- Raz, dwa, trzy, Lisia Menda patrzy! - miauknął, stając na dwóch łapach, przednimi machając w powietrzu. Cała kocia gromadka momentalnie zamarła i utkwiła w nim wzrok. Idealnie.
- Ogon ci drgnął, Skowronek - miauknął, przyglądając się siostrze. - Hmm… - Zrobił krok do przodu, zabawnie przechylając łeb. - A Kolec ruszył łapą!
- Nieprawda! - miauknął kociak, starając się przy tym nie oddychać.
- Prawda, prawda. Lisia Menda cię zje! - Skoczył na niego, przewracając. Momentalnie rzuciła się na nich Borsuk, dołączając do zabawy. Po chwili niemal wszystkie kociaki, łącznie z najmłodszymi, wiły się po mchu, udając prawdziwą, poważną bitwę.
Na drugim końcu legowiska, poraniony Wilcze Serce właśnie zemdlał.
Mimo zapewnień, że nic mu nie jest, trzy wschody słońca później kocur dostał gorączki. Mama zabroniła im go niepokoić i Wróbelek doskonale rozumiał dlaczego.
W jego zapachu czaiło się coś bardzo, bardzo złego.
Zresztą, tatą cały czas ktoś się zajmował. On miał inne zadanie. Tak, jak prosił go tata.
Czasami bał się, że gdy się rano obudzi, taty już nie będzie. Zwijał się wtedy w ciaśniejszy kłębek, pozwalając, by nieodłączny uśmiech na jego pyszczku zastąpiły niewidoczne łzy.
Wujek Igła od dłuższego czasu był wyjątkowo niespokojny. Wróbelek nie wiedział dlaczego, aż przypadkiem nie usłyszał jego rozmowy z mamą.
Zbliżało się zgromadzenie, a na dodatek już prawie nadszedł termin ich mianowania na uczniów. To stało się głównym tematem rozmów, sprzeczek i planów na kolejne wschody słońca.
Aż któregoś z nich, w wejściu do legowiska stanął Ostrokrzewiowy Cierń. Towarzyszyła mu kotka, której Wróbelek nie znał i medyczka, Sosnowy Zagajnik.
Dorośli momentalnie zjeżyli się na ich widok. Gdyby nie ciocia i wujek Leszczynek, wujek Igła na pewno by się na niego rzucił. Mama zresztą też.
- Chcę porozmawiać - miauknął kremowy. Lider już miał mu odpowiedzieć, ale kocur szybko mu przerwał. - Z Wróbelkiem, Borsuk i Skowronek.
- Nawet o tym nie myśl - warknęła Cętkowany Liść.
Iglasta Gwiazda tylko patrzył na niego z nienawiścią w oczach.
- Mamo? - Otarł się o jej bok. - Wujku? Już dobrze, nic nam nie będzie. - Skinął ogonem na rodzeństwo. - Tak? - zwrócił się do syna wujka Igły.
- Przejdźmy się - odparł tamten.
Wszystkie komórki ciała kocurka krzyczały, że to bardzo, bardzo zły pomysł. Spojrzał na leżącego w kącie legowiska tatę.
- Dobrze - miauknął, odwracając się do sióstr. Borsuk miała minę, jakby właśnie wyobrażała sobie Ostrokrzewiowego Ciernia umierającego w najbardziej wymyślny sposób na jaki była w stanie wpaść. Skowronek patrzyła na mamę, niepewna co zrobić. Cętka w końcu ledwo dostrzegalnie kiwnęła głową.
- Jeśli coś im się stanie… - warknęła.
- Jasne. - Uśmiechnął się Ostrokrzewiowy Cierń. Skinął na swoje towarzyszki.
To nie był pierwszy raz, kiedy Wróbelek wyszedł z kociarni, ale i tak przez chwilę czuł się oszołomiony. Dreptał za kremowym jak niedawno narodzone kocię, nie wiedzące o świecie jeszcze nic. Na szczęście na Borsuk zawsze mógł liczyć.
- Jak zabrałeś nas tylko po to, żeby popodziwiać widoczki to ja spływam. Już wolę kisić zadek w żłobku.
Wróbelek uśmiechnął się pod nosem. Taką ją właśnie uwielbiał. (Szczególnie, jak to nie z nim się kłóciła.)
Kremowy się zaśmiał, jednak mniej pewnie niż wcześniej.
- Mam dla was propozycję. Przyszłego wschodu słońca o tej porze, wojownicy i uczniowie Klanu Wilka udadzą się na zgromadzenie. Możecie być jednymi z nich - rzucił lekkim tonem, jakby mimochodem.
- Nie możecie iść bez lidera - wyrwało się buremu.
- Ależ my mamy lidera - miauknął kocur. - Mnie.
Wróbelek aż przystanął, słysząc jego słowa. Nie mogli przecież… Dopóki żył wujek Igła i jego tata, nie mogli wybrać nikogo innego!
- Bzdura - ucięła Borsuk. - Liderem jest wujek Igła, a ty możesz mu co najwyżej łapy lizać.
- Mój… Iglasta Gwiazda był liderem. Już nim nie jest. Wybraliśmy nowego. Zastępcę też - wskazał na idącą kawałek za nimi kotkę, której nie znał.
- Nie macie prawa - miauknął bury. - Dopóki żyje lider…
- Sporo wiecie, jak na kociaki - przerwał mu Ostrokrzew. - Iglasta Gwiazda jest już stary. A wasz ojciec, z tego co widziałem… nie najlepiej się miewa.
Wróbelek odetchnął głębiej, starając się uspokoić. Poczuł, że Skowronek się do niego przytula i uśmiechnął się do niej z wdzięcznością.
- Co proponujesz? - miauknęła Borsuk, zaskakując ich oboje.
Kremowy się uśmiechnął.
- Tak jak mówiłem, możecie pójść na jutrzejsze zgromadzenie. Jako świeżo mianowani uczniowie. Macie już sześć księżyców, dostaniecie swoich własnych mentorów, zamieszkacie w legowisku z resztą uczniów. Będziecie trenować.
- Cena? - Borsuk zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem.
- Praktycznie żadna. Skoro zamieszkacie z innymi uczniami, po prostu… wyniesiecie się ze żłobka.
Borsuk uniosła brwi z niedowierzaniem.
- Taka jest kolej rzeczy. Uczniowie wynoszą się ze żłobka.
W umyśle Wróbelka wszystko nagle wskoczyło na swoje miejsca.
- I nie wracają? - miauknął, patrząc w niebieskie ślepia.
- To twoje słowa - odparł kremowy.
- Nie ma takiej opcji. - W ślepiach burego błyszczał zimny płomień determinacji, zupełnie taki sam jak swego czasu u jego ojca.
- Twój plan ssie - miauknęła jego siostra. - Skąd pomysł, że chcemy zostać uczniami? A może świetnie nam się siedzi w żłobku, co? Zero obowiązków, zero trujących dupę mentorów, tylko święty spokój i zabawy.
- Właśnie. Cały dzień możemy leżeć na posłaniu i nikt nam nie każe biegać, zmieniać mech ani nic - podchwycił Wróbelek.
- Tak - dodała cicho Skowronek. Wróbelek popatrzył na nią z podziwem. Jak na siebie powiedziała naprawdę dużo.
- Jak wolicie - miauknął “lider”. W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie. - Wracajcie do swojego żłobka. Będziecie mieli dużo czasu, żeby się nim nacieszyć. - W jego ślepiach błysnęło coś bardzo niebezpiecznego. - Całe życie. JAZDA! - krzyknął, skacząc do przodu. Kocurek zareagował instynktownie, rzucając się do ucieczki. Z ulgą stwierdził, że jego siostry zrobiły dokładnie to samo.
Serce chciało wyskoczyć mu z piersi. Pazury przecięły powietrze tam, gdzie jeszcze moment temu znajdowała się jego głowa. Przyspieszył, czując jak palą go mięśnie.
Już prawie.
Borsuk pierwsza wpadła do legowiska. Zaraz za nią zniknęła Skowronek. Wejście miał już na wyciągnięcie łapy. Ostatni krok, i… Potknął się, upadając prosto na pysk.
Widział odblask słońca w kłach Ostrokrzewiowego Ciernia, zmierzających prosto w jego stronę. Zamknął ślepia.
Rozległo się wściekłe syknięcie. Otworzył oczy i zobaczył mamę, walczącą z kremowym.
- Do środka, już! - krzyknęła. Niewiele myśląc, podniósł się z ziemi i wskoczył do legowiska. Uderzenie serca później obok niego stała już mama. Jej granatowe ślepia ciskały gromy.
- Ostatni raz pozwoliłam ci na coś takiego - burknęła.
- Jasne, mamo. - Przytulił się do niej czując, jak całe jego ciało drży.
Powoli docierało do niego, co właśnie zrobili.
Postawili się reszcie klanu. Nie mieli teraz szans, na zostanie uczniami. Ba, możliwe, że wszyscy niedługo zginą.
Wróbelek był gotowy zrobić to jeszcze raz.
- Lisi wypierdek - mruknęła pod nosem Borsuk.
Uśmiechnął się do niej szeroko.
- Borsucze łajno.
- M-mysia strawa - dodała Skowronek.
<Ktoś coś?>
Coraz bardziej lubię Wróbelka <3
OdpowiedzUsuń:blush_pigwa:
Usuńeee juz klepnę zawczasu
OdpowiedzUsuń