Przed mianowaniem
Gąbka za długo sobie nie pospała, bo Promyczek niestety tego snu jej nie darował. Pierwsze co ujrzała po przebudzeniu się, to jego figlarnie lśniące oczy, patrzące na nią z góry. Nie miała nawet czasu zastanowić się nad tym, co właśnie się dzieje, bo młodziak już rozpoczął paplaninę.
— Wstajesz? Nie mamy całego dnia, a nie będę czekał, aż w końcu się podniesiesz! — pisnął, wyraźnie podekscytowany. Jego ogon drżał, a futerko stało dęba. Cała jego postawa zdradzała, że był czymś naprawdę zainteresowany. — Nie chcesz może spróbować czegoś upolować? — dodał ciszej. Mówił teraz niemalże szeptem, jakby bał się, że któraś z karmicielek usłyszy jego plan. W końcu ostrożności nigdy za wiele.
— Na co ty chcesz polować? — spytała Gąbka, zaspanym głosem, podnosząc się niezgrabnie na cztery łapki. Od razu się solidnie przeciągnęła, a potem głęboko ziewnęła. Sama myśl o polowaniu była ekscytująca, naprawdę! Ale byli przecież w obozie… Nie mogli tak po prostu się z niego ulotnić, a po obozowej polanie raczej myszy i wróble same z siebie nie skakały. Kotka zmarszczyła brwi, patrząc na kremowego kocurka z lekkim zdziwieniem. Aż w końcu coś ją olśniło. — Chyba że chcesz poszukać ze mną muszelek! Albo piórek, czy śmiesznych kolorowych kamyczków — uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do współlokatora i trącając go delikatnie bokiem. W końcu kto nie lubi kolekcjonować błyskotek?
— Muszelek? No dobrze! — odpowiedział zaskoczony, ale raczej nie niezadowolony. — Tylko gdzie chcesz je znaleźć? — dodał, unosząc brwi i rozglądając się po ciemnym wnętrzu żłobka. No, tu na pewno ich nie było, ale poza żłobkiem powinno ich być mnóstwo! Dymna roześmiała się pod nosem i poklepała go łapką po głowie.
— O to się nie martw! W obozie jest ich pełno! Tylko trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać — wyjaśniła, a duma błysnęła w jej oczach. — Zazwyczaj chowają się wśród górek z piasku, które usypuje wiatr — dodała, po czym z gracją skoczyła w stronę wyjściu ze żłobka. Zatrzymała się na chwilę, aby rozejrzeć się czujnie po bokach i upewnić się, że w międzyczasie żadna z karmicielek się nie obudziła. Czysto. Wszystkie wydawały się spać twardo, cicho chrapiąc, zanurzone w mchowych posłaniach. — Gotowy? — rzuciła półszeptem, gdy tylko zauważyła, że Promyczek podąża za nią. Potem zniknęła w przejściu, a kremus nie kazał się dwa razy prosić o wyjście z kociarni. Ruszył za nią, cicho mrucząc z podekscytowania. Był dopiero poranek, światło rozjaśniało obozową polanę, barwiąc końcówki włosków Gąbki na złoty kolor. Wszystko wyglądało tak, jakby było wyciągnięte z opowieści od jednego ze starszych!
— To gdzie są te górki? — zapytał Promyczek, patrząc na swoją towarzyszkę, która wzrokiem skanowała pobliski teren. Ostatnim razem znalazła ich tu całą masę. Wtedy była tu razem z Mątwą, a kotki biegały, śmiejąc się i zakładając o to, kto zbierze więcej błyskotek.
— Nie wiem… — przyznała w końcu, gdy nic nie przykuło jej uwagi. Szybko jednak zbyła to uśmiechem i dodała:
— Ale spokojna twoja rozczochrana! Zaraz coś wymyślę — stwierdziła, choć nie miała pojęcia, czy faktycznie jej się to uda. Tak już po prostu miała. — A jak nam się nie uda, to po prostu pójdziemy do starszyzny, co ty na to? — rzuciła, spoglądając na Promyczka. — Oni zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia! Kiedyś rozmawiałam z jednym z nich. Opowiadał wtedy o tym, jak Srocza Gwiazda mężnie uratowała go przed wydrami! — zachwyciła się, przypominając sobie historyjki zasłyszane od białego kocura.
— Wydrami?
— Tak, wydrami! — pokiwała głową. — Ale, wiesz… teraz — jej głos przycichł. — Wcale go już nie widuję. Nikt mi nie powiedział, gdzie poszedł. Może na jakąś dłuższą wyprawę albo po prostu zmęczył się już opowiadaniem bajek! — wzruszyła ramionami, a na jej licu znowu pojawił się szeroki uśmiech. Dla niej Klan Gwiazdy i śmierć była w końcu tylko dziwnym wymysłem starszych kotów. Czymś, co służyło do usypiania kociąt, a nie czymś, co było dla nich tak ważne. — No nic! Chodźmy razem czegoś poszukać.
***
Odkąd Gąbczasta Łapa została uczennicą medyka, jej dni wyglądały zupełnie inaczej, niż kiedyś. Nie biegała już z rówieśnikami po obozie i nie rozmawiała z nimi do późna w żłobku, irytując tym samym drzemiące karmicielki. Teraz spali w osobnym legowisku, trenowali z osobnymi mentorami i uczyli się rzeczy, których dymna nie musiała znać. Jej dni natomiast były wypełnione zapachem ziół, rozmowami z chorymi i nauką, jak rozpoznawać objawy najróżniejszych dolegliwości. Czasami myślała, że nawet trochę tamtym zazdrości, w końcu chciałaby umieć się obronić albo coś wytropić czy upolować. Gdy widziała innych uczniów, wychodzących na trening, wyobrażała sobie siebie wśród nich. A potem przypominała sobie, że jest uczennicą medyczki i pełni ogromnie ważną dla klanu rolę. Może jeszcze nauczy się walczyć… kiedyś. Może pozna kogoś miłego, kto pokaże jej kilka podstaw, tak po prostu. Tak, miała nadzieję, że właśnie to czeka ją w przyszłości.
Tego ranka natomiast wymknęła się z legowiska medyka, zostawiając za sobą zapach suszonych roślin i korzeni. Na polanie powietrze było mroźne, ale przynajmniej rześkie. Wysunęła głowę spod splecionego z tataraków i gałęzi sumaka baldachimu i rozejrzała się po otoczeniu. Jej wzrok w pewnym momencie zatrzymał się na znajomej sylwetce. Promyczek – a właściwie teraz to już Rozpromieniona Łapa – układał się teraz przy jednym z kamieni, aby się przewietrzyć z samego rana. Gąbka uśmiechnęła się szeroko i zgrabnymi susami podbiegła w jego stronę. W świetle słońca jej oczy błyszczały z zaciekawienia, ekscytacji i radości, że ponownie ma szansę porozmawiać z dawnym współlokatorem.
— Witaj, towarzyszu! — zawołała wesoło, podchodząc do kremusa. — Jak ci się podoba nowa ranga? — usiadła naprzeciw niego, ogonem ciasno owijając swoje łapy. — Na pewno to takie fajne! — dodała jeszcze z entuzjazmem. — Walki na pewno muszą być ogromnie ekscytujące, prawda? Biłeś się już z kimś? Albo ćwiczyłeś jakieś tajne techniki z mentorką? — zatrzymała na chwilę, jakby czekała na odpowiedź ze strony Promyczka, ale zaraz wyrzuciła z siebie kolejny potok słów:
— Ja to bym chciała umieć walczyć! Widziałeś, co stało się z Zimorodkowym Życzeniem? Pewnie, gdyby umiała się bronić, to nie miałaby tylu blizn! Szkoda jej, ale teraz wygląda zdecydowanie odważniej! Jak wojowniczka z opowieści od starszych! — dodała, choć sama nie wiedziała, czy uznać to za komplement. W końcu liliowa była medyczką, ale po wypadku… cóż. Dymna zamilkła na moment, jej uśmiech złagodniał, a iskra w oczach się uspokoiła. — No, a tak w ogóle… — zaczęła, zmieniając tym samym ton wypowiedzi. — Nie chciałbyś może przejść się ze mną na spacer? — przechyliła lekko głowę, a jej wibrysy poruszyły się na wietrze. — Różana Woń mówiła, że brakuje jej kilku ziół, a my mamy jeszcze chwilę, zanim spadnie śnieg, więc trzeba się pośpieszyć. No i… ten, mogłabym opowiedzieć ci o kilku roślinach! A ty… pomógłbyś mi nieść wszystko, co znajdziemy. Zawsze raźniej chodzi się ze znajomymi, prawda?
<Promyk? Co ty na to?
[1070 słów]
[przyznano 21%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz