci zostawiać na ten temat żadnych komentarzy. — Chcesz go spróbować?
— Tak, jasne — mruknął i zgrywając obojętnego podszedł do nadgryzionego ptaka. Wziął gryza ze strony, na której nie widział śladów zębów, a następnie żuł trochę, by finalnie przełknąć kawałek. Oczywiście, wypluł pióra, gdyż ptak nie był oskubany. — Tak na przyszłość, postaraj się nie podawać mi dań, które zawierają pierze.
Kotka parsknęła śmiechem, spoważniała trochę, gdy zrozumiała, że nie jest to żart.
— Jak było na treningu? — Źródlana Łapa postanowiła zapytać się o to brata.
— Wiesz, dość ciekawie... — rozpoczął, a nim się obejrzał opowiadał siostrze o tym, co odkrył oraz wszystkie jego obawy, jak i inne odczucia z tym związane. Mówił chwilę, a czasem bywało, że język plątał mu się, to też często robił pauzy, z czego oczywiście nie był zadowolony, dając o tym znać głośnym sykiem. Gdy w końcu jednak przestał się tłumaczyć, z jego pyska padły następujące słowa: — Może chciałabyś sama to zobaczyć? Sądzę, że warto będzie choćby z odległości się temu przyjrzeć, czy coś...
[1589 słów]
[przyznano 32%]
<Źródlana Łapo, co ty na to?>
24 lutego 2025
Od Skocznej Łapy
Śnieg otulił grubą warstwą równiny należące do Klanu Burzy, jak i tereny pozostałych klanów. Nieliczne ptaki szybowały nisko nad ziemią, obserwując ślady łap pozostawiane przez koty. Skoczna Łapa dreptała obok Kukułczego Skrzydła, uważnie słuchając jego wskazówek dotyczących łowienia królików. Dzisiaj po raz pierwszy miała spróbować swoich sił w tym polowaniu! Pogoda nie wydawała się sprzyjająca, ale mimo to uszaki czasami wychodziły z nor. A nawet jeśli nie, mogła przecież wykorzystać tę technikę do upolowania innego zwierzęcia.
— Dobrze, to tyle z teorii. Wszystko rozumiesz? — dopytał jej mentor, spoglądając, jak młodsza skakała po jego śladach.
Skoczna Łapa nagle zatrzymała się i energicznie pokiwała głową.
— Jasne! Jestem gotowa! — zamiauczała radośnie i skoczyła na większą kupkę śniegu, po czym zaczęła się w niej tarzać. Śmiała się głośno, nie mogąc doczekać się momentu, w którym zatopi kły w świeżym mięsie. W końcu podniosła się i mocno otrzepała, by pozbyć się śniegu z futra.
— Pójdziemy do Upadłego Potwora. Po drodze jest sporo norek, na pewno coś tam złapiemy — odparł buro-biały kocur, prowadząc uczennicę w stronę wraku rozbitego samolotu.
Droga zajęła im więcej czasu niż zwykle, a wszystko przez grubą warstwę śniegu, która utrudniała chodzenie. Skoczna Łapa ponownie poczuła, jak szybko się męczy, podczas gdy jej mentor zdawał się nie odczuwać najmniejszego zmęczenia. Nie rozumiała tego. Dlaczego nie była w stanie przejść tak krótkiego odcinka bez trudu? Może za mało trenowała, za mało biegała? Nie miała jednak zamiaru nikomu o tym mówić. Nie chciała okazać słabości. Zagryzła wargi tak mocno, że poczuła metaliczny posmak własnej krwi.
Gdy dotarli w pobliże łąki, na której zwykle rosły wrzosy, dostrzegli parę uszu wystających ponad śnieg. Dwa króliki kicały między zaspami, ich futerka niemal całkowicie zlewały się z otoczeniem, poza czarnymi końcówkami uszu.
Kukułcze Skrzydło przypadł do ziemi, wysoko nastawiając uszy. Skoczna Łapa natychmiast zrobiła to samo, delikatnie przemykając w stronę królików. Stawiała łapy lekko, zostawiając ledwie widoczne ślady na śniegu. Gdy w końcu znalazła się wystarczająco blisko, napięła mięśnie i skoczyła. Udało jej się złapać zwierzę! Opadła na ziemię, ale szybko uniosła łeb, ściskając zdobycz w pysku. Śnieg przywarł do jej futra, tworząc białą maskę na pyszczku, lecz mimo to uśmiechnęła się triumfalnie.
— Dobrze! Szybko się uczysz — pochwalił ją Kukułcze Skrzydło, podchodząc bliżej. — Zakop zdobycz w śniegu i idziemy dalej — dodał, po czym nie czekając, ruszył przed siebie.
Skoczna Łapa pospiesznie zakopała królika i pognała za mentorem, czując narastające pieczenie w łapach.
— Poćwiczymy dziś również bieg długodystansowy. Goń mnie! — zarządził wojownik, po czym rzucił się biegiem przez zaspy. Jego silne łapy zostawiały głębokie ślady w śniegu, gdy z łatwością pokonywał kolejne metry.
Skoczna Łapa na początku dotrzymywała mu kroku, ale z każdą chwilą dystans między nimi rósł. Jej oddech przyspieszał, serce biło jak oszalałe, a nogi stawały się coraz cięższe. Po kilku uderzeniach serca była już daleko w tyle. W końcu przystanęła, dysząc ciężko. Powietrze paliło jej płuca, a suchość w pysku sprawiała, że nie mogła przełknąć śliny. Coś lepkiego ściekało jej z kącika pyska… a może tylko jej się wydawało? Spróbowała potrząsnąć głową, ale świat zawirował. Z łap uszła jej cała siła, a śnieg, który wydawał się tak miękki, nagle stał się twardym, lodowatym podłożem, na które bezwładnie opadła.
Kukułcze Skrzydło dopiero po chwili zauważył, że biegnie sam. Zatrzymał się gwałtownie i rozejrzał, a jego serce ścisnęło się z niepokoju. Gdzie była Skoczna Łapa? Śnieg skutecznie maskował jej sylwetkę, a nagły brak ruchu sprawił, że trudno było ją dostrzec.
— Skoczna Łapo! — zawołał, biegnąc w jej stronę, gdy wreszcie ją dostrzegł.
Leżała w zaspie, ciężko dysząc. Natychmiast przypadł do niej, obwąchując ją z niepokojem. Nie wyczuł żadnej rany, ale jej płytki oddech wyraźnie go zaniepokoił.
— Co się stało? — zapytał z troską.
— Ja… ja po prostu się zmęczyłam — wymamrotała, próbując podnieść się na łapy. Jednak te zadrżały pod jej ciężarem, zmuszając ją do ponownego usiądnięcia.
W końcu udało jej się przełknąć ślinę, a jej uszy położyły się po sobie.
— Nie wiem, co się ze mną dzieje — przyznała cicho, odwracając wzrok. — Nie jestem w stanie długo polować, skakać ani biegać…
Jej głos drżał, a w oczach zabłysły łzy. Wiedziała, że koty Klanu Burzy powinny być szybkie i wytrzymałe, a ona… ona nie potrafiła dotrzymać im kroku.
— Spokojnie, przygotuję dla ciebie treningi, które stopniowo cię przyzwyczają. Masz słabą wytrzymałość, ale damy radę ją poprawić — miauknął Kukułcze Skrzydło, chcąc dodać jej otuchy. Otarł swój policzek o jej, pomagając jej się podnieść.
Skoczna Łapa jednak nie wzięła jego słów do serca. W jej głowie kłębiła się tylko jedna myśl – była jedynym kotem na świecie, który nie potrafił biegać dłużej niż kilka minut!
Do obozu dowlokła się ledwo żywa. Ogon ciągnęła po śniegu, a jej łapy raz po raz potykały się o zaspy, bo nie miała siły ich podnosić. Gdy w końcu dotarła na miejsce, z trudem odłożyła królika na stos. Parę kotów podeszło do niej z gratulacjami. Byli wśród nich zarówno starsi wojownicy, jak i młodsze koty w jej wieku.
— Skoczna Łapo, gratulacje! Niezła zdobycz jak na młodą uczennicę! — mówili niektórzy
„Skoczna Łapo…” powtórzyła w myślach swoje imię. Nigdy nie czuła z nim żadnej więzi. Ani jako Popielica, ani teraz jako Skoczna Łapa nie czuła, że naprawdę do niej pasuje. Koty często przywiązywały się do swoich imion – odzwierciedlały one to, kim były. Ale w jej przypadku? Nic. Nie czuła, że to imię jest jej. A do tego nie potrafiła biegać tak, jak powinni wojownicy Klanu Burzy. Jak więc mogła być jednym z nich?
Za poleceniem Kukułczego Skrzydła skierowała się do legowiska medyka, by przyjąć zioła i pozwolić się zbadać. I wtedy w jej głowie zaświtał pewien pomysł.
Medycy nie muszą biegać tak jak wojownicy. Nie męczą się tak bardzo. Może to właśnie była jej droga? Od zawsze chciała spróbować różnych ścieżek, zanim wybierze tę właściwą… A co, jeśli przeznaczone jej było zostać uczennicą medyka?
Z nową energią podeszła do Skowroniego Odłamka. Poprosiła go o zbadanie, ale przy okazji rozpoczęła rozmowę, wymieniając z nim wiele słów. W jej sercu tliła się nadzieja – może, jeśli będzie miała szczęście, Skowroni Odłamek zgodzi się na przyjęcie jej jako swojej uczennicy?
[992 słów; nauka polowania na króliki]
[przyznano 20% + 5%]
Od Margaretkowego Zmierzchu
Nastała kolejna pora nagich drzew w życiu Margaretkowego Zmierzchu. Cały obóz pokryty był przez biały puch. Kotka z zachwytem przyglądała się spadającym płatkom śniegu, pozwalając, aby jeden osiadł na jej opuszce, by już po chwili zniknąć. Również uśmiech zniknął z pyska kocicy, a w jej oczach dało się dostrzec błysk melancholii.
– Macie szczęście, że wasza ceremonia uczniów wypadnie prawdopodobnie porą nowych liści, z samym jej początkiem i końcówką pory nagich drzew. – Zwróciła się do synów, którzy po raz pierwszy mieli okazję widzieć śnieg. Dłuższe futro chroniło ich przed zimnem, mimo to dostrzegła, jak ci lekko dygoczą, gdy zawiał wiatr. – Jeśli mnie pamięć nie myli, sama miałam ceremonię porą nowych liści... – miauknęła do siebie, starając się sobie przypomnieć dokładną porę, w której została uczennicą. Było wtedy ciepło, a śnieg miała okazję zobaczyć również jako kocię tak jak jej synowie.
– I bardzo dobrze. Nie widziałoby mi się opuszczać obozu, aby iść na trening w taki ziąb! – wtrącił Echo, bacznie obserwując obozowisko, którego centrum tym razem nie tętniło życiem. Większość kotów pochowana była w legowiskach, lecz znalazły się koty takie jak jej partner, które nie chciały opuścić dnia treningu i zabrały swoich uczniów w teren. – Dziwię się tacie, że chciało mu się w taką pogodę pójść na treningi z Wędrującą Łapą. Na jego miejscu odwołałbym dzisiaj trening, tak jak to zrobiła Brzęczkowy Trel!
– I pozwoliłbyś, aby twój uczeń nie zdobył przydatnej wiedzy jak sobie radzić w różnych, niekoniecznie sprzyjających warunkach?
– Nie... Ale mając do wyboru ciepłe legowisko, a trening na mrozie, wybrałbym ciepłe legowisko. I żeby nikt nie nazwał mnie leniem, wykonałbym jakieś proste zadania, jak na przykład wymiana mchu. To też przecież część treningu i zadań uczniowskich, i w takie właśnie dni można się nimi zająć. A w ciepły dzień udałbym się na całodzienne polowanie...
Rozbawiło ją nieco podejście syna. Trudno było jej się nie zgodzić z jego spojrzeniem na świat oczami kocięcia. Jednak, gdyby wszyscy kryli się w ciepłych legowiskach, klan zacząłby przymierać z głodu, a młodzi uczniowie jako wojownicy nie potrafiliby sobie poradzić, gdy zieloną trawę przykryje biały puch — ten był poniekąd sprzymierzeńcem, w szczególności dla kotów o przewadze białej okrywy, pozwalając im się w topić w krajobraz, jak i pozwalał na szybsze wytropienie zwierzyny, która w poszukiwaniu pożywienia zdecydowała się tak jak wojownicy, udać na łowy. Mimo tego również utrudniał polowanie i praktyka porą nagich drzew była przydatna podczas treningu.
– Z takim podejściem to nawet za sto księżyców nie zostaniesz wojownikiem, co najwyżej będziesz mistrzowsko wymieniał mech! Mech-mistrz! – wykrzykując wymyślona nazwę roli, Kruczek skoczył w stronę brata przewracając go na podłoże, wzbijając w powietrze drobinki białego puchu
Kocięta przez chwilę walczyły na niby, tarzając się po śniegu. Zachęcona wesołymi okrzykami synów, w końcu i Margaretka dołączyła do śnieżnej walki. Nie spodziewała się jednak, że przyjdzie jej zmierzyć się samej jednej z dwoma urwisami, którzy zaciekle obrzucali matkę śniegiem, sprawiając, że była na przegranej pozycji.
W pewnym momencie, po oberwaniu śnieżką prosto w pysk, kotka zachwiała się i upadła na ziemię, nie dając najmniejszego znaku życia.
– M-mamo?
Cisza.
Oczy szylkretki pozostawały zamknięte. Kocięta zaprzestały zabawy i wymieniły nerwowe spojrzenia, powoli zbliżając się do leżącej w śniegu kotki. Kruczek położył uszy po sobie, chowając swój ogonek pomiędzy tylne łapki, natomiast kikut Echa nerwowo podrygiwał.
– M-mamo? Mamo, wszystko dobrze? – Małe czarne łapki dotknęły jej boku i lekko potrząsnęły ciałem. – Idź po ciocię albo jakiegoś wojow...
Spanikowany głos syna mający płacz na końcu nosa sprawił, że właśnie w tej chwili postanowiła zmartwychwstać, nawet jeśli leżenie wśród chłodnego puchu było dość przyjemne, w szczególności po pięciu księżycach ciągłego leżenia w ciepłej kociarni (licząc okres ciąży). Poderwała się ze śniegu, łapiąc stojącego najbliżej niej kociaka i przeturlała się razem z nim po śniegu.
– Wygrałam. – miauknęła dumna z siebie wypuszczając z pyszczka dymek pary, spoglądając na syna. – Mamy remis. Co powiecie, żeby zachęcić do zabawy jeszcze jednego z wojowników, aby szansę były wyrównane? – spytała jak gdyby nic, na co Kruczek wybuchł płaczem.
– Myśleliśmy, że coś ci się stało. Że... że umarłaś! – krzyknął Echo, podbiegając do matki i brata. – Miałem już iść po ciocię! Wystraszyłaś nas! – prychnął rzucając matce gniewne spojrzenie
– Wybaczcie waszej starej głupiej matce. Ta bitwa na śnieżki sprawiła, że poczułam się jak kociak i postanowiłam was trochę wkręcić. – wyznała. Jako mała koteczka nie miała tej możliwości dokazywać w zaspach śnieżnych z bratem. A teraz mogła pobawić się ze swoimi dziećmi, chcąc ich po prostu rozśmieszyć. Wcale nie udawała, że umarła, tylko po prostu chciała, aby podeszli i mogła ich zaskoczyć. Sama ze śmierci nigdy by nie żartowała. – Chyba przesadziłam... – westchnęła. Pomogła się podnieść Kruczkowi z pleców i czule liznęła go po łebku. – No już nie płacz Echo, spójrz. Jestem cała i zdrowa. Nic mi nie jest. Uderzenie śnieżki wcale nie bolało, a i sama celowo się wywaliłam...
– Nie rób tak więcej, dobrze? – spytał, pociągając nosem.
– Dobrze.
– Obiecaj.
– Obiecuję.
– Na łapkę?
– Na łapkę. – Mówiąc to zetknęła się opuszką z łapką kocurka. Na pysku malca pojawił się lekki uśmiech, mimo to wciąż wydawać się mogło, że gniewał się na matkę. – Myślę, że na dzisiaj wystarczy tych wygłupów w śniegu... – Otrzepała się z puchu pokrywającego jej grzbiet. – Lepiej, żebyście się nie rozchorowali. Niektóre z ziół nie są tak smaczne jak się może wydawać i nie pachną zachęcająco, a doskonale zdaję sobie sprawę jakie macie delikatne podniebienia. Może zajrzymy do legowiska uczniów i zaproponujemy im wspólne wybranie się do Łapkowa? – zaproponowała. – Będziemy mogli przejść jednym z dodatkowych tuneli pod ziemią, tak aby nie musieć iść przez zaspy.
Kociaki zgodziły się. Wspólnie udali się do legowiska uczniów, w którym część uczniów faktycznie odpoczywała. Kocica zapytała się, czy któryś z przyszłych wojowników miałby ochotę udać się z nimi do Groty Pamięci. Znalazło się dwóch, którzy ochoczo przystali na wspólnie spędzony miło czas w gronie kotów zbliżonych do siebie wiekiem. Ku zdziwieniu kocicy, nawet Ognista Piękność, która zaczepiła ich przy wejściu do tunelu okazała się być chętna do wspólnego spędzenia czasu w podziemiach.
– I tak nie mam nic innego do roboty, a twój brat... – urwała zadzierając nosek do góry. Wcisnęła się na przód pochodu i zniknęła w tunelu.
– Mamo... – Kocurek pociągnął kotkę za ogon. – Nadal jestem na ciebie zły, ale... Nauczysz mnie jak leżeć w bezruchu, tak aby zmylić przeciwnika i mieć efekt zaskoczenia?
– Oczywiście. Na pewno twój mentor też ci pokażę tę sztuczkę – Uśmiechnęła się. – A teraz wskakuj do tunelu.
– Macie szczęście, że wasza ceremonia uczniów wypadnie prawdopodobnie porą nowych liści, z samym jej początkiem i końcówką pory nagich drzew. – Zwróciła się do synów, którzy po raz pierwszy mieli okazję widzieć śnieg. Dłuższe futro chroniło ich przed zimnem, mimo to dostrzegła, jak ci lekko dygoczą, gdy zawiał wiatr. – Jeśli mnie pamięć nie myli, sama miałam ceremonię porą nowych liści... – miauknęła do siebie, starając się sobie przypomnieć dokładną porę, w której została uczennicą. Było wtedy ciepło, a śnieg miała okazję zobaczyć również jako kocię tak jak jej synowie.
– I bardzo dobrze. Nie widziałoby mi się opuszczać obozu, aby iść na trening w taki ziąb! – wtrącił Echo, bacznie obserwując obozowisko, którego centrum tym razem nie tętniło życiem. Większość kotów pochowana była w legowiskach, lecz znalazły się koty takie jak jej partner, które nie chciały opuścić dnia treningu i zabrały swoich uczniów w teren. – Dziwię się tacie, że chciało mu się w taką pogodę pójść na treningi z Wędrującą Łapą. Na jego miejscu odwołałbym dzisiaj trening, tak jak to zrobiła Brzęczkowy Trel!
– I pozwoliłbyś, aby twój uczeń nie zdobył przydatnej wiedzy jak sobie radzić w różnych, niekoniecznie sprzyjających warunkach?
– Nie... Ale mając do wyboru ciepłe legowisko, a trening na mrozie, wybrałbym ciepłe legowisko. I żeby nikt nie nazwał mnie leniem, wykonałbym jakieś proste zadania, jak na przykład wymiana mchu. To też przecież część treningu i zadań uczniowskich, i w takie właśnie dni można się nimi zająć. A w ciepły dzień udałbym się na całodzienne polowanie...
Rozbawiło ją nieco podejście syna. Trudno było jej się nie zgodzić z jego spojrzeniem na świat oczami kocięcia. Jednak, gdyby wszyscy kryli się w ciepłych legowiskach, klan zacząłby przymierać z głodu, a młodzi uczniowie jako wojownicy nie potrafiliby sobie poradzić, gdy zieloną trawę przykryje biały puch — ten był poniekąd sprzymierzeńcem, w szczególności dla kotów o przewadze białej okrywy, pozwalając im się w topić w krajobraz, jak i pozwalał na szybsze wytropienie zwierzyny, która w poszukiwaniu pożywienia zdecydowała się tak jak wojownicy, udać na łowy. Mimo tego również utrudniał polowanie i praktyka porą nagich drzew była przydatna podczas treningu.
– Z takim podejściem to nawet za sto księżyców nie zostaniesz wojownikiem, co najwyżej będziesz mistrzowsko wymieniał mech! Mech-mistrz! – wykrzykując wymyślona nazwę roli, Kruczek skoczył w stronę brata przewracając go na podłoże, wzbijając w powietrze drobinki białego puchu
Kocięta przez chwilę walczyły na niby, tarzając się po śniegu. Zachęcona wesołymi okrzykami synów, w końcu i Margaretka dołączyła do śnieżnej walki. Nie spodziewała się jednak, że przyjdzie jej zmierzyć się samej jednej z dwoma urwisami, którzy zaciekle obrzucali matkę śniegiem, sprawiając, że była na przegranej pozycji.
W pewnym momencie, po oberwaniu śnieżką prosto w pysk, kotka zachwiała się i upadła na ziemię, nie dając najmniejszego znaku życia.
– M-mamo?
Cisza.
Oczy szylkretki pozostawały zamknięte. Kocięta zaprzestały zabawy i wymieniły nerwowe spojrzenia, powoli zbliżając się do leżącej w śniegu kotki. Kruczek położył uszy po sobie, chowając swój ogonek pomiędzy tylne łapki, natomiast kikut Echa nerwowo podrygiwał.
– M-mamo? Mamo, wszystko dobrze? – Małe czarne łapki dotknęły jej boku i lekko potrząsnęły ciałem. – Idź po ciocię albo jakiegoś wojow...
Spanikowany głos syna mający płacz na końcu nosa sprawił, że właśnie w tej chwili postanowiła zmartwychwstać, nawet jeśli leżenie wśród chłodnego puchu było dość przyjemne, w szczególności po pięciu księżycach ciągłego leżenia w ciepłej kociarni (licząc okres ciąży). Poderwała się ze śniegu, łapiąc stojącego najbliżej niej kociaka i przeturlała się razem z nim po śniegu.
– Wygrałam. – miauknęła dumna z siebie wypuszczając z pyszczka dymek pary, spoglądając na syna. – Mamy remis. Co powiecie, żeby zachęcić do zabawy jeszcze jednego z wojowników, aby szansę były wyrównane? – spytała jak gdyby nic, na co Kruczek wybuchł płaczem.
– Myśleliśmy, że coś ci się stało. Że... że umarłaś! – krzyknął Echo, podbiegając do matki i brata. – Miałem już iść po ciocię! Wystraszyłaś nas! – prychnął rzucając matce gniewne spojrzenie
– Wybaczcie waszej starej głupiej matce. Ta bitwa na śnieżki sprawiła, że poczułam się jak kociak i postanowiłam was trochę wkręcić. – wyznała. Jako mała koteczka nie miała tej możliwości dokazywać w zaspach śnieżnych z bratem. A teraz mogła pobawić się ze swoimi dziećmi, chcąc ich po prostu rozśmieszyć. Wcale nie udawała, że umarła, tylko po prostu chciała, aby podeszli i mogła ich zaskoczyć. Sama ze śmierci nigdy by nie żartowała. – Chyba przesadziłam... – westchnęła. Pomogła się podnieść Kruczkowi z pleców i czule liznęła go po łebku. – No już nie płacz Echo, spójrz. Jestem cała i zdrowa. Nic mi nie jest. Uderzenie śnieżki wcale nie bolało, a i sama celowo się wywaliłam...
– Nie rób tak więcej, dobrze? – spytał, pociągając nosem.
– Dobrze.
– Obiecaj.
– Obiecuję.
– Na łapkę?
– Na łapkę. – Mówiąc to zetknęła się opuszką z łapką kocurka. Na pysku malca pojawił się lekki uśmiech, mimo to wciąż wydawać się mogło, że gniewał się na matkę. – Myślę, że na dzisiaj wystarczy tych wygłupów w śniegu... – Otrzepała się z puchu pokrywającego jej grzbiet. – Lepiej, żebyście się nie rozchorowali. Niektóre z ziół nie są tak smaczne jak się może wydawać i nie pachną zachęcająco, a doskonale zdaję sobie sprawę jakie macie delikatne podniebienia. Może zajrzymy do legowiska uczniów i zaproponujemy im wspólne wybranie się do Łapkowa? – zaproponowała. – Będziemy mogli przejść jednym z dodatkowych tuneli pod ziemią, tak aby nie musieć iść przez zaspy.
Kociaki zgodziły się. Wspólnie udali się do legowiska uczniów, w którym część uczniów faktycznie odpoczywała. Kocica zapytała się, czy któryś z przyszłych wojowników miałby ochotę udać się z nimi do Groty Pamięci. Znalazło się dwóch, którzy ochoczo przystali na wspólnie spędzony miło czas w gronie kotów zbliżonych do siebie wiekiem. Ku zdziwieniu kocicy, nawet Ognista Piękność, która zaczepiła ich przy wejściu do tunelu okazała się być chętna do wspólnego spędzenia czasu w podziemiach.
– I tak nie mam nic innego do roboty, a twój brat... – urwała zadzierając nosek do góry. Wcisnęła się na przód pochodu i zniknęła w tunelu.
– Mamo... – Kocurek pociągnął kotkę za ogon. – Nadal jestem na ciebie zły, ale... Nauczysz mnie jak leżeć w bezruchu, tak aby zmylić przeciwnika i mieć efekt zaskoczenia?
– Oczywiście. Na pewno twój mentor też ci pokażę tę sztuczkę – Uśmiechnęła się. – A teraz wskakuj do tunelu.
Od Pietruszkowej Błyskawicy
Wychodząc z jaskini, pierwsze, co rzuciło się w oczy Pietruszkowej Błyskawicy, to śnieg, który pokrył wszystko, co tylko mógł. Stała przez dłuższą chwilę, widocznie się wahając. Musiała zapolować, a mimo to jej ciało nie chciało ruszyć się do przodu. W końcu jednak postąpiła krok naprzód i wtedy dopadł ją Gąsienicowa Łapa.— Pietruszkowa Błyskawico! Idziemy na trening? — zapytał młodziak, czepiając się jej łap.
Kotka spojrzała na niego z miłością, ale zaprzeczyła skinięciem głowy. Ten zrobił oburzoną minę.
— Ale jutro na pewno pójdziemy! — odparła i liznęła go po policzku.
Terminator zaśmiał się, po czym wesoło odbiegł z powrotem do ciepłej jaskini. Wojowniczka chwilę patrzyła za nim, jednak wreszcie ruszyła się z miejsca.
Wbiegła na górkę pokrytą śniegiem, skacząc i co jakiś czas zatapiając się w białym puchu. Wiedziała, że przez swoje czekoladowe futro trudniej wtapia się w tło, dlatego ku własnej radości zaczęła tarzać się w lepkim śniegu! Turlała się i zakopywała pod puch, śmiejąc się pod nosem. Śnieg był na tyle lepki, że z łatwością przyklejał się do jej futra. Teraz była gotowa na polowanie! Szybko pognała przed siebie, ostrożnie pokonując rzekę. Nie miała zamiaru od razu wbiegać na granicę z Klanem Burzy. Najpierw podeszła bliżej Klanu Wilka. Ukrywając się wśród zasp, kamieni i pozostałej roślinności, skradała się w stronę Sekretnych Tuneli. Lubiła trenować skradanie, nawet jeśli nie miała wyznaczonego celu.
Przypadła do ziemi, chowając się w śniegu. Była niczym lis czyhający na ofiarę. Tak naprawdę, gdyby nie jej pomarańczowe oczy i brązowy kawałek pyszczka, byłaby niemal niewidoczna. Nagle dostrzegła na śniegu krople krwi. Zaciekawiona, wciąż skradając się, ruszyła za tropem. Kryjąc się za dużym kamieniem, dostrzegła leżącą na ziemi mysz. Była martwa i niechlujnie ukryta pod śniegiem. Nastawiła uszy i wytężyła wzrok. Poruszyła nosem, próbując wyłapać jakikolwiek zapach. To, co zostawiło tu tę piszczkę, musi być w pobliżu. Nagle przed jej nosem stanęły czarno-białe łapy, a znajomy zapach otulił jej nozdrza. Podniosła głowę, uśmiechając się ciepło do dobrze znanego pyska.
— Pietruszkowa Błyskawico, nieładnie podkradać innym zwierzynę! — zawołał Mysia Łapa, podchodząc do kotki. Oboje czule otarli się o siebie.
— Nie podkradam! Słabo ją ukryłeś — obroniła się, siadając na śniegu i liżąc łapę.
Uczeń zamachał ogonem, po czym skoczył na wojowniczkę. Ta nie opierała się i z miękkim plaskiem wylądowała w białym puchu. Przez chwilę siłowali się w śniegu, śmiejąc się radośnie. W końcu podnieśli się i zapolowali razem. Gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, wrócili do obozu.
Od Czyhającej Mureny
— Syreni Lamencie, Czyhająca Mureno i Siwa Czaplo; udacie się na patrol na tereny niczyje w celu rozeznania. Przewodzić eskapadzie będzie Syreni Lament.
Rozległy się ciche szepty, a chwilę później Spieniona Gwiazda zakończyła przemówienie, kryjąc się w swoim legowisku.
Księżniczka stanęła przed wyjściem z obozu, obrzucając dwójkę kotów spojrzeniem swych pomarańczowych ślepi.
— Ruszamy? — zapytała, uderzając ogonem o tylne łapy.
Pointka kiwnęła łbem, zwinnie wymijając młodszą i wychodząc na prowadzenie.
Całą trójką opuścili koczowisko i przepłynęli wodę, dzielącą ich od reszty terenów, po czym ruszyli przed siebie, bez większych przeszkód docierając do celu podróży.
Po krótkiej drodze truchtem po obcych terenach, ciszę przerwała dowodząca patrolem.
— Zatrzymać się! — zarządziła cichym syknięciem Syreni Lament.
Pozostali członkowie patrolu znieruchomieli, zerkając w stronę pointki.
— Patrzcie. — Kotka wskazała ruchem ogona na nieośnieżony skrawek terenu pod jedną z jodeł. Na zmarzniętej trawie leżało parę pokruszonych gałązek.
Czyhająca Murena zastrzygła uszami, uważnie przyglądając się otoczeniu. Jednak oprócz skrawku terenu bez śniegu, nie dostrzegła nic, co mogłoby wskazywać na obecność jakiegoś samotnika, toteż, aby upewnić się, czy może tam podejść, spojrzała na Syreni Lament pytająco. Najwidoczniej jednak kotka nie zrozumiała jej intencji, gdyż zmrużyła oczy, w których było widać rozczarowanie.
— Gałązki jak te nie pękają w pół ot tak — zaczęła wyjaśniać, okrążając ostrożnie jodłę. — Zastanówcie się. Mysi ani ptasi krok nie byłby zdolny je złamać w ten sposób. Gdyby była to kuna albo lis - pozostawiłby po sobie smród nie do przeoczenia. Natomiast większe zwierzęta nie przeszłyby tędy bez zostawienia za sobą głębokich bruzd w śniegu czy otarć na korze drzew — wyjaśniła niczym prawdziwa mentorka. — Ci włóczędzy znani są z niepozostawiania po sobie żadnego zapachu.
— W okolicy nie widać nic więcej... Ale chyba jesteśmy stosunkowo blisko ich siedliska. Nie mieliby powodów, aby zapuszczać się zbyt daleko — odparła krótko. — Nie powinniśmy wrócić i powiadomić o tym Spienioną Gwiazdę?
— Wątpię — rzuciła Syreni Lament, marszcząc brwi — To po prostu daje nam znać, że tu byli. Gdyby nie było tak ciemno, moglibyśmy pójść tropem łap, jednak w tej chwili jest to zbyt niebezpieczne. Oni znają te tereny lepiej niż my, a noce Pory Nagich Drzew będą działać na ich korzyść. Wracamy.
Murena odniosła wrażenie, że znowu nie została w pełni zrozumiana przez starszą, jednak posłusznie zawróciła, podążając za całym patrolem.
Rozległy się ciche szepty, a chwilę później Spieniona Gwiazda zakończyła przemówienie, kryjąc się w swoim legowisku.
Księżniczka stanęła przed wyjściem z obozu, obrzucając dwójkę kotów spojrzeniem swych pomarańczowych ślepi.
— Ruszamy? — zapytała, uderzając ogonem o tylne łapy.
Pointka kiwnęła łbem, zwinnie wymijając młodszą i wychodząc na prowadzenie.
Całą trójką opuścili koczowisko i przepłynęli wodę, dzielącą ich od reszty terenów, po czym ruszyli przed siebie, bez większych przeszkód docierając do celu podróży.
Po krótkiej drodze truchtem po obcych terenach, ciszę przerwała dowodząca patrolem.
— Zatrzymać się! — zarządziła cichym syknięciem Syreni Lament.
Pozostali członkowie patrolu znieruchomieli, zerkając w stronę pointki.
— Patrzcie. — Kotka wskazała ruchem ogona na nieośnieżony skrawek terenu pod jedną z jodeł. Na zmarzniętej trawie leżało parę pokruszonych gałązek.
Czyhająca Murena zastrzygła uszami, uważnie przyglądając się otoczeniu. Jednak oprócz skrawku terenu bez śniegu, nie dostrzegła nic, co mogłoby wskazywać na obecność jakiegoś samotnika, toteż, aby upewnić się, czy może tam podejść, spojrzała na Syreni Lament pytająco. Najwidoczniej jednak kotka nie zrozumiała jej intencji, gdyż zmrużyła oczy, w których było widać rozczarowanie.
— Gałązki jak te nie pękają w pół ot tak — zaczęła wyjaśniać, okrążając ostrożnie jodłę. — Zastanówcie się. Mysi ani ptasi krok nie byłby zdolny je złamać w ten sposób. Gdyby była to kuna albo lis - pozostawiłby po sobie smród nie do przeoczenia. Natomiast większe zwierzęta nie przeszłyby tędy bez zostawienia za sobą głębokich bruzd w śniegu czy otarć na korze drzew — wyjaśniła niczym prawdziwa mentorka. — Ci włóczędzy znani są z niepozostawiania po sobie żadnego zapachu.
— W okolicy nie widać nic więcej... Ale chyba jesteśmy stosunkowo blisko ich siedliska. Nie mieliby powodów, aby zapuszczać się zbyt daleko — odparła krótko. — Nie powinniśmy wrócić i powiadomić o tym Spienioną Gwiazdę?
— Wątpię — rzuciła Syreni Lament, marszcząc brwi — To po prostu daje nam znać, że tu byli. Gdyby nie było tak ciemno, moglibyśmy pójść tropem łap, jednak w tej chwili jest to zbyt niebezpieczne. Oni znają te tereny lepiej niż my, a noce Pory Nagich Drzew będą działać na ich korzyść. Wracamy.
Murena odniosła wrażenie, że znowu nie została w pełni zrozumiana przez starszą, jednak posłusznie zawróciła, podążając za całym patrolem.
Od Ćmiego Księżyca CD. Zaćmionej Łapy
Time skip do teraźniejszości
Biały puch wdzierał się do obozu. Coraz większe zaspy tworzyły się przy samym wejściu, z czasem tworząc wały, przez które trzeba było torować drogę. Pogoda była sucha i bardzo zimna. Jedyne co pozwalało utrzymać radość ducha, było częste słońce, które miło grzało w grzbiet, nawet jeśli chłód piekł w nos i uszy.Jak na razie nie było żadnych problemów z odmrożeniami, co tylko pokazywało, że Klifiaki nie pchały się niepotrzebnie w paszcze zimna, a wybór kotów do patroli w dni, kiedy pogoda jest szczególnie surowa, był faktycznie przemyślany. Nikt nie wydawał się chory z powodu pory roku.
Cieszyło to medyczki niezmiernie. Składzik, jak to bywa, kiedy śnieg zakryje tereny klanów, nie był najlepiej zaopatrzony. Nie było też co się łudzić, że cokolwiek przetrwało te siarczyste mrozy, więc modły do Klanu Gwiazdy o zdrowie dla wszystkich, zwłaszcza najsłabszych, były codziennym rytuałem Ćmiego Księżyca. Wiedziała, że duża część wojowników jest już bliżej starości niż szczytu swojej siły; praktycznie można było ich już traktować jako starszyznę, a więc jedno niefortunne przewianie i byłby spory problem. Utrata takich doświadczonych kotów, które dalej próbowały przynajmniej wyżywić swoje rodziny i przyjaciół, byłby dla Klanu Klifu niezwykłym ciosem. Zwłaszcza że Ćma wciąż czuła, mimo tych księżyców, że widmo konfliktu z Klanem Burzy wciąż nad nimi wisi. Nie mogła zapomnieć o mordce swojej ukochanej siostry, gdy ta opowiadała, co stało się na granicy, do czego doszło między nią a tą okropną rudą Pożarową Łapą. Gdy raz wyznała mamusi Zielone Wzgórze, że cała sytuacja wciąż niezwykle ją trapi, a strach przed pazurami wojowników, które zacisną się na niej jak na zbyt powolnym zajączku, jest w niej wciąż żywy, ta zaśmiała się tylko i zapewniła, że tę niezgodę do grobu zanieśli ze sobą Srokoszową Gwiazda i Obserwująca Gwiazda. Według czarnej, teraz gdy oba klany rządzone są inną łapą, nic już się nie wydarzy. Córka miała taką nadzieję; chciała wierzyć ukochanej mamie... Z zasady jednak musiała wciąż pielęgnować w sobie lęk. Ktoś musiał się przecież przejmować.
— Ćmi Księżycu? Haalooo~ — Dotarł do niej w końcu głos Pietruszkowej Błyskawicy. Medyczka lekko podskoczyła, co wywołało tylko śmiech rozbawienia ze strony wojowniczki. Szybko jednak jej mordka przybrała znów lekko zmartwiony grymasik. Ćma rzadko widywała coś podobnego na czekoladowym pyszczku; poczuła ścisk w żołądku. — Jejku musisz być bardziej czujna. Może w obozie nic ci nie grozi, ale w wielkim świecie już mogłoby cię coś chapsnąć i co my byśmy potem zrobili? — zażartowała. — O-oh, przepraszam... — Koteczka wróciła do rzeczywistości, a jej ślepia powędrowały za wzrokiem Pietruszki, prosto na jej młodego ucznia. — Co się stało? — zwrócił się do starszej, wracając uwagą do niej.
— No cóż... Mieliśmy wybierać się na trening, już i tak jest późno i większość terminatorów dawno wyszła, ale Gąsienicowa Łapa nie potrafił złapać tchu. Mówi, że czuję, jakby miał kulkę mchu w gardle. — powiedziała zmartwiona, a kocurek pokiwał prędko głową.
— Ojej... — W oczach asystentki zalśnił strach i współczucie. Powstała i podeszła bliżej niebieskiego. — Otwórz. — poleciła cicho, a ten potulnie rozdziawił szeroko pysk. Nie wyglądało na to, aby jakaś kosteczka czy źle przeżuty kawałek mięsa zalęgł się w przełyku. Mimo to kontynuowała oględziny.
— Próbowaliśmy pić wodę, ale to nie suchość — wtrąciła jeszcze Pietruszkowa Błyskawica, przyglądając się pracującej koteczce.
— Nie, to nie to... — zgodziła się Ćma i nic więcej nie mówiąc, wskoczyła z powrotem do legowiska, gdzie przebywała tylko drzemająca Czereśniowa Gałązka. Wślizgnęła się do składziku, gdzie pomrukiwała Zaćmienie. Nie przeszkadzając siostrze, złapała do mordki pęczek jałowca. Skrzywiła się; nie lubiła pracować z jagodami... Wróciła do czekającej dwójki. — Zjedz jedno. — podsunęła kuleczkę pod łapy ucznia, a ten bez zawahania zlizał ją z posadzki, krzywiąc się na cierpki smak.
— Hmm... Nie pomoże pewnie od razu. Chyba dzisiaj zostaniemy w obozie, Gąsieniczku. — mruknęła czekoladowa, a uczeń widocznie się zasmucił. — Odpoczniemy sobie razem, co ty na to? Poopowiadam ci jakieś straszne historie o borsukach i wielkich mewach. — zażartowała i posłała mu wielki uśmiech, na co ten się rozpromienił. Wstali, ale koleżanka rzuciła jeszcze na odchodne — Papa! Dziękuje ci Ciemko! Pozdrów siostrę!
— Przyjmuję, nie ma co przekazywać. — odezwał się głos zza srebrnej. Szylkretowa uczennica wyłoniła się z jaskini i uśmiechnęła się do przyjaciółki. Pietruszka puściła jej oko i ruszyła za swoim podopiecznym. Asystentka otarła się policzkiem o czarny bark, głośno mrucząc. — Wpełzłaś do składziku niczym cień, mało co nie przeraziłaś mnie na śmierć — zażartowała.
— Wybacz... — Speszyła się koteczka, ale szybko odwzajemniła uśmiech. — Gąsieniczek nie umiał wziąć wdechu. — Uprzedziła pytanie, a kotka zmrużyła skrzące ślepia.
— Dałaś mu jałowca?
— Mhm...
— Kończy się, widziałam. Mamy znów tak mało ziół w Porę Nagich Drzew. Zawsze mówię, że na następny raz z końcem Pory Opadających Liści jaskinia będzie wręcz pękać od leków, a potem i tak wszystko kończy się jak się kończy... — Pokręciła łbem i usiadła obok mniejszej. Gruba, jasna kita owinęła się wokół jej rdzawego ogona, a jasny pyszczek oparł się na ciemnym barku. — Coś się stało?
— N-nie... — wyjąkała Ćma. Dłuższą chwilę milczała, ciesząc się bliskością drogiej Zaćmienie, nagle jednak, mimo wewnętrznego zawahania, zapytała. — Siostrzyczko... Co myślisz, że nas czeka?
<Zaćmienie?>
Wyleczeni: Gąsienicowa Łapa
Od Szałwiowej Łapy CD. Murenowej Łapy (Czyhającej Mureny)
Patrząc w przestraszony pyszczek siostry, sam posmutniał. Ba, aż pobladł pod futrem! Był przekonany, że coś się stało i to dlatego zakrywała łapą pysk. Kiedy jednak opuściła łapę i był w stanie zobaczyć jej malunki, zdał sobie sprawę, że nic się nie stało. Odetchnął z ulgą, zdecydowanie kontrastując z poddenerwowaną Mureną.
— A czemu to by miało być głupie? Wygląda super! — miauknął, nie rozumiejąc kompletnie jej niepokoju.
— Ale... Zrobiłam to sama! I to nawet nie z krwi szczupaka, a zwykłej uklei. A to przecież nie jest byle malunek! — mówiła zlęknionym głosem. Szałwiowa Łapa próbował zachować zmartwiony wyraz twarzy, lecz nie był w stanie powstrzymać rozbawionego uśmieszku...
— Za baldzo się tym przejmujesz! — mruknął. Dlaczego mama miałaby coś im zrobić? Tak, to prawda, ten znaczek był ważnym symbolem ich rangi, lecz nadal! Czy Mandarynkowe Pióro naprawdę mogła się zezłościć za dorysowaniu sobie na mordce paru czerwonych kresek? — No ale jeśli naplawdę chcesz, mogę ci pomóc to zmyć — dodał po chwili.
Murenowa Łapa po krótkim namyśle skinęła głową.
— Czekaj... Muszę się ustawić... — Szałwik wstał na tylne łapki, przednimi opierając się o barki siostry i przekręcając łebek tak, by jego język mógł dosięgnąć czerwonych plamek. Rybia krew rozpłynęła się mu na języku, gdy zmywał z policzków krzywiącej się Mureny rysunki. — Okej, jest już dobrze! Musisz jeszcze chlasnąć wodą i nikt nie zauważy, że coś tam było — powiedział zadowolony, patrząc na jej już tylko odrobinę zabarwione futerko.
***
przed śmiercią Sroczej Gwiazdy
Po ataku samotników myślał naprawdę dużo.
Uczęszczał na treningi i patrole tak, jak wcześniej, lecz jego umysł wiecznie zasnuwała gęsta mgła. Sumowa Płetwa coraz częściej wytykał mu nieuwagę. Nieustannie potykał się o kamyki, deptał kruche liście, zanurzał się w lodowatej wodzie...
I choć mentor w pełni go rozumiał, to Szałwiowa Łapa nie mógł się pozbyć ciążącego na piersi poczucia, że coś było nie tak.
Nawet odpychając na bok fakt, że na niego i na jego rodzinę polowano jak na łowną zwierzynę. To samo w sobie robiło mu mętlik w głowie. Gdy przechodził obok południowej granicy, mimowolnie napinał mięśnie. Tak, jakby czekał, aż z zarośli wyskoczy kolejny oddział samotników gotowy do rzucenia się na niego z wyszczerzonymi kłami. Jakikolwiek delikatny, nawet najbardziej zwietrzały zapach włóczęgi, który spotykał po drodze, jeżył mu włos na grzbiecie. Patrząc w lustrzane odbicie wody zawsze dotykał łapą grzbietu nosa, na którym znajdowała się pamiątka po ataku. Przestał ufać początkowym zapewnieniom medyczek. Nie sądził, że jego blizna kiedykolwiek zniknie.
Za każdym razem Szałwiowa Łapa odpychał od siebie te myśli. Potrząsał głową i szedł dalej. Zaciskał zęby i skupiał się na swoim zadaniu. Nie potrafił jednak zatkać uszu – a to do nich dobiegało najwięcej głosów, których nie chciał słyszeć. Pochwały, gratulacje, komplementy. Zawsze, kiedy jednak szukał ich odbiorców, pokazywały się przed nim znajome pysk – jego rodzeństwa. To na nim zwykle osiadały laury. To ono nosiło imiona wojowników. Pierzasta Kołysanka, Czyhająca Murena, Sterletowa Łuska... Wszystkie noszone z dumą, wskazujące na ich ciężki trening i poświęcenie. A on... Był w tyle. Zdawało mu się, że daleko, daleko za nimi.
To właśnie wtedy w głębi jego umysłu rozlegał się cichy szept, który mówił do niego, że może nigdy się nie mylił. Może to, co czuł od kociaka naprawdę było prawdą. Może był od innych po prostu... Gorszy.
— Szałwiowa Łapo! — Krzyk Sumowej Płetwy wyrwał go z zamyślenia, sprawiając, że kocur podskoczył. O mało co nie wpadł do lodowatej wody. — Tyle już przepłynęło obok ciebie ryb... Miałeś łowić, przypominam — mruknął, podchodząc do niego bliżej. Nie unosił głosu, lecz Szałwik czuł w nim rozczarowanie.
Położył po sobie uszy. Cierpliwość jego mentora musiała się w końcu skończyć. W końcu posiadanie ucznia, który ciągle odpływa myślami od treningu, na pewno było frustrujące. Uciekł wzrokiem.
— Pseprasam, rozkojarzyłem się — wymruczał jedynie, zakłopotany.
— Ostatnio często bywasz rozkojarzony. Wiem, że stało się to, co się stało, lecz musisz iść dalej. Spójrz tylko na swoje siostry. — Przez wspominkę o rodzeństwie futro na grzbiecie kocurka nieznacznie się nastroszyło. — To, w jakim wieku ukończysz trening, wpłynie na to, jak zapamięta cię klan. A myślę, że tobie, jako księciu, zależy, by to wrażenie było pozytywne.
— Tak... — westchnął Szałwiowa Łapa w odpowiedzi, zaciskając zęby. Nie rozumiał, co robił źle. Naprawdę się starał! Obserwował ruchy innych, próbował wyciągać wnioski z błędów i zawsze słuchać krytyki doświadczonych wojowników. A mimo tego wciąż nosił to przeklęte imię z członem "Łapa". Nie mógł się poszczycić tytułem wojownika czy ogrodnika. Jedynym, co podnosiło go na duchu, było towarzystwo Lagunowej Łapy – jako jedyny wciąż towarzyszył mu w legowisku uczniów. I szczerze, choć ta myśl go zawstydzała, bał się jego mianowania. Nie chciał zostać tam w samotności.
— Ale mnie martw się — dodał jego mentor po dłuższej chwili ciszy. — Ty i cała reszta waszej zgrai to mądre kociaki, a mianowanie w wieku dziesięciu księżyców jest wyjątkowe. W końcu się tego doczekasz. Szczególnie gdy skupisz się na ćwiczeniach — zakończył ze słabym uśmiechem na pysku.
Szałwik skinął głową, lecz wcale nie czuł się pocieszony. Nawet nie był do końca pewien, z jaką intencją Sumowa Płetwa to do niego mówił. Czy chciał go tym zmobilizować do nauki? Może podnieść na duchu? Wierzył, że jego dziadek nie miał nic złego na myśli, lecz... Czasem pojawiały się w jego głowie wątpliwości.
Zacisnął powieki, rozpędzając myśli. Miał się skupić na treningu!
— Oczywiście. Już nie będę — wymamrotał. Wciąż na jego pysku można było zobaczyć wyraźne speszenie, lecz zdawałoby się, że umknęło to oczom Sumowej Płetwy. A może po prostu to zignorował.
— W takim razie chodźmy dalej. Tu już spłoszyliśmy ryby — mruknął i ruszył przed siebie wzdłuż brzegu rzeki. Szałwiowa Łapa w ciszy poszedł za nim, zwieszając głowę. Teraz musiał się już wykazać.
***
Wrócił z trzymanym w pyszczku kiełbiem. Była to nieduża, smukła ryba, lecz uczeń starał się nie przejmować jej rozmiarem. Pora nagich liści rozpoczęła się w końcu na dobre – wszystko przykrywała warstwa sypkiego śniegu, a niskie temperatury zdecydowanie dawały w kość nie tylko kotom, ale i większości łownej zwierzyny. Musieli się zadowalać drobniejszymi kąskami. Już niedługo miały nadejść zielone liście, a wraz z nimi koniec zaciskania pasa.
Sumowa Płetwa odszedł w swoją stronę, rzucając jeszcze na odchodne do wnuka, by nakarmił starszyznę. Dlatego też zamiast do stosu ze zwierzyną, Szałwik skierował się do legowiska starszych. W nim jednak, ku jego zdziwieniu, już był jeden odwiedzający...
A dokładniej odwiedzająca, w dodatku bardzo dobrze mu znana. Czyhająca Murena siedziała obok trójki byłych wojowników, którzy ze smakiem zajadali się rybą. I to jaką rybą! Był to wielki, długi miętus, przy którym jego zdobycz wyglądała jak nieśmieszny żart. Kocur położył po sobie uszy.
— Szałwiowa Łapo, witaj! Czegoś potrzebujesz? — miauknęła do stojącego w przejściu ucznia Ryjówka. — Jeju, Czyhająca Mureno, powinnaś częściej przynosić nam swoje łupy! Ta ryba jest przepyszna!
Jej towarzyszka Pylista Burza uniosła na chwilę głowę, by stanowczo i radośnie przytaknąć kocicy.
— Sumowa Płetwa kazał mi dać wam coś do jedzenia, lecz widzę, że nie jest to chyba potrzebne... — mruknął niepewnie.
— Tym razem podziękujemy — wymamrotała poza mlaśnięciami ostatnia ze starszych, lustrując kocura wzrokiem. — Ta zdobycz będzie nas trzymać jeszcze do kolejnego rana, możesz nam uwierzyć.
Dopiero w tamtej chwili siostra Szałwiowej Łapy zwróciła ku niemu wzrok. Wydawał się całkiem obojętny, wyrafinowany. Perfekcyjny, zupełnie tak, jak jej zdobycz. W tamtej chwili w brzuchu ucznia pojawiło się nieprzyjemne uczucie, które prawie sprawiło, że zgiął się w pół. Nie był to jednak ból wynikający ze zjedzenia nieświeżej zwierzyny, a wrażenie posiadania ciężkiego, zgniatającego narządy kamienia. Cała duma, którą dało mu wcześniejsze polowanie, nagle odpłynęła. Znów ktoś okazał się od niego lepszy.
I znów był to nie kto inny, jak jedna z jego sióstr.
— Niezła zwierzyna. Sama ją złapałaś? — Po przytaknięciu Bratkowemu Futru, miauknął przyjaźnie do Mureny, choć w jego głosie można było usłyszeć nutę goryczy.
<Murenko?>
[1255 słów]
[przyznano 25%]
Od Cienia
Tw: poród
Gwałtowne fale skurczów przychodzące jedna po drugiej wstrząsały rodzicielką. Jej ciało drżało, a po jakimś czasie kocurek zaczął się kierować do wyjścia. Nie wiedział, gdzie idzie, po prostu musiał… Instynkt mu to nakazywał. Trzeba było się stąd wydostać! Z trudem przecisnął barki, potem poszło już łatwo i… Całkowicie znalazł się na zewnątrz.
Od razu poczuł pęd chłodnego powietrza, który go obezwładnił, sparaliżował. Czemu było tak zimno? Chciał z powrotem trafić do brzucha, gdzie było bezpiecznie, ciepło i ciasno. Nic tam się nie działo i odpowiadało mu to. Przystosował się do tamtego rytmu, wiedział, że teraz będzie mu trudniej… Tutaj był bowiem całkowicie odsłonięty, czuł, że na każdym kroku czai się zagrożenie. Tyle nieznanych mu istot, wszystko się ruszało, wszystko takie żywe…
Czyjeś szczęki złapały kocurka, który żałosnymi, rozdzierającymi serce piskami dawał znać, jak źle mu jest. Został podniesiony na chwilę do góry, następnie ktoś położył go w innym miejscu i puścił. Instynkt ożywił się, zaczął wskazywać mu drogę. Próbował czołgać się w kierunku brzucha matki, jednak było to trudne zadanie. Przewracał się, drobne łapki drżały z wysiłku. W końcu za pomocą węchu odnalazł miejsce, z którego płynęło… Mleko! Pyszny, ciepły, lekko słodkawy płyn sączył się do pyszczka kocurka, który zachłannie chłeptał ten dodający mu sił, wzmacniający go pokarm. W tym samym czasie czuł, jak po jego ciele raz za razem przejeżdża szorstki, chropowaty język. Wiedział, że te wszystkie nieznane mu istoty zgromadzone przy nim i jego matce mogą rzucić się na niego, w mgnieniu oka rozerwać jego delikatną skórę, ale jakoś z każdą chwilą czuł się coraz bezpieczniej. Został wyczyszczony, wysuszony… Przytulanie się do matki i siostry, z którą przyszedł na świat, ogrzewało. Co prawda nic nie mogło zamienić ciepłego brzucha, ale może jednak dało się przyzwyczaić do życia tutaj?
* * *
Co jakiś czas do legowiska wchodziły na chwilę inne koty, niektóre pachniały drzewami i owocami, inne ziołami. Jego matka wydzielała przyjemną, silną woń żywicy oraz mleka, którą kochał. Siostra natomiast pachniała podobnie jak on. Uwielbiał się do niej przytulać. Tak szczerze, życie nie było takie złe!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



