tw - brutalność
Nie mógł spać.
Zawsze miał z tym problemy. Odkąd pamiętał długo czekał, aż w końcu przyjdzie do niego sen, a gdy już się to działo, to był on płytki i krótki. Zdołał się już przyzwyczaić do ciągłego, porannego bólu głowy, który doskwierał mu po prawie każdym przebudzeniu.
Ostatnio jednak... Było coś jeszcze. Coś jeszcze zatruwało jego noce, jak gdyby nie męczyły go już wystarczająco. Zamiast czystej czerni, która była jedynym, co z nich zapamiętywał, z każdym zamknięciem powiek znajdował się w mrocznym, iglastym lesie. Były to tereny Klanu Wilka – mógł wywnioskować po charakterystycznym, dobrze mu znanym zapachu. Zawsze znajdował się w cieniu wysokich świerków i sosen, już po zapadnięciu zmierzchu, gdy jedynym źródłem światła stawał się pazurzasty księżyc i parę zagubionych gwiazd.
W tych snach biegł. Przed siebie, ile sił w słabych łapach, dysząc i czując kłucie w piersi; jakby z każdą chwilą jego serce miało zabić po raz ostatni. Nie wiedział przed czym uciekał. Przerażenie zabraniało mu odwrócić łeb, by poznać pysk łowcy. Czuł jednak z tyłu jego ciepły oddech, skapującą mu z języka ślinę, szczęki kłapiące wystarczająco blisko, by mógł poczuć kły łapiące włoski na ogonie, lecz nie na tyle, by go pochwycić i przyciągnąć. Nigdy nie dowiadywał się, kim był polujący na niego potwór. Wyczerpany pogonią mdlał, uderzał łbem o niezauważony wcześniej pniak lub wpadał do bezkresnego rowu, w którym widok zamieniał się w ciemność.
Tym razem jednak... Wcale tak nie było. Znów była noc i znów był w tym samym lesie, lecz tym razem wydawał się on spokojny. Nie było tajemniczej bestii. Nie było zmęczenia i paniki. Mimo to wciąż nie był w stanie wygładzić nastroszonego futra. Gdyby nie był to kolejny koszmar, nie byłoby go w tym miejscu.
Szelest poruszanych przez wiatr igieł, tupot małych, zwierzęcych łapek nagle zaczęły przybierać inną formę. Miał wrażenie, że z każdym następnym uderzeniem serca coraz bardziej przypominały szepty. Z początku ciche, subtelne, następnie głośniejsze i wypowiadane z wyczuwalną szyderą. Wojownik nie mógł wyróżnić z nich żadnych konkretnych słów. Zlepiały się ze sobą w jednorodną całość.
Nie kończyło się tylko na nich. Pojawiły się rozmowy. Po rozmowach awantury, wypełnione krzykiem i sykiem. Po awanturach lament. Aż w końcu w jego uszy ze wszystkich stron uderzał dziki, wręcz niemożliwy do osiągnięcia kocim głosem jazgot. Zacisnął powieki, próbując w jakiś sposób odciągnąć się od tych dźwięków. Czuł, jak jego łapy drżały przez samo słuchanie wściekłego wrzasku i rozpaczliwego ryku.
W końcu zaczął on cichnąć. Po kolei senne głosy powoli znikały, przywracając wszystko do leśnej normalności – znów wiatr szeleścił igłami, a gryzonie wychodziły na żer, szurając drobnymi łapkami o zbitą ściółkę.
Koniec.
Mógł się już obudzić.
Kiedy otworzył oczy, wcale nie znalazł się jednak w legowisku wojowników. Podskoczył, widząc przed sobą obce kocie pyski, każde wpatrujące się w niego z tą samą odrazą. Zupełnie tak, jakby nie mógł powiedzieć tego samego o nich... Sierść każdego z nich była zmierzwiona, brudna, a pod nią skrywały się ciemne rany. Krew, która płynęła z nich wcześniej, już dawno zaschnęła, zlepiając tylko kępy futra w cuchnące kołtuny. Dzielili jedno nie tylko wrogie, ale i zamglone, pozbawione życia spojrzenie.
To wcale nie byli nieznajomi, spostrzegł po chwili, co nie dodawało mu otuchy. Miał wrażenie, jakby każdego z nich kiedyś widział; byli jak zagubione słowo na końcu języka, które wiedział, że znał, ale nie był w stanie go wypowiedzieć... Wydobywający się z daleka silny, borsuczy swąd nagle przestawił coś w jego umyśle. Ślepia Syczkowego Szeptu zabłysły, jakby właśnie pojawiła się w jego głowie niesamowita myśl – niestety nie był to nowatorski pomysł, a wspomnienie, którego nie chciał pamiętać.
Znów był w tej samej puszczy. Stres nie pozwalał mu świeżo myśleć; patrzył za każde drzewo i pod każdy krzew, wzrokiem śledził każdy najmniejszy ruch, a co parę chwil zatrzymywał się, by powąchać jałowe powietrze. Zachowywał się jak wygłodniały łowca, który poprzysiągł sobie powrócić z posiłkiem za wszelką cenę. Niestety, po zwierzynie nie pozostał nawet ślad...
Oprócz smrodu krwi...
Podążył za zapachem i gdy znalazł jego źródło, okazał się nim młody, chudy kot. Wyglądał, jakby dopiero niedawno odłączył się od matki, lecz był tu samotny i pokryty wieloma ranami. Szczególnie w pamięć zapadła mu ta największa, żarząca się jak płomień na plecach kocura. Ślady pazurów na jego ciele wskazywały na uprzednie spojrzenie z borsukiem, a błękitne oczy, jednocześnie przerażone i wrogie, wbijały się w wojownika z jednym prostym przesłaniem: nawet nie podchodź.
Syczek skrzywił pysk, urywając myśli w chwili, gdy te biegły do późniejszych wydarzeń. Jego pierwsza ofiara... A to wspomnienie nie było ostatnim...
Posiwiała, widocznie chora kocica w podeszłym wieku sprawiała wrażenie jakby zwykły podmuch mógł zamienić ją w pył. Była łatwą zdobyczą, którą można było przenieść na miejsce spotkań. Leżała w jednym miejscu tak, jakby już pogodziła się z własnym losem; nawet gdy już stał nad jej wątłym ciałem, w jej przymrużonych ślepiach nie było woli walki. Wyglądała, jakby straciła ją już dawno temu.
To nie był dobry moment na to, by podczas jednej z nocnych wędrówek utknąć pomiędzy skręconymi pędami dębu. Mógł poczuć zapach strachu młodego kocurka, który nasilił się już, gdy ten zobaczył obcego. Zaczął się szamotać, próbując zębami wygryźć w korzeniach drogę ucieczki, lecz na nic. Wpadł jak we wnyki i choć to nie Syczkowy Szept zastawił tę pułapkę, zamierzał ją wykorzystać we własnym celu.
Tropicielska postawa kocicy i jej baczne oglądanie otoczenia wskazywało na to, że była w środku polowania. Nie zdawała się jednak dobrym łowcą – krążyła wokół nie będąc w stanie znaleźć zwierzyny w trakcie, gdy on wyczuwał w powietrzu woń co najmniej kilku różnych gryzoni. Kiedy zawęszył, wyczuł coś jeszcze. Nosiła na sobie zapach mleka i kociąt. Zacisnął zęby, próbując zignorować wyimaginowane kwilenie jej kociąt, które zaczęło mu grać w głowie. Trudno by było znaleźć tej nocy inną zdobycz.
Każdy z tych pysków ciągnął za sobą inną historię, lecz pomimo to, wszystkie one zbiegały się w jednym punkcie; zakończeniu.
Gdy złapał go za gardło, nagle się zawahał. Jego szczęki zastygły w pół ugryzienia, a zębami mógł poczuć skurczającą i rozkurczającą się tchawicę przerażonego, dyszącego kota. Niezadowolone szepty innych kultystów zmusiły go do wykonania następnego ruchu. Wraz z nim na ziemię trysnęła jasnoczerwona fala krwi. Gdy upuścił swoją ofiarę w jej kałużę, w tym samym kolorze była także jego broda i pierś.
— Przypominam, że miałeś przynieść kota, a nie jakieś próchno — wycedziła złośliwie Jadowita Żmija, patrząc na praktycznie nieruchomą zdobycz, jaką wojownik przyniósł w zębach. — To jeszcze żyje?
— Oddycha — odpowiedział zdawkowo, wypuszczając staruszkę. Ta nie zdołała utrzymać się na nogach – od razu się położyła, słabym wzrokiem omiatając zebrane wokół niej koty.
— Mrocznych nie interesują takie łachudry — narzekała, lecz Syczek milczał. Wiedział, że jakakolwiek dyskusja z nią była bezcelowa.
Patrząc na odbieranie resztek życia kocicy przez Makowy Nów, zastanawiał się, czy porywając ją z tamtego miejsca, nie przerwał jej naturalnego, spokojnego odchodzenia na drugi świat. Odpowiedź na to pytanie jednak zabrała już ze sobą do grobu.
Szamotał się pod jego uściskiem. Gdyby musiał go targać choćby chwilę dłużej, nie podołałby – młodziak może i miał poranioną łapę, ale jednocześnie silną wolę walki. Kiedy wypuścił go ze swoich szczęk, zarobił porządnego kopniaka prosto w pysk. Jego los był już jednak przesądzony. Gdy wpadł do kręgu, ten zacisnął się wokół niego, tworząc nieprzepuszczalną barierę, kąsającą po skórze gdy tylko się do niej zbliżył. Im dłużej krążył, tym mniej było w nim gniewu, a więcej paniki, rychle umierającej nadziei. Chętny do przeprowadzenia rytuału Sowi Zmierzch wystąpił, a po chwili nie było już o czym mówić. Szarpiący się młokos zwisał bezwładnie z jego pyska, a skapująca z jego szyi krew formowała pod kocurami szeroką, czerwoną kałużę.
Wepchnął kocicę przed oblicze czekającej Mrocznej Wizji, nawet nie patrząc jej w oczy. Gdyby tylko mógł, uciekłby i nie patrzył na tę parszywą zbrodnię.
Patrzył na wszystkie zgromadzone ofiary, które padły z jego winy. Machał ogonem, unikając ich spojrzeń. Chciał, by to wszystko już się skończyło. Próbował zmusić swój umysł do wybudzenia się, lecz na próżno. Wyglądało na to, że jeszcze coś go tu czekało, choć nie mógł się domyślić co. Już przeżył swój koszmar...
Cisza głośno dzwoniła mu w uszach. Oprócz łagodnego wiatru, który raz po raz kołysał gałązkami świerków, otaczało go tylko wszechstronne i stresujące milczenie nie tylko stojących wokół niego trupów, ale i natury. Jakby wszyscy wokół niego zamienili się w głazy.
W przeciągu jednego mrugnięcia tę ciszę rozdarł dziki ryk, a on sam poczuł, jak nagle wiele par łap przygniata go boleśnie do ziemi. Zdążył jedynie żałośnie pisnąć, nim został ugryziony po raz pierwszy. A za tym ruszyła lawina. Martwe szczęki szastały nim wokół jak pies swoją zdobyczą. Odrywały sierść, przegryzały skórę, wyszarpywały kawałki czerwonego mięsa, rozrzucając wokół w krwawej masakrze. Pożałował uchylenia powiek – kiedy tylko spojrzał w pysk kocura, tego pierwszego, naprawdę przez niego zabitego... Ten natychmiast wypalił w stronę jego ślepi. Ostatnim, co zobaczył, były zmierzające w jego stronę żółte, ostre kły.
***
Głowa zabolała go, jakby właśnie uderzył nią o ziemię. Nadal słyszał wrzenie w swoich uszach. Syczkowy Szept skrzywił się na pysku i jedną łapą ostrożnie go dotknął, jakby chciał się upewnić, że to był tylko sen. Ulga... Był nietknięty. Westchnął, przeklinając w duszy okropny koszmar i zdając sobie sprawę, że już nie zdoła po tym zasnąć. Przynajmniej to już koniec, pomyślał sobie, próbując w jakiś sposób się pocieszyć. Zresztą, do świtu pewnie niedaleko...
Otworzył oczy, chcąc rozejrzeć się po legowisku wojowników i prawie podskoczył ze strachu, gdy zamiast śpiących pobratymców ujrzał wpatrujące się w niego w ciemności pary wrogich ślepi.
— Mam nadzieję, że się wyspałeś — rzuciła sarkastycznie Borsucza Puszcza.
— Zarzynają cię przez sen? — dodał po niej Pokrzywowy Wąs, zdecydowanie wścieklejszym tonem.
— ...co?
Nie był w stanie dojrzeć pyska kocura, lecz zdecydowanie usłyszał jego zdenerwowane parsknięcie.
— Może nie zauważyłeś, ale nocą większość z nas próbuje spać. A wariackie wrzaski w tym nie pomagają. Jeśli masz mnie budzić brzmiąc, jakby właśnie borsuk szperał ci w flakach, to wypad. Na zewnątrz.
Zdezorientowany Syczek z każdym następnym słowem skulał się coraz bardziej, czując napływ wstydu. Na Klan Gwiazdy... Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się krzyczeć przez sen w koszmarze...
— Przepraszam najmocniej — wydukał, kładąc po sobie uszy. Zaspani współklanowicze stopniowo zaczęli odwracać od niego wzrok, kładąc ponownie w łapach pysk. On jedynie odwrócił się od reszty i wbił wzrok w ścianę. Nie odwrócił go już do powstania słońca i pobudki, która przerwała jego rozmyślanie i zmusiła do wyjścia.
Może to lepsze niż siedzenie w tym przebrzydłym miejscu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz