BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 maja 2020

Od Fasolki

Po dwóch księżycach już przedłużającej się ciąży i ostatecznie trudach porodu, jakie musiała przejść Miedziana Iska, w końcu w obozie Klanu Wilka, w już i tak ciasnym żłóbku, pojawiły się kolejne kocięta. Najnowszy miot Iglastej Gwiazdy aktualnie przypominał przybyszów z obcej planety niżeli koty. Troje maluchów leżała przy brzuchu jasnej kotki, ssąc łapczywie jej mleko - ich pierwszy posiłek. Niewielka liliowa pręgowana pointka leżała najbliżej głowy karmicielki z całego rodzeństwa. Chociaż młoda miała jeszcze zamknięte oczy, a jej uszy były zatkane, to niewielkim noskiem mogła wyczuć najpiękniejszy zapach, jaki znała. Kruszyna wyciągnęła krótkie kończynki przed siebie, przeciągając się z cichym, gardłowym pomrukiem. Na grzbiecie pokrytym delikatnym, świeżo wylizanym futerkiem mogła poczuć wydostający się z czyjegoś nosa ciepły oddech. Oprócz zapachu, innym co poczuła było właśnie to ciepło. Ciepło, które emitowała jej matka - Miedziana Iskra. Nie znała jeszcze jej kojącego spojrzenia czy troskliwego głosu, jej imienia czy wyglądu jej pyska. Nawet koloru futra, w które została przeniesiona po zaczerpnięciu pierwszych oddechów, by skosztować jej mleka. Mała, jeszcze niewiele myśląca istota mogła jedynie nieświadomie na to wszystko czekać. Czekać, aż jej oczy się otworzą na kolory i światło, a uszy na nowe dźwięki. Dziwnym trafem nagle została odepchnięta od źródła pożywienia i przyjemnego ciepła za razem, przez co na jej niewielki pyszczek wpełzł grymas niezadowolenia, a na usta cisnął się pisk, który już po paru uderzeniach serca wydostał się z jej gardła. Co ciekawe, podziałało! Szybko znowu poczuła brakujące jej ciepło i tym razem została ułożona w miększe miejsce. Wraz z temperaturą wyższą niż mchu w jej pobliżu, piski małej Fasolki prawie natychmiast ucichły. Koteczka zaczerpnęła powietrza i zanurkowała w gęstym futrze karmicielki. Wtulona w ciało matki Fasolka czuła się bezpiecznie, a otaczająca ją i jej rodzeństwo miłość, której nie do końca była jeszcze świadoma, wypełniała małą kotkę spokojem.

<Jak ktoś chce to może odpisać, ale z małym kociakiem słabo sie pisze, więc no XD>

Od Piórka

mimo nieobecności, oto krótki one shot, by bombelek mógł zacząć żyć

Minęło kilka godzin, odkąd na świecie pojawił się liliowy point syjamski, z widocznymi tygrysimi pręgami na całym ciele, o wdzięcznym imieniu.
Piórko. Skromne, wdzięczne imię, które nadała mu mama, Miedziana Iskra.
Kociak wstał, starając się ustać w pionie. Myślami skupiał się na drżących łapkach, zamiast na ciepłym mleku, wypitym przed chwilą. Chciał jeszcze raz poczuć wspaniały smak białej cieczy od Miedzi, lecz wolał spróbować postawić pierwsze kroki. Unosił kończyny, raz za razem. Patrzył na ziemię i na pozostawione na niej ślady. Słodkie łapki prześlicznej kotki. Na myśl o swojej urodzie uśmiechnął się. Rozproszyło to jego uwagę, w wyniku czego upadł na ziemię, a liliową sierść pokrył pył.
- Nio ne! Moja penkna selsc - miauknął Piórko, marszcząc brwi. Drobinki pyłu dostały się do nosa kocurka. Kichnął. Chciał, aby mama zlizała swoim delikatnym językiem brud i wyczyściła calutkie futerko. Była za daleko, zajmowała się resztą rodzeństwa. Piórko wydał cichy pisk, czując zalewającą motywację do powrotu. Znalazł w sobie siły, by wstać ponownie. Tym razem nogi odmawiały posłuszeństwa, zginały się raz po raz, przez co liliowy zaliczał mnóstwo upadków. Nie zamierzał się zniechęcić. Coraz większa warstwa pyłu i ziemi pokrywała jego jaśniutką i piękną sierść. Prawdziwej kotce nie wypada chodzić z umorusanym futrem.
Nie poddawał się, z każdym upadkiem i kilkoma krzywo postawionymi krokami zbliżał się do Miedzianej Iskry. Nadzieja na kąpiel nie opuszczała umysłu Piórka, który, z uśmiechem na pyszczku, szedł ku rodzicielce.
Stawiał kroki coraz pewniej. Już nie musiał patrzeć pod łapy. Nogi przestały drżeć. Mama była coraz bliżej i to się liczyło.
Gdy doszedł do Miedzianej Iskry, położył się na ziemi, tuż przy jej brzuchu. Spokojny oddech kotki wywołał radość w Piórku. Doszedł do ukochanej osoby. Wysiłek, który włożył w chodzenie, popłacił. Ciepły język karmicielki przejechał po liliowym futrze kocurka. Syn Iglastej Gwiazdy zamruczał, ciesząc się na myśl o czystym futerku i myciu. Rozciągnął się, chcąc pokazać czujnym, macierzyńskim oczom cały brud na swoim ciele.
- Kocham ce, mamo - miauknął cicho, nieświadom promiennego uśmiechu na pyszczku Miedzianej Iskry.

Od Potrójnej Łapy

*Uwaga! Scena porodowa*

Dzień był spokojny. Od samego rana, kończył segregowanie ziół, których ostatnio mieli na pęczki. Jego wynalazek się sprawdzał znakomicie. W końcu medycy mogli zająć się czymś pożytecznym, nie chodząc co po chwile po rośliny. Ich zapas powinien starczyć na kilka księżyców.
- Potrójna Łapo, Strzyżykowa Łapo! - Usłyszał wołanie Sosnowego Zagajnika.
- Co jest? - Spojrzał na wejście, dostrzegając podekscytowaną kotkę.
- Zaczęło się! Miedziana Iskra rodzi! Szybko, szybko, weźcie odpowiednie zioła i chodźcie! 
Strzyżykowa Łapa szybko chwyciła potrzebne rośliny i pobiegła za mentorką. Nie mając wyjścia, pokuśtykał za nimi. Poród? Pierwszy raz będzie przy czymś takim. Świadomość, że zobaczy jak na świat przychodzą kocięta, była nieco dziwna. Pamiętał z wyjaśnień Świetlikowego Skrzydła, że poród polega na wyciąganiu kociąt z wnętrza królowej. Szczegóły wydawały mu się strasznie obrzydliwe. Starsza widząc jego minę zaśmiała się i stwierdziła, że gdy nadejdzie ten moment, zapamięta go chyba do końca życia. A nadszedł on teraz. Mniej więcej wiedział czego się spodziewać, więc nie denerwował się zbytnio. Wszedł do żłobka, który został odgrodzony od ciekawskich gapiów, zwłaszcza kociąt. Już na powitanie do uszu dobiegł go krzyk Miedzianej Iskry. No cóż... Musiało boleć, skoro rodziła kociaki, które narobią jej mnóstwa problemów. 
- AAA!
Chciał już skomentować i rzucić, aby się zamknęła, bo uszy więdną, ale w porę się powstrzymał. W końcu Miedziana Iskra była jego przyjaciółką. Tak nie wypada. 
- Teraz uważnie patrzcie co robię - Sosnowy Zagajnik podała królowej Jagody Jałowca.
Z tego co wiedział, łagodziły ból brzucha, dodawały sił, uspokajały i pomagały podczas problemów z oddychaniem. Idealny wybór, ponieważ kotka, łapała tak chaotyczne wdechy, że wydawało się, jakby zaraz miała tutaj zemdleć. Następna czynność była już nieco obrzydliwsza. Krzywiąc nos, obserwował narodziny pierwszego malca. Był w jakiejś błonie, która pękła, kiedy medyczka dotknęła jej pazurem, wypuszczając tym sposobem młode na świat. A smród... Obrzydliwe. Sosnowy Zagajnik szybko zaczęła wylizywać kocię, pobudzając je do życia. 
- Liżcie go - Podała kociaka uczniom. 
Z bólem serca, zaczął wylizywać nowo narodzonego wujka lub ciocię z tego całego szlamu i śluzu. Czuł jak żółć zbiera mu się w gardle. Obrzydliwe. Zaraz sam tu padnie. Chyba od teraz jak będzie widział kocięta dziadka, będzie miał przed oczami tą scenę. Chwilę potem Miedziana Iskra "wypluła" kolejną kulkę. Strzyżykowa Łapa szybko się nią zajęła, nawet nie narzekając na to wszystko. Zaimponowało mu to, dając siłę, aby odsunąć obrzydzenie w kąt. Nie mogła być lepsza od niego! Również musiał pokazać, że to dla niego nic! Ale... To było takie ohydne. W końcu jego kulka, zaczęła wydawać stłumione piski. To był chyba dobry znak? Spojrzał pytająco na mentorkę, która wskazała ogonem na brzuch Miedzi. Szybko załapał, że chodziło jej o to, aby nakarmić dziecko. Podstawił malucha pod brzuch kotki i obserwował jak to ślepe, nieporadne kocię z niezwykłą precyzją, odnajduję mleko. Niebywałe! Spojrzał jak radzi sobie Strzyżykowa Łapa. Jej kulka również zaczęła się ruszać i piszczeć, dwójka? A nie... Jeszcze trzeci. Dopiero teraz zauważył jak medyczka czyści ostatnie młode. 
- Gratulację, Miedziana Iskro! Masz trójkę silnych kociąt. Jeden kocurek i dwie kotki. Gratulację - powiedziała medyczka. - Teraz odpocznij.
Młoda mama uśmiechnęła się, przyglądając się swoim pociechą. 
- Co należy później zrobić, uczniowie? - Sosnowy Zagajnik zwróciła się do swoich podopiecznych. 
- Myślę, że jak już zbierze siły, można dać jej liście ogórecznika na lepszą produkcję mleka. - powiedział Potrójna Łapa.
- Dobrze. Wspaniale się spisaliście. Wracajmy do legowiska. Gdyby coś się działo, wołajcie nas - zwróciła się do karmicielek, które właśnie zaglądały do żłobka, aby pogratulować świeżo upieczonej mamie. 
- Gratulację - rzucił na odchodne do Miedzi, szybko opuszczając żłobek. 
Musiał czym prędzej odkazić język od... od tego obrzydliwego smaku... 

Od Łabędziego Plusku CD. Tańczącej Pieśni

Łabędzi Plusk szedł mozolnym krokiem wraz z resztą drużyny wyznaczonej na patrol, starając się unikać ich wszystkich jak tylko się da. Lepiej trafić chyba nie mógł. Żywiczna Mordka, który po ostatnim zgromadzeniu unikał go jak ognia i wystarczyło, żeby ich spojrzenia się spotkały a wojownik niemal zaczynał się trząść ze strachu, Żmijowy Płacz, irytująca córka lidera oraz Tańcząca Pieśń, specyficzna ślepa wojowniczka, z którą nie miał jeszcze okazji pomówić. Plus był przynajmniej taki, że żaden z tych towarzyszy nie palił się do rozmowy.
— My z Łabędzim Pluskiem pójdziemy sprawdzić poziom wody w strumieniu — rzuciła nagle starsza z kocic, wyrywając kocura z zamyślenia.
Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Czemu akurat on? I czemu wojowniczka nagle objęła kontrolę nad patrolem, chyba nie została do tego wybrana? Nie skomentował jednak. Po prostu podążył za Tańczącą Pieśnią, włócząc łapami po ziemi. Najchętniej wtulił by się teraz w mech w własnym legowisku, napchał nim sobie uszy, żeby nic nie słyszeć i zasnął jak nigdy.
Dojście do strumienia nie zajęło im dużo czasu, bo już teraz znajdowali się blisko granicy z Klanem Wilka. Kotka przystanęła na brzegu i w nieco zabawny sposób wyciągnęła szyję, najwyraźniej mając zamiar w ten sposób sprawdzić poziom wody. Przykucnęła. Łabędzi Plusk uświadamiając sobie, że ta i tak nic nie zauważy, podszedł bliżej. Tak jak podejrzewał, poziom wody był taki jak zwykle, a nawet mniejszy niż zawsze, w każdym razie nikomu nie zagrażający. Wojowniczka zanurzyła łapę w wartkim nurcie, jakby wciąż na upartego próbowała jakoś sprawdzić stan wody.
— No, to ten… — mruknęła, wbijając niewidzące ślepia w wodę.
Nie odpowiedział, a jedynie również przykucnął. Od cieczy biła przyjemna chłodna bryza.  Ale strumień… rzeka… ryby… brrrrr. Chyba nie do końca chciał tutaj być.
— Kiepsko to widzę — zażartowała po czasie, a kocurowi zajęło dłuższą chwilę, żeby zrozumieć, o co jej prawdopodobnie chodziło. Zrozumiał źle.
— B-bywało go-gorzej. T-ten s-strumień i t-tak n-nie j-jest d-du-dużym za-zagrożeniem — stwierdził. Raczej nie bał się chociaż małego podtopienia ze strony tego maciupkiego, płytkiego strumyka. Już bardziej martwiłby się, że góry przy których mają obóz się osuną wprost na nich i przystąpią, niż że to ten strumień im jakkolwiek zagrozi.
— Mhm, zapewne — dostał jedynie w odpowiedzi. Więcej właściwie nie oczekiwał.
Od niechcenia zanurzył łapę w cieczy. Ach, chłodna i przyjemna. I tak jak już zauważył, naprawdę płytka. Bez problemu dosięgnął łapą dna. Obejrzał się na Tańczącą Pieśń, która wciąż w znużeniu wbijała wzrok w strumień. Liczyła na coś? Czekała na coś? Czemu nie zawróciła? Powinni zrobić to już dawno, nie było tu przecież nic wartego uwagi. Pokręcił łbem.
— Ładna pogoda — stwierdziła nagle.
— T-tak — mruknął, kątem oka obrzucając wzrokiem niebo. Słońce dziś przyjemnie grzało, ale nie parzyło. Wyjątkowo, bo ostatnimi czasami potrafiło być nie do zniesienia. — J-jest wy-wyjątkowo przy-przyjemnie.
— A musisz się tak jąkać przy każdym słowie? — zapytała bezczelnie.
Zmusił się, by nie warknąć czegoś nieprzyjemnego. A więc tak smarkula postanowiła sobie z nim pogrywać. Że to z nią Barwinkowy Podmuch się zaprzyjaźnił? Jakoś słabo to widział.
— T-tak, mu-muszę — burknął, mrużąc oczy.
Wojowniczka przekrzywiła łebek, jak gdyby chciała powiedzieć coś jeszcze. Uderzyła w czuły punkt. Łabędzi Plusk w tym czasie zmuszał się, żeby jeszcze tu usiedzieć. Wyborny patrol, naprawdę.

<Tańcząca?>

Miedziana Iskra urodziła!

Miedziana Iskra urodziła trzy słodkie i małe bombelki!

Piórko

Fasolka

Kaczuszka

Od Bociana (Bocianiej Łapy) CD. Słodkiego Języka

Był tylko jednym z wielu lisiaków, którym cała nowa sytuacja się nie podobała. Narodzili się w większości na wolności, nie znali życia więźniów i zależności od kogoś. Całe to poniżenie, bycie gorszą jednostką, tą, która przegrała pierwszą bitwę, było naprawdę upokarzające. Siedzący z nim jeńcy, którym nie udało się uciec, nie rozumieli, dlaczego spotkał ich taki los. Nie narażali się nikomu, żyjąc w swojej społeczności, zajmując się obowiązkami wojowników. Sytuacja robiła się coraz poważniejsza. Bocian dalej przed oczami miał obraz padających ze zmęczenia pobratymców, oraz rozlanej krwi, która splamiła łapy ich okrutników. Nie umiał pozbyć się widoku zniszczonego obozu i ostatnich rządnych mordu spojrzeń. Niczego nie poprawiał fakt, że trudno będzie im uciec z nowego miejsca zamieszkania, a legowisko które dostali, było zdecydowanie zbyt ciasne.
Ze zirytowaniem spojrzał w stronę Muszelki. Ciągle ryczała, co go wnerwiało. Z resztą nie tylko ona. Nie rozumiał tych łez, wylanych za jakimiś trupami. Nie zwrócą im w ten sposób życia. Jeśli jednak zachowują siłę i determinację, będą gotowi przeciwstawić się wrogowi.
— Bocian, jestem głodny.
Ogon białego instynktownie się poruszył, na głos brata. Jedynego członka jego rodziny, który ani nie zdechł, ani nie zdążył uciec. Wbrew pozorom, to było nawet dobrze, przynajmniej sługa mu się zbytnio nie rozleniwi. Bardziej niż obecnie. Westchnął ciężko. Rozejrzał się jeszcze po ich chwilowym legowisku, upewniając się, że wszyscy niezadowoleni i przerażeni pobratymcy, są na swoich miejscach. Spojrzał na Czaplę, skulonego obok niego na posłaniu. Bocian przeciągnął się, wysuwając przed siebie przednie łapki, zanim usiadł, owijając łapy ogonem.
— I? — prychnął. Instynkt nakazywał mu, że przetrwają tylko najlepsi. Jeśli ten głodny lisi bobek nie potrafił chociaż przez chwilę przestać myśleć o pożywieniu, to widocznie było z nim gorzej, niż podejrzewał od chwili otworzenia przez nich oczu. — Ze swoim tłuszczem, sam byś się na żarcie nadawał, mysi bobku.
Czapla pisnął, przysuwając się bliżej, czym tylko zraził bardziej brata. Biorąc kilka głębokich wdechów i wydechów, opanował się, wracając do swojej chłodnej postawy. Braciszek otworzył pyszczek, chcąc zaprotestować, ale został szybko uciszony. Bocian zatknął mu  mordkę własną łapą. Wlepił czujne zielone ślipia w kotkę, która zaszczyciła ich swoją obecnością w legowisku więźniów. Przyglądając jej się z uwagą, od razu nasunęła mu się myśl, że była jakąś dziwna. Rzucił jej wrogie spojrzenie, prychając pod nosem. Nie tylko z resztą on, nie był zadowolony z wizyty medyczki. Napiął mięśnie, gotowy ją zaatakować, kiedy dotarł do niego nowy pomysł.
— Błagaj o pomoc. — rozkazał bratu, samemu oddalając się o kilka kroków. Miał szczęście, że nie zdążył jeszcze zająć się swoimi ranami i jego biała sierść dalej gdzieniegdzie była zlepiona od krwi. To mogło się przydać.
Czapla zamrugał parokrotnie, nic nie rozumiejąc.
— Ale dobrze się czuję.
— Na bociana, po prostu wołaj, wronia strawo. — mruknął do niego cicho, piorunując go wzrokiem.
Syn Pszczółki nabrał powietrza i słuchając swojego pana, zaczął drżeć się na pół legowiska, wskazując śnieżnobiałego brata pulchną łapką.
— Pomocy! Pomocy!
Bocian miał ochotę uśmiechnąć się szyderczo pod nosem. Nie mógł się teraz jednak zdradzić żadnym takim ruchem. Zaczął kaszleć, chrząkać, wydawać piski, zupełnie jakby się dusił. We wszystkim miał swój cel. Mama uczyła go wiele o ziołach, którymi się interesował. Miał dość dużą wiedzę, by wykraść trochę wilczych jagód i jeśli mu się uda, również innych potrzebnych medykamentów, które da radę rozpoznać po wyglądzie i zapachu. Udając, że się dusi, obserwował, jak medyczka do niego podchodzi.
— Co z nim? — spytała jego brata.
Ptasi móżdżek nawet nie wiedział co odpowiedzieć, więc Bocian wkroczył do akcji, jeszcze głośniej charkając, prawie zmuszając się do wymiotów.
— On umiera? Bocian, nie umieraj! — naiwny Czapla prawdziwie zaczął panikować.
Medyczka Klanu Nocy niewiele czekała. Podeszła bliżej białego, kilkukrotnie klepiąc go po grzbiecie, by wrócił mu oddech. Chociaż przestał udawać i "dusić się", udało mu się opuścić legowisko więźniów, u boku medyczki, pod pretekstem, że powinna go zbadać, żeby nie miał na sumieniu życia lisiaka. Olał podejrzliwe spojrzenia okrutników, zadowolony ze znalezienia się w legowisko medyczki. Intensywna woń ziół, przywiodła mu na myśl mamę i jej pachnące futro, w które lubił się wtulać. Otworzył pyszczek, smakujących tych zapachów. Nie umiał rozpoznać wszystkich z nich, były otóż zbyt dużą mieszaniną. Rozejrzał się po przytulnym wnętrzu.
— Już ci lepiej?
Utkwił spojrzenie zielonych oczu, prosto w czarnej kotce z białym. Prychnął niezadowolony, wracając do poszukiwań wzrokiem odpowiedniego ziela. Wątpił, żeby ta dziwna kotka, okazała się być dla niego zagrożeniem. Nie wyglądała na groźną. Będzie musiał tylko zyskać na czasie.
— Jak widać, lisi bobku. — mruknął.
Westchnienie nowo poznanej, wywołało w nim zainteresowanie. Zdziwił się lekko, jej wzrokiem utkwionym w miejscu, gdzie przetrzymywani wbrew ich woli, byli członkowie Klanu Lisa. Poruszył wąsami.
— Ej, co z tobą?
Trochę musiał poczekać, aż uwaga została na niego zwrócona.
— Znasz Iskrę? — czyżby usłyszał u niej nadzieję? — Nie znalazłam jej wśród was.
Bocian zmrużył oczy. Jakiś nocniak, któremu pozostało sumienie. Nie mógł stracić okazji, by to wykorzystać na jego korzyść. Zastanowił się nad słowami kotki. Imię Iskra wydało mu się znajome. Dopiero po kilku uderzeniach serca, przypomniał sobie Muszelkę, opowiadającą swoim kociakom, o ich odważnej ciotce, oraz Nostalgię, wspominającą jej imię. To była ta kotka, która ich opuściła, w oczach Bociana zdradziła, żeby wyruszyć w podróż. Przekrzywił głowę. Skoro on to wiedział, a medyczka nie, to oznaczało niezłą zabawę w dręczenie uczuć kocicy.
— Oh, Iskra. Nasza mała, kochana Iskra! — aktorsko doprowadził swój głos do smutnego brzmienia. Nie wiedział, czy medyczka jest naiwna, musiał więc dobrze grać. — Była taka młoda, pełna energii, chciała tyle zobaczyć! Biedaczka.
Wstał ze swojego miejsca, podchodząc bliżej Słodkiego Języka.
— Widziałem jak Pstrągowa Gwiazda rozszarpuje jej ciało. Chwyciła je boleśnie, tak długo drapała, gryzła, dręczyła jak zabawkę swoimi pazurami, że Iskra nie wytrzymała. Było dużo krwi. Krzyczała. Tak bardzo cierpiała. Pstrągowa Gwiazda nie dała jej litości, pozbawiła ją życia. Widziałem jak ostatnimi siłami kogoś woła. Nie chciała umierać. — odwrócił głowę, spoglądając na ścianę.


<Słodki Języku?> 

Od Bociana

Uderzył w niego duszący odór. Zakasłał parokrotnie, chcąc pozbyć się rybiej woni, docierającej do niego intensywnie, noszonej również wraz z wiatrem. Syknął zirytowany. Rozglądając się czujnie po obozowisku, nie mógł dojrzeć znajomych sierści pobratymców, mieszających się teraz z tymi należącymi do nocniaków. Sytuacja zrobiła się bardzo poważna. Z początku, gdy minęło zaskoczenie, spodziewał się, że szybko przepędzą intruzów. Członków Klanu Nocy zdawało się jednak przybywać, gdy wpadali do obozu i atakowali lisiaki, bezlitośnie i okrutnie. Bocian miał duże szczęście, że zdążył nauczyć się podstaw walki, która nie była dla niego już taką zagadką. Machnął ogonem ze zdenerwowania. Nie znał powodów tego ataku, ale cokolwiek to było, musieli sobie poradzić.
Biała, wcześniej czysta sierść, pokryta była teraz kropelkami krwi. Rany dawały się mocno we znaki, nie zadał sobie jednak trudu, by na nie spojrzeć. Wykonał szybki unik, unikając łap przeciwnika, mającego na celu zadanie mu bólu. Wysunął pazury, jeżąc jeszcze bardziej sierść. Zamachnął się łapą, z zamiarem uderzenia większego od siebie kocura. Ten jednak przewidział jego ruch. Uniknął jego łapy, doskakując do boku ucznia i wbijając zęby w jedną z jego tylnych łap, zanim ten zdążył zaprotestować. Wydając z siebie bojowe miauknięcie, próbował się odwrócić, rozpoczynając szarpanie. Zębiska nocniaka wbiły się w niego mocno. Przeniósł ciężar ciała na tylne łapki, zamierzając wykonać wyrzucenie łap w tył. Nic go nie rozpraszało. Skupił się tylko na pokonaniu rywala. Poczuł się jak prawdziwy wojownik.
Intruz okazał się silniejszy niż sądził. Nie tak łatwo było go od siebie odepchnąć. Kilka razy udało mu się jednak go uderzyć, co chociaż trochę podbudowało pewność siebie białego. Najgorsze, że czuł się coraz bardziej zmęczony. Głośno by się nigdy do tego nie przyznał, ale walka z prawdziwym przeciwnikiem, a nie mentorką, czy kociakami, zabierała mu siły. W końcu całkowicie obolały, na swoje nieszczęście, dał się przycisnąć do ziemi. Syknął ostrzegawczo i z gniewem, jeszcze próbując się wyszarpać, na darmo. Położył łeb, czując się jak przegrany lisi bobek. Kontem oka dojrzał przywódczynię nocniaków, a przynajmniej to lisie łajno, które wydało rozkaz ataku. Wraz z mniejszą kotką, pokonały Puch, padającą bez życia na brudną ziemię. Obserwował jak z dawniej sprawnej, energicznej zastępczyni, zaczęło uchodzić życie, a jej krew brudzi niewielką trawkę. Westchnął ciężko. Słaba wronia strawa. Jeszcze przez kilkanaście uderzeń serca liczył na to, że coś się wydarzy, co pozwoli im się uwolnić i wrócić do codzienności. Słysząc zawołanie o zakończeniu potyczki poczuł jednak, że to dopiero początek ich walki.
Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Rozwalenie tamy, obserwowanie jak miejsce uważane za dom, zostaje doszczętnie zniszczone, obserwowanie tonącego Brzózki i na samym końcu prowadzenie przez nocniaków w nieznanym kierunku. Czuł się jak jeniec i chyba nim teraz był. Popychany, miał ochotę syczeć z oburzeniem. Zapewne rzuciłby się nie jednemu do gardła, gdyby nie nagłe spotkanie samueli lisa. Znał go. Wojownicy przestrzegali, by uważać na dzikie zwierzę, włóczące się po ich terenach. W żadnym razie nie przypuszczał, że drapieżnik okaże się ich sojusznikiem. Obserwował z satysfakcją, jak Pstrągowa Gwiazda traci życie. Udało się, teraz na pewno nie wstanie, a oni wykorzystają odpowiedni moment. Zastrzygł uszami, na nagłe poruszenie. Odwrócił pysk akurat w momencie, gdy czwórka jego pobratymców, przedarła się ku ucieczce. Widząc wdzięczne spojrzenie matki rzucone w kierunku jakiegoś uczniaka, nie potrafił się nadziwić, że chociaż jedno lisie łajno, potrafi rozsądnie myśleć, z tej jego całej bandy rybojadów.
— Tchórze.
Zmrużył oczy, rzucając zirytowane spojrzenie małemu Koszatkowi, uparcie  trzymanego blisko łap Muszelki. Koniuszek ogona syna Chmurki poruszył się. Bocian wiedział, że jego ojciec stracił życie, domyślał się, podobnie jak ten stary lider i kilku pobratymców. Pochylił się, korzystając z chwilowego zamieszania i wrzasków.
— Nazwij tak jeszcze raz moją matkę, a rozszarpię cię na drobne kawałki. — mruknął w jego stronę. Uniósł łeb, spoglądając w stronę, gdzie odbiegli uciekający. Nie widział ich już na horyzoncie. — Przynajmniej będzie bezpieczna.
Nie bał się. Cokolwiek zgotują im członkowie Klanu Nocy, nie da się tak łatwo pokonać i do końca zachowa te cechy, które czyniły go lisiakiem.

26 maja 2020

Od Jeżowej Ścieżki

Trójka młodych kotów wymknęła się z obozu. Niepostrzeżenie, najciszej jak tylko umieli, zupełnie jakby zabierali się za polowanie. Poza obozem już nie było tak bezpiecznie, a całe terytorium Klanu Burzy, otulone blaskiem nocy, wyglądało tajemniczo i zachęcająco. Rodzeństwo przyspieszyło kroków, prawie biegnąć, żeby dotrzeć na miejsce, przed wschodem słońca.
Jeżowa Ścieżka podniósł wzrok, prosto na gwieździste niebo. Migotały tej nocy tak pięknie, że nie mógł długo oderwać wzroku. Dopiero zdenerwowane chrząknięcie gdzieś obok, wyrwało go z obserwacji. Dogonił idące już o kilka  długości ogona przed nim siostry. Dorosłe kocięta Kucykowego Ogona, przez dłuższy czas szły w ciszy, która została przerwana dopiero wtedy, gdy dotarli do miejsca pochówku ich matki. Kocur i dwie kotki, przysiedli blisko, spuszczając w zamyśleniu łebki. Każdy z nich myślami odpłynął do beztroski, którą przeżywali będąc jeszcze maluchami, wtulonymi w bok Brzozowego Szeptu. Jeżyk kontem oka dojrzał smutek, wymalowany na pyszczkach swoich sióstr. Mu również nie uśmiechało się czuć innych emocji. Liczył, że ten, kto odebrał życie jego mamie, również długo nie popędzie wśród żywych. Wbił pazury w ziemię.
— Myślicie, że spogląda teraz na nas? — miauknęła cicho Rzeczny Nurt.
— Oczywiście. I jeszcze się śmieję, że potrafimy chociaż raz w życiu zachować się cicho. — miauknęła Psiankowa Szyja, próbując jakoś rozluźnić atmosferę, już i tak napiętą. Skinęli jej głowami, nie odpowiadając jednak.  — Jest tą największą gwiazdką.
Jeżyk uniósł pyszczek. Szukał tej gwiazdy, o której mówiła liliowa kotka. Zdawało mu się, że to właśnie ona mignęła najjaśniej, zupełnie jakby była ich zmarłą mamą. Byłaby z nich dumna. Był pewien. Spojrzał na ziemię. Położyli na nim  tylko jeden, samotny kwiat, jej ulubiony rodzaj. Gdyby żyła, byłaby szczęśliwa, że jej dzieci odnalazły swoje ścieżki. Rzeczny Nurt sprawdzała się jako mentorka, Jeżowa Ścieżka jako medyk, Psiankowa Szyja jako wojowniczka i nawet Srebrna Łapa zapewne znalazła swoje przeznaczenie. Brakowało jeszcze, żeby ich rodzina się powiększyła, a był pewien, że i to się wkrótce wydarzy.
— Wracajmy do obozu, robi się zimno. — miauknął z troską do sióstr.
— Jeszcze chwilę. — miauknęły równocześnie.
Odpowiedział współczującym spojrzeniem, które wbił kolejny raz w grób Brzozowego Szeptu. Czy rany w sercu kiedyś się zagoją?

Od Cyprysowej Szyszki CD. Lisiej Gwiazdy

Cyprysowa Szyszka wracała ze spaceru. Powoli szła do przodu myśląc. O wszystkim. O wszystkim i niczym. Widząc wyjątkowo ładną stokrotkę przysiadła przy niej. Spojrzała na nią. Białe płatki. Takie piękne. Szybko zerwała kwiat i wplotła go w swoje futro co zajęło jej dość dużo czasu. W końcu podniosła się na łapy chcąc iść dalej w stronę obozu. Widząc, jednak jak pięknie było znów usiadła wygodnie. Wyciągnęła przed siebie łapy i uśmiechnęła się nieśmiało w stronę zachodzącego słońca, które barwiło niebo na wspaniałe odcienie. Tak idealnie... Zamruczała cicho z radości. Nie miała żadnych zmartwień. Żadnych. Matka i ojciec żywi. Rodzeństwo też, Nocna Puszcza wygnany. A wtedy pomyślała o Tańczącej Pieśni. Bardzo szybko tego pożałowała. Zadrżała lekko czując zimniejszy podmuch wiatru. Postanowiła wrócić do obozu. Wkrótce już szła. Tym razem szybko i energicznie. Poczuła głód. Jeszcze bardziej przyśpieszyła. Zwolniła dopiero w obozie wolnym krokiem podchodząc do stosu zwierzyny. Wszystko dla niej. Wszystko. Wszystko. Uśmiechnęła się delikatnie wyciągając łapę po gołębia. Jego piórka przykuły jej wzrok. W taki sposób ptak miał zostać obiadem Cyprysowej Szyszki. Przysiadła wraz z piszczką. Zaczęła jeść gołębia. Był taki pyszny czy to po prostu przez głód tak wydawało się calico? Zamyśliła się. Odpłynęła w jakiś drugi świat, do którego nikt inny nie miał dostępu. Tonęła w swoich myślach i planach. Z tego świata brutalnie wyrwał ją głos jej ojca. Podskoczyła lekko i przeniosła spojrzenie na rudego kocura.
— Jak minął ci dzień? — zagaił Lisia Gwiazda.
Cyprysowa Szyszka nie wiedziała co odpowiedzieć. Lekko się uśmiechnęła. Poczuła się dobrze z faktem, że nie wszyscy jeszcze o niej zapomnieli.
— Bardzo dobrze. — miauknęła lekko.
Rzuciła spojrzenie na stokrotkę. Ciekawe czy pręgowany to zauważy? Może tak, a może nie? Znów odpłynęła do swojego świata pełnego myśli. Właśnie widziała jak zostaje starszą po wielu księżycach dzielnej służby Klanowi Klifu, gdy usłyszała swoje imię. Czy to jej ojciec mówił coś przed tym, gdy zaczęła myśleć?
— O co chodziło? Nie słuchałam. — powiedziała Cyprysowa Szyszka.

<Lisia Gwiazdo?>

Od Koniczynki CD Jeżowej Ścieżki

Chyba nigdy wcześniej nie czuła takiej złości jak teraz. Już pomijając fakt, iż dała Słonikowi permanentny szlaban na wychodzenie z kociarni i każdą próbę udaremniała już na samym początku, dodatkowo dokładając młodemu jeszcze większą karę, aż ostatecznie srebrny kocurek został uziemiony w legowisku aż do wieku sześciu księżyców i nie było na ten temat dyskusji.
Zaś co do Jeżowej Ścieżki to nawet nie zamierzała go widzieć. Była po prostu wściekła na młodego medyka, który pozwolił jej dziecku i do tego jeszcze Melodyjce iść z nim na zgromadzenie!
- Nie, Słoniku - mruknęła zła, gdy kociak kolejny raz w ciągu piętnastu minut chciał wyjść na zewnątrz. Machnęła niezadowolona ogonem, przyciągając do siebie Mniszka, po czym rozpoczęła mycie córki, która znowu wróciła utetłana w błocie.
- Koniczynko... - usłyszała ciche miauknięcie u progu kociarni. Poruszyła uchem, spoglądając w stronę wejścia, widząc posturę czekoladowego kocura.
- Witaj, Jeżowa Ścieżko - miauknęła oschle, przyglądając się kocurkowi spod przymkniętych powiek. Napięła całe ciało nie za bardzo chcąc rozmawiać z uczeniem Zajęczej Stopy. Kocurek skulił się odruchowo, wypuszczając kwiatek z pyszczka.
— C-chciałem p-przeprosić, K-koniczynko. — wymamrotał, oddychając ciężko.
— Przyjmuję przeprosiny — miauknęła krótko, po czym zażyła ziarna maku, które przyniósł jej czekoladowy.
* * *
Wróciła z treningu, który był dla niej czystą przyjemnością. Tym razem przypominali sobie punkty orientacyjne na terenach klanu burzy oraz część zbadanych sieci tuneli. Uśmiechnęła się łagodnie, wsłuchując się w opowieść Oślego Ucha.
— Oczywiście, że niem Osiołku! — miauknęła rozbawiona, szturchając swojego mentora w bok. Kocur zaśmiał się pod nosem, kontynuując — Nie uwierzę! Musisz mi to pokazać! Jakim cudem zmieściłeś aż dziesięć myszy w mordce? — miauknęła zdziwiona, nastawiając uszu. Jej wąsy zadrżały z podniecenia. Machnęła końcówką ogona, przyśpieszając kroku, podskakując przy tym raz po raz. Kwiatki na jej główce podskakiwały w rytm jej chodu, kilka spadło na ziemię, zawiedziona Koniczynka spoglądała na nie smętnie, jednakże zaraz na jej mordce ponownie pojawiał się uśmiech.
— Dzień dobry, Jeżowa Ścieżko! — zawołała, mijając medyka, który właśnie zbierał nawłoć. Szylkretka widziała jak obok niego leżą jeszcze inne nieznane przez nią zioła. Spojrzała na burego kocura, wymieniając się z nim spojrzeniami. Oboje wiedzieli co robić.
— Pomóc ci? — miauknęli w tym samym czasie.

< Jeżyku? >