— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widzę, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
Królicza Prawda wcisnął łeb głębiej w szyję, mrugnąwszy kilka razy. Chwilę potem jego zmieszanie zastąpił jednak ciepły, rozbawiony uśmiech. “Co za ziółko z tej Szronki” – pomyślał, mrużąc lekko ślepia. Na pewno wyrośnie na dobrego wojownika, choć wyczuwał, że kotka może z początku być krnąbrna na treningach.
— Nie martw się, Szronko — zapewnił ją kremowy, rozluźniając mięśnie. — Już niedługo wstąpisz w szeregi uczniów i dostaniesz mentora. Nie będziesz już musiała siedzieć w tym nudnym obozie, tylko będziesz skakać po gałęziach drzew, polować na kraby i uczyć się ruchów bitewnych! — mówił dalej, próbując jakoś pocieszyć naburmuszoną, młodą koteczkę.
Ta jednak burknęła cicho pod nosem, po czym spojrzała na wyjście ze żłobka.
— I przez następne ksziężyce będę musziała wsztawać szkoro świt! — odparła w końcu, teraz patrząc na swojego ojca z zadartym nosem. Nieczęsto kociaki nie cieszyły się na swoje mianowanie. Szronka najwyraźniej miała wobec niego pewne obiekcje.
— Cóż, to… prawda — odparł spokojnie pręgowany, wzruszając delikatnie ramionami. — Ale ja byłem uczniem aż dwa razy i zapewniam cię, że idzie się przyzwyczaić — zaśmiał się, lecz pointka spojrzała na niego zdziwiona.
— No co? — zapytał, po czym na moment zamarł. Jeszcze nie opowiadał kociętom Źródlanej Łuny swojej historii, ale to nie było raczej konieczne. Nie musieli wiedzieć, że ich “ojciec” w młodości popełnił sporo błędów.
Pokręcił głową.
— Nie przejmuj się tym, co powiedziałem. Chodzi o to, że bycie uczniem naprawdę nie jest takie złe. Jasne, czasem podczas treningów dostaniesz w kość, ale to właśnie w tym okresie swojego życia… odkrywasz siebie, zdobywasz przyjaciół na długie księżyce i bierzesz udział w… niekiedy głupich… akcjach, z których wspomnienia zostają ci do końca życia — rozgadał się, samemu wspominając czasy, gdy jeszcze był takim małym, niegrzecznym urwipołciem.
Pointka miała wlepiony wzrok w swoje łapy, jakby nad czymś myślała. Czy w ogóle słyszała, o czym do niej mówił? Czy może jego słowa dotarły do niej jednym uchem, a wypadły drugim? Zresztą, nieważne. Nie potrzebuje motywacyjnych przemów swojego taty. Zrozumie wszystko w swoim czasie.
W końcu kremowy podniósł się powoli z miejsca i otrzepał futro z kurzu i innych syfów, które się do niego przyczepiły, gdy tak sobie odpoczywał. Młódka poruszyła się powoli i zaczęła lustrować go wzrokiem.
— Och, ja… — urwał na ułamek sekundy — …muszę już iść.
Powiedziawszy to, ruszył do wyjścia ze żłobka. Nim postawił łapę poza nim, obejrzał się jeszcze przez ramię. Szronka wyglądała na zadowoloną – choć wciąż miała dosyć zirytowany wyraz pyszczka – zniknięciem Królika sprzed jej pyska.
“Dlaczego każdy kot, dla którego staram się być jak ojciec, zawsze mnie nie cierpi?” – pomyślał, w końcu opuszczając kociarnię, by ze zwieszoną głową udać się do swojego własnego posłania. “Co takiego robię źle?” – zastanawiał się, przez co o mało nie zderzył się z przemykającą środkiem obozu Kukułką. Liliowa szylkretka obdarzyła go wrogim spojrzeniem i czym prędzej zniknęła mu z pola widzenia.
Czy to wszystko wciąż było karą za jego idiotyczną ucieczkę? Czy byłby szczęśliwszy, gdyby nigdy nie strzeliło mu do łba uciec z bezpiecznego azylu, jakim dawniej był dla niego Klan Klifu? Sam już nie wiedział, czy tym romansem, tą zdradą, bardziej rozgniewał swoich pobratymców, czy samych Przodków. Ciągle żył z wrażeniem, jakby ktoś z góry sterował wszystkim, co dzieje się wokół, tak by to jemu seriami trafiały się niefortunne zdarzenia.
Królicza Prawda nie był dziś w najlepszym humorze. Właściwie to chodził spięty i sfrustrowany już od kilku dni z rzędu, co zapewne nie umknęło uwadze jego ucznia – Pasterzowej Łapy. Młodszy jednak, zamiast się nad nim zlitować i dać mu trochę spokoju, wymyślił sobie, że Klan Klifu czeka epidemia, liczne śmierci i całkowita zagłada. Niestety nie powstrzymywał się przed tym, by tymi podejrzeniami wyssanymi z palca podzielić się ze swoim mentorem, który wszystkiego miał już po dziurki w nosie.
— Królicza Prawdo… — zagaił raz, patrząc na wojownika ze stresem błyszczącym w ślepiach.
Bursztynowooki westchnął ciężko, modląc się tylko w duchu, że tym razem Pasterz zapyta go o coś związanego z treningiem.
— Tak, słucham? — odparł krótko, wciąż wpatrując się w rozległe połacie przed sobą, zamiast spojrzeć na kremowego ucznia.
Młody zawahał się na moment, lecz zaraz potem przełknął ślinę, jakby przygotowywał się do rozmowy o życiu i śmierci.
— Nie boisz się o swoich pobratymców? — zaczął z powagą w głosie.
Królicza Prawda zmrużył oczy, lecz nie odpowiedział. Pasterz postanowił kontynuować, mimo widocznej frustracji swojego mentora:
— Tak wiele kotów może przypłacić życiem nieuwagę przywódcy i wojowników... To w waszych łapach leży interes klanu! — trajkotał zmartwiony, a w jego oczach zakręciły się łzy. — Stokrotkowa Pieśń jest śmiertelnie chory, zaraża, a nikt nic z tym nie robi! Klan Klifu nie działa prawidłowo. Koty ignorują ostrzeżenia, uciszają głos rozsądku! — mówił dalej, z każdym słowem przybierając na pewności siebie.
W końcu zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Jego warga drgała, a mimo to bursztynowooki wciąż szedł w kompletnej ciszy, omiatając wzrokiem polany pokryte śniegiem, mieniącym się w świetle słońca.
— Ewakuacja nie jest konieczna — stwierdził w końcu Królik zmęczonym głosem. — Nie mamy dokąd się udać. Jaskinia odgradza nas od wiatrów znad morza i daje schronienie przed śniegiem. Gdzie indziej chciałbyś zamieszkać? — mruknął, starając się nie krzyczeć na ucznia. Gdy Pasterzowa Łapa dołączał do klanu, wojownik nie spodziewał się, że będzie z niego taki pedant.
— Jak to gdzie? — odparł kremowy, wyraźnie oburzony. — Gdziekolwiek, gdzie zarazki nie fruwają w powietrzu! W obozie Klanu Klifu wszystko jest skażone chorobą Stokrotkowej Pieśni! Bezpieczniej jest żyć na tym chłodzie, niż w tej dziurze, która gnieździ w sobie coś, co w końcu nas zabije! — kontynuował, wciąż święcie przekonany o swojej racji.
“Kiedy on wreszcie zrozumie, że jeden chory Klifiak to jeszcze nie koniec świata?” – pomyślał Królik, zbyt zrezygnowany, by dalej prowadzić tę rozmowę z Pasterzową Łapą.
— Skup się lepiej na wspinaczce na drzewa, bo już zaraz dotrzemy do lasku.
Gdy skończyły się wiwaty, Królicza Prawda jako jeden z pierwszych przecisnął się przez tłum, by pogratulować świeżo upieczonym uczniom. Serce biło mu szybciej niż zwykle, a na pysku wreszcie malowało się coś więcej niż tylko zmęczenie. Wpierw natrafił na Oszronioną Łapę i podchodząc do niej, posłał jej szczery uśmiech. W jego bursztynowych oczach migotała duma i pierwszy raz od dłuższego czasu wyglądał na prawdziwie uradowanego.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej, gdy w końcu zwróciła pysk w jego stronę.
— Widzę, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
Królicza Prawda wcisnął łeb głębiej w szyję, mrugnąwszy kilka razy. Chwilę potem jego zmieszanie zastąpił jednak ciepły, rozbawiony uśmiech. “Co za ziółko z tej Szronki” – pomyślał, mrużąc lekko ślepia. Na pewno wyrośnie na dobrego wojownika, choć wyczuwał, że kotka może z początku być krnąbrna na treningach.
— Nie martw się, Szronko — zapewnił ją kremowy, rozluźniając mięśnie. — Już niedługo wstąpisz w szeregi uczniów i dostaniesz mentora. Nie będziesz już musiała siedzieć w tym nudnym obozie, tylko będziesz skakać po gałęziach drzew, polować na kraby i uczyć się ruchów bitewnych! — mówił dalej, próbując jakoś pocieszyć naburmuszoną, młodą koteczkę.
Ta jednak burknęła cicho pod nosem, po czym spojrzała na wyjście ze żłobka.
— I przez następne ksziężyce będę musziała wsztawać szkoro świt! — odparła w końcu, teraz patrząc na swojego ojca z zadartym nosem. Nieczęsto kociaki nie cieszyły się na swoje mianowanie. Szronka najwyraźniej miała wobec niego pewne obiekcje.
— Cóż, to… prawda — odparł spokojnie pręgowany, wzruszając delikatnie ramionami. — Ale ja byłem uczniem aż dwa razy i zapewniam cię, że idzie się przyzwyczaić — zaśmiał się, lecz pointka spojrzała na niego zdziwiona.
— No co? — zapytał, po czym na moment zamarł. Jeszcze nie opowiadał kociętom Źródlanej Łuny swojej historii, ale to nie było raczej konieczne. Nie musieli wiedzieć, że ich “ojciec” w młodości popełnił sporo błędów.
Pokręcił głową.
— Nie przejmuj się tym, co powiedziałem. Chodzi o to, że bycie uczniem naprawdę nie jest takie złe. Jasne, czasem podczas treningów dostaniesz w kość, ale to właśnie w tym okresie swojego życia… odkrywasz siebie, zdobywasz przyjaciół na długie księżyce i bierzesz udział w… niekiedy głupich… akcjach, z których wspomnienia zostają ci do końca życia — rozgadał się, samemu wspominając czasy, gdy jeszcze był takim małym, niegrzecznym urwipołciem.
Pointka miała wlepiony wzrok w swoje łapy, jakby nad czymś myślała. Czy w ogóle słyszała, o czym do niej mówił? Czy może jego słowa dotarły do niej jednym uchem, a wypadły drugim? Zresztą, nieważne. Nie potrzebuje motywacyjnych przemów swojego taty. Zrozumie wszystko w swoim czasie.
W końcu kremowy podniósł się powoli z miejsca i otrzepał futro z kurzu i innych syfów, które się do niego przyczepiły, gdy tak sobie odpoczywał. Młódka poruszyła się powoli i zaczęła lustrować go wzrokiem.
— Och, ja… — urwał na ułamek sekundy — …muszę już iść.
Powiedziawszy to, ruszył do wyjścia ze żłobka. Nim postawił łapę poza nim, obejrzał się jeszcze przez ramię. Szronka wyglądała na zadowoloną – choć wciąż miała dosyć zirytowany wyraz pyszczka – zniknięciem Królika sprzed jej pyska.
“Dlaczego każdy kot, dla którego staram się być jak ojciec, zawsze mnie nie cierpi?” – pomyślał, w końcu opuszczając kociarnię, by ze zwieszoną głową udać się do swojego własnego posłania. “Co takiego robię źle?” – zastanawiał się, przez co o mało nie zderzył się z przemykającą środkiem obozu Kukułką. Liliowa szylkretka obdarzyła go wrogim spojrzeniem i czym prędzej zniknęła mu z pola widzenia.
Czy to wszystko wciąż było karą za jego idiotyczną ucieczkę? Czy byłby szczęśliwszy, gdyby nigdy nie strzeliło mu do łba uciec z bezpiecznego azylu, jakim dawniej był dla niego Klan Klifu? Sam już nie wiedział, czy tym romansem, tą zdradą, bardziej rozgniewał swoich pobratymców, czy samych Przodków. Ciągle żył z wrażeniem, jakby ktoś z góry sterował wszystkim, co dzieje się wokół, tak by to jemu seriami trafiały się niefortunne zdarzenia.
* * *
Kilka dni później
Królicza Prawda nie był dziś w najlepszym humorze. Właściwie to chodził spięty i sfrustrowany już od kilku dni z rzędu, co zapewne nie umknęło uwadze jego ucznia – Pasterzowej Łapy. Młodszy jednak, zamiast się nad nim zlitować i dać mu trochę spokoju, wymyślił sobie, że Klan Klifu czeka epidemia, liczne śmierci i całkowita zagłada. Niestety nie powstrzymywał się przed tym, by tymi podejrzeniami wyssanymi z palca podzielić się ze swoim mentorem, który wszystkiego miał już po dziurki w nosie.
— Królicza Prawdo… — zagaił raz, patrząc na wojownika ze stresem błyszczącym w ślepiach.
Bursztynowooki westchnął ciężko, modląc się tylko w duchu, że tym razem Pasterz zapyta go o coś związanego z treningiem.
— Tak, słucham? — odparł krótko, wciąż wpatrując się w rozległe połacie przed sobą, zamiast spojrzeć na kremowego ucznia.
Młody zawahał się na moment, lecz zaraz potem przełknął ślinę, jakby przygotowywał się do rozmowy o życiu i śmierci.
— Nie boisz się o swoich pobratymców? — zaczął z powagą w głosie.
Królicza Prawda zmrużył oczy, lecz nie odpowiedział. Pasterz postanowił kontynuować, mimo widocznej frustracji swojego mentora:
— Tak wiele kotów może przypłacić życiem nieuwagę przywódcy i wojowników... To w waszych łapach leży interes klanu! — trajkotał zmartwiony, a w jego oczach zakręciły się łzy. — Stokrotkowa Pieśń jest śmiertelnie chory, zaraża, a nikt nic z tym nie robi! Klan Klifu nie działa prawidłowo. Koty ignorują ostrzeżenia, uciszają głos rozsądku! — mówił dalej, z każdym słowem przybierając na pewności siebie.
W końcu zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Jego warga drgała, a mimo to bursztynowooki wciąż szedł w kompletnej ciszy, omiatając wzrokiem polany pokryte śniegiem, mieniącym się w świetle słońca.
— Ewakuacja nie jest konieczna — stwierdził w końcu Królik zmęczonym głosem. — Nie mamy dokąd się udać. Jaskinia odgradza nas od wiatrów znad morza i daje schronienie przed śniegiem. Gdzie indziej chciałbyś zamieszkać? — mruknął, starając się nie krzyczeć na ucznia. Gdy Pasterzowa Łapa dołączał do klanu, wojownik nie spodziewał się, że będzie z niego taki pedant.
— Jak to gdzie? — odparł kremowy, wyraźnie oburzony. — Gdziekolwiek, gdzie zarazki nie fruwają w powietrzu! W obozie Klanu Klifu wszystko jest skażone chorobą Stokrotkowej Pieśni! Bezpieczniej jest żyć na tym chłodzie, niż w tej dziurze, która gnieździ w sobie coś, co w końcu nas zabije! — kontynuował, wciąż święcie przekonany o swojej racji.
“Kiedy on wreszcie zrozumie, że jeden chory Klifiak to jeszcze nie koniec świata?” – pomyślał Królik, zbyt zrezygnowany, by dalej prowadzić tę rozmowę z Pasterzową Łapą.
— Skup się lepiej na wspinaczce na drzewa, bo już zaraz dotrzemy do lasku.
* * *
Teraźniejszość
Gdy skończyły się wiwaty, Królicza Prawda jako jeden z pierwszych przecisnął się przez tłum, by pogratulować świeżo upieczonym uczniom. Serce biło mu szybciej niż zwykle, a na pysku wreszcie malowało się coś więcej niż tylko zmęczenie. Wpierw natrafił na Oszronioną Łapę i podchodząc do niej, posłał jej szczery uśmiech. W jego bursztynowych oczach migotała duma i pierwszy raz od dłuższego czasu wyglądał na prawdziwie uradowanego.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej, gdy w końcu zwróciła pysk w jego stronę.
<Szronko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz