— Tak. Myśleć — podjął w końcu, biorąc głębszy oddech. — Ja... — zawahał się. — Spłóbować. A-ale... Ale ty obiecać, że ochłonić Jelonek. Jelonek bać się, bo góła to Pan. Tam nie ma Pan? — musiał się upewnić czy nie spotka tam czarnego vana. Obawa tak czy siak pozostawała, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że było to niemożliwe.
— Obiecuję Jelonku, ochronię cię. A o Pana nie musisz się martwić, nie ma go i już ci nie zrobi krzywdy. Masz moje słowo — zapewniła go.
Nieco kamień spadł mu z serca, ale wciąż niepokój go nie opuścił. Czuł się tak, jakby miał wrócić... Dokąd? To było dobre pytanie. Co czekało na niego tam na górze, jak nie Pan? Skarby? Zabawki? Radość i jego ukochany? Zbliżył się do ziemistej ściany i zadarł łeb, by swym jednym okiem spojrzeć w oblicze rudej.
— Chcę... Spłóbować. Wyjść... A-ale — głos mu zadrżał. — Ty musieć dać patyk. Ja złapać, ty wciągnąć. Jak Łóżana Przełęcz zezwolić.
W sumie nawet jeśli by nie pozwoliła, a Lwia Łapa podałaby mu możliwość na oswobodzenie i tak by z tego skorzystał. Myślał długo i podjął decyzję świadomie. Trzeba było zrobić ten krok. Ten praktycznie olbrzymi krok nad przepaścią, która odgraniczała go od świata.
Kotka skinęła łbem, po czym odeszła.
***
Lew wróciła po paru dniach. Słyszał, że nie była sama. Ktoś jej towarzyszył. Ziewnął, bo właśnie się wybudził ze snu. Kic-kic leżał tuż obok niego. Gdy ukochany odchodził, mógł tulić się jedynie do tych twardych kości. Cieszył się jednak, że miał przyjaciela, który przypominał mu o tym co spotkało go w Klanie Wilka.
Ruda zajrzała do niego i wyjaśniła sprawę. Różana Przełęcz zgodziła się spuścić mu kij. Obserwował z szybko łomoczącym sercem jak do dziury spychana jest gałąź przez paru wojowników. Oczy wbiły się w niego. Czekali w gotowości.
Niepewnie zbliżył się do swojej przepustki na wolność, najpierw ją ostrożnie wąchając. Dopiero po chwili, upewniając się, że to nie wymysł jego umysłu, a to się dzieję naprawdę, wbił pazury i postawił pierwszy krok. I kolejny...
Doznanie było takie, jakby zderzył się gwałtownie z wodną tonią. Wyszedł. Wyszedł i ujrzał świat. Nie miał barier, był pusty. Rozglądając się dojrzał niesamowite połacie terenu, żadnych barier, żadnych ścian, tylko czwórka wojowników, Lew oraz Różana Przełęcz wpatrywali się w niego z ciekawością i dozą ostrożności. Kto wie co w końcu zrobi.
Na razie to nie był w stanie oddychać. Nie myślał o zaatakowaniu burzaków. Skulił się, czując się taki mały. Potęga świata go przytłoczyła, była przerażająca. Zaczął szybko łapać oddechy, dygocząc coraz bardziej. To było dla niego za dużo, za dużo! Nie powinien tu być! Nie poderwał się jednak do biegu. To oznaczałoby wpadnięcie głębiej w tą przestrzeń. Natychmiast się cofnął, potykając się w pośpiechu o gałąź, wpadając z powrotem do dziury. Tam dopiero uspokoił swoje serce. Tam poczuł na powrót spokój. Zaczął płakać. Płakał, nie kryjąc się z tym przed innymi. Płakał, bo nie potrafił wyjść z dziury, żyć tak jak dawniej. Mroczna Gwiazda go zepsuł. Nie miał szans powrócić do dawnego życia. To doświadczenie spowodowało w nim ból i tak ogromny żal, że chciał, aby to się skończyło. Tak jak wtedy, gdy leżał w błocie, bez jedzenia, bez wody, licząc na utonięcie w tej brei.
— Jelonku? — usłyszał nad sobą.
Lew wpatrywała się w niego ze zmartwieniem, wahając się nad tym czy do niego zejść.
— J-ja nie mogę... Nie mogę... — miauknął przestraszony. — Stłasznie. Pusto. Stłasznie...
— Nie jest strasznie. Zaufaj mi, Jelonku. Zobacz, ja jestem na górze, inni też są. Jesteśmy bezpieczni i ty też będziesz.
To prawda. Byli tam, byli i nic się im nie działo. To nieco go pocieszyło, ponieważ znów spróbował. Nie bez widocznego trudu. Krzywił się za każdym razem, gdy zbliżał się z powrotem do świata.
Stanął z powrotem na zewnątrz, zachęcany przez Lew do stawiania kolejnych kroków. Jednak zrobił ich tylko dwa, gdy ciężar niebios zaczął przygniatać go do ziemi. Położył się, niezdolny do wstania. Powietrze ponownie uciekło mu z płuc. Dusił się. Nie był w stanie oddychać. Ponownie wpadł w panikę. Zaczął się rozglądać. Szukał sposobu na zmuszenie ciała do zaczerpnięcia powietrza. Nie zdawał sobie sprawy, że oddychał, robił to szybko i płytko. Serce łomotało mu coraz szybciej, tak jakby zaraz miało wyskoczyć mu z piersi, a wzrok rozmazywał od napływu łez.
Lwia Łapa zerknęła na Różana Przełęcz tak jakby chcąc uzyskać od niej niemą zgodę na zbliżenie się do płaczącego kocura. Ta skinięciem głowy pozwoliła jej, w końcu nie raz przekonywała ją, że Jeleni Puch jest niegroźny. Zrobiła krok w stronę starszego, przed którym usiadła uśmiechając się ciepło.
— Spokojnie Jelonku. — Wyciągnęła łapkę w jego stronę, by otrzeć mu łzy z policzka. Czując dotyk skupił się na nim, wlepiając wzrok przestraszonego ślepia w rudą. — Jesteś taki dzielny. Dzielny Jelonek. Zobacz. Jesteś na górze, jesteś cały i zdrowy. A ja jestem obok ciebie. — Uśmiechnęła się. — Możemy się teraz razem pobawić. Słuchaj mnie i rób to co ja. Do przodu prawą łapkę daj...~ — podjęła zachęcająco, prawie że śpiewając, po czym sama wyciągnęła łapę w przód.
Wpatrywał się zdumiony w kończynę uczennicy, czując jak oddech mu wraca. Uniósł łapę i powtórzył za nią ruch. Jej głos koił i odganiał strach. Pokazywała mu, że mógł cieszyć się z kolejnych kroków, niczym kocię, co na powrót uczy się chodzić. I chociaż upokarzała się przed czwórką wojowników i samą liderką, aby mu pomóc zwalczyć stres, to tego nie dostrzegał, zbyt skupiony na zabawie. Krok za krokiem, za melodyjnym głosem, posuwał się powoli naprzód.
— Do przodu lewą łapkę daj — zawtórował jej cicho w którymś momencie, skupiając się na ziemi. Gdy jednak podniósł wzrok, złapała go ponownie słabość. Łapy mu zwiotczały, zadygotał i osunął się z powrotem na ziemię. — Za dużo... Za dużo... — w końcu wysapał. — Za duży świat. Za duży. Jelonek nie da łady. Jelonek tchórz... Jelonek zły, zły zdłajca — załkał po chwili, przypominając sobie wszystkie określenia jakimi zwracał się do niego Pan. — Ja nie zasługiwać na góła. Ja nie wiedzieć gdzie iść. Za duża przestrzeń. Nie mieć ścian — zaczął się jej zwierzać z problemu, którego nie potrafił przezwyciężyć.
<Lew?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz