Mijały kolejne dni od chwili, gdy po raz ostatni odważył się poruszyć temat zasadzki z Pchełkowym Skokiem, a cisza, która po tym zapadła, nie przyniosła mu ulgi — przeciwnie, narastała w nim niczym stado niewidzialnych wrogów, krążących cierpliwie wokół jego myśli i tylko czekających, aż popełni jeden, ledwie dostrzegalny błąd. Każda chwila od tamtej rozmowy zdawała się być napięta jak ścięgno gotowe do pęknięcia, a czas, który wcześniej jedynie ich ponaglał, teraz bezlitośnie ściskał mu gardło, przypominając kleszcza wczepionego w ogon ofiary — nieubłaganego, zimnego i nie do strząśnięcia.
Odkąd rozpoczęli planowanie tej akcji, dni przestały mieć wyraźne granice, a noce nie przynosiły odpoczynku. Myśl o śmierci Judaszowcowej Gwiazdy czaiła się tuż pod powierzchnią jego świadomości, pulsując w rytm serca, tak blisko, że chwilami zdawało mu się, iż dzielą ich od niej jedynie pojedyncze uderzenia — szybkie, urywane, zdradzające strach, którego nie potrafił już dłużej ignorować.
Mirtowe Lśnienie w końcu ułożył się na swoim legowisku, starannie osłaniając pysk chłodnym, wilgotnym mchem, jakby w ten sposób próbował odgrodzić się od świata i własnych myśli. Zapach ziemi i kamienia był znajomy, lecz tej nocy nie koił — jedynie przypominał mu o miejscu, w którym tkwił, i o roli, której nie potrafił z siebie zrzucić. Powieki ciążyły mu coraz bardziej, a zmęczenie, nagromadzone przez ostatnie księżyce niepewności, zaczęło wreszcie zbierać swoje żniwo. Jego oddech zwolnił, przeradzając się w ciche, niemal nieobecne pochrapywanie, a pysk mimowolnie rozchylił się, gdy jedną łapą przekroczył granicę snu.
Przez krótką, bolesną myśl przemknęło mu jeszcze, że jutro znów się obudzi — w tym samym miejscu, w tym samym cieniu, pełniąc tę samą rolę, która powoli, lecz konsekwentnie doprowadzała go na skraj obłędu.
W końcu jednak napięte dotąd mięśnie rozluźniły się, a myśli, jedna po drugiej, zaczęły cichnąć, gasnąc niczym dogasające gwiazdy wraz ze wszystkimi zmartwieniami, jakie towarzyszyły mu każdego dnia.
***
Niebo było intensywnie błękitne, aż nienaturalnie jasne, jakby ktoś starannie oczyścił je z wszelkiej groźby. Ostrość tego koloru kontrastowała z miękko nastroszonymi obłokami, sunącymi leniwie po nieboskłonie, a spokojny wiatr muskał futra wojowników Klanu Klifu z delikatnością piórka. Kamienna posadzka obozu lśniła w blasku słońca, odbijając światło w ciepłych refleksach, które zdawały się oblekać wszystko w aurę bezpieczeństwa i porządku.
Otrzepał się odruchowo, jakby strząsał z siebie resztki snu, po czym wyszedł z legowiska — dopiero wtedy uderzyła go myśl, że nie spoczywał na zwykłej półce wojownika, lecz w legowisku przywódcy. Serce zabiło mu szybciej, lecz nie z lęku, a z dziwnego, obcego uczucia spełnienia. Jeszcze raz przeciągnął się, przejechał szorstkim językiem po futrze na piersi i rozejrzał się po obozowisku.
Koty tętniły życiem. Rozmowy splatały się ze śmiechem, a w samym sercu obozu panowała atmosfera radości, jakiej nie pamiętał od wielu księżyców. Każda twarz była rozluźniona, każdy uśmiech szczery. Kilku wojowników spojrzało w jego stronę — nie z obawą czy niepewnością, lecz z cichym uznaniem — po czym wrócili do swoich pogaduszek, jakby jego obecność była czymś naturalnym, oczywistym.
— Cześć, Lśniąca Gwiazdo — odezwała się kotka o niebieskim, szylkretowym futrze, podchodząc bliżej. — Dobrze cię widzieć. Hah… Wiesz, może to wszystko miało sens. Może ten cały wyścig o władzę musiał się wydarzyć, żeby Klan Klifu mógł rozpocząć nowy żywot. Z nowym kotem stojącym na jego czele.
Skinął głową, czując, jak coś ciepłego ściska mu pierś. Jeszcze raz spojrzał na wojowników rozsianych po obozie — rozpoznawał każdego z nich. Każde futro, każdą parę oczu. Wszystko było boleśnie bliskie, znajome, jakby należało do niego od zawsze. Uśmiechnął się lekko, po czym zerknął kątem oka na Pchełkowy Skok.
— Gdy patrzę na te wszystkie koty — odezwała się cicho — na to, jak się uśmiechają, jak patrzą na ciebie nie tylko jak na figurę wartą respektowania, ale też jak na przyjaciela… Po prostu trudno mi uwierzyć, że to wszystko naprawdę się nam udało.
***
Otworzył gwałtownie oczy.
Nad nim rozciągał się znajomy, nierówny kamień. Ta sama półka. To samo mszyste posłanie. Powietrze było chłodne i ciężkie, a cisza obozu nie niosła ze sobą ani radości, ani światła. Sen rozwiał się jak mgła o świcie, pozostawiając po sobie jedynie gorzki posmak niespełnienia.
Nie był liderem. Nie był Lśniącą Gwiazdą. Nie był nawet kimś, na kogo inne koty spoglądały ze szczególnym szacunkiem.
Przełknął ślinę, a z jego gardła wyrwało się ciche, pełne frustracji syknięcie, gdy jego żółte, bursztynowe oczy powędrowały powoli ku legowisku w którym spoczywał lider, ku legowisku Judaszowcowej Gwiazdy.
Od nowego życia wciąż zdawały się dzielić go jedynie uderzenia serca.
Jedynie uderzenia serca…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz