Dawno, kiedy Trzcinka była jeszcze uczennicą
Kocur na prędce wyjaśnił młodszej koleżance, że bez większych problemów udało mu się załatwić wszystko z obiema kotkami. Na początku oczywiście udał się do Mandarynkowego Pióra, aby móc powiedzieć swojej siostrze, że to właśnie od zastępczyni wyszła owa inicjatywa, a to znaczy, że nie mogłaby się zwyczajnie nie zgodzić na wspólny trening i potyczkę. Samo przekonanie srebrnej nie było ani zbytnio skomplikowane, ani tez całkowicie proste.
— Musiałem chwile podyskutować z twoją ukochaną mentorką, bo początkowo uznała, że chcemy jedynie poobijać się przy rzece, czy coś tego rodzaju, ale kiedy powiedziałem, że równie dobrze mogłaby udać się z nami, że nie mamy do tego żadnych obiekcji, uznała, że to niekoniecznie potrzebne, aby doglądała was aż trójka wojowników. Możliwe, że jedynie wpadnie na momencik upewnić się, że nikogo nie porwał nurt — powiedział spokojnie Żmijowiec, biorąc między słowami niewielkie kęsy leszcza. — Aha, a co do twojej obawy, że nie zgodzi się, abym wziął cie pod moje opiekuńcze skrzydła... Powiedziałem, że Kropiatka jest nieco nieśmiała, a bardzo ceni sobie waszą rosnąca przyjaźń, której moc mogłaby sprawić, że nawet podczas pojedynku ze znacznie silniejszym kocurkiem, byłaby w stanie poczuć się pewniej, wiedząc, że ma na widowni takiego sprzymierzeńca. — Na te słowa Trzcinowa Łapa parsknęła śmiechem.
— To i tak lepiej poszło, niż jakbym ja ją o to poprosiła. Jakby to była moja propozycja... Szkoda gadać! — przyznała szylkretka, przewracając oczami.
— Boś najwidoczniej leń i obibok, a Mandarynkowe Pióro dobrze o tym wie. Mnie ma przykładnego członka klanu i wie, że nigdy nie dałbym wam nic nie robić. — Wypiął pierś i spojrzał na terminatorkę z góry.
— Raczej myśli tak o Wężynowym Splocie, ale jeśli ma ci pomóc myślenie w taki sposób... Kim ja jestem, aby niszczyć twoje złudne wyobrażenia o samym sobie i twojej relacji z Mandarynką. — Wzruszyła ramionami i również wzięła kęs. — A właśnie... — mruknęła z pełnym pyskiem. — A rozmowa z twoją siostrą? Coś mi mówi, że to poszło gorzej.
— Otóż zdziwiłabyś się, ale ja to wszystko sprytnie zaplanowałem i zwyczajnie powiedziałem jej, że to rozkaz zastępczyni.
— Szczwany kłamca! — rzuciła, nie ukrywając złośliwego uśmieszku.
— Kłamstwo nie zawsze jest złe!
— No tak. Jest na pewno dobrze w momencie, w którym chcesz skopać zad innego kota i ośmieszyć jego mentora.
— Musiałem chwile podyskutować z twoją ukochaną mentorką, bo początkowo uznała, że chcemy jedynie poobijać się przy rzece, czy coś tego rodzaju, ale kiedy powiedziałem, że równie dobrze mogłaby udać się z nami, że nie mamy do tego żadnych obiekcji, uznała, że to niekoniecznie potrzebne, aby doglądała was aż trójka wojowników. Możliwe, że jedynie wpadnie na momencik upewnić się, że nikogo nie porwał nurt — powiedział spokojnie Żmijowiec, biorąc między słowami niewielkie kęsy leszcza. — Aha, a co do twojej obawy, że nie zgodzi się, abym wziął cie pod moje opiekuńcze skrzydła... Powiedziałem, że Kropiatka jest nieco nieśmiała, a bardzo ceni sobie waszą rosnąca przyjaźń, której moc mogłaby sprawić, że nawet podczas pojedynku ze znacznie silniejszym kocurkiem, byłaby w stanie poczuć się pewniej, wiedząc, że ma na widowni takiego sprzymierzeńca. — Na te słowa Trzcinowa Łapa parsknęła śmiechem.
— To i tak lepiej poszło, niż jakbym ja ją o to poprosiła. Jakby to była moja propozycja... Szkoda gadać! — przyznała szylkretka, przewracając oczami.
— Boś najwidoczniej leń i obibok, a Mandarynkowe Pióro dobrze o tym wie. Mnie ma przykładnego członka klanu i wie, że nigdy nie dałbym wam nic nie robić. — Wypiął pierś i spojrzał na terminatorkę z góry.
— Raczej myśli tak o Wężynowym Splocie, ale jeśli ma ci pomóc myślenie w taki sposób... Kim ja jestem, aby niszczyć twoje złudne wyobrażenia o samym sobie i twojej relacji z Mandarynką. — Wzruszyła ramionami i również wzięła kęs. — A właśnie... — mruknęła z pełnym pyskiem. — A rozmowa z twoją siostrą? Coś mi mówi, że to poszło gorzej.
— Otóż zdziwiłabyś się, ale ja to wszystko sprytnie zaplanowałem i zwyczajnie powiedziałem jej, że to rozkaz zastępczyni.
— Szczwany kłamca! — rzuciła, nie ukrywając złośliwego uśmieszku.
— Kłamstwo nie zawsze jest złe!
— No tak. Jest na pewno dobrze w momencie, w którym chcesz skopać zad innego kota i ośmieszyć jego mentora.
— Zło to pojęcie względne, moja mała kruszynko. Zrozumiesz, jak będziesz starsza. — Uśmiechnął się słodko i złośliwie poczochrał młodszą po głowie.
— Bierz łapy! — warknęła, ale też widocznie rozbawiona. — Na kiedy to wszystko zorganizowałeś?
— Pojutrze. Chciałem jak najszybciej, ale Wężyna idzie jutro na poranny patrol. Musiałem iść jej na łapę — mruknął, kończąc rybę.
— Nawet lepiej. Mogę się przygotować na oficjalną kompromitację leszcza.
— No i to jest duch walki! — zaśmiał się i powoli wstał, wyginając grzbiet w półksiężyc. — Ja uciekam. Jestem padnięty, a ćwiczymy jutro polowanie, więc chce być w stanie usłyszeć i wyczuć cokolwiek. Dobrej nocy w legowisku uczniów. — Ostatnie słowa powiedział z przekąsem, a Trzcinka pokazała mu język. Kocur odszedł i udał się na upragniony odpoczynek.
— Bierz łapy! — warknęła, ale też widocznie rozbawiona. — Na kiedy to wszystko zorganizowałeś?
— Pojutrze. Chciałem jak najszybciej, ale Wężyna idzie jutro na poranny patrol. Musiałem iść jej na łapę — mruknął, kończąc rybę.
— Nawet lepiej. Mogę się przygotować na oficjalną kompromitację leszcza.
— No i to jest duch walki! — zaśmiał się i powoli wstał, wyginając grzbiet w półksiężyc. — Ja uciekam. Jestem padnięty, a ćwiczymy jutro polowanie, więc chce być w stanie usłyszeć i wyczuć cokolwiek. Dobrej nocy w legowisku uczniów. — Ostatnie słowa powiedział z przekąsem, a Trzcinka pokazała mu język. Kocur odszedł i udał się na upragniony odpoczynek.
* * *
Czy był jakikolwiek piękniejszy smak niż smaku zwycięstwa?
Oczywiście, że nie. Zwłaszcza kiedy zwycięzcą jesteś ty, a przegranym twoje idealne, przykładne rodzeństwo, któremu nigdy nikt nie utarł tego głupiego, wyślinionego nosa. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak to sobie wymarzył i zaplanował wspólnie z Trzcinową Łapą. Całą piątką zgłosili się rano do Mandarynkowego Pióra, aby wiedziała, że wszystko doszło do skutku i nie musi się tego dnia martwić treningiem swojej uczennicy. Powiedzieli, że gdyby miała ich szukać, będą w okolicy lasku za Kolorową Łąką i raczej nie planują zmieniać położenia w trakcie, chyba że nie uda im się nic złapać po samej walce; wtedy pójdą bardziej okrężną drogą do obozu, aby nałapać zwierzyny. Zastępczyni jedynie skinęła głową i odesłała ich ruchem ogona.
Droga minęła spokojnie. Wężynowy Splot rozmawiała głównie ze Zmierzchającą Łapą, a Trzcinowa Łapa plotkowała ze Żmijowcem, czasami podpytując Kropiatkową Łapę o jej opinie na jakiś szczególny temat. Przez większość czasu najmłodsza uczennica jednak była cicho, wpatrując się w pobliskie krzaki, bardziej z ciekawości niż obawy. Atmosfera nie była szczególnie napięta, ale wszyscy wiedzieli, że to nie było zwyczajne, niewinne wyjście na wspólny trening, który miał być z korzyścią dla adeptów wojowniczego życia. Nie. To była cicha wojna, która trwała, od kiedy Wężynka i Żmijowiec wyszli z łona matki, a potem do tej rodzinnej przepychanki dołączyła Trzcinowa Łapa... Zmierzch i Kropiatka byli w tej sytuacji ubezwłasnowolnieni... Każdego szkoda.
Kiedy dotarli, nie czekali długo. Odesłał najmłodszą terminatorkę, aby spróbowała coś upolować w okolicy, kiedy pozostała dwójka przygotowywała się do pierwszego pojedynku. Żmijowiec widział w oczach przyjaciółki, że jest gotowa, jest pewna i nie ugnie się, dopóki uczeń jej siostry nie zostanie zmieszany z błotem. W końcu ruszyli, a sama potyczka nie trwała długo. O ile Zmierzch myślał, że to jedynie zwyczajny sparing, że nie będzie musiał się wysilać tak, jak podczas walki ze swoją nauczycielką... tak się pomylił... Krótkowłosa koteczka musiała przemyśleć każdy możliwy ruch, gdyż jej kolega z legowiska zwyczajnie nie miał szans na wystarczająco prędki i zaplanowany kontratak lub nawet unik. W końcu runął na ziemie, przytrzymywany chudymi, acz wystarczająco wytrenowanymi łapami Trzcinki. Szylkretka stała na nim zwycięsko. Wężynowy Splot zmieszana spojrzała na swojego podopiecznego, to na brata, to na uczennice Mandarynkowego Pióra. Odchrząknęła i pochwaliła ją niepewnie, następnie przekazała kilka wskazówek kocurowi, któremu udało się wyślizgnąć spod łap ciemnookiej. Następnie zawalczył z Kropiatką, która w międzyczasie wróciła z chudą myszką w pysku. Tym razem zwyciężył, ale nikogo to nie zdziwiło. W końcu Trzcinowa Łapa zapytała, czy ma ochotę na dogrywkę... Po chwili milczenia odmówił i skrył pysk, odwracając się. Zakończyli dzień długim polowaniem w lesie.
Oczywiście, że nie. Zwłaszcza kiedy zwycięzcą jesteś ty, a przegranym twoje idealne, przykładne rodzeństwo, któremu nigdy nikt nie utarł tego głupiego, wyślinionego nosa. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak to sobie wymarzył i zaplanował wspólnie z Trzcinową Łapą. Całą piątką zgłosili się rano do Mandarynkowego Pióra, aby wiedziała, że wszystko doszło do skutku i nie musi się tego dnia martwić treningiem swojej uczennicy. Powiedzieli, że gdyby miała ich szukać, będą w okolicy lasku za Kolorową Łąką i raczej nie planują zmieniać położenia w trakcie, chyba że nie uda im się nic złapać po samej walce; wtedy pójdą bardziej okrężną drogą do obozu, aby nałapać zwierzyny. Zastępczyni jedynie skinęła głową i odesłała ich ruchem ogona.
Droga minęła spokojnie. Wężynowy Splot rozmawiała głównie ze Zmierzchającą Łapą, a Trzcinowa Łapa plotkowała ze Żmijowcem, czasami podpytując Kropiatkową Łapę o jej opinie na jakiś szczególny temat. Przez większość czasu najmłodsza uczennica jednak była cicho, wpatrując się w pobliskie krzaki, bardziej z ciekawości niż obawy. Atmosfera nie była szczególnie napięta, ale wszyscy wiedzieli, że to nie było zwyczajne, niewinne wyjście na wspólny trening, który miał być z korzyścią dla adeptów wojowniczego życia. Nie. To była cicha wojna, która trwała, od kiedy Wężynka i Żmijowiec wyszli z łona matki, a potem do tej rodzinnej przepychanki dołączyła Trzcinowa Łapa... Zmierzch i Kropiatka byli w tej sytuacji ubezwłasnowolnieni... Każdego szkoda.
Kiedy dotarli, nie czekali długo. Odesłał najmłodszą terminatorkę, aby spróbowała coś upolować w okolicy, kiedy pozostała dwójka przygotowywała się do pierwszego pojedynku. Żmijowiec widział w oczach przyjaciółki, że jest gotowa, jest pewna i nie ugnie się, dopóki uczeń jej siostry nie zostanie zmieszany z błotem. W końcu ruszyli, a sama potyczka nie trwała długo. O ile Zmierzch myślał, że to jedynie zwyczajny sparing, że nie będzie musiał się wysilać tak, jak podczas walki ze swoją nauczycielką... tak się pomylił... Krótkowłosa koteczka musiała przemyśleć każdy możliwy ruch, gdyż jej kolega z legowiska zwyczajnie nie miał szans na wystarczająco prędki i zaplanowany kontratak lub nawet unik. W końcu runął na ziemie, przytrzymywany chudymi, acz wystarczająco wytrenowanymi łapami Trzcinki. Szylkretka stała na nim zwycięsko. Wężynowy Splot zmieszana spojrzała na swojego podopiecznego, to na brata, to na uczennice Mandarynkowego Pióra. Odchrząknęła i pochwaliła ją niepewnie, następnie przekazała kilka wskazówek kocurowi, któremu udało się wyślizgnąć spod łap ciemnookiej. Następnie zawalczył z Kropiatką, która w międzyczasie wróciła z chudą myszką w pysku. Tym razem zwyciężył, ale nikogo to nie zdziwiło. W końcu Trzcinowa Łapa zapytała, czy ma ochotę na dogrywkę... Po chwili milczenia odmówił i skrył pysk, odwracając się. Zakończyli dzień długim polowaniem w lesie.
— Nie wyglądasz na zadowoloną. Czyżby wizja twojego ucznia, który najwidoczniej nie jest najlepszy, mimo że przecież jest uczony przez najlepszą wojowniczkę w Klanie Nocy, dostającego po zadzie od kogoś innego, tak cię poruszyła? — zapytał Żmijowcowa Wić, podchodząc bliżej do swojej siostry, kiedy byli w mniej więcej połowie drogi do domu. Kotka spojrzała na niego wrogo.
— Z tego, co udało mi się dostrzec, to mój uczeń pokonał twoją uczennicę — mruknęła, nie dając się sprowokować.
— To było do przewidzenia; jest starszy, większy. Moim zdaniem zachował się niezwykle niestosownie, traktując młodszą, mniejszą koleżankę w tak surowy sposób. Mógł zrobić jej krzywdę. — Pysk kocura przybrał szczerze poddenerwowany wyraz. Szylkretka prychnęła urwanym śmiechem.
— To było do przewidzenia; jest starszy, większy. Moim zdaniem zachował się niezwykle niestosownie, traktując młodszą, mniejszą koleżankę w tak surowy sposób. Mógł zrobić jej krzywdę. — Pysk kocura przybrał szczerze poddenerwowany wyraz. Szylkretka prychnęła urwanym śmiechem.
— Bo podczas wojny ktoś potraktuję ją jak płatek kwiatu, z powodu jej postury.
— Nie jesteśmy na wojnie i radze ci nie rzucać takich słów na wiatr. To zły omen.
— Od kiedy jesteś przesądny? Myślałam, że nie wierzysz w takie rzeczy.
— Nie wierzę, ale jaki sens kusić los? — Spojrzał na nią, ale ta nie powiedziała nic więcej. Dodał, więc: — Chciałem, żeby Kropiatkowa Łapa walczyła z Trzcinową Łapą. Ona by wiedziała, że ma być ostrożniejsza.
— Nie wyrywałeś się z tym pomysłem. Nie czytam ci w myślach. Nawet jakbym mogła, nie chciałabym. — Skrzywiła się.
— Nie chce podcinać jej ogona. A teraz ty to zrobiłaś. Przykro jej, że nie wygrała. Powinnaś myśleć o takich rzeczach. — Zostawił ją, przyśpieszając kroku, chcąc dogonić Trzcinową Łapę, która szła z przodu wraz z drugą buraską, wysoko trzymając pysk wypchany piszczkami. Posłał jej oczko, ale nie powiedział nic. I tak nie dałaby rady odpowiedzieć. Trójka w ciszy dotarła do obozu, a Wężyna z uczniem przybyli nieco później, gdyż odbili jeszcze na jedno polowanie.
— Od kiedy jesteś przesądny? Myślałam, że nie wierzysz w takie rzeczy.
— Nie wierzę, ale jaki sens kusić los? — Spojrzał na nią, ale ta nie powiedziała nic więcej. Dodał, więc: — Chciałem, żeby Kropiatkowa Łapa walczyła z Trzcinową Łapą. Ona by wiedziała, że ma być ostrożniejsza.
— Nie wyrywałeś się z tym pomysłem. Nie czytam ci w myślach. Nawet jakbym mogła, nie chciałabym. — Skrzywiła się.
— Nie chce podcinać jej ogona. A teraz ty to zrobiłaś. Przykro jej, że nie wygrała. Powinnaś myśleć o takich rzeczach. — Zostawił ją, przyśpieszając kroku, chcąc dogonić Trzcinową Łapę, która szła z przodu wraz z drugą buraską, wysoko trzymając pysk wypchany piszczkami. Posłał jej oczko, ale nie powiedział nic. I tak nie dałaby rady odpowiedzieć. Trójka w ciszy dotarła do obozu, a Wężyna z uczniem przybyli nieco później, gdyż odbili jeszcze na jedno polowanie.
* * *
Aktualnie
Dawał z siebie wszystko, żeby tylko w jakiś sposób udobruchać Mandarynkową Gwiazdę. Miał dość tej napiętej atmosfery między nimi, która dosłownie nie dawała mu spać, kiedy mrok okrywał obóz. Najgorsze było to, że nie mógł nawet winić samego siebie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby mógł podczas nieprzespanych nocy przeklinać swoją głupotę. Ale nie. Nie uważał, żeby to, co powiedział, było złe czy szkodliwe. Nie uważał nawet, że było uwłaczające dla samej srebrnej kotki. Choć nie powiedziałby tego nigdy na głos... był przekonany, że ta jedynie przesadzała i była przewrażliwiona na temat swojej reputacji. Mimo wszystko nie poddawał się. Chodził na patrole, chodził na łowy, a kiedy ktoś się pochorował lub nie mógł z innych powodów wykonywać swoich obowiązków, wchodził na jego miejsce bez kręcenia nosem. Nie wychylał się, kiedy nie musiał. Nie podnosił wysoko łapy, kiedy szukano zastępstwa, nie próbował biegać przed nosem nowej liderki, tylko żeby zobaczyła, jak ciężko pracuję, aby się jej znów przypodobać. Dopóki nie miał ucznia, nie martwił się tym, kiedy wraca do obozu z polowania. Chciał łapać najwięcej, najczęściej, najlepiej.
Tak właśnie było teraz. Chociaż Pora Zielonych Liści była piękna i słoneczna, tak wieczorami zdarzało się, że chłodny wiatr przedzierał się przez zmoknięte futro, a kiedy dochodził do obozu; cały już drżał. Był głodny i zmęczony, a ryba w jego pysku tylko jeszcze bardziej wykręcała mu pusty żołądek. W końcu wrócił do obozu, gdzie niechlujnie rzucił swoją zdobycz, zabierając z kłody zdecydowanie mniejszego gryzonia. Rozejrzał się po skrytych w półmroku kotach. Zobaczył Trzcinowy Szmer. Od kiedy kotka została wojowniczką, a on zaczął robić wszystko, żeby Mandarynka przestała być na niego kocięco obrażona, nie rozmawiali zbyt wiele. Ba! Nie rozmawiali niemal wcale. Może jedynie na patrolach, kiedy akurat udało im się być na jakimś wspólnie, ale nic więcej.
— Hej — powiedział nonszalancko, siadając obok szylkretki, która już najwidoczniej skończyła jeść kolację.
— No, no... Dobry wieczór. — Spojrzała na niego dość... przenikliwie.
— Mam coś na pysku? Nawet nie zacząłem jeść. — Zmarszczył brwi i przekręcił pysk.
— Tak łazisz po nocach, że słyszałam, że cie posądzają o jakiś dziki, zabroniony romans.
— Phi! Jeśli to Tojad wygaduję takie głupoty, to obiecuję, że drania zamorduje, a ogon podaruję Borówce — warknął.
— Nie... W sumie nikt tak nie mówi, sama to wymyśliłam, a ty jesteś wciąż kocięco o wszystko zazdrosny i wściękły, jeśli chodzi o twoje rodzeństwo, co jest niesamowice przezabawne — przyznała, uderzając się pazurkiem po dolnych zębach. Żmijowiec podniósł obrażony głowę. — Co nie zmienia faktu, że jak będziesz tak dalej robić, to ktoś zacznie tam pod nosem mruczeć.
— Kot się stara, haruje za trzech wojowników, a spotykają go same nieszczęścia i haniebne słowa — oburzył się.
— Od kiedy tak się przejmujesz... czymkolwiek..? — zapytała szczerze zaciekawiona.
— Od kiedy twoja mentorka, nasza szanowna liderka, obraziła się na mnie, bo miałem czelność nie chcieć zabić twojego zdradzieckiego brata w prędkości polującego suma, i zaproponowałem, aby może przepytać go o cokolwiek. Przypomne, że to sama ona poprosiła, abym dowiedział się czegoś o śmierdzi członków rodu... Ale najwidoczniej to ja jestem tym złym. Niech i mnie skażą na egzekucję. Może wtedy mi wybaczy.
Tak właśnie było teraz. Chociaż Pora Zielonych Liści była piękna i słoneczna, tak wieczorami zdarzało się, że chłodny wiatr przedzierał się przez zmoknięte futro, a kiedy dochodził do obozu; cały już drżał. Był głodny i zmęczony, a ryba w jego pysku tylko jeszcze bardziej wykręcała mu pusty żołądek. W końcu wrócił do obozu, gdzie niechlujnie rzucił swoją zdobycz, zabierając z kłody zdecydowanie mniejszego gryzonia. Rozejrzał się po skrytych w półmroku kotach. Zobaczył Trzcinowy Szmer. Od kiedy kotka została wojowniczką, a on zaczął robić wszystko, żeby Mandarynka przestała być na niego kocięco obrażona, nie rozmawiali zbyt wiele. Ba! Nie rozmawiali niemal wcale. Może jedynie na patrolach, kiedy akurat udało im się być na jakimś wspólnie, ale nic więcej.
— Hej — powiedział nonszalancko, siadając obok szylkretki, która już najwidoczniej skończyła jeść kolację.
— No, no... Dobry wieczór. — Spojrzała na niego dość... przenikliwie.
— Mam coś na pysku? Nawet nie zacząłem jeść. — Zmarszczył brwi i przekręcił pysk.
— Tak łazisz po nocach, że słyszałam, że cie posądzają o jakiś dziki, zabroniony romans.
— Phi! Jeśli to Tojad wygaduję takie głupoty, to obiecuję, że drania zamorduje, a ogon podaruję Borówce — warknął.
— Nie... W sumie nikt tak nie mówi, sama to wymyśliłam, a ty jesteś wciąż kocięco o wszystko zazdrosny i wściękły, jeśli chodzi o twoje rodzeństwo, co jest niesamowice przezabawne — przyznała, uderzając się pazurkiem po dolnych zębach. Żmijowiec podniósł obrażony głowę. — Co nie zmienia faktu, że jak będziesz tak dalej robić, to ktoś zacznie tam pod nosem mruczeć.
— Kot się stara, haruje za trzech wojowników, a spotykają go same nieszczęścia i haniebne słowa — oburzył się.
— Od kiedy tak się przejmujesz... czymkolwiek..? — zapytała szczerze zaciekawiona.
— Od kiedy twoja mentorka, nasza szanowna liderka, obraziła się na mnie, bo miałem czelność nie chcieć zabić twojego zdradzieckiego brata w prędkości polującego suma, i zaproponowałem, aby może przepytać go o cokolwiek. Przypomne, że to sama ona poprosiła, abym dowiedział się czegoś o śmierdzi członków rodu... Ale najwidoczniej to ja jestem tym złym. Niech i mnie skażą na egzekucję. Może wtedy mi wybaczy.
<Trzcinka?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz