jakiś czas temu
Łapy poniosły go po raz pierwszy od dłuższego czasu na zewnątrz, w stronę obozu i świeżego powietrza którego nie czuł od dawna, nie licząc powiewów wiatru, które przeciskały się przez skalne szczeliny. Kocura można było uznać za miłośnika delikatnego wiatru, dużej ilości tlenu i świeżości, a mimo to skrzywił się, gdy chłodny wiatr zmierzwił mu rzadką sierść na pysku. W końcu stanął na trawie, rozprostował łapy i nim ciało zdołało nacieszyć się otwartą przestrzenią, przeszedł kawałek w stronę obozu. Jedyne co go martwiło to strażnik przy wejściu, którym, jak się okazało, był Kminkowy Szum. Kocur jednak oprócz zaskoczenia nie zdawał się być szczególnie przejęty widokiem Księżyca, a samemu srebrnemu było to jedynie na łapę. Nie poszedł jednak do legowiska uczniów, jak to by się zdawać mogło, a wprost do legowiska medyka, w którym zawitał jedynie na moment. Szybko wskoczył na schodki prowadzące w górę, nie chcąc przebywać zbyt długo w lecznicy. Nie tylko dlatego, że nie przepadał za tym miejscem od czasu nieprzyjemnych wydarzeń, a również przez chęć uniknięcia Zawilcowej Korony lub Wróżki, która mogła się kręcić w tych rejonach pomimo nocy. Wizja rozmowy z nimi i odpowiadania na niepotrzebne pytania była dla niego w tym momencie jedynie zbytecznym stresem.
Nie minęła chwila, gdy stanął na wyższym piętrze, ostrożnie kładąc po sobie łapy. Nigdy tu nie był. Może tylko raz udało mu się wraz z Wróżką wyjść kilka stopni, jednak zaraz zostali zagonieni w dół przez Kukułcze Skrzydło. Teraz nie było tu nikogo, prócz Króliczej Gwiazdy, którego jednak obecności nie wyczuł od razu, jak gdyby była uśpiona. Jednak po chwili stało się jasne, że legowisko nie jest puste. Słychać było cichy oddech, który świadczył o pół-śnie. Nie był jeszcze tak głęboki i leniwy, jak to bywało, gdy kot całkiem zapadał w sen a Księżyc nie chciał czekać, aż Królik całkowicie “ulula” się do snu. Lider nie reagował na jego obecność, być może myślał, że to Zawodzące Echo do niego znów przyszedł, bo kto inny by zawitał u niego w nocnej porze? Niestety, musiał się mocno rozczarować, gdyż młodziak stojący przy wejściu nie był jego wyrozumiałym synem. Srebrny zbliżył się cicho w stronę leżącego, by zaraz szturchnąć go lekko łapą, by się rozbudził, a po chwili do jego uszu doszedł szmer, gdy dymny wstał ze swojego miejsca, wyraźnie zirytowany, być może również zmęczony.
— Zostało Panu jeszcze kilka żyć, prawda? — odezwał się cicho i głucho — W takim razie czemu nie oddał Pan jednego z nich mamie? — drgnął, biorąc zaraz drżący oddech. Miał tą rozmowę w głowie, ułożył ją sobie przed przyjściem tu i cały jej przebieg, zanim całkiem wyparowała mu z głowy. A teraz? Nie miał pojęcia, co robi. — Czemu ma Pan tyle żyć? Po co?
— Wiem, że tęsknisz za swoją matką, Księżycowa Łapo, i przykro mi z powodu tragedii, która cię dotknęła, ale zapewniam cię, że gdybym to ja miał decyzyjność i moc w sprawie moich żyć, to już dawno wszystkie bym oddał. Ale to tak nie działa — wyjaśnił najdelikatniej, jak mógł. — To nie ja decyduję o swoich życiach. Klan Gwiazdy daje je liderowi. I tylko on może je odebrać. Próbowałem do nich mówić, by dali mi... odpocząć w spokoju — widać było, jak bardzo stara się dostosować słownictwo do młodzika. — Ale nie dostaję żadnych odpowiedzi. Żadnych słów, żadnego głosu. Życia są od Klanu Gwiazdy dla przywódcy. Tylko dla niego. Raz dane są jak wielka skała - nie można z nimi nic zrobić — kontynuował. — Chciałbym móc przywrócić twojej matce życie, Księżycowa Łapo, ale nawet, gdyby Klan Gwiazdy do mnie przemówił... obawiam się, że na to jest za późno. Wybacz.
— Wcale nie — upierał się przy swoim, jasno przy tym pokazując, że jego młody umysł wcale nie dopuszcza do siebie słów przywódcy — A skoro Klan Gwiazdy jest taki wielki, świetny i mądry, powinien dać radę przenieść życie z innego kota na drugiego, prawda? Potrafi ożywić zmarłego, potrafi uleczyć rany i skoro potrafi podarować życie to może je też odebrać — wylał z siebie drżącym głosem, twardo stojąc za tym, za czym tu przyszedł — Z resztą nie możesz mieć pewności, w końcu się do Pana nie odzywali, tak? — dodał, jakby lekko zdenerwowany — Skoro nie chcą się odezwać i odpowiedzieć na wołanie, to trzeba samemu się do nich wybrać. Może się nie starałeś wystarczająco mocno by do nich dotrzeć, a może nie chce im się ruszyć i... nie, nie tak... — zaplątał się w myślach — Nie... nie wiemy tego. Nikt nic nie wie i to jest problem! Nic nam nie mówią! Nikt nam nic nie mówi, kto powiedział, że to niemożliwe, co? Nie wiesz tego, nikt nie wie. — zakończył twardo, drgając lekko ogonem.
— Klan Gwiazdy rzadko spełnia życzenia żywych. Nie pytaj się mnie, co mogą, a czego nie mogą — bo niestety wiem tyle, co ty. Czasem czuję się, jakbym wiedział nawet mniej — westchnął. — Jeśli to cię uspokoi, mogę wybrać się do Sadzawki i spróbować z nimi porozmawiać. Być może wskazaliby nam drogę, być może by coś poradzili; ale nie obiecuję, że odbiorą mi życia i przekażą komuś innemu — to nigdy się nie zdarzyło. Nie obiecuję nawet, że w ogóle odpowiedzą. Nasz klan dopuścił się bardzo złych czynów i wygląda na to, że Gwiezdni się od nas odwrócili. O ile kiedykolwiek byli po naszej stronie…
Po ekscytacji malującej się na jasnym pysku łatwo można było wyczytać, że część o ,,złych czynach" gdzieś ominęła go w połowie drogi do jego uszu. Dla niego nie było to teraz ważne i może by się nad tymi słowami zastanowił i wyśmiał, jednak nie w tej chwili. Teraz wydawał się tak szczęśliwy, że mógłby niemal wycałować lidera, do którego chwilę temu miał wąty.
— Tak, tak! Dziękuję, naprawdę dziękuję! Na pewno posłuchają, muszą! Kiedy idziemy?
Zamiast natychmiastowej odpowiedzi, wyczuł zawahanie, które od razu spowodowało niepewnie poruszenie uszu.
— Obawiam się, że twoja wizyta w Gwiezdnej Sadzawce wywołałaby jedynie niepotrzebne zamieszanie i podejrzenia. Być może będziesz miał kiedyś okazję żeby tam zajrzeć, jednak teraz nie jest odpowiedni czas.
— Odpowiedni czas... — powtórzył z już nieco ostudzonym zapałem, który powoli przerodził się w chłód.
— Dam znać klanowi, że wyruszam jutro, jednak nie za twoją sprawą — rzekł wreszcie, już bardziej twardym i zdecydowanym tonem, którego brakowało mu przez ostatnie księżyce — Jednak nie obiecuję, że uda mi się cokolwiek zdziałać. I najlepiej będzie dla ciebie, jeśli też nie będziesz mieć zbyt wielkich oczekiwań.
Nie minęła chwila, gdy stanął na wyższym piętrze, ostrożnie kładąc po sobie łapy. Nigdy tu nie był. Może tylko raz udało mu się wraz z Wróżką wyjść kilka stopni, jednak zaraz zostali zagonieni w dół przez Kukułcze Skrzydło. Teraz nie było tu nikogo, prócz Króliczej Gwiazdy, którego jednak obecności nie wyczuł od razu, jak gdyby była uśpiona. Jednak po chwili stało się jasne, że legowisko nie jest puste. Słychać było cichy oddech, który świadczył o pół-śnie. Nie był jeszcze tak głęboki i leniwy, jak to bywało, gdy kot całkiem zapadał w sen a Księżyc nie chciał czekać, aż Królik całkowicie “ulula” się do snu. Lider nie reagował na jego obecność, być może myślał, że to Zawodzące Echo do niego znów przyszedł, bo kto inny by zawitał u niego w nocnej porze? Niestety, musiał się mocno rozczarować, gdyż młodziak stojący przy wejściu nie był jego wyrozumiałym synem. Srebrny zbliżył się cicho w stronę leżącego, by zaraz szturchnąć go lekko łapą, by się rozbudził, a po chwili do jego uszu doszedł szmer, gdy dymny wstał ze swojego miejsca, wyraźnie zirytowany, być może również zmęczony.
— Zostało Panu jeszcze kilka żyć, prawda? — odezwał się cicho i głucho — W takim razie czemu nie oddał Pan jednego z nich mamie? — drgnął, biorąc zaraz drżący oddech. Miał tą rozmowę w głowie, ułożył ją sobie przed przyjściem tu i cały jej przebieg, zanim całkiem wyparowała mu z głowy. A teraz? Nie miał pojęcia, co robi. — Czemu ma Pan tyle żyć? Po co?
— Wiem, że tęsknisz za swoją matką, Księżycowa Łapo, i przykro mi z powodu tragedii, która cię dotknęła, ale zapewniam cię, że gdybym to ja miał decyzyjność i moc w sprawie moich żyć, to już dawno wszystkie bym oddał. Ale to tak nie działa — wyjaśnił najdelikatniej, jak mógł. — To nie ja decyduję o swoich życiach. Klan Gwiazdy daje je liderowi. I tylko on może je odebrać. Próbowałem do nich mówić, by dali mi... odpocząć w spokoju — widać było, jak bardzo stara się dostosować słownictwo do młodzika. — Ale nie dostaję żadnych odpowiedzi. Żadnych słów, żadnego głosu. Życia są od Klanu Gwiazdy dla przywódcy. Tylko dla niego. Raz dane są jak wielka skała - nie można z nimi nic zrobić — kontynuował. — Chciałbym móc przywrócić twojej matce życie, Księżycowa Łapo, ale nawet, gdyby Klan Gwiazdy do mnie przemówił... obawiam się, że na to jest za późno. Wybacz.
— Wcale nie — upierał się przy swoim, jasno przy tym pokazując, że jego młody umysł wcale nie dopuszcza do siebie słów przywódcy — A skoro Klan Gwiazdy jest taki wielki, świetny i mądry, powinien dać radę przenieść życie z innego kota na drugiego, prawda? Potrafi ożywić zmarłego, potrafi uleczyć rany i skoro potrafi podarować życie to może je też odebrać — wylał z siebie drżącym głosem, twardo stojąc za tym, za czym tu przyszedł — Z resztą nie możesz mieć pewności, w końcu się do Pana nie odzywali, tak? — dodał, jakby lekko zdenerwowany — Skoro nie chcą się odezwać i odpowiedzieć na wołanie, to trzeba samemu się do nich wybrać. Może się nie starałeś wystarczająco mocno by do nich dotrzeć, a może nie chce im się ruszyć i... nie, nie tak... — zaplątał się w myślach — Nie... nie wiemy tego. Nikt nic nie wie i to jest problem! Nic nam nie mówią! Nikt nam nic nie mówi, kto powiedział, że to niemożliwe, co? Nie wiesz tego, nikt nie wie. — zakończył twardo, drgając lekko ogonem.
— Klan Gwiazdy rzadko spełnia życzenia żywych. Nie pytaj się mnie, co mogą, a czego nie mogą — bo niestety wiem tyle, co ty. Czasem czuję się, jakbym wiedział nawet mniej — westchnął. — Jeśli to cię uspokoi, mogę wybrać się do Sadzawki i spróbować z nimi porozmawiać. Być może wskazaliby nam drogę, być może by coś poradzili; ale nie obiecuję, że odbiorą mi życia i przekażą komuś innemu — to nigdy się nie zdarzyło. Nie obiecuję nawet, że w ogóle odpowiedzą. Nasz klan dopuścił się bardzo złych czynów i wygląda na to, że Gwiezdni się od nas odwrócili. O ile kiedykolwiek byli po naszej stronie…
Po ekscytacji malującej się na jasnym pysku łatwo można było wyczytać, że część o ,,złych czynach" gdzieś ominęła go w połowie drogi do jego uszu. Dla niego nie było to teraz ważne i może by się nad tymi słowami zastanowił i wyśmiał, jednak nie w tej chwili. Teraz wydawał się tak szczęśliwy, że mógłby niemal wycałować lidera, do którego chwilę temu miał wąty.
— Tak, tak! Dziękuję, naprawdę dziękuję! Na pewno posłuchają, muszą! Kiedy idziemy?
Zamiast natychmiastowej odpowiedzi, wyczuł zawahanie, które od razu spowodowało niepewnie poruszenie uszu.
— Obawiam się, że twoja wizyta w Gwiezdnej Sadzawce wywołałaby jedynie niepotrzebne zamieszanie i podejrzenia. Być może będziesz miał kiedyś okazję żeby tam zajrzeć, jednak teraz nie jest odpowiedni czas.
— Odpowiedni czas... — powtórzył z już nieco ostudzonym zapałem, który powoli przerodził się w chłód.
— Dam znać klanowi, że wyruszam jutro, jednak nie za twoją sprawą — rzekł wreszcie, już bardziej twardym i zdecydowanym tonem, którego brakowało mu przez ostatnie księżyce — Jednak nie obiecuję, że uda mi się cokolwiek zdziałać. I najlepiej będzie dla ciebie, jeśli też nie będziesz mieć zbyt wielkich oczekiwań.
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----
Mógłby powiedzieć, że obserwował, jak delegacja Króliczej Gwiazdy wychodzi z obozu na spotkanie z Gwiezdnymi, jednak zwyczajnie nie miał jak. Jeszcze przez chwilę jak wyszli walczył ze sobą czy jednak wbrew nakazowi iść za nimi czy nie, w końcu go nie zauważą, jeśli będzie dreptał po tunelach, jednak czas który poświęcił na myślenie sprawił, że końcowo nie miał szans dogonić lidera bez biegu, a to skończyłoby się w jego przypadku raczej marnie. No i nie wiedział gdzie jest wejście. Teoretycznie mógłby się spytać Słonecznego Fragmentu czy Zawilcowej Korony, jednak wizja możliwych konsekwencji gdyby udzielili mu informacji, była zbyt wyraźna, by się na to bezmyślnie rzucić. Co innego, gdyby się zgodzili. Bo niby czemu nie? Czemu miał zostać? To za jego sprawą mieli też iść, to on walczył o wskrzeszenie matki, a zamiast tego poszła obstawa która nie miała z tym nic wspólnego. Z jakiej racji nie mógł iść? Bo co, bo ,,święte miejsce dostępne tylko dla wybranych”? Coraz bardziej go ta wizja denerwowała, a że nie miał innego logicznego wyjaśnienia, po prostu się trzymał swojej wymyślonej wersji. Inna brzmiała tak, że zwyczajnie by przeszkadzał podczas drogi jako ślepiec, co tylko dodatkowo go zbulwersowało. Na pewno była droga na miejsce przez tunele, a on się w nich ostatnio świetnie odnajdywał, jeśli tylko zapomniał o tym, jak zimne i nieprzyjemne są. No i o tym, że mogłyby się łatwo zawalić mu na głowę. Krążył więc przed legowiskiem starszyzny, które jako jedyne było teraz najcichsze i najbardziej bezpieczne, chociaż do środka nie odważył się wejść. Ogon mu drgał, serce rwało pierś a z pyska wychodziło co jakiś czas pomrukiwanie i niezadowolone mamrotanie, komentujące tą całą sytuację. Chciał iść. Miał do tego prawo, a ,,nie bo nie” niezbyt go przekonywało. Ale przynajmniej Królik poszedł, prawda? Mógł wcale nie iść… nie było to jednak żadne pocieszenie. Zanim się wybrał wyraźnie powiedział klanowi, że poprosi o przelanie żyć na Zawodzące Echo, więc to był oficjalny powód. Czas mijał, a wraz z nią rosnąca frustracja i oczekiwanie. A może też coś ze strachu? W końcu z obawy przed pytaniami czy chęcią integracji od strony innych kotów, znów zniknął w tunelach, by w znanej, przytulnej grocie przeczekać resztę czasu, szukając zajęcia w drobnych czynnościach czy próbując się przespać, chociaż to drugie nie miało prawa działać. W końcu uświadomił też sobie, że nie może tak po prostu podejść do lidera gdy ten tylko wróci, chociaż bardzo by chciał znać od razu odpowiedź. Jednak jak podejdzie, zwróci na siebie uwagę, a nie chciał, żeby wszyscy słyszeli, wiedzieli i zaraz potem oceniali. Realizacja tej jednej sprawy spowodowała, że kocur musiał jakoś zdusić w sobie niepokój. A im dłużej czekał, tym większy strach w nim rósł, całkowicie zasłaniając uczucie ekscytacji. Czasem dopomagał sobie wtedy swoją głową, wyobrażając sobie, jak to by było, gdyby się jednak udało. Jak mama otwiera oczy, słychać jak bierze oddech po długim zesztywnieniu, jak wszyscy wzdychają z zaskoczenia i zachwytu, gdy jej futro odzyskuje teksturę i blask… a może gwiezdni by dali jej nowe ciało? W końcu czemu nie? Już i tak naginają rzeczywistość, dając liderom dodatkowe życia, co dla kocura zdawało się być wbrew naturze. Powtarzał sobie więc tą scenę w głowie tyle razy, że skończył ocierając łzy, wywołane jedynie złudzeniem. Znowu nie wiedział, co ze sobą zrobić.
— Będzie dobrze, będzie dobrze, uspokój się, będzie dobrze, zaraz wrócą — w końcu zaczął kręcić się nerwowo po korytarzach, mrucząc pod nosem te same słowa jak mantrę, a dudnienie własnych kroków stało się jeszcze bardziej pobudzające i drażniące, jednocześnie tworząc jakiś rytm, który trzymał go w ryzach. W końcu się zmęczył, znów położył spać, chociaż wcale nie usnął. Czekał, aż upłynie wystarczająco dużo czasu by wrócić do obozu, bez konieczności odpowiadania na zbędne pytania.
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----
— Przykro mi, Księżycowa Łapo, jednak to o co prosisz, nie jest możliwe — słowa lidera spłynęły mroźnym deszczem po jego karku. Królicza Gwiazda mówił spokojnie, gładko, chociaż brzmiał przy tym jakoś staro. A przynajmniej starzej, niż kiedy rozmawiał z nim przed wyprawą. Lider zdawał się czekać, aż młodszy coś powie, jednak kocurowi zaschło w gardle. Otwierał i zamykał pysk, aż w końcu zagryzł zęby, nagle czując, jak ucieka z niego cała energia, która nagromadziła się przez okres oczekiwania. Czuł się ciężki, ekscytacja i obawa zniknęły, pozostał tylko chłodny spokój. Jeszcze chwilę temu, pełen obaw, ignorując medyków wbiegł po schodkach w górę, mając nadzieję zastać Króliczą Gwiazdę samego. Teraz natomiast, wszystko jakby w nim spadło.
— Życia lidera nie są przeznaczone by je rozdawać, nie po to Klan Gwiazdy obdarowuje nimi lidera. Być może byłaby możliwość przekazania komuś swojego własnego, jednak dla twojej mamy, Księżycu, jest już zwyczajnie za późno. Dusza na tym etapie nie ma już do czego wracać. — Rozmowa na tym się skończyła. Bez słowa wstał, kiwnął głową na podziękowanie i ciężkim krokiem wyszedł z legowiska lidera. Nie pamiętał jak i kiedy znalazł się znów w swojej ciasnej, ciemnej dziurze. Po chwili nadziei powrót tu był jeszcze cięższy niż wcześniej, a słowa starszego wcale nie dawały mu wyjaśnień, a jeszcze więcej pytań i niesmaku skierowanego do Gwiezdnych. W końcu to oni tworzą zasady, w końcu to oni rozdają życia, czemu więc nie mogą ich zmienić? To proste, nie chcą. Zwyczajnie cieszą się, że już dawno zdechli i teraz należy im się szacunek, bo są martwi. I mogą dzięki temu nie pomagać, nie wyjaśniać, nie kontaktować się i uznać, że jak raz na jakiś czas powiedzą coś zagadką albo odmówią pomocy, to wystarczająco. Czemu są tacy? W końcu to nie byty będące nad wszystkimi żyjącymi, a jedynie banda zdechlaków! On też pewnie będzie ich częścią, nie mogliby zrobić głosowania? Albo nie chcą pomóc bo nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy i skoro oni nie zmartwychwstali, to innym też nie pozwolą. Zanim jeszcze dopadła go bierność, zdążył wbić pazury w ziemię, powoli się całkiem poddając. Jakie to ma teraz znaczenie? To on zawalił. Gdyby wyszedł z propozycją wcześniej, być może mama by żyła. Tylko czyje życie wtedy poświęcić? Morderczyni? Tak, chętnie złożyłby ją w ofierze, jednak na tamten moment nie wiedzieli nawet, że to jej wina, a on, czy wcześniej czy teraz, nie potrafił czuć w stronę Wieleniej nienawiści. Jedynie głęboki, potężny żal i zawód.Zwinął się znów w kłębek, w wyleżanym od dawna posłaniu, pogrążając w jego twardym, zwietrzałym objęciu.
[2064 słów]
<sorry vezu, miało się skończyć przed nowym rokiem>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz