Dzieje się to przed zakończeniem przesłuchań!
✩ ★ ✩ ★ ✩
Co się działo w tym Klanie Wilka, to ja nie wiem. Nagła śmierć nie dość, że liderki, to jeszcze zastępczyni. Może i mieliśmy trudną sytuację w tamtym czasie, ale to nie znaczy, że mogliśmy zaniedbać wszystko inne. W takim więc razie weszłam cicho do legowiska wojowników.
— Ktoś pójdzie ze mną na polowanie? — zapytałam, spoglądając po zmęczonych oczach kompanów z legowiska.
— Iskrząca Nadziejo, dzięki, że próbujesz, ale wydaje mi się, że zaraz po wysokim słońcu, ktoś wysłał już patrol łowiecki — odparła półśpiąca.
Oh, na Klan Gwiazdy! Jakim cudem przegapiłam, że ktoś wychodzi z obozu?
— Okej, dziękuję — odpowiedziałam cicho, wycofując się z legowiska.
„No cóż, skoro wyszedł już patrol łowiecki, to może chociaż załapie się na grani... No tak, tamten też już poszedł...” — pomyślałam, przechodząc niedaleko legowiska Cisowego Tchnienia.
W tamtej chwili przez przypadek usłyszałam, jak mówi coś w stronę Koperkowej Łapy.
— Koperkowa Łapo, powoli kończy nam się pajęczyna i przydałoby się uzupełnić zapas gwiazdnicy pospolitej, oraz czyśćca wełnistego, bądź tak łaskawe i pozbieraj trochę. Możesz sobie wziąć to pomocy jakiegoś wojownika.
Zamiast odpowiedzieć, to tylko prychnęło pod nosem, a następnie zauważyłam, jak wychodzi z lecznicy.
— Hej, Koperkowa Łapo, słyszałam, że szukasz wojownika do pomocy! Z chęcią bym Ci pomogła, co Ty na to? — powiedziałam, podchodząc do jeno.
Obejrzało mnie od góry do dołu, trochę oceniającym wzrokiem. Westchnęło nieco zirytowane, a następnie odparło.
— Witaj, Iskrząca Nadziejo, niezbyt kulturalne, żeby tak podsłuchiwać… — mruknęło jakby odrobinę zniesmaczone. — Ale tak, w zasadzie to przyda mi się para pomocnych łap — dodało po chwili.
— Przepraszam, nie miałam zamiaru Was podsłuchać, przechodziłam obok, bo tak w zasadzie to chciałam iść sprawdzić co u starszych, ale szczerze, wolę pomóc Ci ze zbieraniem ziół, niż szukać kleszczy u starszych — mruknęłam, lekko się uśmiechając, na wpół z zakłopotania, na wpół chcąc pokazać swoją przyjazność.
Koperek wydawało się fajne, może i trochę ciche, ale to nic! W każdym razie im więcej kotów mnie lubi, tym lepiej, a ono wydawało się świetnym kandydatem na przyjaciela! Im więcej mam znajomych w klanie, tym lepiej, szczególnie w tak trudnym czasie.
— W takim razie chodźmy — miauknęło, strzepując delikatnie ogonem, a ja od razu podążyłam za jeno.
Już po zbieraniu ziół
✩ ★ ✩ ★ ✩
Wracaliśmy już do obozu, obładowani ziołami nie tylko tymi, o które prosiła medyczka, ale i kilkoma innymi.
— Wiesz co, nigdy nie interesowałam się szczególnie ziołolecznictwem i takimi tam, ale to jest super zajęcie! — mruknęłam niewyraźnie przez zioła trzymane w pysku.
Jeno zachichotało, zapewne przez to, jak dziwnie brzmiałam.
— No, coś w tym jest. Mnie podobała się historia poznania Makowego Nowiu, to było całkiem… Urocze. Nie spodziewałobym się, że odwzajemni Twój gest. Gdzieś słyszałom, że nie przepadała za samotniczkami. Cóż, może się myliłom, albo to się zmieniło?
Koperkowa Łapa zastanawiało się na głos, a ja starałam się nie odpłynąć własnym tokiem myśli, który bardziej przypominał rwącą rzekę.
— Iskrząca Nadziejo! — usłyszałam wołanie, które oderwało mnie od wypowiedzi ucznia medyka.
Była to Rysi Trop, moja dobra przyjaciółka, z którą zawsze miło było pogadać.
— Tak? — odpowiedziałam, przystając.
— Zaraz powinnyśmy spotkać się razem z Jaskółczym Zielem, mam nadzieję, że pamiętasz? — odparła, na co mnie olśniło.
Na szczęście nie byłam jeszcze spóźniona.
— Tak, teraz już pamiętam, dziękuję Rysi Tropie, na pewno się pojawię!
Ryś kiwnęła mi z aprobatą głową, odchodząc w innym kierunku.
Natomiast my z kotem staliśmy tuż przed legowiskiem Cisowego Tchnienia.
— Leć, bo naprawdę się spóźnisz, ja już z tym sobie poradzę — miauknęło, strzepując ogonem.
Odłożyłam zioła, przekręcając lekko łebek.
— Na pewno? To naprawdę nie problem, zdążę! A nawet jeśli nie, spotykam się z siostrą i najlepszą przyjaciółką, chyba mi wybaczą kilka uderzeń serca spóźnienia, nie?
Uśmiechnęłam się, na co Koperek przewrócił oczami.
— No idź, idź! Wiem, co mówię, nie musisz się martwić!
— Cóż, skoro tak mówisz, do zobaczenia, Koperkowa Łapo, miło było cię bliżej poznać! — mruknęłam, a następnie pognałam w umówione miejsce naszego spotkania.
Pierwszy raz w życiu nie czułam się dobrze wśród Wilczaków. Do moich uszu dochodziły szepty, który zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych. Próbowałam nie słuchać. Zakrywać je łapami. Wychodzić. Ale nawet kiedy zostawałam sama, pogrążając się w smutku, myśli nie dawały za wygraną, w głowie odtwarzałam usłyszane okropieństwa, ale nie tylko, ponieważ tworzyłam też własne scenariusze. Widziałam scenę rozmowy z Miodową Korą, ale mimo wszystko to nie było najgorsze. Najgorsze były słowa kotów, które zawiodłam. Właśnie stawiałam niepewne kroki przez gęsty, w moim odczuciu wręcz nieskończony las, nad którym Klan Gwiazdy raczej nie czuwał. Tak jak raczej nie czuwał nade mną. Nagle wśród gąszczu zalśniło mroźne, pogardliwe spojrzenie, skierowane wprost na mnie, jakby chciało co najmniej wypalić mi dziurę w matowym, skołtuniony futrze. Nigdy bym nie sądziła, że doprowadzę siebie do takiego stanu. Mało tego… że nie będzie mnie w ogóle obchodziło to, że w nim jestem.
— Jak mogłaś zdradzić Klan Wilka, ty mysia strawo… — wycedziła istota, powoli do mnie podchodząc.
— Zalo-lotna Gwiazda…?— szepnęłam, płaszcząc uszy w strachu.
— Jak mogłaś to zrobić?! Przyjęliśmy cię, twoją matkę i siostry, a ty tak nam się odpłacasz?! Zdradą?! Przynajmniej one są nam wierne, w porównaniu do ciebie!
— Al-ale to nie ja!... Ni-nie chciał-łam uciekać, odm-mówiłam! Ja… J-ja myślałam, że… Że się… Przyjaźnimy…
Zalotna Gwiazda przystanęła w panującym półmroku, wznosząc swoje uszy do normalnej postawy, jednocześnie się prostując.
— Przyjaźnimy? — splunęła, a ja cofnęłam się o kolejne dwa kroki. — W życiu, a nawet i po nim! Czemu miałabym chcieć przyjaźnić się z takimi lisim ścierwem jak ty? Proszę cię!
Zalotka gorzko się zaśmiała.
Nagle w przeciągu mrugnięcia okiem, kocica przemieniła się w moją rodzicielkę.
— Ty parszywy gnoju… Wstyd mi za ciebie! Przynosisz wstyd mi i swoim siostrom! Wiedziałam od początku, że coś było z tobą nie tak. Po prostu wiedziałam! Wychowałam cię, byłam dla ciebie, a ty, ty fałszywa żmijo tak mi się odpłacasz? Rozszarpałabym ci gardło tuż po urodzeniu, gdybym tylko wiedziała. Nie jesteś moim dzieckiem, nie przyznaje się do ciebie!
Zaczerwienione oczy piekły mnie od napierających na nie słonych łez, łapy trzęsły się pode mną w takim stopniu, że o mało się nie przewracałam, będąc przeciążona własnym ciężarem ciała.
— Tt-ty… J-ja… N…NI- — krztusiłam się, a w gardle jakby rosła mi kolczasta, wielka gula.
— Co jest, wronia strawo?
— T-to musi być ja-akiś sen… Zł-ły se-sen… Ni- Koszm-mar…
Borsucza Puszcza sarkastycznie zachichotała.
— Witaj w swojej nowej rzeczywistości, Iskiereczko — parsknęła, specjalnie sarkastycznie “słodząc” moje imię.
Pojawiało się coraz więcej wspomnień, więcej wizji, więcej pysków. Szałwiowe Serce, Porywisty Dąb, Miodowa Kora, oczywiście, Rysi Trop, Lodowa Sałata, Jaskółcze Ziele, wszystkie słodkie (lecz nie teraz, nie tutaj) kocięta moich sióstr, Kamienne Pióro, Wilgowa Gorycz… od tego wszystkiego zaczynało robić mi się niedobrze, a obrazy i tak przeskakiwały tylko szybciej i szybciej. Mimo to najgorsze miało dopiero nadejść, ponieważ nagle wszystko ucichło. Była ta cisza, która zawsze zwiastowała najgorsze. Ten jeden ostatni, najgorszy kop. Wisienka na torcie. Zakazany chwyt. To jakby podczas zwykłej sprzeczki jakimś cudem nasłać na kota pięć lisów, sowę, dwie krwiożercze mewy i stado wygłodniałych potworów, wraz z psami i dwunożnymi.
Przede mną stanęła nie kto inny jak Makowy Nów.
— Makowy Nowiu! Tak bardzo za Tobą tęsknię! Czuję, jakby wszystko wokół mnie było nastawione przeciwko mnie. Świat wali mi się na głowę! Oh, tak bardzo, bardzo, BARDZO mi cię brakuje…
Zamiast jakiejkolwiek ”przyjaznej” reakcji, na jej pysku zawitał grymas obrzydzenia.
— Tylko mnie nie dotykaj, bo jeszcze mnie zarazisz swoją głupotą, albo pal licho wie czym jeszcze!
Poczułam, jakby ktoś wbił mi pazury prosto w serce. Wstrzymałam oddech, nie wierząc własnym zmysłom.
— C-co?... — chlipnęłam, zalewając się gorzkimi łzami.
— Wiesz co? Zawsze powtarzałam ci jedno. Musisz być twarda. Koty z Klanu Wilka mają być twarde! Ja… Zawiodłam się na tobie. Jesteś największym rozczarowaniem, jakiego mogłabym się spodziewać, a nawet większym niż to, bo takiego czegoś jeszcze nie było. Przebiłaś… Samą siebie! Brawo!
Zapowietrzyłam się, mając wrażenie, jakbym jednocześnie tonęła, była mierzona przez tonę kamieni, rozrywana na strzępy i stojąca w płomieniach najrzadszego ognia. Wszystko się zatrzymało. Tylko ja spadałam, zatapiając się w czarną otchłań. Nieskończoną otchłań. Świat zaczął na nowo wirować w nienaturalnych barwach. Wszystko i nic działo się w tym samym czasie. Chaos, czysty chaos, roznoszący się w każdym zakamarku… Wszystkiego.
I nagle.
Poderwałam się ze swojego posłania, wznosząc krzyk przerażenia. Ledwo stałam, ponieważ drgawki objęły całe moje ciało. Chwiejnym krokiem wyszłam z legowiska wojowników, jeśli w ogóle można to nazwać jakimś krokiem. Myślałam, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, albo w niej wybuchnie, albo sam Klan Gwiazdy wie co jeszcze! Prawie na oślep, bo inaczej tego nie nazwę, weszłam do legowiska przeznaczonego dla medyków. Słabym, urywanym szeptem wołając imię asystenta medyka. Cisowego Tchnienia nie było, zapewne przeszła się na typowy dla niej ostatnio nocny spacer, aby poszukać ziół. Często widziałam ją wychodzącą, kiedy sama nie mogłam spać. To nawet lepiej, że jej nie było. Chciałam teraz być z jedynym kotem, któremu jakkolwiek ufałam. Którego wydawało mi się, że znałam, z całego Klanu Wilka. Bo niczego nie mogłam być już taka pewna.
— Ro-oz… ztar-rgnio-iony Ko… pe-rku… Po… Pom-móż… — wydusiłam, nie mogąc nabrać powietrza.
Z mojego pyszczka uchodziły płytkie, “charkające” oddechy, a wdechy były łapczywe i kurczowe. Cały świat wirował i był całkowicie rozmyty. Nie wiedziałam, co się dzieje. Łzy mimo wszystko spływały mi po pyszczku, a zapachy zupełnie pomieszały. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy ja… Umierałam? Sama nie wiedziałam. Plusem było to, że dałam radę o własnych siłach przytoczyć się do miejsca, w krotnym miałam szansę na pomoc.
Była to Rysi Trop, moja dobra przyjaciółka, z którą zawsze miło było pogadać.
— Tak? — odpowiedziałam, przystając.
— Zaraz powinnyśmy spotkać się razem z Jaskółczym Zielem, mam nadzieję, że pamiętasz? — odparła, na co mnie olśniło.
Na szczęście nie byłam jeszcze spóźniona.
— Tak, teraz już pamiętam, dziękuję Rysi Tropie, na pewno się pojawię!
Ryś kiwnęła mi z aprobatą głową, odchodząc w innym kierunku.
Natomiast my z kotem staliśmy tuż przed legowiskiem Cisowego Tchnienia.
— Leć, bo naprawdę się spóźnisz, ja już z tym sobie poradzę — miauknęło, strzepując ogonem.
Odłożyłam zioła, przekręcając lekko łebek.
— Na pewno? To naprawdę nie problem, zdążę! A nawet jeśli nie, spotykam się z siostrą i najlepszą przyjaciółką, chyba mi wybaczą kilka uderzeń serca spóźnienia, nie?
Uśmiechnęłam się, na co Koperek przewrócił oczami.
— No idź, idź! Wiem, co mówię, nie musisz się martwić!
— Cóż, skoro tak mówisz, do zobaczenia, Koperkowa Łapo, miło było cię bliżej poznać! — mruknęłam, a następnie pognałam w umówione miejsce naszego spotkania.
Teraźniejszość
(TW, silny atak paniki przypominający atak serca, nieco drastyczny opis, dużo wyzywania, koszmar)
✩ ★ ✩ ★ ✩
Pierwszy raz w życiu nie czułam się dobrze wśród Wilczaków. Do moich uszu dochodziły szepty, który zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych. Próbowałam nie słuchać. Zakrywać je łapami. Wychodzić. Ale nawet kiedy zostawałam sama, pogrążając się w smutku, myśli nie dawały za wygraną, w głowie odtwarzałam usłyszane okropieństwa, ale nie tylko, ponieważ tworzyłam też własne scenariusze. Widziałam scenę rozmowy z Miodową Korą, ale mimo wszystko to nie było najgorsze. Najgorsze były słowa kotów, które zawiodłam. Właśnie stawiałam niepewne kroki przez gęsty, w moim odczuciu wręcz nieskończony las, nad którym Klan Gwiazdy raczej nie czuwał. Tak jak raczej nie czuwał nade mną. Nagle wśród gąszczu zalśniło mroźne, pogardliwe spojrzenie, skierowane wprost na mnie, jakby chciało co najmniej wypalić mi dziurę w matowym, skołtuniony futrze. Nigdy bym nie sądziła, że doprowadzę siebie do takiego stanu. Mało tego… że nie będzie mnie w ogóle obchodziło to, że w nim jestem.
— Jak mogłaś zdradzić Klan Wilka, ty mysia strawo… — wycedziła istota, powoli do mnie podchodząc.
— Zalo-lotna Gwiazda…?— szepnęłam, płaszcząc uszy w strachu.
— Jak mogłaś to zrobić?! Przyjęliśmy cię, twoją matkę i siostry, a ty tak nam się odpłacasz?! Zdradą?! Przynajmniej one są nam wierne, w porównaniu do ciebie!
— Al-ale to nie ja!... Ni-nie chciał-łam uciekać, odm-mówiłam! Ja… J-ja myślałam, że… Że się… Przyjaźnimy…
Zalotna Gwiazda przystanęła w panującym półmroku, wznosząc swoje uszy do normalnej postawy, jednocześnie się prostując.
— Przyjaźnimy? — splunęła, a ja cofnęłam się o kolejne dwa kroki. — W życiu, a nawet i po nim! Czemu miałabym chcieć przyjaźnić się z takimi lisim ścierwem jak ty? Proszę cię!
Zalotka gorzko się zaśmiała.
Nagle w przeciągu mrugnięcia okiem, kocica przemieniła się w moją rodzicielkę.
— Ty parszywy gnoju… Wstyd mi za ciebie! Przynosisz wstyd mi i swoim siostrom! Wiedziałam od początku, że coś było z tobą nie tak. Po prostu wiedziałam! Wychowałam cię, byłam dla ciebie, a ty, ty fałszywa żmijo tak mi się odpłacasz? Rozszarpałabym ci gardło tuż po urodzeniu, gdybym tylko wiedziała. Nie jesteś moim dzieckiem, nie przyznaje się do ciebie!
Zaczerwienione oczy piekły mnie od napierających na nie słonych łez, łapy trzęsły się pode mną w takim stopniu, że o mało się nie przewracałam, będąc przeciążona własnym ciężarem ciała.
— Tt-ty… J-ja… N…NI- — krztusiłam się, a w gardle jakby rosła mi kolczasta, wielka gula.
— Co jest, wronia strawo?
— T-to musi być ja-akiś sen… Zł-ły se-sen… Ni- Koszm-mar…
Borsucza Puszcza sarkastycznie zachichotała.
— Witaj w swojej nowej rzeczywistości, Iskiereczko — parsknęła, specjalnie sarkastycznie “słodząc” moje imię.
Pojawiało się coraz więcej wspomnień, więcej wizji, więcej pysków. Szałwiowe Serce, Porywisty Dąb, Miodowa Kora, oczywiście, Rysi Trop, Lodowa Sałata, Jaskółcze Ziele, wszystkie słodkie (lecz nie teraz, nie tutaj) kocięta moich sióstr, Kamienne Pióro, Wilgowa Gorycz… od tego wszystkiego zaczynało robić mi się niedobrze, a obrazy i tak przeskakiwały tylko szybciej i szybciej. Mimo to najgorsze miało dopiero nadejść, ponieważ nagle wszystko ucichło. Była ta cisza, która zawsze zwiastowała najgorsze. Ten jeden ostatni, najgorszy kop. Wisienka na torcie. Zakazany chwyt. To jakby podczas zwykłej sprzeczki jakimś cudem nasłać na kota pięć lisów, sowę, dwie krwiożercze mewy i stado wygłodniałych potworów, wraz z psami i dwunożnymi.
Przede mną stanęła nie kto inny jak Makowy Nów.
— Makowy Nowiu! Tak bardzo za Tobą tęsknię! Czuję, jakby wszystko wokół mnie było nastawione przeciwko mnie. Świat wali mi się na głowę! Oh, tak bardzo, bardzo, BARDZO mi cię brakuje…
Zamiast jakiejkolwiek ”przyjaznej” reakcji, na jej pysku zawitał grymas obrzydzenia.
— Tylko mnie nie dotykaj, bo jeszcze mnie zarazisz swoją głupotą, albo pal licho wie czym jeszcze!
Poczułam, jakby ktoś wbił mi pazury prosto w serce. Wstrzymałam oddech, nie wierząc własnym zmysłom.
— C-co?... — chlipnęłam, zalewając się gorzkimi łzami.
— Wiesz co? Zawsze powtarzałam ci jedno. Musisz być twarda. Koty z Klanu Wilka mają być twarde! Ja… Zawiodłam się na tobie. Jesteś największym rozczarowaniem, jakiego mogłabym się spodziewać, a nawet większym niż to, bo takiego czegoś jeszcze nie było. Przebiłaś… Samą siebie! Brawo!
Zapowietrzyłam się, mając wrażenie, jakbym jednocześnie tonęła, była mierzona przez tonę kamieni, rozrywana na strzępy i stojąca w płomieniach najrzadszego ognia. Wszystko się zatrzymało. Tylko ja spadałam, zatapiając się w czarną otchłań. Nieskończoną otchłań. Świat zaczął na nowo wirować w nienaturalnych barwach. Wszystko i nic działo się w tym samym czasie. Chaos, czysty chaos, roznoszący się w każdym zakamarku… Wszystkiego.
I nagle.
Poderwałam się ze swojego posłania, wznosząc krzyk przerażenia. Ledwo stałam, ponieważ drgawki objęły całe moje ciało. Chwiejnym krokiem wyszłam z legowiska wojowników, jeśli w ogóle można to nazwać jakimś krokiem. Myślałam, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, albo w niej wybuchnie, albo sam Klan Gwiazdy wie co jeszcze! Prawie na oślep, bo inaczej tego nie nazwę, weszłam do legowiska przeznaczonego dla medyków. Słabym, urywanym szeptem wołając imię asystenta medyka. Cisowego Tchnienia nie było, zapewne przeszła się na typowy dla niej ostatnio nocny spacer, aby poszukać ziół. Często widziałam ją wychodzącą, kiedy sama nie mogłam spać. To nawet lepiej, że jej nie było. Chciałam teraz być z jedynym kotem, któremu jakkolwiek ufałam. Którego wydawało mi się, że znałam, z całego Klanu Wilka. Bo niczego nie mogłam być już taka pewna.
— Ro-oz… ztar-rgnio-iony Ko… pe-rku… Po… Pom-móż… — wydusiłam, nie mogąc nabrać powietrza.
Z mojego pyszczka uchodziły płytkie, “charkające” oddechy, a wdechy były łapczywe i kurczowe. Cały świat wirował i był całkowicie rozmyty. Nie wiedziałam, co się dzieje. Łzy mimo wszystko spływały mi po pyszczku, a zapachy zupełnie pomieszały. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy ja… Umierałam? Sama nie wiedziałam. Plusem było to, że dałam radę o własnych siłach przytoczyć się do miejsca, w krotnym miałam szansę na pomoc.
<Kopruś? Help mi czy ja idę w stronę światła>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz