Słyszała głosy. Dużo głosów. W większości należały do tego samego kota, jednak nie była w stanie sprecyzować dokładnie, do którego. Pochodził, jakby z oddali czy też lepszym stwierdzeniem było z otchłani. Echo słów kocicy rozbrzmiewało w jej umyśle. Być może był to jej własny wewnętrzny głos?
Rozejrzała się powoli po parterze Skruszonej Wieży. Przy wejściu mignęło jej futro młodego ucznia, który zrezygnował z funkcji wojownika. Można by rzec, że znalazł się idealny kandydat na zastępstwo za Motylkową Łapę, która zdecydowała się powrócić do roli wojownika. Nie oceniała jej za porzucenie ścieżki. Była za to w stanie ją zrozumieć.
Skupiła spojrzenie na Pajęczej Lilii, która dostrzegłszy, że pacjentka się wybudziła, podeszła do jej legowiska.
– Gdzie jest Królicza Gwiazda?
– Zamiast o Królika, powinnaś martwić się o siebie. Przespałaś ponad dwa wschody słońca. I gdyby nie pomoc reszty medyków najpewniej w tej chwili byłabyś na Srebrzystej Skórze – Ruda kotka skarciła siostrę, wzdychając i kręcąc łebkiem. Wyciągnęła w kierunku Margartekowego Zmierzchu łapę, na co szylkretka się spięła, w obawie, że zostanie uderzona. – W przeciwieństwie do naszego wspaniałego lidera nie posiadasz dziewięciu żyć. Powinnaś być tego świadoma. – Położyła na głowie pacjentki okład z mchu. A gdy to uczyniła, wcisnęła się na legowisko i nachyliła do ucha kotki – Ja nie żartuje Margaretko. Taka odległość, jaka dzieli mój pysk od twojego ucha, dzieliła cię od śmierci. A nawet jeszcze mniejsza – szepnęła.
W niebieskich oczach szylkretki pojawił się strach stojący za słowami Pajęczej Lilii. Skoro siostra zdecydowała się na aż taką bezpośredniość, to znaczyło, że Margaretka faktycznie cudem umknęła z łap śmierci. Nie miała dziewięciu żyć, a mimo to, nawet jeśli jedną nogą była w grobie, to jakimś cudem tutaj była. Wciąż oddychała. Próbowała się podnieść, jednak łapy odmówiły jej posłuszeństwa.
– Pomału. Musisz jeszcze wypoczywać, minie trochę czasu, aż będziesz pełni sił – Podtrzymała starszą. – Chociaż wątpię, że wrócisz do formy sprzed zasłabnięcia... Właściwie... najlepiej dla siebie byłoby zrezygnować z pełnienia funkcji wojownika. Teraz nawet najmniejszy wysiłek, a nie tylko szok i stres może zatrzymać twoje serce. Obawiam się, że przy kolejnym ataku nie będę w stanie ci pomóc, nawet z wiedzą medyczną, którą sama mi przekazałaś.
Strzepnęła uchem, udając, że ostatnie zdania nie padło na głos. Wciąż była młoda i pełna sił, prawda? A to stracenie przytomności to był stres i strach o bliskich. Nic więcej.
– Nic mi nie jest.
– Margaretko – Mimo twardego tonu, w oczach medyczki widoczna była troska. – Nie bądź uparta, nie jesteś już kociakiem. Nigdy nie byłaś, ale za to podziękowania należą się naszej matce i babce. Nie mówię ci tego, aby cię straszyć, tylko mówię, jak jest. Powinnaś zadbać o siebie. Postawić siebie chociaż raz na pierwszym miejscu, a nie swojego partnera, kocięta, które są już wojownikami, no w przypadku Kruczej Łapy prawie, Klan Burzy, sojusznicze klany czy Klan Gwiazdy wie kogo jeszcze. Trochę egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło... – Widząc spojrzenie siostry prychnęła. – Króliczej Gwieździe nic nie jest. Stracił tylko jedno ze swoich żyć, o czym już wiesz doskonale. Twoi synowie również są cali i zdrowi. Ja jak widzisz również, tak samo Bajkowa Stokrotka, Płomienny Ryk i cała reszta kotów, i które się martwisz bardziej niż o siebie. Pierwomrówcza Gracja opuściła tereny Klanu Burzy, więc możesz spać spokojnie i zdrowieć. – Położyła nacisk na ostatnie słowo
– Czy ona... Naprawdę sama z siebie zaatakowała Królika? Co, jeśli to był wypadek i została...
– Cóż, istnieje mała szansa, że zły duch ją opętał. Jednak jeśli wierząc słowom Króliczej Gwiazdy, a słowo lidera to przecież rzecz święta to nie, nie był to wypadek.
Mimo rekonwalescencji chciała się przydać na coś w klanie. Dlatego też poprosiła Skowroni Odłamek o możliwość uporządkowania ziół, na co kocur po dłuższym zastanowieniu się zgodził. Zapach ziół i możliwość obcowania z nimi była kojąca dla duszy kotki. Nie spodziewała się, że przyniesie jej to radość. Przez długi czas legowisko medyków i zioła źle jej się kojarzyły. Teraz działały uzdrawiająco.
A przynajmniej tak było do czasu, gdy kolejne przykre wydarzenia w krótkim czasie nawiedziły Klan Burzy. Wojownicy w jej obecności starali się nie mówić za głośno o nieprzyjemnych tematach, w obawie, że ponownie mogłaby doświadczyć zawału. Być może była to zasługa Pajęczej Lilii, która z troski o siostrę przeganiała klanowe plotkary z okolic legowiska Margaretkowego Zmierzchu. Jednak wieści o śmierci wuja Piaszczystej Zamieci i Srebrzystego Nowiu nie była w stanie uniknąć. Być może stosowanie się do zaleceń siostry sprawiło, że tym razem znośnie przyjęła wieści o śmierci członków rodziny, jednak domniemana przyczyna śmierci dwójki kotów sprawił, że z trudem była w stanie zmrużyć oczy. Udała się na czuwanie wraz ze swoimi synami, a dokładniej z synem.
– Co się dzieje z twoim bratem? – spytała Kruczą Łapę, siedząc przed grobami wuja i jego partnera
Kruczek mimo starań, aby nie zmartwić matki za bardzo, w końcu wyznał, że Zawodzące Echo ciągle zgłasza się jako uczestnik patroli granicznych. W innej chwili być może byłaby dumna z syna, jednak teraz zmartwiła się i to nie na żarty. Musiała z nim pomówić.
– Przekaż mu, jak wróci, aby odwiedził mnie w Skruszonej Wieży – posłała smutny, pełen bólu uśmiech Kruczkowi. Przed synem nie musiała udawać, że wszystko jest dobrze, gdy tak nie było.
Przeniosła spojrzenie na biorące udział w czuwaniu koty. Wśród nich dostrzegła znajomą postać. Postać, która nie powinna znajdywać się wśród żywych.
Głowa ją bolała tak, jakby dostała w nią uderzona grubą gałęzią. W uszach jej huczało. Minęła dłuższa chwila, nim podniosła się z mokrego podłoża. Rozejrzała się po pomieszczeniu, które do złudzenia przypominało wnętrze groty, jednak zamiast kamiennego sklepienia nad głową rozpościerało się bezgwiezdne niebo. Ciszę przerywał odgłos wody kąpiącej ze stalaktytów.
– H-halo?
– Jestem pod wrażeniem, że tak długo opierałaś się moim próbom kontaktu z tobą – Z cienia wyłoniła się ruda kocica o charakterystycznie wywiniętych uszach. Prezentowałaby się nienagannie, gdyby nie ślad po pazurach na szyi, z których bez przerwy wypływa krew brudząca rdzawe futro. Z podniesioną głową przemierzyła dzielącą je odległość i zajęła miejsce na jednym z większych kamieni, wskakując na niego z gracją i lekkością. – Czy tak się powinno witać matkę?
Rozejrzała się powoli po parterze Skruszonej Wieży. Przy wejściu mignęło jej futro młodego ucznia, który zrezygnował z funkcji wojownika. Można by rzec, że znalazł się idealny kandydat na zastępstwo za Motylkową Łapę, która zdecydowała się powrócić do roli wojownika. Nie oceniała jej za porzucenie ścieżki. Była za to w stanie ją zrozumieć.
Skupiła spojrzenie na Pajęczej Lilii, która dostrzegłszy, że pacjentka się wybudziła, podeszła do jej legowiska.
– Gdzie jest Królicza Gwiazda?
– Zamiast o Królika, powinnaś martwić się o siebie. Przespałaś ponad dwa wschody słońca. I gdyby nie pomoc reszty medyków najpewniej w tej chwili byłabyś na Srebrzystej Skórze – Ruda kotka skarciła siostrę, wzdychając i kręcąc łebkiem. Wyciągnęła w kierunku Margartekowego Zmierzchu łapę, na co szylkretka się spięła, w obawie, że zostanie uderzona. – W przeciwieństwie do naszego wspaniałego lidera nie posiadasz dziewięciu żyć. Powinnaś być tego świadoma. – Położyła na głowie pacjentki okład z mchu. A gdy to uczyniła, wcisnęła się na legowisko i nachyliła do ucha kotki – Ja nie żartuje Margaretko. Taka odległość, jaka dzieli mój pysk od twojego ucha, dzieliła cię od śmierci. A nawet jeszcze mniejsza – szepnęła.
W niebieskich oczach szylkretki pojawił się strach stojący za słowami Pajęczej Lilii. Skoro siostra zdecydowała się na aż taką bezpośredniość, to znaczyło, że Margaretka faktycznie cudem umknęła z łap śmierci. Nie miała dziewięciu żyć, a mimo to, nawet jeśli jedną nogą była w grobie, to jakimś cudem tutaj była. Wciąż oddychała. Próbowała się podnieść, jednak łapy odmówiły jej posłuszeństwa.
– Pomału. Musisz jeszcze wypoczywać, minie trochę czasu, aż będziesz pełni sił – Podtrzymała starszą. – Chociaż wątpię, że wrócisz do formy sprzed zasłabnięcia... Właściwie... najlepiej dla siebie byłoby zrezygnować z pełnienia funkcji wojownika. Teraz nawet najmniejszy wysiłek, a nie tylko szok i stres może zatrzymać twoje serce. Obawiam się, że przy kolejnym ataku nie będę w stanie ci pomóc, nawet z wiedzą medyczną, którą sama mi przekazałaś.
Strzepnęła uchem, udając, że ostatnie zdania nie padło na głos. Wciąż była młoda i pełna sił, prawda? A to stracenie przytomności to był stres i strach o bliskich. Nic więcej.
– Nic mi nie jest.
– Margaretko – Mimo twardego tonu, w oczach medyczki widoczna była troska. – Nie bądź uparta, nie jesteś już kociakiem. Nigdy nie byłaś, ale za to podziękowania należą się naszej matce i babce. Nie mówię ci tego, aby cię straszyć, tylko mówię, jak jest. Powinnaś zadbać o siebie. Postawić siebie chociaż raz na pierwszym miejscu, a nie swojego partnera, kocięta, które są już wojownikami, no w przypadku Kruczej Łapy prawie, Klan Burzy, sojusznicze klany czy Klan Gwiazdy wie kogo jeszcze. Trochę egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło... – Widząc spojrzenie siostry prychnęła. – Króliczej Gwieździe nic nie jest. Stracił tylko jedno ze swoich żyć, o czym już wiesz doskonale. Twoi synowie również są cali i zdrowi. Ja jak widzisz również, tak samo Bajkowa Stokrotka, Płomienny Ryk i cała reszta kotów, i które się martwisz bardziej niż o siebie. Pierwomrówcza Gracja opuściła tereny Klanu Burzy, więc możesz spać spokojnie i zdrowieć. – Położyła nacisk na ostatnie słowo
– Czy ona... Naprawdę sama z siebie zaatakowała Królika? Co, jeśli to był wypadek i została...
– Cóż, istnieje mała szansa, że zły duch ją opętał. Jednak jeśli wierząc słowom Króliczej Gwiazdy, a słowo lidera to przecież rzecz święta to nie, nie był to wypadek.
~~~
Mimo rekonwalescencji chciała się przydać na coś w klanie. Dlatego też poprosiła Skowroni Odłamek o możliwość uporządkowania ziół, na co kocur po dłuższym zastanowieniu się zgodził. Zapach ziół i możliwość obcowania z nimi była kojąca dla duszy kotki. Nie spodziewała się, że przyniesie jej to radość. Przez długi czas legowisko medyków i zioła źle jej się kojarzyły. Teraz działały uzdrawiająco.
A przynajmniej tak było do czasu, gdy kolejne przykre wydarzenia w krótkim czasie nawiedziły Klan Burzy. Wojownicy w jej obecności starali się nie mówić za głośno o nieprzyjemnych tematach, w obawie, że ponownie mogłaby doświadczyć zawału. Być może była to zasługa Pajęczej Lilii, która z troski o siostrę przeganiała klanowe plotkary z okolic legowiska Margaretkowego Zmierzchu. Jednak wieści o śmierci wuja Piaszczystej Zamieci i Srebrzystego Nowiu nie była w stanie uniknąć. Być może stosowanie się do zaleceń siostry sprawiło, że tym razem znośnie przyjęła wieści o śmierci członków rodziny, jednak domniemana przyczyna śmierci dwójki kotów sprawił, że z trudem była w stanie zmrużyć oczy. Udała się na czuwanie wraz ze swoimi synami, a dokładniej z synem.
– Co się dzieje z twoim bratem? – spytała Kruczą Łapę, siedząc przed grobami wuja i jego partnera
Kruczek mimo starań, aby nie zmartwić matki za bardzo, w końcu wyznał, że Zawodzące Echo ciągle zgłasza się jako uczestnik patroli granicznych. W innej chwili być może byłaby dumna z syna, jednak teraz zmartwiła się i to nie na żarty. Musiała z nim pomówić.
– Przekaż mu, jak wróci, aby odwiedził mnie w Skruszonej Wieży – posłała smutny, pełen bólu uśmiech Kruczkowi. Przed synem nie musiała udawać, że wszystko jest dobrze, gdy tak nie było.
Przeniosła spojrzenie na biorące udział w czuwaniu koty. Wśród nich dostrzegła znajomą postać. Postać, która nie powinna znajdywać się wśród żywych.
~~~
Głowa ją bolała tak, jakby dostała w nią uderzona grubą gałęzią. W uszach jej huczało. Minęła dłuższa chwila, nim podniosła się z mokrego podłoża. Rozejrzała się po pomieszczeniu, które do złudzenia przypominało wnętrze groty, jednak zamiast kamiennego sklepienia nad głową rozpościerało się bezgwiezdne niebo. Ciszę przerywał odgłos wody kąpiącej ze stalaktytów.
– H-halo?
– Jestem pod wrażeniem, że tak długo opierałaś się moim próbom kontaktu z tobą – Z cienia wyłoniła się ruda kocica o charakterystycznie wywiniętych uszach. Prezentowałaby się nienagannie, gdyby nie ślad po pazurach na szyi, z których bez przerwy wypływa krew brudząca rdzawe futro. Z podniesioną głową przemierzyła dzielącą je odległość i zajęła miejsce na jednym z większych kamieni, wskakując na niego z gracją i lekkością. – Czy tak się powinno witać matkę?
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz