Dawno, dawno temu
Zalotna Krasopani wyszła z obozu zaraz po zjedzeniu pierwszego posiłku w tym dniu, gdy słońce dopiero zaczynało się wspinać ponad nagie korony drzew. Mimo tego, że był środek Pory Nagich Drzew, dzień zapowiadał się jako tako pogodny. Niebo było dziś wyjątkowo czyste, a mroźne powietrze pachniało świeżą żywicą i korą drzew. Kotka szła pewnie, krocząc po znajomej ścieżce wśród gęsto rozłożonych drzew. Śnieg wydawał z siebie ten charakterystyczny chrupot za każdym razem, gdy kładła na nim łapę, tworząc rytm. Wiedząc, że nie ma nikogo w pobliżu, szylkretka nuciła pod nosem przeróżne pieśni, próbując jakoś pogodzić je z dźwiękami, które tworzyła dla niej natura. Podczas gdy jej ciche nucenie niosło się po lesie, nikłe promienie słońca przedzierały się przez gałęzie, aby utworzyć na śniegu złudzenie drobnych, tańczących iskier. Wojowniczka, zbliżając się do granicy, zaczęła zwalniać, lecz nie było to spowodowane strachem. Po prostu wolała pozostawać czujna, tym bardziej że nie miała pojęcia, jak zareagują burzaki na obecność intruza niedaleko ich granic. Ostatnio, gdy widziała się z Knieją, kotka z początku nie była zadowolona. Mogłoby się nawet na starcie wydawać, że żadna z nich nie wróci do obozu bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, ale jednak udało im się wzajemnie dogadać. Tym razem Krasopani pamiętała, aby uważać na zdradliwe dziury w glebie, które były charakterystyczne dla terenów przy Klanie Burzy. Teraz było zdecydowanie bardziej ślisko niż wcześniej, warunki były gorsze. Gdyby tak utknęła w jednej z tych ich pułapek, kto wie, czy udałoby jej się wydostać bez pomocy drugiego kota? Zastanawiała się, po co dokładniej było im całe rozkopane terytorium, bo trochę nie wierzyła, że miało to jakieś głębsze zastosowanie. Dla niej wydawało się to po prostu czymś bezsensownym, bo w Klanie Wilka radzili sobie bez takich… udogodnień. Nagle szylkretka się zatrzymała, słysząc obce kroki, które nie zgrywały się z tymi należącymi do niej.
— Dzień dobry — usłyszała po pewnym czasie. W pierwszej chwili nie poznała kota, który do niej przemówił, a potem sobie przypomniała. Kiedyś już napotkała na swojej drodze tę burzaczkę i o dziwo nie była to Knieja. — Spotykamy się ponownie?
W głosie kotki wybrzmiała lekka nuta zdziwienia, ale też coś, co można było uznać za delikatne rozbawienie. Wojowniczka na chwilę zamilkła, wpatrując się w członkinię Klanu Burzy. Wcale nie tak często miała okazję napotkać kogoś dwa razy na swojej drodze, dlatego też zdziwiła się, widząc kotkę. Tego dnia słońce, mimo faktu, że była Pora Nagich Drzew, bardzo mocno lśniło, odbijając swoje promienie od cienkiej warstwy śniegu pokrywającej leśną ściółkę. Mróz delikatnie szczypał w łapy poruszających się po terenach kotów, a cienie drzew rozciągały się jak smugi po zaśnieżonych lasach i łąkach. Zalotka poruszyła delikatnie ogonem i zastrzygła uszami. Zastanawiała się, czy bardziej cieszyła się ze spotkania, czy może wolałaby, aby ostatecznie do niego nie doszło. Po chwili na jej licu zagościł subtelny uśmiech.
— Jak widać — szylkretowa rozejrzała się, pozwalając sobie na chwilowe zatrzymanie wzroku na rozciągających się w oddali terenach Klanu Burzy. Zwęszyła w powietrzu, ale do jej nozdrzy nie dotarł zapach żadnego trzeciego kota. — Tym razem bez mentora? Czego tutaj szukasz? — spytała. Starała się ukryć niepewność w głosie, w końcu spotkania na granicy nie zawsze dobrze się kończyły, ale Firletka nie wyglądała na wrogo nastawioną, prawda? Zalotna Krasopani nie miałaby o co ją podejrzewać.
— Tak — odparła, nieco zaskoczona, że ta nawiązuje z nią rozmowę — Potrzebuję paru ziół... Ta część terenów ma więcej krzewów, pod którymi te m-mogłyby się schronić. Nie wpadłaś może przypadkiem na jakąś kępę pokrzyw?
Wojowniczka przechyliła głowę, mrużąc oczy. Kto szukałby pokrzyw w środku Pory Nagich Drzew? Szylkretka zawsze myślała, że gdy spadnie śnieg, to zioła już za bardzo nie rosną… albo po prostu ciężko je znaleźć. Czy medyczka była aż tak bardzo zdesperowana? Może ktoś w Klanie Burzy pilnie potrzebował teraz pokrzywy? Niestety, Krasopani nie miała pojęcia, do czego mogłaby służyć ta roślina. Daleko jej było do medykowania.
— Och, wiesz, raczej nie. Nie przyglądałam się za bardzo roślinności, w końcu to nie moje zadanie — mruknęła żartobliwie, jej głos był delikatny, jakby nawet trochę współczuła burzaczce przez to, że musiała szukać ziół w takich warunkach. Szybko jednak odsunęła te myśli na bok. — No… a jak wam się powodzi w Klanie Burzy? — spytała w końcu. To pytanie właściwie samo wyrwało jej się z pyska. Przez moment było trochę niezręcznie, w końcu to oczywiste, że Firletka powie o samych dobrych rzeczach, które wydarzyły się w klanie. Zalotna Krasopani nie mogła jednak ukryć, że przez wzmiankę medyczki o pokrzywie, wykiełkowała w niej niemała ciekawość.
— Całkiem dobrze, a jak u was? — odpowiedziała. Wojowniczka skinęła głową, uważnie obserwując pysk rozmówczyni, jakby próbowała się z niego dowiedzieć, czy jej słowa były szczerze.
— No, też dobrze — wzruszyła ramionami. — Wiesz, ja już chyba będę spadać — powiedziała, odwracając się powoli. Przypomniało jej się, że miała w planach dziś przejść się na spacer wśród zimowego krajobrazu razem z Prążkowaną Kitą. Czy był jakiś lepszy scenariusz na randkę? — Powodzenia w szukaniu ziół! Może jeszcze kiedyś się spotkamy, gdy będę miała więcej czasu — rzuciła na pożegnanie.
— Pa!
Zalotna Krasopani ruszyła do przodu. Śnieg chrzęścił cicho pod naciskiem jej łap, a promienie słońca odbijały się na jego powierzchni, sprawiając, że wszystko mieniło jej się w oczach. Szła wcześniej wyznaczoną przez jej ślady trasą, wędrując między drzewami, których gałęzie uginały się od nadmiaru puchu. Omijała wszelkie gałęzie, korzenie i zaspy. Powietrze było rześkie i czyste, ale też mroźne, chłodne. Zalotka wciągnęła je do płuc, a z jej gardła wydobył się cichy pomruk. Nie była nadzwyczajną zwolenniczką Pory Nagich Drzew, ale ten moment wydawał się dla niej być całkiem przyjemny. W lesie panowała cisza, co dawało jej świetną przestrzeń do wszelkich rozmyślań. Teraz nie ćwierkały nawet ptaki, a zwierzyna nawet nie myślała o tym, aby opuszczać swoje przytulne norki. Wojowniczka przystanęła na moment przy znajomych jej krzewach, przyglądając się rosnącym pod nim ziołom, które były pokryte cienką warstwą szronu. Czy to właśnie na takie przemarznięte rośliny polowali medycy w tej porze? Delikatnie oczyściła liście ze śniegu, przez chwilę zastanawiając się nawet nad tym, czy by ich ze sobą nie zabrać. W końcu teraz wszystko było na wagę złota, jednak gdyby okazało się to czymś trującym, wolałaby nie wyjść na głupka. Pokręciła głową, przy okazji zrzucając z siebie trochę śniegu, a następnie ruszyła dalej. Docierając już do obozu, usłyszała znajome głosy i niosące się po lesie rozmowy członków Klanu Wilka. Uniosła uszy, przyspieszając nieco tempa. Świadomość tego, że w legowisku wojowników czekał na nią jej partner, sprawiła, że szylkretka kroczyła teraz nieco pewniej i prędzej, nie mogąc się doczekać spotkania z miłością jej życia.
***
Na klanowe tereny na dobre zawitała już Pora Opadających Liści. Każdy dzień niósł za sobą coraz to chłodniejszy wiatr, który wciskał się między ciasno rozłożone krzewy, przedostając się do obozu Klanu Wilka, przypominając kotom, że Pora Zielonych Liści już od niedawna jest za nimi. Zalotna Krasopani przez jakiś czas nawet się łudziła, że w tym roku mrozy nie nadejdą, bo ciepłe dni tak strasznie jej się dłużyły. Jeszcze do niedawna słońce ze sporą siłą przygrzewało w futra kotów, a teraz było wiecznie schowane za gęstymi, szarawymi chmurami. W lesie coraz częściej unosił się zapach mokrej ziemi, a podczas poranków, w powietrzu wisiała mgła. Tego dnia, zaraz po wyjściu z obozu, łapy wojowniczki zatopiły się w rozmokłej, brudnej glebie. Ściółka przesiąknięta deszczem po ostatniej ulewie kleiła się do zabłoconych łap Zalotki, która tylko próbowała brnąć przed siebie. Warto wspomnieć, że podążała ona za porannym patrolem, składającym się z trójki kotów. Widziała, jak opuszczają oni obóz i postanowiła, że na jakiś czas się do nich przyłączy, aby ci bezpiecznie odprowadzili ją w jakieś ciekawsze miejsce. Chlapa, która była wszechobecna, znacznie utrudniała jednak przemieszczanie się po lesie, dlatego w końcu szylkretka zadecydowała, że nie idzie już dalej za patrolem. Odłączyła się od nich mniej więcej obok granicy z Klanem Burzy. Przysiadła ona pod jednym z drzew i od razu zatopiła się w brązowawych liściach, które to drzewo zdążyło już z siebie zrzucić. Zmrużyła na chwilę oczy, całymi płucami wchłaniając jesienne zapachy, które wirowały w powietrzu. Przez chwilę przez myśl jej przeszło, że za niedługo znów będą musieli martwić się o zapasy zwierzyny i ziół w klanie, jednak szybko pozbyła się tej myśli, nie chcąc się zamęczać czymś, co wydarzy się w niedalekiej przyszłości. Gdy tak siedziała i odpoczywała, usłyszała stąpanie łap. Otworzyła powoli najpierw jedno, a potem drugie oko, aby za granicą ujrzeć węsząca w trawie medyczkę, z którą już kilka razy miała do czynienia. Postawiła uszy na sztorc i prędko rozejrzała się po terytorium. Jej wzrok spoczął na pokrzywie. Może nie była jakoś bardzo doświadczona w sprawach związanych z leczeniem i ziołami, ale posiadała na ten temat, chociażby jakąś minimalną wiedzę. Szybko podbiegła do rośliny i delikatnie urwała kilka jej listków, aby następnie pospiesznie udać się na granicę z Klanem Burzy.
— Hej! — zawołała niewyraźnie, niosąc w pysku trochę zieleni. Jasna, szylkretowa kotka odwróciła się w jej stronę ze zdziwieniem wymalowanym na pysku. Krasopani upuściła pokrzywę po drugiej stronie granicy. — Które to już spotkanie? Trzecie? — zaśmiała się, po czym spojrzała na pysk Firletki, która zdecydowanie wpatrywała się teraz w liście leżące przed łapami wojowniczki. — Och, to? Pomyślałam, że tym razem może przyniosę ci trochę pokrzywy. Tak się złożyło, że była niedaleko — mruknęła, łapą przysuwając zioło bliżej kotki z Klanu Burzy. Potem znowu przeniosła wzrok na burzaczkę i… poczuła dziwne ukłucie w sercu. Dlaczego Wdzięczna Firletka tak dziwnie przypominała jej Jarzębinowy Żar, jej własną córkę? Przecież nie miały ze sobą prawie nic wspólnego, prawda? Uśmiech wojowniczki szybko z ciepłego przerodził się w bardziej gorzki, a może nawet gorzko-słodki.
<Firletko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz