BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 maja 2025

Od Motylkowej Łapy (Motylkowej Łączki)

Słońce powoli wznosiło się nad horyzontem, malując niebo pastelowymi odcieniami różu, złota i błękitu. Delikatne światło rozlewało się po wilgotnych od rosy łąkach, rozświetlając pola i wzgórza należące do Klanu Burzy. Krajobraz był szeroki i otwarty – niemal pozbawiony drzew. Tylko przy granicy z Klanem Wilka rysowały się kontury kilku ciemnych iglaków, a wokół Przybrzeżnego Oka wyrastały pojedyncze liściaste drzewa, już częściowo ogołocone z liści. Na szczęście trwała właśnie Pora Opadających Liści, więc koty nie musiały martwić się o cień. Choć ta jesień była wyjątkowo łagodna, chłodne wiatry i przelotne deszcze przypominały, że ciepłe dni odeszły bezpowrotnie. Zwierzyny było coraz mniej – szczególnie rzucał się w oczy brak ptaków. Tylko nieliczni wojownicy zwracali na to uwagę. Większość z nich koncentrowała się na codziennych obowiązkach, zbyt pochłonięci polowaniem, patrolami i porządkami, by dostrzegać zmiany w przyrodzie. Motylkowa Łapa nie spała już od dłuższego czasu. Siedziała nieruchomo przed krzakami, w których zwykle sypiali uczniowie. Jej futerko drżało lekko – z zimna, z podniecenia, a może z niepokoju? Dziś miał nastąpić dzień próby. Dzień, w którym miała przejść test dojrzałości i, jeśli wszystko pójdzie dobrze, oficjalnie stać się wojowniczką. Była podekscytowana – bardzo! A jednocześnie smutna, przytłoczona ciężarem decyzji, które podjęła. Próbowała odwracać wzrok, patrzeć gdziekolwiek indziej – na niebo, na trawy, na pobliskie wzgórza – ale jej spojrzenie wciąż uciekało w stronę Skruszonego Drzewa. Pod którym znajdowało się legowisko medyków. Miejsce, do którego tak bardzo chciała należeć.
— Czy naprawdę wybrałam dobrze? — wyszeptała cicho, choć nikt jej nie słyszał.
Chciała tam wrócić. Chciała znów uczyć się o ziołach, poznawać ich zapachy i właściwości, nieść pomoc rannym i chorym. Kochała leczenie – to było jej prawdziwe powołanie. Właśnie dlatego kiedyś zmieniła swoją ścieżkę. Ale potem... potem w legowisku zaczęło brakować miejsca. Spojrzenia Skowroniego Odłamka i Pajęczej Lili były zimne, pełne zawodu i niezrozumienia. Nawet bliska, niemal siostrzana relacja z Wdzięczną Firletką nie była już wystarczającym oparciem. Czuła się tak, jakby ostre pazury borsuka wbiły się w jej grzbiet i zepchnęły ją z ukochanej ścieżki. Już nie kroczyła po miękkiej, zarośniętej drodze, pełnej wonnych kwiatów, ziół i spokoju. Tamta ścieżka była niemal dziewicza – rzadko pojawiały się na niej ślady łap.
Teraz szła po ubłoconej, wydeptanej trasie, pełnej dziur, w które wciąż wpadała. Wokół nie było niczego fascynującego. Czasami dało się wyczuć zapach zwierzyny, ale nie było tam tej cudownej woni liści i kory, ani tej ekscytującej ciszy, która towarzyszyła pracy uzdrowicieli. A mimo to szła przed siebie – odważnie, choć wzrok uparcie powracał do drogi, którą porzuciła. Zastanawiała się cały czas, czy kiedyś uda jej się tam wrócić. Czy znajdzie jeszcze miejsce wśród medyków. Czy znów poczuje się tam mile widziana. Choć życie popchnęło ją na inną ścieżkę, choć nie może iść tą, którą kocha – nie miała w sobie buntu. Szła dalej. Bo wiedziała, że każdy krok, nawet ten bolesny, prowadzi gdzieś.
— Motylkowa Łapo? — nagły głos wyrwał ją z zamyślenia.
Szylkretka zamrugała, jakby dopiero co obudziła się z głębokiego snu. Przed nią stał jej mentor – Ruda Lisówka – zakrywając sobą widok na legowisko medyków. Jego rude futro lśniło w porannym słońcu, a niebieski oczy błyszczały czujnym blaskiem.
— Wszystko w porządku? — zapytał z lekkim zmarszczeniem na pysku. — Przywitałem się dwa razy, a ty w ogóle nie zareagowałaś.
Lustrował ją uważnie wzrokiem, jakby próbował dostrzec oznaki choroby lub zmartwienia.
— Jest dobrze! To tylko stres, po prostu — odmiauknęła, zrywając się na łapy. Jej ton był szybki, nerwowy, ale pełen determinacji. Była gotowa do drogi.
— To zrozumiałe! Nie martw się, pójdzie ci świetnie — zamruczał ciepło rudzielec i z czułością polizał ją między uszami, dodając otuchy jak troskliwy przyjaciel.
Następnie machnął ogonem na znak, że ruszają, i skierował się ku wyjściu z obozu. Gdy opuszczali polanę, minęli poranny patrol – grupę kotów, która z entuzjazmem życzyła Motylkowej Łapie powodzenia. Cóż, koty w Klanie Burzy ją lubiły. Kiedy jeszcze szkoliła się na medyczkę, wielu pacjentów chwaliło jej cierpliwość i ciepło. Rozmawiali z nią chętnie, czasem otwierali się bardziej niż przed starszymi medykami. Motylka również to ceniła – ten bliski kontakt, poczucie, że jest potrzebna. Teraz, jako uczennica wojownika, miała go znacznie mniej. Ale wciąż odwiedzała starszyznę i żłobek z uśmiechem, który koił nawet najbardziej obolałe łapy. Nagle Ruda Lisówka zatrzymał się gwałtownie. Nie odeszli jeszcze daleko – do obozu było zaledwie kilka kroków.
— Biegniemy do Martwego Szlaku — oznajmił, rozgrzewając już łapy jak do wyścigu. — Ale tym razem to ty prowadzisz.
Motylkowa Łapa przełknęła ślinę. Wiedziała, gdzie znajduje się Martwy Szlak. Znała topografię terenu Klanu Burzy niemal na pamięć – była dokładna, uważna. Jednak mimo wszystko… czuła ukłucie niepokoju. Obawiała się, że szybko się zmęczy. Tak, była teraz znacznie silniejsza niż na początku treningu. Wtedy nie potrafiła nawet przebiec przez obozową polanę bez zadyszki. Teraz potrafiła poruszać się jak błyskawica – przynajmniej na krótkich dystansach. Ale wiedziała, że nadal pozostaje wolniejsza od większości wojowników. I to ją bolało. Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. W myślach wysłała cichą modlitwę do przodków, prosząc ich o siłę, o pewność... o znak. A potem otworzyła oczy – zielone, lśniące zdeterminowaną iskrą. Bez słowa ruszyła naprzód. Najpierw truchtem, a potem coraz szybciej – aż wiatr zaczął świszczeć jej w uszach, a ziemia pod łapami pulsować rytmem serca. Biegła. Nie idealnie. Nie perfekcyjnie. Ale z wolą, której nie dało się zatrzymać.
Łapy z miękkim szelestem wbijały się w trawę, zgniatając źdźbła pod ciężarem ciała. Wiatr targał jej futerko. Czuła się wolna – niemal jak ptak. Uwielbiała to uczucie: pęd, powietrze muskające uszy, aromaty otoczenia rozplatające się w nozdrzach niczym wonna nić. Jednak dziś nie mogła się zatracić w tej przyjemności. To nie była zabawa. To był test. Musiała się skupić. Musiała go zdać! Nagle przed jej oczami pojawił się Martwy Szlak – ciemna, wydeptana ścieżka otoczona wyschniętymi, kłującymi krzewami. Motylkowa Łapa rzuciła szybkie spojrzenie za siebie, szukając wzrokiem mentora. Ruda Lisówka biegł tuż za nią – nie przyspieszał, nie zwalniał, po prostu był. Jego obecność dodawała jej otuchy. Zacisnęła zęby i przebiegła przez Martwy Szlak. Zręcznie przeskakiwała wystające korzenie, unikała cierni i gięła ciało między nagimi gałęziami. Potem skręciła w stronę lasu iglastego – niewielkiego skrawka terytorium przylegającego do granicy z Klanem Wilka. Dopiero tam zatrzymała się gwałtownie, niemal podskakując z rozpędu. Jej bok unosił się i opadał szybko, ale z oczu nie zniknęła determinacja.
— Dobrze. — Głos Rudej Lisówki przerwał ciszę. — Teraz się przejdziemy. Rozprostujemy łapy i porozmawiamy o ważnych rzeczach dla naszego klanu.
Wojownik ruszył powoli, krokiem tak wolnym, że chwilami wydawało się, iż stoi w miejscu. Motylkowa Łapa z trudem powstrzymywała zniecierpliwienie. Łapy aż ją świerzbiły – wolała szybki marsz od tego powolnego człapania.
— Co mówi Kodeks Wojownika o jedzeniu? — zapytał nagle mentor.
— Mówi, że najpierw karmieni muszą być starsi, karmicielki i kocięta — odpowiedziała bez zastanowienia. — Uczniowie i wojownicy mogą jeść razem z nimi tylko wtedy, gdy są ranni lub chorzy. W przeciwnym razie jedzą dopiero, kiedy cały klan jest nakarmiony.
W czasie odpowiedzi zatrzymała się przy jednym z krzaków i obwąchała go uważnie. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że zapach granicy z Klanem Wilka jest słabszy niż zwykle.
Choć zwykle następnego dnia znów był odnowiony, przez moment czuła się, jakby była o krok od wykrycia jakiejś intrygi. Może to tylko jej wyobraźnia. Ale uwielbiała szukać ukrytych znaczeń.
— A zwierzyna? Co z nią? — padło kolejne pytanie.
— Polujemy tylko tyle, ile potrzeba, by każdy się najadł. A za zdobycz zawsze dziękujemy przodkom — powiedziała, na chwilę się zatrzymując.
Po momencie wahania znów ruszyła za Lisówką.
— Dobrze. A wiesz, czym jest Ceremonia Dojrzałości? — zapytał cicho, zerkając na nią kątem oka.
— To mianowanie kota na jakąś ważną rolę, na przykład na wojownika — odparła natychmiast. — Odbywa się w Grocie Pamięci. Po ceremonii kot odciska swoją łapę na skale, żeby został zapamiętany.
Lubiła to miejsce. Często odwiedzała Grotę Pamięci, słuchając opowieści kronikarzy. Historie Klanu Burzy miały dla niej ogromną wartość. Każdy znak łapy na skale był jak oddech przeszłości – świadectwo tych, którzy żyli przed nią. A ona… chciała, by jej znak również tam się znalazł.
— A czym właściwie jest Grota Pamięci? — zapytał.
— Znajduje się pod Kamiennymi Strażnikami — odpowiedziała Motylkowa Łapa, prostując się lekko. — To legowisko kronikarzy i miejsce, gdzie koty odciskają swoje łapy. Malowane są tam też inne ważne rzeczy… W sumie można tam się dostać kilkoma tunelami.
Mówiła krótko, nie wdając się w szczegóły. Prawdę mówiąc, więcej o tym miejscu potrafiłby powiedzieć sam kronikarz. Ona nie pełniła tej roli.
— Kronikarz? A czym dokładnie się zajmuje? — dopytywał kocur, zerkając na nią.
— Opiekuje się Grotą Pamięci i dba o historię naszego Klanu. Przekazuje ją młodszym kotom, by nigdy nie została zapomniana — odpowiedziała, a potem na moment się zawahała.
A gdyby… to ona została kronikarzem? Przemykanie między legendami, rozmowy z przodkami, pielęgnowanie pamięci o przeszłości — czy to nie byłoby fascynujące?
— A Przewodnicy? — padło kolejne pytanie.
— Przewodnicy szkolą się głównie do poruszania w tunelach — odpowiedziała już pewniej. — Uczą się walki w ciasnych przestrzeniach, orientacji w podziemiach. Ich zmysły są doskonale wyostrzone. W razie zagrożenia mogą poprowadzić cały klan przez tunele w bezpieczne miejsce.
Poruszyła uszami — gdzieś w pobliżu zeskoczyła z pnia wiewiórka. Jednak to nie był moment na polowanie.
— Biały paw. Dlaczego jest tak ważny?
Pytanie spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Na ułamek sekundy jej serce zamarło. W pamięci natychmiast pojawiła się wizja — ta pierwsza, od Klanu Gwiazdy. Biały ptak lecący wysoko nad jej głową, a potem… spadający na ziemię, rozpadający się na setki drobnych, białych kwiatów. Motylkowa Łapa zadrżała. Czy medycy kiedykolwiek wspominali o tej przepowiedni? Była to jej pierwsza wizja. Czuła wtedy, że niesie coś ważnego.
— Pojawił się na naszych terenach za czasów Obserwującej Gwiazdy… — zaczęła cicho, jakby mówiła do siebie. — Otoczono go opieką. Wielu uznało go za dar od Klanu Gwiazdy — symbol zdrowia i obfitych polowań…
Zamrugała gwałtownie. Czy jednak ptak umierający w jej wizji oznaczał, że Klan Burzy jest zagrożony? Czy wiązało się to z tym dziwnym kociakiem, którego widziała we śnie — z jedną połową pyska całkiem białą? Czy to wszystko miało znaczenie?
— Dobrze! — rzucił nagle Ruda Lisówka, stając tuż obok Upadłego Potwora — zardzewiałej, odłamanej części starego samolotu. — Teraz zapolujesz na króliki.
— Jasne… — wymruczała Motylka, potrząsając głową, jakby chciała odpędzić myśli o przepowiedni.
Nie była już uczennicą medyka. Czy jej słowa w ogóle się liczyły? Czy ktokolwiek jej wysłucha? A może medycy już dawno rozwiązali tę zagadkę — a ona jedynie się wtrąca? Zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie. Na razie liczyła się nauka. Reszta… mogła poczekać.
Motylkowa Łapa potrząsnęła głową, strząsając z myśli wszelkie rozproszenia. Teraz liczyło się tylko jedno: polowanie. Skupiła się, uniosła nos ku niebu i wciągnęła powietrze pełne zapachów. Wokół roiło się od królików, zajęcy i polnych myszy. W oddali świergotały ptaki, choć znacznie mniej licznie niż zwykle. Motylka wyłowiła najbliższy, świeży trop i ruszyła w jego stronę. Przykucnęła w wysokiej trawie, stąpając niemal bezszelestnie. Każdy krok był wyważony, delikatny. W końcu dostrzegła swoją ofiarę — szarobrązowego królika, skulonego przy ziemi. Jadł mlecz, zupełnie nieświadomy zagrożenia. Nie potrzebowała więcej. Rzuciła się do przodu jak strzała, a jej kły błyskawicznie wbiły się w kark zwierzęcia. Szybko go dobiła i odsunęła się, pozwalając, by opadła adrenalina. Zaledwie chwilę później z krzaków wynurzył się Ruda Lisówka. Spojrzał na zdobycz i zamruczał z aprobatą.
— Świetna robota! Złapiesz jeszcze jednego? — zapytał z lekkim uśmiechem, który przypominał wyzwanie.
— Złapię nawet trzy! — odparła pewnie, a ogon uniósł jej się wysoko. Pognała naprzód, po chwili jednak zawróciła, by ukryć swojego królika przed drapieżnikami. Teraz była gotowa w stu procentach.
Nie musiała długo czekać. Wkrótce dotarł do niej kolejny zapach królików — tym razem całe stado. Poczuła napięcie. Wiedziała, że jeśli ruszy za jednym, reszta zniknie w norach. Zerknęła pytająco na mentora, a ten tylko skinął głową. Wybrała cel — samiczkę w średnim wieku, oddaloną od czujnego samca obserwującego okolicę. Nagle królik uderzył parokrotnie łapą w ziemię. Alarm. Zauważył je. Motylka nie zawahała się. Adrenalina ponownie uderzyła jej do głowy i rzuciła się naprzód. Dopadła najbliższego królika — młodego samca, ledwie dorosłego — i jednym ruchem zakończyła pościg. Reszta stada rozpierzchła się, znikając w norach. Ruda Lisówka pojawił się obok niej i skinął głową z uznaniem.
— Wystarczy. Ocenię cię na podstawie tych dwóch. Teraz pobiegniemy wzdłuż Drogi Grzmotów. Musisz znaleźć jakiś tunel — wejdziemy do środka — oznajmił, uśmiechając się pod nosem w sposób, który wydał się Motylce podejrzany.
Skinęła lekko głową, choć w oczach pojawił się cień wątpliwości. Szybko ukryła zdobycz i ruszyła w stronę Przybrzeżnego Oka. Skakała lekko po fioletowych kwiatach, wzrokiem przeczesując ziemię w poszukiwaniu wejścia do tunelu. Pamiętała, że gdzieś tu musi być. Z każdym krokiem czuła, jak traci siły. Biegła coraz ciężej, ale nie zatrzymywała się. W oddali majaczyła już rzeka — znak, że musi być blisko celu. I wtedy go dostrzegła. Skręciła gwałtownie, wyhamowując tuż przy wejściu do tunelu. Powąchała okolice — żadnych niepokojących zapachów. Szybko zsunęła się do środka. Ziemiste ściany nieprzyjemnie ocierały się o jej boki, a powietrze od razu stało się ciężkie, jakby świat nagle zamilkł pod ziemią.
Kotka szła przed siebie, instynktownie prowadząc mentora w stronę obozu. Myśli miała jeszcze rozbiegane po ostatnim polowaniu, ale szła pewnie, zanurzona w zadaniu. Nagle... warkot. Jej uszy drgnęły, a futro zjeżyło się na karku. Odwróciła się w samą porę, by dostrzec sylwetkę Rudej Lisówki rzucającego się w jej stronę. Nim zdążyła zareagować, poczuła uderzenie w zad. To był początek testu walki. Bez wahania Motylka tylnymi łapami wyrzuciła sypką ziemię w jego pysk i pognała przed siebie, ile sił w łapach. Nasłuchując i wyłapując zapachy, szybko odnalazła wyjście z tuneli. Wyskoczyła na zewnątrz, nawet nie otrzepując futra, i rzuciła się między krzaki. Obiegła jeden z nich kilkukrotnie, zostawiając swój zapach, po czym ponownie zniknęła w tunelach. Tam skuliła się w kłębek, czujna i gotowa. Czekała zarówno na atak z podziemi, jak i możliwość zaskoczenia mentora od zewnątrz. Nastawiła uszy... i słuchała. Cisza. I wtedy — szelest. Cichy, ale wyraźny. Poprawiła pozycję, napięła mięśnie. Cień przemknął nad wejściem do tunelu. Bez chwili namysłu wyskoczyła i chwyciła kota za bok, wciągając go w głąb. Była gotowa przywalić z całej siły… Ale to nie był Ruda Lisówka. To był Rumiankowa Łapa. Zaskoczony, szamotał się gwałtownie, aż w końcu znieruchomiał, oszołomiony i wyraźnie wściekły. Motylkowa Łapa otworzyła pyszczek, by coś powiedzieć, ale wtedy wyczuła znajomy zapach. Ruda Lisówka był blisko! Bez chwili wahania wyrzuciła Rumiankową Łapę z tuneli, nie mając czasu na wyjaśnienia. Sama ruszyła w przeciwnym kierunku. Musiała się z nim zmierzyć. Po chwili znalazła kolejne wejście do tunelu. Już miała wejść, gdy dostrzegła kosmyk rudego futra. To był on! Przykleiła się do ziemi i z napięciem czekała, aż kocur wejdzie. Gdy tylko to zrobił — skoczyła. Wciągnęła go do środka i zaczęła szamotać się z nim zaciekle, choć bez wysuniętych pazurów. W tunelach było duszno, ciało uderzało o ziemiste ściany, a powietrze było gęste od adrenaliny. W końcu udało jej się wypchnąć mentora z tunelu, po czym przygniotła go do ziemi.
— Dobrze ci poszło! — wydyszał Ruda Lisówka, podnosząc się i siadając z westchnieniem.
Motylka również opadła na trawę i zaczęła zrzucać z siebie ziemię i fragmenty roślin, które przykleiły się do niej w czasie walki.
— Poszło ci idealnie. Dzisiaj zostaniesz wojowniczką, Motylkowa Łapo — oznajmił z dumą.
Kotka uśmiechnęła się ciepło, ale w środku zadrżała. Tak długo marzyła o zostaniu medykiem. Owszem, chciała zdać test, udowodnić swoją wartość, ale te słowa… Nie były tym, na co czekała. Po ceremonii nie będzie już odwrotu. Koty rzadko zmieniały role po mianowaniu. W końcu oboje podnieśli się i ruszyli powoli w stronę obozu — zmęczeni, cisi, pogrążeni w swoich myślach.

Gdy księżyc wspiął się wysoko na niebo, a gwiazdy rozbłysły na granatowym firmamencie, koty Klanu Burzy cicho przemierzały tunele, zmierzając ku Grotcie Pamięci.

Motylkowa Łapa przybyła do Groty Pamięci w towarzystwie swojej rodziny. Jej futro zdobiły drobne kwiaty i wonne zioła, otulając ją delikatnym zapachem, który unosił się w powietrzu. Wnętrze groty spowijał półmrok — jedynie księżycowe światło przedzierało się przez szczeliny w sklepieniu, rzucając świetliste plamy na kamienistą posadzkę. Kotka stanęła przed Króliczą Gwiazdą. Za jej plecami, z czułością wtulona w Norniczy Ślad, siedziała Przeplatkowy Wianek — obie matki z dumą patrzyły na swoją córkę. Niedaleko nich znajdowali się Chomicza Łapa i Świerszczowy Skok. Choć nikt nie wypowiedział tego głośno, wśród zebranych wyczuwało się pustkę — brakowało jednej kotki. Mysia Łapa, siostra Motylki, nie doczekała tej chwili. Zginęła niedawno, a wspomnienie o niej ścisnęło Motylkowej Łapie serce. Pamiętała słowa Świerszcza, który powiedział jej, że Myszka szukała dla niej idealnych kwiatów. W tłumie wyraźnie wyróżniali się Ruda Lisówka i Kukułcze Skrzydło — obaj szkolili Motylkę, choć w różnym czasie. Oczywiście była tam też Wdzięczna Firletka, patrząca na kotkę z dumą i blaskiem w oczach. Skowroni Odłamek i Pajęcza Lilia mieli nieodgadnione, niemal kamienne wyrazy pysków, jakby zamykali emocje w środku. Królicza Gwiazda odchrząknął, uciszając szept kotów.
— Zebraliśmy się tutaj, by mianować Motylkową Łapę pełnoprawną wojowniczką Klanu Burzy. Kotka ta przeszła przez dwie zmiany roli i w każdej z nich wykazała się odwagą oraz oddaniem. Dziś sama wybrała swoją ścieżkę — i czas, by została nagrodzona za swoją pracę.
Słowa przywódcy ścisnęły serce Motylki. „Wybrała swoją ścieżkę”… Nie była pewna, czy mogła się z tym całkowicie zgodzić. A jednak, jak miała w zwyczaju, stała wyprostowana, z łagodnym uśmiechem na pysku.
— Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam naszych przodków, by spojrzeli dziś na tę uczennicę. Trenowała pilnie, wypełniała obowiązki z zaangażowaniem, nauczyła się zasad wojowniczego kodeksu i żyła zgodnie z nimi. Polecam ją wam jako nową wojowniczkę. Motylkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i bronić klanu, nawet za cenę własnego życia?
Zapadła chwila ciszy. Motylka odezwała się nieco późno, a ci, którzy znali ją lepiej, mogli wychwycić w jej głosie cień zawahania:
— Przysięgam.
— Zatem, mocą Klanu Gwiazd nadaję ci imię wojowniczki. Od dziś będziesz znana jako Motylkowa Łączka. Klan Gwiazd ceni twoją pracowitość i oddanie. Witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Burzy!
Królicza Gwiazda dotknął jej czoła pyskiem, a ona z szacunkiem musnęła jego barki. Głos przywódcy ponownie rozbrzmiał:
— Zgodnie ze świętą tradycją, do świtu nie wolno ci przemówić. Tę noc spędzisz na czuwaniu, strzegąc obozu. A teraz… odciśniesz swój ślad na ścianie.
Motylkowa Łączka podążyła za Króliczą Gwiazdą. Reszta klanu cofnęła się, obserwując z uwagą. Kronikarz podał jej kawałek kory wypełnionej specjalnym, gliniastym barwnikiem — miał on rdzawy odcień. Zanurzyła w nim łapę i podeszła do skały. Miała odcisnąć swój ślad tuż obok łapy swojego brata… ale wtedy zawahała się. Jej spojrzenie padło na jaśniejsze, fioletowe odciski — ślady medyków. Było ich zdecydowanie mniej. Pamiętała, jak po ceremonii Wdzięcznej Firletki obserwowała, jak ta zostawia swój znak. Motylka chciałaby uczynić to samo. Chciałaby, żeby jej odcisk też był fioletowy. Ale to już nie było możliwe. Koty zaczęły się lekko poruszać, niecierpliwiąc się. W końcu Motylkowa Łączka odcisnęła swoją łapę na skale. W tej samej chwili przez grotę poniosły się wiwaty. Koty wiwatowały jej imię. Motylkowa Łączka! To nie była ceremonia, którą sobie wyobrażała… a jednak czuła ciepło. Może nie wszystko poszło tak, jak chciała. Ale dziś była częścią czegoś większego. I to też miało swoje piękno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz