[Przeszłość, Pora Zielonych Liści, dzień po zgromadzeniu]
Jarzębinowy Żar gnała przez las, zostawiając za sobą Cisowe Tchnienie i Koperkową Łapę. Wyszła z nimi na zioła, ale to wcale nie oznaczało, że musi zbierać je w tym samym miejscu co oni. Zresztą – lepiej działało się samodzielnie. Las pachniał żywicą i wilgotnym mchem, a liście pod łapami tłumiły odgłos biegu. Przebiegła przez Potworną Przełęcz i wpadła w cień wysokich, ciemnozielonych sosen przy granicy z Klanem Burzy. Tutaj iglasty las pachniał intensywniej, a cisza była niemal nienaturalna – jakby cały świat wstrzymał oddech. Zatrzymała się, rozglądając czujnie, po czym od razu zaczęła węszyć. Klan potrzebował ziół, a ona – jako medyczka – miała obowiązek zadbać o ich zapasy. I wtedy dostrzegła niski krzew o drobnych, żółtych kwiatach.
— Żarnowiec – szepnęła z ekscytacją.
Podeszła ostrożnie, uważając, by nie połamać łodyg. Krzak rósł dokładnie na granicy – część znajdowała się po stronie Klanu Wilka, część po stronie Klanu Burzy. Jarzębina uznała, że skoro roślina jest dostępna dla obu stron, nie będzie problemu, jeśli weźmie trochę. Delikatnie urwała kilka gałązek i trzymając je w pysku, ruszyła dalej. Przez dłuższy czas krążyła po lesie, ale nic szczególnego nie znalazła. Mijała zioła, które na tę chwilę nie były jej potrzebne – zbyt powszechne, zbyt młode albo rosnące w niewłaściwych warunkach. Aż w końcu… Miodunka! Piękne, fioletowe kwiaty wyraźnie odcinały się na tle mchu i suchej ściółki. Zadowolona, Jarzębina podeszła i zaczęła zrywać roślinę, skupiona na delikatnym ruchu łap i pyska. Nagle coś dotknęło jej nosa. W jednej chwili medyczka zamarła. A potem – jak porażona – wygięła ciało w łuk, futro nastroszyło się jak u rozdrażnionego jeża. Wzrok wbity miała w trawy przed sobą, a ogon drgał z napięcia. Zapach ziół całkowicie przyćmił znajomą woń. Serce waliło jej jak oszalałe, gotowe wyrwać się z piersi. Dopiero po chwili, gdy spomiędzy traw wyłoniło się ciemne futro, zorientowała się, że to znajoma sylwetka. Nie było się czego bać.
— Nawąchałaś się tych ziół chyba za dużo — zażartowała Kacza Łapa, wychodząc z kryjówki z rozbawionym błyskiem w oczach. Podchodziła powoli, z ogonem uniesionym w górę.
— Granica! — przypomniała natychmiast Jarzębina, unosząc jedną łapę w ostrzegawczym geście.
Młodsza kotka zatrzymała się w pół kroku i cofnęła łapę z powrotem na swoją stronę.
— No tak — mruknęła, siadając na trawie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Jakby obie nie wiedziały, o czym powinny rozmawiać. Las wokół szeptał jedynie liśćmi, a wiatr poruszał źdźbłami wysokiej trawy między nimi.
— Więc... co tu robisz? — odezwała się w końcu Jarzębina, układając zebrane zioła w jedną stertę, by łatwiej było je potem zabrać. Usiadła przed Kaczą Łapą, dzielił je zaledwie pół krok – wystarczyło się wychylić, by przekroczyć granicę.
— Przyszłam z patrolem. Wyczułam ptaka, ale... chyba był po waszej stronie. Mój nos zaprowadził mnie aż tutaj i... — przerwała nagle, jakby nie chciała zdradzić reszty historii. W rzeczywistości uczennica wyczuła Jarzębinę i – pod pretekstem polowania – ruszyła za nią.
— Ja też. Szukam ziół i... unikam brata –— zaśmiała się, po czym przeczesała językiem pierś.
— Czyli... niestety w drodze powrotnej nie spadł z wyspy? — miauknęła Kacza Łapa z udawanym żalem.
— Niestety nie! — odparła dramatycznie Jarzębina, kładąc się na plecach i opierając łapę na czole w geście przesadzonego załamania. — Los bywa okrutny…
Po chwili roześmiała się, zostając rozciągnięta na miękkiej ściółce, pachnącej mchem i sosnową żywicą.
— Następnym razem postaramy się bardziej — zaproponowała Kacza Łapa z kpiącym uśmiechem.
Naśmiewanie się z Kosaćcowej Łapy – brata Jarzębiny – przychodziło im z zadziwiającą łatwością. Może to była forma odreagowania, a może po prostu... wspólna rozrywka.
<Kacza Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz