Przed wybraniem przywódcy
Od ostatnich nocy Zalotna Krasopani nie potrafiła nawet zmrużyć oczu. Było ciemno, a ona leżała zwinięta w ciasny kłębek na swoim posłaniu. Czuła na sobie oddech Prążkowanej Kity, bijące od niego ciepło, ale to nie wystarczyło, aby się rozluźniła, aby poczuła się bezpiecznie. Gdy tak leżała, jej czujne uszy drgały na każdy dźwięk zasłyszany z dworu, a co najgorsze, myśli w jej głowie wirowały jak ptasie pióra na wietrze. Czuła się tak, jakby przez te kilka dni, ktoś powoli zabierał od niej cząstkę jej samej. Najpierw miała wrażenie, że straciła Jarzębinową Łapę – jej córkę, która dawniej była tak energiczna, dumna, silna i ambitna. Szylkretka odsunęła się od niej już na początku swojej kariery jako uczennicy medyka, zawsze mówiła, że nie ma czasu, że jest zmęczona, że pogadają kiedy indziej. Nigdy nie rozmawiały. Teraz znów Krasopani czuła, że jej własny syn – Kosaćcowa Łapa, znacznie się od niej odsuwa. Kocur, jako młodziak, był tak bardzo zapatrzony w swoją opiekunkę, w te wszystkie opowieści, które miała mu do przekazania. Teraz jednak spoglądał na nią, jakby była kimś zupełnie obcym, tylko jednym z wielu kotów w obozie, z którymi nigdy nic go nie łączyło. Zalotna Krasopani była kotką naprawdę oddaną Klanowi Wilka z całego serca. Robiła to, co trzeba, przy czym nie narzekała, nie protestowała. Była posłuszna, lojalna. Przestrzegała zasad i tradycji, słuchała Jadowitej Żmii, Sosnową Gwiazdę traktowała jak wyrocznię. Ufała im wszystkim prawie bezgranicznie, nawet wtedy, gdy nie do końca rozumiała toku ich rozumowania i tego, co chcą osiągnąć. Wojowniczka nigdy nic nie kwestionowała, bo wiedziała, że obie kotki wiedzą, co robią ze swoim własnym klanem, który przecież był im tak bliski. Robiły to przecież dla bezpieczeństwa, dla porządku. Z pewnością kara Głupiej Łapy, a potem złożenie z niej ofiary, było czymś koniecznym, prawda? Degradacja Rysiego Tropu na pozycję uczennicy też była słuszna, czyż nie? Jednak… teraz te dwie kotki nie żyły. Przywódczyni, a także jej prawa łapa, po prostu odeszły z tego świata. Bez pożegnania, bez pozostawionych instrukcji, co robić dalej. Zostały tak o, brutalnie zamordowane z łap jakichś głupich śmieszków. Została po nich tylko cisza, pustka, a także strach i coraz więcej zaniepokojonych spojrzeń wśród kotów w obozie. Po ich śmierci w obozie szybko zapanowała wrzawa. Rozniosły się plotki, rzucane były podejrzenia. Zalotka też, gdzieś w środku, miała pewne koty, którym nie do końca ufała. Nigdy jednak nie mówiła o swoich poglądach jasno i głośno. Nie zadawała pytań, a po prostu stała z boku, czekając na to, aż sprawa w końcu sama się rozwiąże. W końcu kim była wojowniczka, by móc wtrącać się w coś, co należało do mistrzów? Próbowała co prawda porozmawiać z synem, ale rozmowa z nim była niczym przeprawa przez grząskie bagno. Każde słowo tonęło gdzieś w gęstej atmosferze, język się plątał, wszystko wydawało się takie ciężkie, aż nagle Kosaćcowa Łapa po prostu… się rozpłakał. Bez ostrzeżenia, bez niczego, co mogłoby na to wskazywać. Po jego policzkach polały się łzy, lecz nie wiadomo, czy były one z żalu, czy poczucia winy. Zalotka nigdy nie usłyszała – dlaczego tak się stało? W tamtym momencie zależało jej tylko na tym, aby jej syn przestał drżeć, przestał łkać. Nie naciskała, aby cokolwiek jej wyjawiał, choć gdzieś w środku zżerała ją ciekawość. Po prostu tuliła go tak, jak wtedy, gdy był małym kociątkiem, bojącym się głośnych grzmotów na zewnątrz. Tyle że tym razem nie było burzy, a coś o wiele gorszego. Niepewność. Szylkretka próbowała go zrozumieć, gdy w końcu się rozstali. Może przez ten czas się zmieniła, a kocur miał jej to za złe? Może miał do niej po prostu żal, za to, że była tak posłuszna wyższym rangą? Że nie stawiała oporu przed rozkazami, a tylko je wykonywała? Kosaciec mógł czuć się zdradzony, może po prostu nie ufał już swojej matce? Czy myślał, że w sytuacji, gdyby to jego życie było zagrożone ze strony kultu, ona by się za nim… nie wstawiła? Kłamstwo. Zalotna Krasopani w ogień by poszła, aby tylko uratować swoich najbliższych, a przynajmniej tak jej się wydawało – jednak prawdę znali tylko sami przodkowie z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
Myśli wojowniczki zataczały kręgi jeszcze wokół jednej, trudnej do przełknięcia prawdy – że nie znała już swoich własnych dzieci, tak dobrze, jak niegdyś. Jarzębinowa Łapa ostatnio wydawała się przygaszona, trochę obojętna, jakby gdzieś w myślach toczyła morderczą walkę ze samą sobą. Musiała coś powiedzieć podczas przesłuchania, inaczej nie zostałaby zdegradowana. Co to jednak mogło być? Czy kotka skłamała? Jeśli tak, to jaki był tego powód? Nie miała po co kłamać, przecież ona także była wierna Mrocznej Puszczy, chciała dobrze dla Klanu Wilka, chciała, aby sprawa z morderstwem została rozwiązana – ale czy na pewno? Szylkretka przewróciła się na drugi bok, wbijając puste spojrzenie w jedną ze ścian legowisk. Drażnił ją fakt, że właściwie była bezsilna albo może po prostu… leniwa? Nie stanęła po stronie swojej córki, która przecież chciała być medyczką, a może nie? Zalotka sama już nie wiedziała i to był właśnie główny problem. Nie miała najmniejszego pojęcia o swoich dzieciach. Wszystko się sypało, a ona nie reagowała, myśląc, że wszystko jakoś samo się ułoży. Wojowniczka nie mogła przyjąć do świadomości faktu, że to ona tu zawiodła. Nie Prążkowana Kita, nie kultyści – ona sama. Zawsze jej się wydawało, że jej kocięta zmierzają w dobrą stronę, że będą żyć spokojnie, dołączą w szeregi kultu, znajdą miłość. Najwidoczniej bardzo się myliła, lecz mimo to, wciąż kochała ich ponad życie. Ale miłość tym razem nie wystarczała. Prążkowana Kita też milczał, choć gdzieś w głębi duszy na pewno też wiedział, że coś się dzieje. Patrzył na Zalotkę jakoś inaczej – i choć nie należał do kultu, a wszelkie problemy panujące obecnie w Klanie Wilka widział tylko powierzchownie ani nie wypowiadał się na głos – to jego oczy mówiły więcej, niż tysiąc słów. On też widział, jak wszystko się rozpada, ale sam też nie reagował. Może po prostu nie wiedział jak? Albo wiedział, ale po prostu się bał? Może myślał, że to sprawa, która musi zostać rozwiązana między Zalotną Krasopani i jej dziećmi w sześcioro oczu? Mimo to szylkretka była pewna jednego. Nie miała już za dużej kontroli nad swoim życiem, nad tym, co się działo, a przede wszystkim nad swoimi dziećmi, którzy teraz miały już swoje własne, prywatne życie, w którym nie było miejsca na nią.
Następnego ranka Zalotna Krasopani obudziła się wcześniej niż zwykle, po niespokojnie przespanej nocy. Nie wstała dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie mogła już znieść tego ciężaru, jakim była obecność Prążkowanej Kity w legowisku wojowników. Kocur kojarzył jej się z dobrymi czasami, które na tę porę były już tylko przeszłością. Srebrny tak bardzo przypominał jej dni, w których wygrzewała się w żłobku, doglądając swoich maleństw. Wyszła na mroźne powietrze, które pachniało, jak zwykle, wilgotną ziemią i zgniłymi liśćmi. Obóz powoli budził się już do życia, ale nie wyglądało to tak, jak dawniej. Kotka miała wrażenie, że teraz wszyscy szeptali, spekulując, kto zostanie ich następnym liderem. Patrzyli przez ramię, upewniając się, że nikt wyraźnie ich nie słyszy, a potem zachowywali się tak, jakby nic się nie stało – a życie toczyło się dalej. Krasopani zerknęła w stronę legowiska uczniów, z którego nagle wychylił się czubek jasnego nosa. Kosaćcowa Łapa. Kocur przysiadł gdzieś na uboczu, z dala od reszty, tylko ślepo wpatrzony w ziemię. Jego ogon drgał, wystukując nerwowy rytm. Wojowniczka patrzyła na niego długo, próbując odszukać w jego wyrazie twarzy czegoś znajomego, co zapewniłoby ją, że mały Kosaciec wciąż gdzieś tam jest. Chciała upewnić się, że młody przeżywa tylko chwilowy bunt, może rozpacz – jednak bezskutecznie. Nic nie odnalazła. Przez resztę dnia próbowała znaleźć sobie jakieś zadanie, wymagające zajęcie. Coś, co w końcu oderwie ją od natłoku myśli, w którym pogrążała się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca. Myślała o patrolach, polowaniach, rozmowie ze współklanowiczami, ale to wszystko wydawało się nie mieć najmniejszego sensu. W każdej chwili przed oczami pojawiał jej się obraz Kosaćcowej Łapy i Jarzębinowej Łapy, którzy zachowywali się tak, jakby kotka była po prostu żywym ogniem.
Tego wieczora zadecydowała się w końcu zagadać do swojej córki, nawet jeśli nie zakładała, że uda jej się cokolwiek od niej wyciągnąć. Podeszła do niej. Nie odzywały się do siebie od kilku dni, a może i nawet tygodni. Szylkretka siedziała gdzieś przy wejściu do obozu, lekko zgarbiona i trochę zamyślona, ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal. Wyglądała na zmęczoną.
— Mogę usiąść? — wojowniczka spytała cicho. Jarzębinowa Łapa nie odpowiedziała od razu, jednak w końcu skinęła głową. Siedziały razem przez chwilę, bez słów. Potem Krasopani zapytała:
— Czy on coś… ci powiedział?
— Kto? — padła natychmiastowa odpowiedź ze strony Jarzębiny.
— Kosaćcowa Łapa
Jarzębinowa Łapa wciągnęła powietrze do płuc i przez chwilę wyglądała, jakby zamierzała coś powiedzieć. Ostatecznie nie wydostało się spod jej języka nawet jedno słowo. Tylko cisza.
— Jest coś, o czym nie wiem, mam rację? — spytała, czując, jak jej gardło się ściska. Szylkretka w końcu spojrzała swojej matce w oczy i przez jedną, krótką chwilę, w jej oczach błysnęła iskra, która jednak tak szybko, jak się pojawiła, tak prędko zgasła.
— Muszę już iść — odparła półszeptem. Potem wstała i odeszła, zostawiając Zalotną Krasopani w obozie. Wojowniczka westchnęła ciężko, widząc, jak koniuszek ogona jej córki, znika w mroku lasu. Może gdyby za nią poszła, dowiedziałaby się czegoś ważnego – ale czy mimo wszystko byłoby to warte ryzyka, że Jarzębina ją przyłapie?
***
Wieczór był cichy, aż zbyt cichy, jak na tę porę roku i jak na to wszystko, co ostatnio się wydarzyło. Gdzieś daleko, poza ścianami obozu, pohukiwały już sowy, popiskiwały myszy, szeleściły korony drzew, na których ostała się już tylko resztka złotych liści – a jednak wszystko wydawało się takie głuche, obce i odległe. W obozie Klanu Wilka panował spokój, taki wręcz martwy, ale nawet przyjemny, skłaniający do przemyśleń. Zalotna Krasopani siedziała w cieniu, blisko wyjścia z legowiska wojowników. Jej sierść błyszczała w nikłym blasku słońca, ale jej oczy były dziwnie przygaszone. Czekała na coś. Każdy ruch ogona symbolizował kolejne uderzenia jej serca, a co za tym idzie, kolejne minione sekundy. Po chwili z ciemności wyłoniła się znajoma sylwetka. Prążkowana Kita wrócił właśnie z ostatniego patrolu w tym dniu, niosąc w pysku niewielką wiewiórkę. Widząc swoją partnerkę na horyzoncie, posłał jej ciepły uśmiech, który jednak zgasł w momencie, w którym dostrzegł zmartwienie wymalowane na jej pysku. Odłożył zwierzynę, pospiesznie kierując się w stronę szylkretowej wojowniczki, która z łapami opatulonymi swoim własnym ogonem, siedziała delikatnie zgarbiona przed legowiskiem wojowników.
— Hej, Zalotko, co robisz tu kompletnie sama o tej porze? — zapytał, ostrożnie się do niej zbliżając. Przysiadł obok i zanim kotka zdążyła odpowiedzieć, polizał ją kilka razy po głowie. — Wyglądasz na trochę przygnębioną. Coś się stało? Ciężki dzień? — kontynuował.
— Musimy porozmawiać — odchrząknęła cicho, nie patrząc mu w oczy. Srebrny kocur zamilkł, jakby bał się cokolwiek powiedzieć z obawą, że jego partnerka lada moment wybuchnie. Atmosfera wokół się zagęszczała, czuła to, ale nie potrafiła jej przełamać. W głowie układała sobie to, co chciała dziś przekazać partnerowi, starając się zachować spokój i opanowanie. Wiedziała, że czas ją nagli, a wojownik nie jest zadowolony z siedzenia w ciszy, ale nie potrafiła się zmusić do pośpiechu. W końcu mruknęła:
— Wyjdźmy poza obóz — zaproponowała, na co Prążkowana Kita niezwłocznie się zgodził.
Cisza między nimi była gęsta niczym lepkie błoto. Szylkretka szła pierwsza, nie patrząc wstecz. Jej ogon wisiał nisko, a uszy były lekko przyciśnięte do jej głowy. Jej partner podążał tuż za nią, w zupełnej ciszy. Wiedział, że każde słowo mogłoby tylko wzmocnić napięcie między dwójką kotów – tym bardziej że nie wiedział, czego powinien się spodziewać po tej rozmowie. Las wydawał się dziwnie pusty, a dźwięki w nim ciężkie i powolne. Szeleściły korony, świszczał wiatr. Wszystko to sprawiało wrażenie, że między drzewami nie było miejsca na przytulną atmosferę i beztroskie rozmowy. Wysokie sosny rzucały złowrogie cienie, a ich korzenie oplatały ścieżkę jak ciernie. Wojowniczka stawiała łapy bardzo precyzyjnie, jakby jakikolwiek niewłaściwy ruch miał sprawić, że wszystko dookoła się posypie. Czuła w klatce piersiowej ten dobrze znajomy uścisk, który towarzyszył jej niemalże za każdym razem, gdy miała do przekazania coś ważnego swoim bliskim. Jej własne myśli rozsadzały jej czaszkę, ale mimo to, starała się iść prosto i nie zatrzymywać się nawet na moment. Nie mogła już dłużej odwlekać tej rozmowy, choć czasami wolałaby, aby nie była ona konieczna. Szła w skupieniu – w pewnym momencie zapomniała nawet, po co tu jest. Z zamyślenia wyrwał ją jednak głos liliowego, który zrównał się z nią krokiem i wyszeptał:
— Nie musisz mi wszystkiego mówić od razu — jego głos był cichy, lekko drżący. — Ale proszę, powiedz mi tylko, że nie zrobiłem nic złego — dodał. Szylkretka nie odpowiedziała, a jedynie westchnęła ciężko i zwolniła kroku.
— Dobrze. W takim razie możemy już się zatrzymać
Zatrzymali się przy ciernistym drzewem. Jego gałęzie wyglądały tak, jakby właśnie oplatały wschodzący na niebo księżyc. Wojowniczka przełknęła ślinę i z trudem wydusiła z siebie kilka niewyraźnych słów:
— On się rozpłakał — zaczęła, na co Prążkowana Kita przechylił głowę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment – Zalotka dostrzegła w jego niebieskich oczach zdziwienie, mnóstwo pytań, których nie śmiał się zadać. — Ale nie sądzę, aby był to taki zwykły płacz. Taki… no nie wiem, ze zmęczenia, czy bezsilności. Wyglądał tak, jakby się czegoś obawiał — te słowa wcale nie rozjaśniły srebrnemu umysłu. Przeciwnie – zdziwiły go jeszcze bardziej, choć i tak z jego gardła nie wydobyło się żadne słowo. Może to i nawet lepiej? — Chodzi o Kosaćca — wydukała w końcu, przerywając kolejny moment ciszy, który zapanował między nimi. Srebrny otworzył szerzej oczy.
— Cóż… nasz syn zawsze był radosny, uśmiechnięty i pewny siebie — odparł. — Ale to nie znaczy, że nie przeżywał. Może tłumił w sobie jakieś problemy, a podczas rozmowy z tobą, nie potrafił już dłużej ich ukrywać? — Zalotna Krasopani westchnęła. Miała wrażenie, że jej myśli błądzą teraz gdzieś pośród mgły. “No tak, problemy, dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej?” zaczęła się zastanawiać, zaciskając zęby.
— Może masz rację, ale… ja nie wiem, czy nie przegapiłam momentu, w którym on przestał czuć się częścią naszej rodziny. Przez ten cały chaos, obowiązki… — czuła, że nie mówi z sensem, że plącze jej się język. Chciała coś przekazać srebrnemu, ale słowa utknęły jej w gardle. Spuściła wzrok. — Po prostu zawsze myślałam, że robię to wszystko dla dobra innych. I że jestem dobrą matką, że nasze kocięta doceniają moj- znaczy, nasze starania. A potem dowiedziałam się, że mój własny syn coś przede mną ukrywa — kontynuowała. — Może gdybym bardziej się postarała, Kosaciec bardziej by mi ufał? Chciałabym, aby widział w nas wsparcie, a nie zagrożenie
— W takim razie musimy mu je dać. Pokazać, że wciąż jest częścią naszej rodziny i że wcale nie musi być sam z tym, co czuje. Nawet jeśli sam jest obecnie trochę zagubiony. Jesteśmy tu po to, aby mu pomóc — przez chwilę między kotami panowała cisza, przerywana tylko cichymi oddechami.
— Myślisz, że powinnam znowu z nim porozmawiać? — zapytała cicho. — Tym razem nie jako wojowniczka, nie jako ktoś zupełnie obcy, a jako jego własna matka.
Prążkowana Kita skinął głową.
— To dobry trop. Nie pytaj go jednak o to, co zrobił. Zapytaj, czego potrzebuje. Co go boli, co nie daje mu spokoju, a potem daj mu do zrozumienia, że jesteś tu z nim, niezależnie od tego, co będzie się działo — mruknął łagodnie. Wojowniczka poczuła, jak jej serce się ściska. Dlaczego sama nie potrafiła wpaść na takie rozwiązanie? Świadomość tego, że srebrny musiał jej teraz doradzać, była dla niej bardzo przytłaczająca – a mimo to, nie potrafiła zaprzestać zadawania pytań. Chciała po prostu, aby wszystko było tak, jak dawniej. — A jeśli znowu nic nie powie? — spytała z obawą w głosie.
— To przynajmniej będzie wiedział, że może do ciebie wrócić w momencie, w którym będzie gotowy — odparł od razu, niemal tak, jakby wyuczył się tych formułek na pamięć.
Usiedli razem w ciszy i wtulili się w siebie nawzajem. Zalotna Krasopani była mu niezmiernie wdzięczna za wszystkie porady, ale wiedziała, że to jeszcze nie koniec ich rozmowy. Choć ciepło bijące od srebrnego przynosiło jej komfort i najchętniej wcale nie ruszałaby się z miejsca, to czuła, że jeśli chce coś zmienić – musi brnąć w to dalej. Wbiła wzrok w poruszającą się na wietrze trawę. Głos jej partnera wciąż rozbrzmiewał jej w głowie – miękki, ale stanowczy i troskliwy. To właśnie jego słowa zawsze najbardziej zapadały jej w pamięć. Były jak świeże ślady na miękkim śniegu, cieszyła się, że miała kogoś takiego u swojego boku.
— Jarzębina… też się ode mnie oddaliła — powiedziała po jakimś czasie, prawie szeptem. — Nie tak samo, jak Kosaciec. Nie przestała się do mnie odzywać z dnia na dzień, to był raczej proces, który trwał kilka księżyców. Nie mogę przestać o tym myśleć, bo czuję, że mogłam temu zapobiec, zanim jeszcze stało się to tak drastyczne… ale… nie chciałam, bo zawsze sobie powtarzałam, że na pewno jest bardzo zapracowana i nie potrzebuje matki, która ćwierkałaby jej nad uchem — srebrny nie przerywał, tylko kiwnął lekko głową, zachęcając kotkę do dalszego przemówienia. — Kiedy była młodsza, zawsze chciała być wszędzie. Pytała o wszystko, chciała znać najmroczniejsze sekrety i tajemnice, a teraz… patrzy mi w oczy tak, jakby nie chciała wiedzieć, co się w nich skrywa — wyrzuciła, próbując powstrzymać drżenie swojego głosu. Przycisnęła łapy do ziemi, a wilgotna gleba wcisnęła jej się między pazury. Nie zwróciła na to uwagi. Kontynuowała:
— Poza tym, zdaje mi się, że ta zmiana rangi, przybiła ją jeszcze bardziej — westchnęła. — Ale ja wierzę w to, że podczas przesłuchań zrobiła to, co uważała za słuszne. Na pewno nie chciała nikogo zranić, chciała dobrze… — zapewniła, samemu nie wiedząc, czy mówi to do swojego partnera, czy do siebie. — Może nie miała niczego do ukrycia, tylko po prostu chciała kogoś ochronić?
— Może — przyznał Prążkowana Kita, odwracając na chwilę wzrok, zerkając w głąb lasu. — Na pewno wcale nie chciała być zamieszana w całą tę sytuację z morderstwem Sosnowej Gwiazdy i Jadowitej Żmii. Co, jeśli ze stresu coś pomieszała? Wiesz, że mistrzowie są bardzo surowi co do kar. Może to oni coś źle zrozumieli? Zbyt pochopnie wyciągnęli wnioski? — szylkretka przymknęła oczy na słowa srebrnego.
— Wiem… — stwierdziła pod nosem. Nie wiedziała co odpowiedzieć, dlatego zmieniła temat:
— Ja… zastanawiam się jeszcze, kiedy tak właściwie traktować ją bardziej, jak członkinię klanu, niż jak córkę. Może właśnie w dniu jej mianowania? Może wtedy, gdy po raz pierwszy sama wyszła z obozu? — westchnęła. — Nasza córka zawsze była taka ambitna, a ja być może… pozwoliłam jej myśleć, że tylko przez obowiązek może być kochana
— To nieprawda. Kochałaś ich, odkąd tylko ujrzałaś ich pyszczki, wtulone w futro na twoim boku. Ja o tym wiem, ty też, oni także — przerwał jej. W brązowych ślepiach wojowniczki błysnęła jednak niepewność.
— Oczywiście, że kochałam ich od samego początku… ale czy oni naprawdę tak to odczuwają? — spytała. — Zawsze chciałam, aby byli silni… i może właśnie przez to nakładałam na nich za dużą presję? Może nie myślą, że jestem z nich dumna? Co, jeśli co każdą noc zasypiają z myślą, że są po prostu niewystarczający? — w jej głosie było słychać przerażenie. Nawet w jej najgorszych koszmarach nie była przez nikogo portretowana jako zła matka, ale co jeśli tak naprawdę właśnie nią była? Co, jeśli nieświadomie po prostu raniła swoje kocięta, zatruwając im życie? Prążkowana Kita wyczuł w niej rosnący lęk. Oparł brodę na jej barku, próbując uspokoić drganie jej ogona.
— Nawet jeśli, to nigdy nie jest za późno, aby to wszystko naprostować. Kocięta zawsze będą wracać, jeśli tylko będą miały pewność, że ktoś powita ich z ciepłym uśmiechem na pysku. Muszą poczuć, że dla ciebie są ważniejsze niż zasady i osiągnięcia i że jesteś z nich dumna niezależnie od tego, jaką ścieżką w życiu będą podążać — szepnął jej do ucha. Szylkretowa wojowniczka wzdrygnęła się na moment, a potem po jej policzkach spłynęło kilka łez. Zmrużyła oczy, następnie przecierając je łapą i biorąc kilka głębszych oddechów. Chciała się odezwać, przyznać mu rację, zgodzić się z jego słowami – ale nie potrafiła. Spojrzała na swojego partnera z wdzięcznością w oczach. — Pamiętaj, że ja zawsze będę z tobą, nawet jeśli troszczymy się o nasze kocięta na swój własny sposób. Wiem, że chcesz dla nich jak najlepiej i nie zostawię cię, abyś sama odkryła, jak masz im to przekazać
Po jego słowach, gdzieś w oddali zaskrzeczał ptak. Cisza, która nastała po jego krzyku, była błoga i kojąca. Choć księżyc z każdym uderzeniem serca wspinał się coraz wyżej po niebie, oni siedzieli, wtuleni w siebie nawzajem. Zanim będą mogli wrócić, muszą najpierw posiedzieć trochę w ciszy, aby wszystkie emocje opadły już na dobre. Tak będzie najlepiej dla wszystkich – a także dla nich samych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz