Sen, jakiś czas temu
Brukselkowa Łapa otworzyła oczy. Liczyła na to, że jak zwykle przywita ją widok innych, drzemiących uczniów tak jak każdego ranka. Tym razem jednak coś było inaczej, coś się nie zgadzało. Do jej nosa od razu dotarł intensywny, mleczny zapach, tak znajomy, a zarazem tak obcy, kompletnie niepasujący do legowiska uczniów. Przypominał raczej żłobek, tamte dni spędzone u boku matki i dwóch braci. Przez to wspomnienie zakręciło jej się w głowie. Kotka wstała powoli i ociężale, jak wielki, zmęczony niedźwiedź, który właśnie wybudził się ze snu zimowego. Rozejrzała się dookoła. Legowisko było prawie puste, ciche, jakby od kilku księżyców nikt w nim nie przesiadywał. A jednak… na jednym z posłań leżała zwinięta w kulkę, biała kocica. Brukselkowa Łapa zmrużyła oczy. Coś w jej sylwetce, w jej śpiącym wyrazie twarzy wydawało się znajome. Ciężko było stwierdzić, dla Brukselki wszystko wydawało się rozmazane, odległe. “Mama?” pomyślała, stawiając ostrożnie kilka kroków w jej stronę. Karmicielka spała, niemal bez ruchu. Uczennica zaczęła się przez chwilę zastanawiać, czy kotka w ogóle żyje. Pod jej ogonem leżała trójka maleńkich kociąt, wtulonych w jej ciepły brzuch. Jeden z nich był biały, drugi liliowy, trzeci... także liliowy. Brukselkowa Łapa wstrzymała oddech. Ten trzeci kociak… wyglądał znajomo. Aż zbyt znajomo. Miała wrażenie, jakby patrzyła się w swoje własne odbicie, ale jakby przez kałużę. Czy to możliwe, że… cofnęła się w czasie? Rozdwoiła się? Zamrugała, próbując zebrać myśli. Serce zaczęło jej bić coraz szybciej. Wszystko wyglądało tak realnie, ten zapach, ciepło, ciche pomruki. Ale co ona tu robiła? Przecież była już uczennicą, a nie maleństwem skulonym przy swojej matce. Czy był to jej sen? Może jakieś wspomnienie? A może… umarła?
…
Czuła się tak, jakby ktoś właśnie chwycił ją i wrzucił do kompletnie innego świata. Stała nieruchomo, patrząc na samą siebie z czasów, gdy przebywała w żłobku i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to, czego właśnie doświadczała, nie działo się przypadkiem. Brukselkowa Łapa podeszła bliżej, ostrożnie, jakby bała się, że zbyt głośny oddech zbudzi śpiącą kocicę. Każdy krok uczennicy był cichy i lekki, jakby właśnie stąpała po śniegu. Patrząc na kocięta, narastał się w niej niepokój. Czy ta chwila będzie trwać wiecznie? Białe futerko, różowy nosek, malutkie łapki. To wszystko było znajome, ale jednocześnie bardzo niekomfortowe. Usiadła, zaciekawiona i trochę przerażona jednocześnie. Wciąż wpatrywała się w samą siebie, taką sprzed czasu, gdy otrzymała swoje uczniowskie imię i po raz pierwszy opuściła obóz wraz z mentorem. Zrobiło jej się ciepło, ale też dziwnie pusto. To nie był zwykły sen, czuła to gdzieś w kościach. Ale jeśli nie był zwykły, to jaki? Co miał jej przekazać? Coś ją tu przyciągnęło, nie pozwalając odejść. Nagle biała kocica poruszyła się gwałtownie. Jej ucho drgnęło, ogon lekko się poruszył, a jedno oko uchyliło się delikatnie. Brukselkowa Łapa zamarła.
— Czy to… naprawdę ty? — zapytała cicho, sama nie wiedząc, czy mówi do matki, czy do tej małej wersji siebie, która wciąż jeszcze spała, wtulona w biały bok swojej matki. Na słowa Brukselki odpowiedziała jedynie cisza. I wtedy wszystko zaczęło blednąć. Kocięta, legowisko, zapach mleka, zaczął się po prostu rozmywać w jej oczach. Brukselkowa Łapa zamrugała gwałtownie i...
Koniec snu
— Złaź ze mnie, ty paskudny, brudny ścierwojadzie! — wysyczała przez zaciśnięte zęby, jej głos był gniewny. Kosaciec w końcu otworzył oczy. Spojrzał na nią z nieświadomym uśmiechem, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co właśnie się wydarzyło. Nic dziwnego, w końcu spał. Na jego licu zagościł uśmiech, w którym nie widać było skruchy. Tylko rozbawienie, zdziwienie. Gdy tylko zauważył jej spojrzenie, wypełnione zgrozą i terrorem, zerwał się na łapy jak oparzony i zaczął wycierać ślinę z pyska. Niestety, jej część wciąż błyszczała na futrze Brukselki.
— Piękny dziś dzień mamy, nie sądzisz?
Była noc. Właściwie to środek nocy.
Brukselka zmrużyła oczy, już nawet nie miała siły na niego krzyczeć, chciała po prostu spać. Ale zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, Kosaciec znów się odezwał:
— Ej... A tak właściwie... Co to jest brukselka? Jakiś owoc?
Zacisnęła szczękę. Naprawdę? On właśnie ją opluł, obudził w środku nocy, a teraz zastanawiał się, czy jej imię to owoc?
— Nie jesteś stąd, co? — dodał jeszcze z głupkowatym uśmiechem. Brukselka tylko prychnęła, odwróciła się do niego plecami, chwyciła swoje posłanie w pysk i zaczęła je ciągnąć w drugą stronę. Nie zamierzała już nigdy więcej spać w tym samym miejscu, co ten głupek. Nigdy! Jednak zanim odeszła, szybko i bez litości zdzieliła go ogonem.
— No ej, nie obrażaj się! Nie chciałem... — odezwał się jeszcze za jej plecami. Przez chwilę kotka się zawahała, jej uszy drgnęły, ale zaraz potem stęknęła ze złości i znów skrzywiła pysk.
— A idź się ślinić na kogoś innego. Dobranoc — burknęła pod nosem, nawet nie odwracając się w stronę Kosaćcowej Łapy. Wreszcie położyła posłanie z dala od niego, opadła na nie ciężko i z westchnieniem zamknęła oczy. Owinęła się swoim grubym, puszystym ogonem, cicho ziewnęła i rozluźniła mięśnie, licząc na to, że uda jej się wrócić do tamtego snu. Może tym razem nikt jej nie opluje.
***
Brukselkowej Łapie nie podobał się pomysł wspólnego treningu z Kosaćcową Łapą. Najchętniej w ogóle by na niego nie poszła, jak zwykle próbując się wymigać, ale tym razem Syczkowy Szept nie dał jej wyboru. Poza tym wiedziała, że kocur i tak pozwalał jej na zbyt wiele i jeśli dalej będzie unikać treningów, to może się to dla niej źle skończyć. Na szczęście podczas swojego żywotu Sosnowa Gwiazda i Jadowita Żmija nie zwracały za dużej uwagi na to, że liliowa kotka często znika z obozu i to bez mentora u boku. Sam Syczkowy Szept także nigdy nie odważył się zgłosić nieobecności Brukselkowej Łapy na treningach. “Ciekawe, dlaczego daje sobą tak łatwo pomiatać” zastanowiła się, wpatrując się w kocura idącego przed nią. Tuż za nią dreptał także Kosaćcowa Łapa. Wciąż była na niego trochę zła za tamtą sytuację ze śliną – wróć – właściwie to była bardziej obrzydzona niż obrażona. Nie mogła uwierzyć, że ktoś taki jak on śmiał w ogóle się do niej zbliżyć! Poza tym nie tylko to sprawiało, że czuła się dziwnie nieswojo w jego towarzystwie. Przecież coś ich łączyło. Coś więcej niż tylko identyczne drugie człony imienia. Łączyła ich zbrodnia, morderstwo. W końcu razem mieli okazję pozbyć się nie tylko zastępczyni, ale i przywódczyni w Klanie Wilka. Syczkowy Szept? Biedny, nie miał zielonego pojęcia o tym, że właśnie kroczy przez las z dwójką młodych morderców. Nie wiedział, że gdy patrzał na swoją podopieczną, tak naprawdę spoglądał na kogoś, kto był jednym z tych, którzy wywołali niemały zamęt w Klanie Wilka. Brukselkowa Łapa spuściła wzrok ze złotofutrego. Szła za nim, nie wydając z siebie żadnego, nawet najcichszego dźwięku. Nigdy tak właściwie nie przeprowadziła z nim jakiejś dłuższej, głębszej rozmowy. I dobrze. Nie zamierzała tego robić. W końcu Syczkowy Szept był wilczakiem, poza tym jego ucho było nacięte. Pewnie także należał do kultu.
Brukselkowa Łapa w końcu westchnęła, trochę znudzona wędrowaniem przez wilczackie tereny.
— Ile jeszcze zamierzasz nas ciągać po lesie? Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie, gdzie odbędziemy trening? — spytała w końcu, przewracając oczami. Syczek zrównał się z nią krokiem, na jego pysku malował się… smutek, może trochę obawa, ale też powaga. Sam nie wyglądał na zadowolonego z faktu, że musi odbyć trening ze swoją uczennicą. Nic dziwnego.
— Może i masz rację, ale jesteś jeszcze młoda, krótki spacer nie sprawia ci problemu, mam nadzieję — mruknął pod nosem, na co liliowa parsknęła.
— Oczywiście, że nie! Tylko… mam o wiele ważniejsze sprawy niż błąkanie się wśród drzew — stwierdziła, odwracając się od Syczkowego Szeptu. Kocur nie odpowiedział, jedynie przyspieszył kroku, aby znowu znaleźć się na czele trzyosobowej grupy. Brukselka zastanawiała się, o co tak właściwie mogło mu chodzić i dlaczego zabrał akurat Kosaćcową Łapę na trening. Może będą się ze sobą bić? Albo może pomyślał, że… kotka lubi łaciatego ucznia i przez to chętniej weźmie udział w treningu? Ble! W życiu nawet nie pomyślałaby o odezwaniu się do kogoś takiego z własnej woli! W końcu złotofutry przystanął. Znajdowali się na niewielkiej polance otoczonej drzewami.
— Jesteśmy na miejscu. Tutaj odbędziecie ze sobą walkę. Pamiętajcie, tylko żeby nie używać przy tym pazurów i aby nie zrobić sobie przy tym krzywdy. To tylko trening — miauknął ściszonym głosem, a następnie wycofał się w tył, siadając przy jednym z pobliskich krzewów. Dwójka uczniów skrzyżowała ze sobą wzrok. Nie mieli innego wyboru, musieli zawalczyć, ale Brukselce nawet podobał się ten pomysł. Wreszcie będzie się mogła odegrać za tę sytuację ze śliną i w końcu będą kwita. — W takim razie… zaczynajcie — polecił.
Uczennica rozstawiła nogi, napinając mięśnie i marszcząc brwi. Jej wzrok spoczywał na Kosaćcu, który stał przed nią. Był całkiem sporych rozmiarów, nie można go było też nazwać chuderlawym. Musiała coś wymyślić, aby się przypadkiem nie zbłaźnić przed mentorem, który przecież powinien mieć pewność, że sama dobrze sobie radzi.
Brukselkowa Łapa nawet nie czekała na to, aż Kosaciec przyszykuje się do walki. Ruszyła pierwsza, bez słowa, jakby cały świat dookoła przestał istnieć. Wybiła się od ziemi i w kilku szybkich, pewnych susach znalazła się tuż obok Kosaćca. Skoczyła w jego stronę z wyciągniętymi łapami, celując prosto w szyję. Uderzenie było mocne, Kosaciec zachwiał się, zaskoczony jej gwałtownym atakiem. Odruchowo zamachnął się, próbując trafić Brukselkę, ale ta sprawnie uskoczyła w bok. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, stali pyskiem w pysk, zaledwie kilka długości wąsa dzieliło ich twarze. Czuła jego oddech, szybki i nierówny. Ale to nie miało teraz znaczenia. Liczył się tylko ruch, kolejny atak. Bez zwlekania wskoczyła mu na grzbiet. Kosaciec zareagował natychmiast, szarpnął się, próbując zrzucić ją z siebie. Wiercił się i w końcu udało mu się zrzucić z siebie przeciwniczkę. Kotka spadła z jego pleców i przetoczyła się po ziemi, zostawiając za sobą kurz i pył wzbity w powietrze. Zanim zdążyła się podnieść, kątem oka zobaczyła, jak wielka, biała łapa nadciąga w jej stronę z góry. Kosaciec próbował przycisnąć ją do ziemi. W ostatniej chwili przetoczyła się pod jego brzuchem i z całej siły kopnęła go tylnymi łapami. Nie udało jej się go odrzucić, powalić z łap, ale z pewnością ten cios choć trochę go zabolał. Wydostała się spod niego i już miała się podnieść, gdy nagle coś z impetem uderzyło ją w pysk. Cios był mocny, a poza tym dokonany z zaskoczenia. Zachwiało się i na chwilę wszystko zawirowało – ziemia, drzewa, niebo, zaczęły rozmazywać jej się przed oczami. Zacisnęła zęby i rzuciła się na oślep w jego stronę, czując, jak łapa zahacza o futro przeciwnika. Usłyszała cichy, niezadowolony pomruk i zauważyła, że na jej łapie spoczęła kępka sierści Kosaćcowej Łapy. Gdy ten chciał się na niej zemścić, usłyszeli:
— Dobrze, możecie już skończyć — przerwał im głos Syczkowego Szeptu. Brukselkowa Łapa cofnęła się o krok, ciężko oddychając. Spojrzała krótko na Kosaćca, ale nie powiedziała ani słowa. To była dobra walka. Na pewno teraz poszło jej lepiej, niż gdy miała pokonać Jadowitą Żmiję! Wtedy całe jej szczęście jakby ją opuściło już na samym początku. Na pewno inaczej by jej się teraz walczyło, gdyby zależało od tego całe jej życie. Tak miała pewność, że pod koniec dnia i tak będzie cała i zdrowa, więc nie starała się jakoś bardzo.
[2010 słów + udział w pojedynkach uczniów]
<Kosaćcowa Łapo?>
[przyznano 40% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz