Czy naprawdę tak łatwo dał się omamić jakiejś klanowej dzikusce? Powinien mieć wobec siebie nieco wyższe wymagania, a jednak… zauważył, że w obecności tej Klifiaczki uśmiechał się dziwnie często, częściej, niż by chciał, mimo że przed sobą przysięgał, iż zawsze będzie zachowywał powagę. To irytowało go niemal tak samo, jak go niepokoiło. Focza Fala zdawała się go stopniowo zmieniać, jednak wciąż nie na tyle, by stał się zwykłym, pociesznym kotem. Tej granicy trzymał się niemal kurczowo, obawiając się, że stanie się pogodnym wojownikiem bardziej, niż śmierci.
Wciąż miał w głowie dosyć wymyślne przekonania i wciąż myślał o partnerstwie jak o obciążeniu, aniżeli o czymś pięknym, długotrwałym. Właściwie zastanawiał się, czemu jeszcze z nią nie zerwał, skoro tak łatwo przychodziło mu narzekanie na ten związek. W każdej chwili mógł przestać z nią rozmawiać, odciąć się od niej i pozostawić ją z własnymi myślami – ale mimo wszystko tego… nie robił.
Czy tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał robić sobie wrogów, czy może był w tym jakiś głębszy powód, którego nie potrafił lub nie chciał nazwać? Mimo wszystko, gdyby tak zrobił, najpewniej straciłby też w oczach Psotnego Nietoperza i Morświnowej Płetwy. A tego, mimo że niby nie zależało mu na tych kotkach, wcale nie chciał. Nie teraz. Bo jeśli naprawdę zamierzał kiedyś dojść do władzy, to potrzebował kotów, które by go wsparły. Potrzebował znajomych. Przyjaciół.
Dzisiaj został wybrany na patrol. Bukowa Korona, Pchełkowy Skok, Promieniste Słońce i Gąsienicowy Ogryzek – właśnie w takiej kombinacji wojownicy mieli udać się, by w tych ciężkich czasach Pory Nagich Drzew zapolować na zwierzynę. Srebrny miał nadzieję, że wśród tych zasp uda im się coś złapać, a konkretniej, że to akurat jemu się uda, zważając na to, że uważał się za nieomylnego i nadzwyczaj bystrego.
Nie zależało mu nawet za bardzo na tym, by wykarmić Klifiaków, lecz na tym, by pokazać się z dobrej strony. Niedawno udało mu się upolować królika – przyniósł go dumnie do obozu i mógłby przysiąc, że kilka kotów rzuciło na niego wzrokiem pełnym podziwu. W końcu kto nie doceniłby umiejętności zgrabnego, gibkiego młodzieńca?
Wszyscy wiedzieli, jak bardzo Bukowa Korona przykłada się do wykonywania swoich obowiązków jako wojownik. Czasem naprawdę ciężko było odkryć, że kocur robi to wszystko głównie dla własnych korzyści. Choć nietrudno było zauważyć, że srebrny czasem sprawiał wrażenie strasznego kleszcza na ogonie, mimo tego, że sam uważał, iż nie popełnia żadnych błędów i swoim zachowaniem nie zdradza swego prawdziwego oblicza.
Wojownik ustawił się przy wyjściu z obozu, czując, jak mroźny powiew rozwiewa jego kryzę. Chłód wdzierał się pod futro, a po jego ciele raz po raz przebiegał dreszcz. Dotarł tu jako pierwszy, już ze zniecierpliwieniem czekając na resztę patrolu, jakby oczekiwał, że każdy będzie na tyle kopnięty, by zjawić się tu przed czasem.
W końcu dotarli do niego pozostali członkowie. Bukowa Korona wyprostował się jeszcze bardziej, zadarł brodę i uniósł wyżej ogon, by z dumą i wyższością spoglądać na wojowników.
— Skoro wszyscy już są, możemy ruszać. Proponuję pójście do lasu nad klifem; tam zawsze znajdzie się jakaś zwierzyna pomiędzy tymi korzeniami — zaczął się rządzić, choć to nie jemu przypadało prowadzenie patrolu.
Promieniste Słońce wyminął go, rzucając pod nosem:
— Dobrze, możemy pójść nad klif.
Czekoladowy uśmiechnął się i zaraz żwawym krokiem zaczął podążać za srebrnym wojownikiem. Jego ruchy były sprężyste, wręcz emanujące pewnością siebie.
Było jeszcze dosyć wcześnie, a dziś na niebie było wyjątkowo mało chmur. Chłodne, jaskrawe promienie słoneczne rzucały się kotom do oczu, odbijając się od bieli śniegu i utrudniając im widoczność. Mimo wszystko miało się wrażenie, jakby już za rogiem czaiła się Pora Nowych Liści, choć do tej było jeszcze trochę daleko. Przynajmniej koty, wyruszając na polowania, miały w sercach cichą nadzieję, że podczas takiej pogody uda im się coś złapać.
Przez całą drogę nad klif wszyscy rozglądali się uważnie wokół, jednak nikt nie dostrzegł żadnego stworzenia, które mogłoby nakarmić brzuchy Klifiaków. Zdawało się, jakby nie tylko mrozy przeganiały zwierzynę, ale też… jacyś inni łowcy. Nie z Klanu Klifu; być może jakieś drapieżniki urządzały sobie polowania na ich terenach, pozostawiając po sobie tylko opustoszałe nory i zwietrzałe tropy. Ostatnio głośno w obozie było o lisach – czyżby to one utrudniały kotom już i tak ciężką Porę Nagich Drzew?
Gdy jednak morze zaczęło majaczyć im przed oczami, Bukowa Korona spostrzegł, że nad klifem ucztowały ogromne ptaki o białych piórach – mewy. Ich sylwetki odcinały się wyraźnie na tle horyzontu. Skubały coś z ziemi, a najpewniej były to szczątki niewielkich zwierzątek, a także jeszcze ich nietknięte części. Widok ten sprawił, że w wojowniku krew się zagotowała.
— Patrzcie! Jak te mewy śmią podkradać nam zwierzynę! — odezwał się, mijając Promieniste Słońce. Zmrużył oczy, a jego ogon zadrżał ze złości, jakby ledwo panował nad emocjami. — My głodujemy, a te skrzydlate bestie skutecznie pogarszają naszą sytuację! Musimy coś z nimi zrobić, albo inaczej wszyscy w Klanie Klifu pozdychamy z głodu! — kontynuował twardo, odwracając się w stronę swoich towarzyszy i rozglądając się po ich twarzach, które były dosyć… zmieszane, pełne wahania. Nie każdy uważał, że walka z tymi gigantycznymi ptakami przyniesie im pozytywne rezultaty.
— Nie sądzę, że to dobry pomysł. Mewy już nieraz nam pokazały, że potrafią się dobrze bronić — stwierdził kremowy wojownik, podchodząc do Buka ostrożnym krokiem.
Ten prychnął zirytowany pod nosem, wyraźnie tracąc cierpliwość.
— Chyba nie próbujesz mi tym przekazać, że boisz się jakiegoś morskiego ptaszka? — syknął. — To my tu jesteśmy inteligentną rasą, jesteśmy dzikimi kotami! Łowcami! — zaczął wygłaszać, próbując zmobilizować grupę do walki, a w jego głosie pobrzmiewała pogarda. — Naprawdę chcecie, by jakieś byle mewy kradły nam zwierzynę? W takim razie marni z was wojownicy — dodał. Jego przemowa nie zdawała się jednak skradać serc pozostałych.
Postanowił więc działać na własną łapę. Szarpnął głową, odwracając się tyłem do pozostałych i szybkim krokiem ruszył na mewy, gniewnie przecinając powietrze ogonem. Za jego plecami rozległy się głosy Klifiaków, którzy próbowali go powstrzymać. Ten jednak się ich nie posłuchał, dalej brnąc przed siebie.
— Hej, wy! — krzyknął, gdy znalazł się blisko tych skrzydlatych potworów. Mewy zwróciły łby w jego stronę, obserwując jego poczynania swoimi okrągłymi ślepiami, w których czaiła się wrogość. Buk nie zawahał się; wysunął pazury i postąpił krok do przodu. — Uciekajcie stąd! To nasza zwierzyna! — fuczał, aż w końcu podniósł łapę do góry, a jego szpony zalśniły w świetle słońca. — Albo dostaniecie tym po pysku!
Mewy nie na długo zachowały cierpliwość – w końcu jedna z nich wykonała gwałtowny sus w stronę Bukowej Korony, szeroko rozwierając swoje skrzydła. “Tak chcesz się bawić?” – pomyślał, czując, jak pod jego skórą napinają się mięśnie. Odbił się od ziemi i poszybował wprost na szyję ptaszyska, zawieszając się na niej, jakby była pniem drzewa. Mewa zaczęła skrzeczeć przeraźliwie, wierzgając się i szarpiąc swoim dziobem na wszystkie strony. Bukowa Korona i tak już z trudem unikał jej ciosów, gdy nagle do walki włączyły się kolejne mewy. Jedna z nich dźgnęła go boleśnie w bok, przez co był zmuszony puścić swoją dotychczasową ofiarę.
Straciwszy równowagę, wywrócił się na ziemię, a jego ciało natychmiast okrył cień tych bestii. Były rozwścieczone jego najściem, wydawały się tak nienaturalnie rozgniewane, niemal obłąkane, żądne krwi i śmierci. Bukowa Korona słyszał o tym, że te ptaki od kilku księżyców zachowują się jak opętane, ale nie sądził, że aż tak. Serce waliło mu w piersi, jednak nie zamierzał się wycofać. Szybko podniósł się z miejsca i skoczył na pierwszą lepszą mewę, szarpiąc się z nią, gdy oboje upadli na ziemię. Wokół trzepotały skrzydła innych białych ptaszysk, a przenikliwy dźwięk, jaki wydobywał się z ich gardeł, odbijał się wojownikowi w uszach, zagłuszając myśli.
Po kilku uderzeniach serca spędzonych na chaotycznej szarpaninie czekoladowy usłyszał, jak w jego stronę zbliżają się kroki. W końcu pozostali Klifiacy postanowili ruszyć mu na pomoc, widząc, jak kocur męczy się z mewami. Buk puścił swoją ofiarę, by rozejrzeć się wokół. Dostrzegł, jak każdy z wojowników rzuca się na ptaki, jednak najbardziej jego uwagę przykuł Promieniste Słońce, który wraz z jednym ze skrzydlatych potworów przeturlał się tuż nad sam skraj klifu. Tam wierzgał się rozpaczliwie, próbując strącić z siebie mewę, która biła go skrzydłami po pysku.
Wszystko działo się zbyt szybko – Bukowa Korona nie zdążył się nawet ruszyć w stronę wojownika, gdy sam został uderzony w bark przez swojego napastnika. Parsknął z bólu i gniewu, odwracając się w jego stronę. Skąd w nich było tyle woli do walki? Czy naprawdę te mewy były karą zesłaną Klanowi Klifu przez Przodków?
Po chwili wokół rozległ się krzyk, który prędko ucichł. Na moment walka ustała, a wszyscy spojrzeli w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą walczył Promieniste Słońce. Teraz było… puste. Nie było tam ani kremowego wojownika, ani białej bestii. Czy… spadli w przepaść?
Bukowej Koronie udało się odepchnąć od siebie mewę i podbiec do skraju klifu, by spojrzeć w dół. W dole nie dostrzegł jednak niczego. Nie było po nich ani śladu. Utonęli?
W tym momencie poczuł, jak mewa chwyta go za ogon. Odwrócił się zgrabnie, wyrywając się z jej uścisku, lecz ptaszysko znów zatrzepotało gwałtownie skrzydłami. Bukowa Korona postąpił odruchowo krok do tyłu, a spod jego łapy ułamała się cząstka ziemi. Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Instynktownie rzucił się do przodu, taranując przy tym mewę, byle tylko znaleźć się na bezpiecznym gruncie.
Ptak jednak podążył za nim, nie zamierzając się poddać. Znów zamienili się w plątaninę łap i skrzydeł, krzycząc i skrzecząc, aż świat wokół zdawał się wirować. Bukowa Korona zapamiętał jedynie nagły, przeszywający ból, który rozszedł się od jego oka, a potem wszystko stało się rozmazane, przytłumione i odległe.
* * *
Obudził się już w lecznicy. Całą jedną część pyska miał zabandażowaną, włącznie z okiem. Gdy podniósł się do góry, zachwiał się, a w jego uszach od razu rozległy się krzyki, każące mu uważać. Serce zabiło mu mocniej. Wciąż wszystko wydawało mu się obce, inne. Dlaczego tu był? Na czym skończyła się walka? Wygrali? Czy ktoś zmarł? Dlaczego to jemu przyszło stracić przytomność i jak wielkie w takim razie były jego obrażenia?
Z gniewem przyłożył łapę do opatrunków; te wszystkie pajęczyny drażniły go w skórę. Już chciał je zerwać, gdy powstrzymał go czyjś głos:
— Zaczekaj! — rzuciła cicho Jagnięca Łapa, podbiegając do niego. — Nie zrywaj opatrunku…! — mruknęła.
Bukowa Korona zamarł, a potem powoli odłożył łapę z powrotem na ziemię. Przez moment wpatrywał się w rudą, szukając w jej spojrzeniu wyjaśnień, czegokolwiek, jednak ta milczała. W końcu w progu pojawił się Gąsienicowy Ogryzek, który ze zmartwionym wyrazem pyska podszedł do czekoladowego wojownika. Uszy miał położone po sobie; po samym jego spojrzeniu Buk wiedział już, że nie usłyszy nic dobrego.
— Co tam się stało? — wymamrotał pomarańczowooki, mierząc Gąsieniczka gniewnym, niecierpliwym wzrokiem. — Opowiadaj, wszystko! — zażądał, czując narastający ucisk w klatce piersiowej. Wiedział, że niektóre wspomnienia sprzed zemdlenia zniknęły; miał nadzieję, że tylko tymczasowo.
— Przeżyliśmy, bo… inny patrol przechodził tamtędy i ruszył nam na pomoc. W przeciwnym razie wszyscy moglibyśmy skończyć tak, jak Promieniste Słońce — wyjaśnił powoli, wciąż nie patrząc na Bukową Koronę.
— Jak Promieniste Słońce? — zapytał czekoladowy, a jego głos zdradzał skonfundowanie.
— Nie pamiętasz? On… — urwał na moment, przełykając z trudem ślinę — …razem z mewą stoczyli się z klifu. Wpadli do wody, najpewniej. Ta mewa znajduje się teraz na dnie, a Promieniste Słońce… on w nocy będzie nas obserwował z góry — dokończył cicho.
Srebrny zamilkł, jakby ktoś nagle złapał go za język. Wzrok opadł mu na własne łapy.
— A dlaczego ja muszę tu leżeć, podczas gdy ty śmiało chodzisz sobie po obozie? — fuknął w końcu, stukając końcówką ogona o ziemię. Czuł, jak poczucie frustracji narasta mu pod skórą.
— Moje obrażenia nie były zbyt duże. To ty ucierpiałeś najbardziej, bo… — zaczął, lecz nie dokończył, gdy u jego boku pojawiła się Ćmi Księżyc. — No, nieważne. W lecznicy znajduje się jeszcze Pchełka, ponieważ wymagała kilku opatrunków — dodał szybko i, jak gdyby nigdy nic, wyszedł.
Zostawił Buka samego z dwójką medyczek i niebieską szylkretką leżącą obok. Dopiero teraz ją zauważył. Kotka smutno wpatrywała się przed siebie, nieruchoma, jakby bała się poruszyć. Nie wyglądała na tak bardzo poturbowaną jak on. Buk cały pysk owinięty miał pajęczynami i oblepiony ziołowymi papkami. Chciał coś powiedzieć, zapytać, ale żadne słowo nie przeszło mu przez gardło. Dlaczego to on ucierpiał najbardziej? Dlaczego nikt nie chciał mu tego wytłumaczyć?
< Pchło? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz