Aktualnie
Nie brakowało jej też innych obowiązków. Chociaż była wdzięczna, że Jagienka jest u jej boku, teraz już jako oficjalna i pełnoprawna asystentka, nie mogła odgonić się od kotów, które odtrącały rudą i zawracały jej głowę, nawet kiedy była zajęta czymś innym, a ich potrzeby mogłyby zostać zaspokojone bez większego problemu przez dawną samotniczkę. Tak było z Rozświetloną Skórą. Nie mogła już powoli znieść brata. Nigdy nie byli blisko, nigdy nie przepadali za sobą bardziej, niż wymagały od tego więzy krwi i wspólne wychowanie. Nawet niedawna utrata Promienistego Słońca nie zmusiła ich, aby się do siebie zbliżyć. Nie widywali się często, zwłaszcza od kiedy do legowiska medyczki zawitała niebieskooka, której wojownik szczerze nienawidził. Dlatego też każde jego odwiedziny były poważne. Jeśli mógł, z wszystkim radził sobie sam lub nawet odwiedzał protektorów, którzy mieli podstawową wiedzę medyczną. Wybrał moment, w którym Jagnięcy Ukłon nie była obecna i niemal w tym samym momencie, kiedy wymknęła się z ziołami do starszych, on wślizgnął się do lecznicy i odchrząknął, aby zwrócić na siebie uwagę siostry.
— Dzień dobry — mruknęła kotka, nie odwracając się.
— Potrzebowałby maku — oznajmił, zbliżając się do srebrnej.
— Wszyscy wydają się być tacy zaaferowani od kilku księżyców... Czym klan się tak stresuję, że każdy prosi o mak? — zapytała. Miała swoje teorie, wiedziała też, że życie w Klanie Klifu nie było całkowicie spokojne tak naprawdę, od kiedy się urodziła, a może i nawet dłużej, ale chciała usłyszeć, co brat ma do powiedzenia.
— Pytasz się? Wuj za niedługo nas opuści, mamy w klanie chmarę samotników i przybłęd, jedną trzymasz u swojego boku i dajesz pełny dostęp do ziół... Czy w takim klanie można czuć się spokojnie? — prychnął, uderzając ogonem o posadzkę.
— Jagnięcy Ukłon została obdarowana łaską Klanu Gwiazdy, dzieliła z nimi sny. W tym legowisku ma nad tobą władzę.
— Dlatego odwiedzam go jedynie pod jej nieobecność.
— Zauważyłam — burknęła.
— Klan się wali — szepnął przez zęby zaraz przy szarym uchu. Kark medyczki najeżył się momentalnie.
— Myślisz, że nie wiem? Myślisz, że jestem na to ślepa?! Myślisz, że nie ściąga mi to snu z powiek od znacznie dłuższego czasu niż tobie?! — Klapnęła zębami zaraz przed jego pyskiem. — Wy przejmujecie się tym, co proste, co zwyczajne i widoczne gołym okiem. Wszystko, co jest problemem dla was, dla wojowników, uczniów, starszych... To wszystko jest jedynie źdźbłem w mewim gnieździe. To ja widze to, co faktycznie coś znaczy, coś, co wisi nad nami i czyha...
— To dlaczego całymi dniami siedzisz w swoim bezpiecznym, przesiąkniętym ziołami legowisku, nie pokazujesz się kotom na oczy, milczysz... — wycharczał. Czuła jego drgający oddech na policzku.
— Bo to, co pokazuję mi Klan Gwiady, nie jest oczywiste. Wy widzicie mewy, widzicie zagrożenie. Ja nie widze mew, ale je słyszę, czuję i muszę wyczytać coś z ich krzyków, zachowań — przyznała, ale sama nie była pewna tych słów.
— No tak... — zaśmiał się kpiąco. — Ślepa na to, co faktycznie jest problemem... Szukasz znaczenia tam wysoko i masz gdzieś to, co dzieje się w obozie.
— Taka rola medyka! — krzyknęła, a kocur zrobił krok do tyłu. Ćmi Księżyc nie podnosiła głosu. Prawie nigdy nie krzyczała. — Jeśli przyszedłeś mącić mi w głowie i próbować wmówić, że nie przejmuje się klanem, to dobrze. Nie baczę na twoją opinię. Jesteś zwykłym wojownikiem. To twój obowiązek martwić się zwierzyną i bezpieczeństwem swoich towarzyszy, ale nie próbuj oceniać mnie swoją skalą. To, czym ja się zajmuję, jest dla was niewidzialne, niemożliwe do ogarnięcia.
— Jak na kota, który nie ma wzroku, jesteś niemożliwe zapatrzona w swoją wielkość... — warknął, mrużąc oczy. — Dobrze, że nie jesteś wojownikiem, gdyż przyniosłabyś tragedie na pierwszy patrol, w którym byś uczestniczyła.
— Tak... Dobrze, że nie jestem wojownikiem. — Uspokoiła się i wróciła do segregowania ziół. Na moment umilkła, aż w końcu dodała jeszcze: — Przyniosę mak.
* * *
— Dobrze, że nic nie robisz, Ćmi Księżycu — odezwała się, nieco kpiąco Pikująca Jaskółka.
— Myślę — rzuciła, zanim zastępczyni zdążyła dodać coś jeszcze.
— Tak, tak... Wy medycy zawsze dużo myślicie, kiedy reszta klanu zajmuję się innymi obowiązkami.
— W czym mogę ci pomóc, Pikująca Jaskółko? — zapytała, marszcząc nos. Nie przepadała za kotką. Nikt nie wydawał się za nią przepadać. Może z wyjątkiem jej synów.
— Wysłałam do twojego legowiska Morświnową Płetwę. Najpewniej zaraziła się od Stokrotkowej Pieśni, kiedy zanosiła im zwierzynę. Zajmij się tym, najlepiej osobiście — oznajmiła. Już chciała odchodzić; Ćma słyszała, jak wstaję i robi kilka kroków, ale odezwała się jeszcze: — Jak czuję się Judaszowcowa Gwiazda?
— A jak myślisz? Jest kotem na skraju życia i na takiego wygląda. Teraz cię przepraszam, ale muszę zająć się pacjentką — mruknęła i skierowała się do lecznicy, gdzie faktycznie czekała liliowa. Nie mogła ujrzeć zwycięskiego uśmiechu zastępczyni, który wykwitł pod różowym nosem. Nie mogła wyczuć zadowolenia.
Koniec sesji
Wyleczeni: Morświnowa Płetwa, Rozświetlona Skóra
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz