BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 października 2019

Od Wilczego Serca


     Zalała go szarość.
Identyczne dni wlokły się bez końca, przeplatając z nie dającymi wyczekiwanego wytchnienia nocami. Już dawno stracił poczucie czasu. Księżyc temu, wschód słońca temu, dziś, kolejny wschód, wszystko zlewało się ze sobą w monotonny ciąg szarości, katujący go poczuciem beznadziei i bezsensu.
Leżał i gapił się w sufit legowiska, na wpół świadomy, a na wpół umarły. Od tamtego momentu, gdy wykrzyczał wszystkie emocje, już się nie odezwał. Przestał czuć cokolwiek. No, może poza rozpaczliwym krzykiem protestu jego poranionego ciała. Tylko ból upewniał go, że wciąż żyje. Podawany przez medyczkę mak tylko go tłumił, sprowadzając do uczucia bliskiego szarpaniu przez kły dzikiego zwierzęcia. Pomagał myślom krążyć bezwładnie i unikać miejsca, które paliło gorzej, niż wszystkie rany.
Sroczy Żar. Lisia Gwiazda.
Czasami zrywał się w środku nocy, owładnięty obłąkańczymi wizjami, gorączkowo snując coraz to śmielsze plany zabójstwa znienawidzonego lidera, mieszając rzeczywistość z fantazją. Lecz szarość dopadała go równie szybko, jak biegły jego chore myśli. W takich momentach rozlegał się pozbawiony krzty wesołości śmiech, ostatnia linia obrony poddającego się szaleństwu umysłu, kpiący z własnych nierealnych planów. A później apatia z powrotem wyciągała po niego swoje macki, topiąc go w zimnym morzu obojętności. Ciszy legowiska medyka znów długo miał nie zmącić żaden dźwięk.
    Jego powrót do obozu wywołał spore zamieszanie i skrajne emocje - od prychnięć pogardy, przez wściekłość wywołaną jego samowolą po głosy współczucia. Mnożyły się plotki i domysły. Szybko jednak o nim zapomniano. Życie klanu toczyło się własnym, spokojnym rytmem, niezakłócanym przez jego nocne napady. Tylko Turkawie Skrzydło postępowała inaczej. Im bardziej pogrążał się w mroku, tym uparciej kotka się nim zajmowała. Zmuszała go do jedzenia, nierzadko karmiąc własnymi łapami, bo sam nie widział sensu przyjmowania czegokolwiek. Nie miał jednak siły by się bronić, gdy wypchała mu do pyska drobne kawałki zwierzyny, zmuszając do gryzienia i połykania. Mówiła do niego, ale nigdy nie odpowiadał, nie wiedziała nawet, czy w ogóle jej słuchał. Nie zamierzała jednak się poddać.


    Chciał umrzeć. Modlił się w duchu do wszystkich znanych mu sił, by skróciły jego agonię i pozwoliły odejść. Nie liczył na drugą szansę, nie pragnął szczęścia jako jedna z Gwiazd, błagał tylko o jedno - nicość, którą wybawi go od samego siebie. Obawiał się tylko, że po tym wszystkim co zrobił, nie zasłużył nawet na szybką śmierć.


   Dusił się. Rzygał już szarością, rzygał bezcelową egzystencją, którą wiódł. Tyle razy wyobrażał sobie, że wstaje i wychodzi, by to wszystko zakończyć, i tyleż razy przeklinał swoją słabość, niezdolny do wstania. Miał dość, dość, dość, dość, dość, dość!
- T… - od dawna nieużywany głos uwiązł mu w gardle. Odchrząknął, przełyk zapiekł jak sypany piachem.
- Turkawie Skrzydło?
- Tak? - rozległo się gdzieś z kąta.
Milczał chwilę, zbierając się w sobie.
- Daj mi cis.
Zapadła cisza.
- Pająki zasnuły ci mózg? - prychnęła. - Oczywiście, że nie dam! Nieźle cię urządziły, ale nie przesadzaj. Rany goją się coraz lepiej, jeszcze parę dni i będziesz mógł się podnieść. Na moje już możesz próbować, ale powoli…
- Niektóre rany się nie zagoją - szept pełen goryczy przerwał jej wywód.
Niebieskie oczy spojrzały na niego badawczo, jakby czegoś szukając.
- Wiem.
Wezbrał w nim żal i rozgoryczenie. Nie miała pojęcia. Nie tonęła w szarości.
- Nic nie wiesz - warknął. - Gdybym wtedy nie posłuchał Borsuczej Gwiazdy i zabił to Lisie Łajno, raz na zawsze… Chciałem naprawić swój błąd, tak bardzo chciałem! - Pozwolił emocjom płynąć, przetaczać się przez niego jak wezbrana rzeka po usunięciu tamy. - Los postawił na mojej drodze kotkę, właśnie ją. Od początku wiedziałem, że to ona. Ale klan był ważniejszy, plan był ważniejszy, ja… - głos mu się załamał. Chwilę walczył z łzami dławiącymi gardło, wziął głęboki wdech. - Ona… Ona chyba nawet coś do mnie czuła. A ja zamiast ją wesprzeć… Wykorzystałem ją. Nakłoniłem, żeby zaprowadziła mnie do obozu. I gdyby nie jej siostra… - zamilkł, próbując uspokoić oddech. - Byłem zdesperowany, plan, plan musiał się udać, Lis musiał zginąć, ale nie chciała, nie pozwalała mnie zaprowadzić, ja zrozumiałem, wiedziałem że zaraz zginę i powiedziałem jej - słowa płynęły z jego pyska wartkim strumieniem - powiedziałem, że ja wcale… Że ja nigdy… Skłamałem! Skłamałem, że nic dla mnie nie znaczyła, żeby szybciej zapomniała, a teraz żyję! Żyję, a ona mnie nienawidzi! - ostatnie słowa niemal wykrzyczał. Przeszedł go dreszcz, tłumione od długiego czasu emocje wróciły ze zwielokrotnioną siłą. Obrazy pociągały za sobą kolejne, wywołując reakcje, silniejsze i silniejsze, sprawiając, że jego pysk wykrzywił się w paskudnym grymasie, a z gardła wydobył się szloch. Poczuł, że medyczka go przytula. Płakał, zatopiony przez ocean emocji, wylewający się z niego przez oczy, pozbywał się wściekłości, rozpaczy, rozgoryczenia, bezsilności, nienawiści i pogardy do samego siebie, poczucia bezcelowości i bezsensu, apatia ustępowała miejsca całej palecie uczuć, które postanowiły ujawnić się wszystkie naraz.
- Chcę umrzeć. - Spojrzał prosto w niebieskie oczy medyczki, szukając w nich zrozumienia. Nie znalazł - płonęła w nich determinacja.
- Nie możesz. Pomyśl o klanie, o tych wszystkich kotach...
- ...które skrzywdziłem.
- ...które znasz i są twoją rodziną - ciągnęła niezrażona. - Potrzebują cię. Pierzynka, Wróblowy Śpiew, Płomienisty Świt, Błotnista Gwiazda - zmierzyła go spojrzeniem - Cętka. Nie rób jej tego.
- Nie mam tu rodziny. Są tylko koty, które zraniłem.
Widział, jak kręci głową z dezaprobatą.
- Każdy popełnia błędy.
- Ale nikt takie!
- Przypomnij sobie wszystkie dobre chwile. Takie też były, prawda?
Parsknął, nieprzekonany. Westchnął i pokręcił głową.
- Mam dość. Jeśli nie chcesz mi pomóc, po prostu daj mi spokój.
Stała w miejscu, wahając się, widocznie uważała, że mu pomaga, a przynajmniej próbuje. W końcu, widząc jego minę odeszła w drugi kąt legowiska, a on znów został sam. Wlepił wzrok w sufit, czując jak pochłania go szarość...

Od Szyszki

Pokiwała energicznie głową. Nawet nie zamierzała się zastanawiać. Od razu podniosła się na równe łapki, machnięciem ogona zdradzając swoją radość. Po ranach zadanych przez lisa, nie było już śladu. Znowu mogła biegać, skakać, wspinać się na drzewa. Całkowicie zdrowa, wypoczęta kotka, chciała już po prostu opuścić obóz. 
Zadowolona z propozycji Płomykówki, opuściła legowisko uczniów. Delikatny wiatr musnął jej pyszczek, sprawiając, że zmrużyła oczy. Chociaż Pora Nowych Liści już nadeszła, obóz był jeszcze zaśnieżony. Szyszka rozejrzała się. Koty, które nie wybrały się na patrol, dzieliły się językami, lub spały smacznie w cieniu pojedynczych drzew. Przed żłobkiem, trójka kociąt Niezapominajkowego Szlaku, bawiła się w najlepsze. Czarna kotka poświęciła chwilę, by im się przyjrzeć.
Płomykówka, podeszła do niej cicho. 
- Gotowa?
- Jeszcze jak! Czekałam na trening tak dłuuugo.-miauknęła szczęśliwa uczennica. Nie czekając na mentorkę, wybiegła susami z obozu. 
- Nie biegnij tak szybko!-zastrzygła uszami, słysząc głos siostry Czereśni. Mimowolnie zwolniła, pozwalając sobie zaczerpnąć tchu. Gdy tylko Płomykówka ją dogoniła, skierowały się przed siebie.-Co masz ochotę dzisiaj robić? Wyjątkowo pozwolę ci wybrać. 
Szyszka odwzajemniła jej uśmiech. 
- Może po prostu przejdziemy się na obwód?-zaproponowała.-Odnowimy ślady zapachowe, upewnimy się, czy aby na pewno jest bezpiecznie.
- Na pewno jest.-odparła pewnie Płomykówka.-Poza tym, patrol we dwójkę byłby dość nudny, nie uważasz? 
- Z tobą żadna lekcja nie jest nudna, Płomykówko.-miauknęła Szyszka, krocząc u jej boku.-Po drodze możemy coś złapać, albo poćwiczyć. 
Zastępczyni Klanu Lisa zgodziła się bez problemu. Usatysfakcjonowana Szyszka, wyczuliła wszystkie zmysły.

<Ktoś? Coś?>

Od Sokoła CD. Barwinkowej Łapy

― P-przepraszam za spóźnienie ― powiedział Sokół z olbrzymią skruchą. Z wielkim smutkiem pochylił głowę. Gdy Puch westchnęła i odwróciła się, nakazując tym samym aby patrol za nią podążał, Sokół zrobił głupkowatą minę za jej plecami. To wszystko zgrabnie podsumowało.
― Pójdziemy w kierunku rzeki ― zadecydowała szylkretka po krótkiej chwili milczenia.
Był zbyt zajęty, żeby zwrócić na nią uwagę. Zamiast tego skupił się na odgłosach lasu. Mróz nadal trzymał, rzeka pewnie była skuta lodem. Nawet teraz, gdy szedł, zimne resztki śniegu podstępnie kleiły się do jego łap. Uch. Idealny dzień na patrol.
Nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest śledzony. To znaczy, wiedział, że wszyscy pobratymcy spoglądają na niego ze złością, ale to było coś innego. Raz czy dwa zdawało mu się nawet, że mignęła mu przed oczami para niebieskich ślepi. To pewnie przez to, że tak wcześnie wstałem, pomyślał. Mózg mu pewnie nie wypoczął wystarczająco albo coś w ten deseń. Będzie musiał zgłosić Płomykówce przepracowanie.
Zatrzymał się i poczekał, aż pobratymcy go wyprzedzą. Nie, teraz na pewno CZUŁ zapach Klanu Klifu. To nie złudzenie. Naprawdę byli śledzeni. 
Rozejrzał się nerwowo.
― Eee… Chyba słyszałem mysz ― mruknął do Puchu. Szylkretowa wojowniczka spojrzała na niego ze zmęczeniem ― Może uda mi się ją jeszcze złapać.
Puch zmrużyła oczy, ale chyba miała go dość, bo tylko skinęła głową.
Odbiegł kilka metrów i znów poniuchał. Wbił spojrzenie w krzaki, które lekko się poruszyły, zrzucając warstwę śniegu na ziemię. I wtedy wyszedł z nich masywny kocurek o grubych łapkach i czarnej sierści. W jego niebieskich oczętach lśniło strapienie. Węch Sokoła był nieomylny ― malec śmierdział Klanem Klifu.
Przez chwilę stali przed sobą, z półotwartymi pyskami i lekkim zażenowaniem. Sokoła strasznie ciekawiło, co dzieciak tu robił sam. Może Lisia Gwiazda wysłał go na przeszpiegi? Albo sam poszedł? Albo po prostu się zgubił? Albo uciekł? Sokół spojrzał na niego niechętnie. Powinien zawołać patrol, żeby się z nim rozprawił. Naruszanie granic to rzecz niewybaczalna. Ale nie miał na to ochoty. Nie bardzo chciał ranić młodego ucznia. Co nie znaczyło, że mu bezgranicznie ufał.
Kocurek zrobił kilka kroków, ale poślizgnął się na mokrym śniegu. Sokół w ostatniej chwili go przytrzymał i jęknął cicho. Uczeń ważył naprawdę sporo.
― Co ty tu robisz? ― spytał bezgłośnie. ― Szpiegujesz mój klan?

<Barwinkowa Łapo? Przepraszam za jakość tej notki, ale weny brak :V>

04 października 2019

Od Nostalgii

Koteczka niezadowolona z braku uwagi, siedziała naburmuszona w kącie, bijąc ogonem o ziemię. Pomimo że nie przepadała szczególnie za swoimi porywaczami to mogliby jej poświęcić trochę więcej uwagi, a nie kompletnie zlewać jej egzystencję. W żłobku było nudno. Bardzo nudno. Nic tu się nie działo, a pozostałe kociaki były wkurzające. Szczególnie ten łysy szczur zwany Golcem. Kotka wyjątkowo nie znosiła tego wybryku natury. Dlatego też zawsze gdy któreś z rodzeństwa Golca odważyły się do niej, szylkretowa jeżyła się, prychając niezadowolona, byle nie narażać się na jakikolwiek kontakt z tą wyłysiałą mysią strawą. Stąd też gdy brat tego szatańskiego pomiotu Bursztyn podszedł do kotki, Nostalgia postawiła futro, posyłając kocurkowi wściekłe spojrzenie.
— Spadaj na drzewo, mysi bobku — mruknęła szylkretka, mając nadzieję, że ten odejdzie zniechęcony.
— Nie chcesz się z nami pobawić w chowanego? — zapytał Bursztyn z uśmiechem, ignorując wcześniejsze słowa koteczki. 
— Ogłuchłeś, czy co? — spytała nieco zmieszana Nostalgia, wręcz sycząc na potomka Niezapominajkowego Szlaku. — Nie mam zamiaru robić z wami cokolwiek — stwierdziła, wypinając się do niego tyłem. 
Niewzruszony słowami koteczki czarny obszedł ją, by ponownie stanąć pyskiem w pysk z bicolorką. Ta widząc jego upartość westchnęła niezadowolona, choć z drugiej strony cieszyła się trochę, że ktoś w końcu zwrócił na nią uwagę. Dlatego też zamierzała ciągnąć te przedstawienie jak najdłużej się dało.
— No weź — miauknął kocurek wesoło, szturchając delikatnie koteczkę. — Zabawa w chowanego w trójkę to żadna frajda...
Tu akurat Nostalgia wyjątkowo zgadzała się z Bursztynem. Nie było nic gorszego niż zabawa w chowanego w trójkę. Wystarczyło znaleźć jednego kociaka, a już wiadomo było kto wygrał. Jednak nie zamierzała tak otwarcie zgodzić się z nim, w końcu nie może schlebiać jakkolwiek dzieciom jej porywaczy. Więc wywróciła jedynie oczami.
— Powiedzmy, że się zgadzam, ale co będę z tego mieć? — zapytała niechętnie, odwracając łeb od niebieskich ślipi czarnego. 
Zmieszany nieco Bursztyn podrapał się po łebku niepewnie, nie wiedząc co mógłby zaoferować koteczce. W końcu nie posiadali za wiele dóbr materialnych jako kociaki. 
— Eee... — zawiesił się na chwilę czarny, próbując coś wykombinować. — A co powiesz na moją przyjaźń? — zaproponował niepewnie się uśmiechając. 
Nostalgia spojrzała nieco zdziwiona tą propozycją. 
Przyjaźń, że w sensie, że będzie mogła robić z nim co chce, a ten będzie jej wiernie służył? 
I oferował jej to za głupie pobawienie się w chowanego? 
— Dobra — zgodziła się bez zawahania na myśl o swoim własnym przyjacielu. 
Może dzięki posiadaniu przyjaciele uda się jej w końcu uciec z ten zakutej nory? 
Ucieszony jej odpowiedzią kocurek, pobiegł do sióstr, by ogłosić im dobrą nowinę. Agrest posłała jej miły uśmiech, który szylkretka zignorowała, odwracając łeb od tej wesołej rodzinki. Widząc swoje rodzeństwo, podeszła do niego niepewnie. Siedzące niedaleko Muszelka oraz Iskra wydawały się nie porabiać nic ciekawego, więc może też będą chciały się przyłączyć do zabawy? 

<Bursztynie? Agreście? Iskro? Muszelko?>

Od Aroniowej Łapy (Klifowej Łapy) CD Blasku

Aronia zbliżył się niechętnie do żłobka, przygotowując się mentalnie na to co go tam czeka. Nie żeby się bał czy coś, po prostu nie lubił kociąt, a fakt, iż były to kociaki Pstrągowego Pyska wcale mu nie pomagał w wejściu do kociarni. Położył mech przed wejściem i spojrzał niezadowolony na nie. Głupia Oblodzona Sadzawka wymyśliła sobie, że dzisiaj zamiast treningu zajmie się zmianą ściółki we żłobku. Wolałby już wymieniać ją starszym, jednak ci z nieznanych mu powodów rzucili się w wir walki podczas napaści Klanu Klifu i umarli, pozbawiając go możliwości zmieniania im ściółki i nie narażania się na towarzystwo latorośli Pstrągowego Pyska. Pokręcił łbem, nieco zły na siebie, że zachowuje się jakby w jakikolwiek sposób obawiał się potomstwa burej. Stanowczym krokiem wszedł do żłobka z cichą nadzieją, że pociechy karmicielki śpią. Klan Gwiazd najwidoczniej wysłuchał jego prośby, gdyż cztery z pięciu kup futra spały sobie smacznie wtulone w rodzicielkę lub niedaleko niej. Pstrągowy Pysk najwidoczniej też sobie urządziła drzemkę, bowiem nijak zareagowała na odwiedziny Klifowej Łapy. Kocurek już miał wychodzić, gdy zauważył parę niebieskich oczu wpatrujących się w niego bezczelnie. Widząc totalny brak szacunku ze strony tej kupy futra, zawrócił i podszedł do liliowo-kremowej koteczki.
— Co się tak lampisz, co? — mruknął rozczarowany zachowaniem małej i zjeżył się, licząc, że dzięki temu ta kupa futra czegoś się nauczy.
Szylkretka ku jego niezadowoleniu nie zdawała się go przestraszyć. Nie spuściła wzroku, nie położyła uszu, nadal wgapiała się w niego, denerwując jedynie ucznia.
— Bo mam oczy, mysi bobku — odpowiedziała mu z uśmiechem, co jedynie jeszcze bardziej zirytowało kocurka. — Głupi jesteś, czy co?
Aronia, słysząc słowa tego pokurcza, nie krył się ze złością. Rozgoryczony wściekle bił ogonem o ziemie, wpatrując się w tą zarozumiałą kupę futra.
Czy ona w ogóle zdawała sobie sprawę z kim rozmawia? 
Jak wielką i wspaniałą personą obrażała? 
Kocurek westchnął, uświadamiając sobie, że to durne kocie po prostu nie jest świadome jego niesamowitości i nadzwyczajnych czynów, które dokonał dla Klanu Nocy. Musiał oświecić tą biedną i nieco niegrzeczną koteczkę z kim ma do czynienia.
— Kociaku — mruknął niby od niechcenia. — Czy ty wiesz z kim masz zaszczyt rozmawiać?

<Blask?>

02 października 2019

Od Rudka

Im dalej szli, tym szybciej robiło się bardziej mokro. I ciemno. Rudek nie mógł powiedzieć, że przez to czuję się jakoś wybitnie dobrze, jednak nie było też bardzo źle. Było... Optymalnie. Zatrzymał się tak szybko, że rozkojarzony Szakłak wpadł na niego od tyłu. Wojownik syknął, jeżąc sierść na grzbiecie.
- Uważaj młody, co?
- D-dobrze - odparł Szakłak, uważnie przyglądając się otoczeniu. - Gdzie my właściwie jesteśmy?
Rudzik Junior machnął ogonem, wskazując podmokły teren.
- To jest BAGNO.
Zaciekawiony uczeń postąpił kilka kroków do przodu, jednak syn Pszczelego Żądła w porę go zatrzymał.
- Nie podchodź zbyt blisko, bo tam wpadniesz. Słyszałem, że jak już tam wlecisz to nie bardzo masz jak wyjść...
Dojrzał jeszcze przestraszony wzrok Szakłaka, kiedy kocurek posłusznie klapnął na mokrą od rosy trawę.  Zamruczał rozbawiony.
- Masz szczęście że się mnie słuchasz. W końcu jestem najlepszym i najbardziej szanowanym wojownikiem Klanu Lisa.
Wyżej uniósł głowę, tak że delikatne promienie słońca rozświetliły jego biało-rudą sierść.
- Zatem powiedzmy to, czego już się nauczyliśmy.
Szakłak przysiadł obok niego, wybijając nerwowy rytm ogonem.
- Jaki tam jest klan? - dobrotliwie pomógł mu Rudej, wskazując kierunek łapą. Kocurek oblizał wargi.
- Burzy?
- Nocy - poprawił go rudy, przecierając zmęczone oczy. - A tam?
- Burzy - odpowiedział już dużo pewniej uczeń.
- Gratulacje - mruknął wojownik, prostując się gwałtownie. - To teraz przejdziemy do praktyki. Pokaż mi jak polujesz.

<Szakłak? Jestem ciekawa czy odpiszesz, hah (bo on chyba jest moim uczniem, co nie?)>

Od Sroczego Żaru CD Niezapominajkowego Szlaku

Kotka o mało co nie padła, gdy usłyszała słowa przyjaciółki. Podbiegła do niej jak poparzona i zatkała pysk liliowej.
— Skąd to wiesz? — wycedziła Sroczy Żar, nie wsłuchując się wcześniejsze słowa siostry Zlepka.
Zjeżona wpatrywała się z paniką w oczach w Niezapominajkę. Zastanawiała się jakim cudem jej największy sekret został tak prędko odkryty przez córkę Nowiu. W końcu jedyną osobą, która uważała, że ów Zlepiona Łapa był ojcem jej kociąt była Zimorodkowa Pieśń. A ostatnie o co podejrzewałaby pointkę to pogaduszki z siostrą Zlepka. 
— Sroczko — zaczęła liliowa, strącając delikatnie łapkę niebieskiej. — To po prostu widać... — przerwała, widząc przerażony wzrok wojowniczki. 
Sroczy Żar dosłownie zamarła, słysząc słowa kotki.
Jak to widać? 
Przeniosła wzrok załamana na pociechy. Oprócz liliowego kolorku, który równie dobrze mógł wskazywać pokrewieństwo z jej bratem, nie widziała jakiegoś większego podobieństwa. 
Więc skąd Niezapominajkowy Szlak wiedziała? 
Czyżby istniało jakieś podobieństwo pomiędzy kociakami a ich ojcem, którego Sroka nie potrafiła zauważyć?
Wojowniczka poczuła jak łapki zaczęły dziwnie drżeć, a serce szybciej walić, gdy uświadomiła sobie, że jej sekret powoli przestaje być taką wielką tajemnicą. Wzięła głęboki wdech próbując się uspokoić, jednak przyniosło jej to marny efekt. Zamiast poczuć się lepiej wręcz zakręciło się w jej głowie. Sapiąc na swoje łapy, próbowała powoli ustabilizować oddech. Niezapominajka, widząc poddenerwowanie starszej, zbliżyła się do spanikowanej kotki i przytuliła się do niej. Sroczy Żar zdziwiona podniosła łeb i spojrzała na nią pytająco, jednak widząc czuły wzrok wojowniczki, wtuliła się w tylko w miękkie, liliowe futerko. 
— To jak? — zapytała delikatnie, trącając przyjaciółkę z uśmiechem. — Przypilnujesz ją do mnie? 
Sroczy Żar skierowała wzrok na rudo-czarną kupę futra. Nie podobało się jej podobieństwo koteczki do ojca, ale czy miała prawo odmawiać? Poza tym co jeśli młodsza w zemście za jej odmowę rozgadałaby całemu klanowi o jej tajemnicy? Nie mogła na to pozwolić, dlatego też niechętnie skinęła łbem. 
— Tak — wymamrotała cicho, odsuwając się od przyjaciółki i spoglądając z niepokojem na dwukolorową kulkę. 


<Niezapominajkowy Szlaku? Wiewiórko?>



Od Barwinkowej Łapy CD Sokoła

Eskapada Barwinka


Barwinkowa Łapa wędrował leniwie po terenie swojego klanu narzekając na odmarzające łapki. Głupia zima, głupie wszystko. Dobrze chociaż, że dziś wymknął się Księżycowi i może w spokoju pozwiedzać. Nigdy tego nie robił, uznawał nadwyżkę ruchu jako kompletnie zbędną, ale przez treningi Księżyca schudło mu się nieco. Teraz Barwinek potrafił przejść o wiele więcej i zamierzał to wykorzystać.

Jako przykładny leń, nie odwracając się na nic, brnął przed siebie. Piasek ukryty pod śniegiem zamienił się w błoto, dlatego czarny kocurek skręcił w las.

Po długich minutach chodzenia, przez które zdążył nieźle zglodnieć, usłyszał wodę. Poszedł w tamtym kierunku, dostrzegając strumień, który zapewne wpadał do miejsca gdzie zachodzi słońce. Było południe, ani żywej duszy więc uczeń Księżycowego Pyłu złapał niezdarnie, ale jednak niedużą rybę. Wszystkie gdzieś pouciekały, zapewne przez to zimno!

Czarny kocurek dostrzegł na tafli wody zamrożony lód, właściwie cały kawałek przed nim był pokryty lodem, a tylko w niektórych miejscach woda była na tyle silna, by zrobić sobie przepływ. Zjadł małą rybkę, po czym ruszył wzdłuż rzeki. Dotarł aż do wielkiego drzewa, ale takiego naprawdę ogromnego z długimi gałęziami które zamarzły teraz w wodzie. Wszedł pomiędzy nie, a nad jego głową drzewo tworzyło jakby kopułę. Było już ciemno, wręcz zmierzchało, dlatego padnięty uczeń zasnął twardym snem pod Płaczącym Strażnikiem.

Rano następnego dnia, zbudził go szelest, bardzo głodny i nieprzyjemny. Nagle coś stanęło mu na ogon, co było jeszcze mniej miłe.

Podskoczył jak oparzony, wypadajac spomiędzy gęste gałęzie wierzby, odwrócił się, ale nic nie zobaczył. Nagle zza jego pleców wyskoczyła ruda bestia! Barwinek nigdy jeszcze tak się nie bał, cofał się, a gdy wielki lis odsłonił zęby, uczeń Księżycowego Pyłu dał łapy za pas, jednak zbyt późno orientując się, iż jest na pograniczu z rzeką. Wpadł na taflę lodu i sunąc po niej znalazł się na środku rzeki. Dyszał ciężko, było mu zimno, poranne powietrze jest okrutnie chłodne! Nawet jego grube futro nie pomaga.

Lis zawrócił, chowając się pod Płaczącego Strażnika. Barwinek leżał na lodzie, a jego futro przymarzało powoli do tafli. Bał się, że znajdzie go patrol jakiegoś groźnego klanu i zabije. Przecież on jest młody i piękny, nie może już umierać!

Poruszył łapkami, zaczynając powoli taszczyć się w stronę granicy. Po długości myszy usłyszał trzask. Lód przed nim zaczął pękać. Nie spodziewał się czegoś takiego! Natychmiast zmienił kierunek drogi, łapkami próbując dotaszczyć się na drugi brzeg.

Udało mu się, zszedł z wciąż pękającego lodu na brzeg. Położył się na trawie, co on zrobił!? Wstał i nie myśląc o umyciu futerka albo złapaniu czegoś na śniadanie, zaczął szukać drogi powrotnej. Nie znał tych terenów, był słaby z orientacji w terenie. Gdy wylazł na jakąś wyłożoną czymś śmierdzącym drogę, pomyślał, że może to go doprowadzi do jego klanu. Szedł wzdłuż niej, a słońce wschodziło coraz wyżej, jak się domyślał, niedługo jego klan wyśle patrol, oh, oby zauważyli że go nie ma! Może znajdą biednego Barwinka i zaprowadzą do domu.

Po jakimś czasie chodu usłyszał ponownie wodę, na sama myśl jego żołądek ścisnął się. Z ulgą dostrzegł, że ta betonowa droga idzie nad wodą, dlatego gdy ją mijał, pokazał wodzie język, po czym pazurkami otarł o bok mostu. Z niedaleka słyszał jakiś szum lub warkot, a po chwili ogromny potwór zza jego pleców zaczął pędzić prosto na niego!

Czarny kocurek ruszył biegiem, kląc w myśląch olewanie treningów. Nigdy nie biegł tak szybko, a gdy most się skończył rzucił się na pokrytą śniegiem trawę, a potwór minął go jadąc dalej, zostawiając za sobą okrutny smród. Teraz Barwinkowa Łapa był i brudny i wystraszony, głodny przede wszystkim i zdenerwowany. Znajdzie jakiegoś kota i powie mu, żeby go zaprowadził do domu, s nosie ma konsekwencje!

Jak sobie obmyślał, tak zrobił idąc tropem jakiś kotów, usłyszał nagle głosy. Dookoła pachniało bagnami, dlatego skrył się pomiędzy krzewami. Co prawda, jego futro mogło odstawać swoją barwą, ale gęste gałęzie pomagały mu w kamuflażu.

- P-przepraszam za spóźnienie! - Jakiś srebrny kocur powiedział do innych kotów. Byli dobry kawałek od niego, w dodatku nie było wiatru, dlatego Barwinek miał nadzieję, iż go nie wyczują.

Po cichu obserwował ich poczynania, zastanawiając się na ile będą przychylni, by pomóc zagubionemu uczniowi.

<Sokole? Wybacz że teraz dopiero ale nie wiedziałam za bardzo jak go tam przetransportować, a teraz się udało:> >








Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Plusku) CD. Klifowej Łapy

— T-tak — wyjąkał po chwili ciszy. W rzeczywistości wcale tak nie było, kocur bowiem wręcz nienawidził wojen, jak i opowieści o nich. Do tego ciekawe, czy ci liderzy faktycznie istnieli i historia wydarzyła się naprawdę, czy Aroniowa Łapa wymyślił ją na poczekaniu lub usłyszał jako kociak. O tym jednak point zbytnio nie myślał. Bardziej zadziwiał go fakt, że taki maruda i postrach lubił opowiadać! Sama opowiastka jednak nie zachwyciła słuchacza, wręcz przeciwnie, przeraziła. Ta cała Malinowa Gwiazda zaatakowała i zabiła inną liderkę tylko dlatego, że tamta odmówiła jej pomocy? Ale przecież każdy popełnia błędy, to nie powód, żeby dopuszczać się takich czynów! Ta kocica musiała być serio okropna… czy wyznacznikiem tej "zajebistości" było wrogie nastawienie i siła? I dlaczego przywódcy byli takimi brutalami? Nigdy nie podobała mu się wieczna walka o życie, którą tu toczono. Czy naprawdę nie można było połączyć siły i żyć razem, w spokoju? Cicho westchnął.
— No, wiedziałem, że się zachwycisz. W końcu jak można nie podziwiać Klanu Nocy, co nie? — miauknął jego towarzysz, wyszczerzając się.
Syn Marzenki pochylił łeb. A może tam faktycznie żyło się lepiej niż w Klanie Klifu? Może źle się stało, się trafił właśnie pod opiekę wojowników Lisiej Gwiazdy? W końcu to oni zaatakowali klan Żwirowej Gwiazdy, a nie ona ich! Chciał powiedzieć coś jeszcze, gdy nagle do uszu dobiegło znajome nawoływanie Sroczego Żaru.
— Łabędzia Łapo! Łabędzia Łapo! Gdzie ta łamaga znowu się podziała?! Miał wrócić do pory szczytowania słońca!
U p s. Faktycznie słońce wisiało już wysoko. Nawet nie zauważył, że czas tak szybko upłynął. Pośpiesznie odwrócił się w stronę kamienia, lecz pomarańczowookiego już tam nie było. Zdołał jedynie ujrzeć przebłyski czarno-białej sierści znikające za drzewami. Cóż, terminator najwyraźniej nie chciał powtarzać sytuacji z ich ostatniego spotkania. Łabądek również nie miał na to najmniejszej ochoty, popędził więc szybko w stronę, z której dolatywał głos, aby jego mentorka nie wyczuła ewentualnej woni wroga pozostawionej przy głazie.

***

Odetchnął głęboko, powoli stąpając po terytorium swojego stada. Robił to tyle razy, a jednak ten jeden był na swój sposób pierwszy i zupełnie inny od pozostałych.
W końcu był to jego pierwszy spacer jako wojownik, jako Łabędzi Plusk. Wciąż ciężko było mu się przyzwyczaić do nowego imienia. Lubił swoje stare i nie widział sensu w tym ciągłym zmienianiu, przecież do końca życia mógłby być po prostu Łabądkiem i też byłoby dobrze! Już dwa razy przyłapał się na tym, że, gdy ktoś zwrócił się do niego właśnie jego wojowniczym mianem, ten totalnie to olewał, ponieważ nie docierało,  że to przecież do niego! Cóż, będzie musiał się przyzwyczaić, lepiej jednak, żeby stało się to jak najszybciej.
Przemierzał swobodnie las iglasty w kierunku, którego nawet on nie znał. Po prostu wędrował, gdzie to go łapy poniosą. Pozwalał wiatru delikatnie rozwiewać swoje krótkie futro, nacieszał się słabymi promieniami słońca. Była tylko jedna rzecz, która niszczyła mu ten przyjemny, aktywny wypoczynek. W końcu był już dorosły! Na każdym kroku musiał pokazywać, jaki to jest silny, dojrzały  i samowystarczalny, a także teraz miał znacznie więcej obowiązków. Ale on nie chciał! Nie chciał podejmować całkowicie własnych decyzji! Tak bardzo pragnął wrócić do czasów, gdy o walecznych, łączących się w grupki przedstawicielach swego gatunku nigdy nie słyszał, gdy był pod surową, aczkolwiek serdeczną opieką Szponu! Gdy miał Miodka, Paprotkę i pozostałych… w TYM czasie jego siostra nie żyła, a burego nie widział, zdawałoby się, od wieków! A może on też był już… trupem? 
Z ponurych rozmyślań wyrwał go dopiero krzyk i coś, co szybko zwaliło go z nóg. Jęknął i zacisnął oczy, naiwnie próbując się uwolnić. Co się działo?
— Wiedziałem,  że jesteś skończonym idiotą, ale żeby tak po prostu wchodzić w głąb terenów Klanu Nocy?!
— C-co? — wyszeptał, nerwowo otwierając ślepia. Istotą, którą go zaatakowała był nikt inny, jak Aroniowa Łapa. Potem szybko się rozejrzał. No nie. Faktycznie znajdował się na tych obcych ziemiach. Nawet nie zorientował się, kiedy przekroczył granice. — P-przepraszam — wydukał. — N-nie za-zauważyłem, że n-nie je-jestem u s-siebie.

<Klifowa Łapo?>

01 października 2019

Od Wilczego Serca

     Mrok. Wpełzający do gardła, dławiący oddech, spływający lepką falą w dół. Rozciągający swoje macki w sięganiu głębiej i głębiej.
Jego serce galopowało. Coś czaiło się w kącie pola widzenia, nieuchwytne i nieuchronne. Uciekał. Biegł, ale za każdym zakrętem wyrastała ściana. Zawracał, czując narastającą panikę i uciekał dalej. To było coraz bliżej. Bliżej.
Potknął się.
Próbował wstać, jego łapy były zbyt ciężkie. Szarpał się, oddychajàc coraz szybciej. Było tu. Tutaj. Czuł. Panika. Panika. Panika.
Tonął. Ból wdzierał się do gardła, płuca paliły żywym ogniem, gdy charczał, walcząc o oddech. Spadał. Nie! Zginie...
     Szarpnął się, gwałtownie odzyskując świadomość. Serce waliło mu jak po długim biegu. Nie zdołał otworzyć oczu, otaczające go głosy zlały się w jedno, zapadł się w czerń, ścigany przez groźny pomruk. Znów uciekał, ścigany przez koszmarne, groteskowe wizje. Groziło mu niebezpieczeństwo, wielkie niebezpieczeństwo...
- Nie! - wychrypiał, nie mogąc dalej biec. - Nie!
- Wilcze Serce!
Wrócił. Chciał otworzyć oczy, ale nie był w stanie. Uniósł łapę by je przetrzeć i aż syknął z bólu.
Zjawił się w jednej chwili. Jakby wrzucono go do z powrotem do do ciała. Zacisnął zęby, powstrzymując napływające do oczu łzy.
Ból był wszechobecny. Jego ciało krzyczało, a on miał ochotę wyć razem z nim.
Ktoś otworzył mu pysk, zakrztusił się i rozkaszlał. Płonął, płonął żywym ogniem.
- To ci pomoże - usłyszał jeszcze, zanim jego świadomość się rozpłynęła wśród oślepiającego cierpienia.

     Otworzył oczy. Chwilę zajęło mu zrozumienie, gdzie się znajdował. Legowisko medyka. Przez uderzenie serca czuł się spokojny. Aż wróciły wspomnienia.
Obrazy cisnęły się przed jego oczy, powodując ból gorszy niż wszystkie rany, które mu zadały.
Dlaczego nie zginął? Dlaczego nie pozwolono mu odejść po tym wszystkim?
Lis żył dalej, a Sroka (przypomniał sobie ciepły blask jej oczu) go nienawidziła. Złamał jej serce. Wykorzystał i złamał jej serce. On, któremu zaufała.
Chciał umrzeć. Nie zważając na to, że ktoś może go usłyszeć, zaczął krzyczeć. Wrzeszczał, uwalniając wściekłość, rezygnację i poczucie beznadziei dopóki nie ochrypł i nie zamienił się w pustą skorupę.
Później zasnął, błagając by się więcej nie obudzić.