BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lipieniek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lipieniek. Pokaż wszystkie posty

31 października 2026

Od Umykającej Łapy CD. Fiołkowej Łapy

Przeszłość

Lipieniek przez chwilę milczał, wpatrując się w Fiołek. Jej słowa sprawiły, że poczuł jeszcze większy mętlik w głowie. Nie rozumiał, dlaczego koty tak kurczowo trzymały się opowieści, które przecież mogły być jedynie wymysłem dawnych pokoleń. Nawet jeśli historia o powstaniu kolorów była prawdziwa, nie oznaczało to, że czekoladowe futro powinno być powodem do pogardy. W końcu jego matka nie zrobiła niczego, czym zasłużyłaby sobie na takie traktowanie.
— Nie sądzę, żeby Gwiezdni się pomylili. Myślę, że to Mandarynkowa Gwiazda jest głupia. I rasistowska! — wyrzucił z siebie, marszcząc pyszczek. Nie przepadał za wypowiadaniem się źle o przywódczyni własnego klanu, ale jeszcze mniej podobało mu się to, co robiła jego rodzinie. — Dlaczego niby mieliby dać mojej mamie złe futro? Przecież nie można dostać złego koloru. To tylko sierść! A jeśli ktoś uważa, że przez nią jest gorsza, to chyba sam ma coś nie tak w głowie.
Machnął ogonem, wyraźnie niezadowolony z całej sytuacji. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Fiołek, podobnie jak wielu innych, w ogóle brała pod uwagę możliwość, że jego mama mogłaby być zła tylko ze względu na swoje umaszczenie.
— I co z tego, że jakiś czekoladowy samotnik zaatakował piastuna? Bure koty też mogą być złe, czarne też, a nikt przecież nie mówi, że wszystkie takie są! — dodał, tym razem nieco spokojniej. — Moja mama jest dobra. Nie musi mieć innego futra, żeby zasługiwać na to, żeby inni ją lubili.
Przez chwilę przyglądał się koleżance, po czym lekko trącił łapką kulkę z mchu, która leżała między nimi.
— A jeśli ktoś naprawdę wierzy w tę legendę, to powinien przynajmniej pomyśleć samodzielnie, zamiast powtarzać wszystko, co usłyszy od starszych.

Teraźniejszość

Umykająca Łapa nie należał do uczniów, którzy szczególnie wyczekiwali treningów. Nie dlatego, że nie chciał zostać wojownikiem. Wręcz przeciwnie, zależało mu na tym coraz bardziej, zwłaszcza kiedy widział, jak kolejne koty otrzymują swoje nowe imiona. Problem polegał na tym, że nauka pod okiem mentora często oznaczała konieczność słuchania poleceń bez zadawania zbędnych pytań. A tego bury kocur wciąż nie potrafił sobie przyswoić.
Tego dnia Kropiatkowa Skórka zabrała go na trening, podczas którego mieli poćwiczyć umiejętności przydatne podczas polowania. Umykająca Łapa szedł obok niej, od czasu do czasu zerkając na mijane krzewy i wypatrując czegoś interesującego. Nie miał jeszcze pojęcia, jakie dokładnie zadanie przygotowała dla niego mentorka, ale liczył, że tym razem nie skończy się na kolejnym wykładzie o konieczności zachowania ciszy.
Gdy dotarli na miejsce, kocur rozejrzał się po okolicy. Właśnie miał zapytać, od czego zaczną, kiedy dostrzegł nadchodzącą z drugiej strony znajomą sylwetkę. Rozpoznał ją niemal od razu, choć przez moment musiał przypomnieć sobie, skąd właściwie ją kojarzył. Fiołkowa Łapa.
Nie widział jej od czasu, gdy oboje byli jeszcze kociętami. Ich ostatnia rozmowa utkwiła mu jednak w pamięci, głównie ze względu na temat, który wtedy poruszyli. Zastanawiał się, czy kotka nadal pamiętała tamtą wymianę zdań i czy w ogóle zmieniła swoje zdanie na temat czekoladowych kotów.
— Fiołek? — odezwał się z wyraźnym zaskoczeniem, unosząc łeb. Zaraz jednak poprawił się, przypominając sobie jej nowe imię. — Znaczy, Fiołkowa Łapo!
Na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Nie spodziewał się spotkać jej akurat podczas treningu, ale nie zamierzał narzekać na takie towarzystwo. Zerknął jeszcze na Kropiatkową Skórkę, próbując domyślić się, czy jego dawna koleżanka miała ćwiczyć razem z nimi.
— Nie wiedziałem, że też dzisiaj trenujesz! — miauknął, wyraźnie zaciekawiony.

<Fiołkowa Łapo?>
[540 słów]

[11%]

28 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Milczka

Zatrzymałem się gwałtownie, kiedy zęby zacisnęły się na moim ogonie. Przez krótką chwilę stałem jak wryty, zaskoczony bardziej samym faktem, że ktoś mnie ugryzł, niż bólem, który przeszedł przez końcówkę ogona. Odwróciłem łeb i zmrużyłem oczy na Milczka. Nie rozumiałem, dlaczego właściwie próbował mnie zatrzymać. Przecież nic złego nie robiłem… chyba. Chciałem tylko wyjść na chwilę poza żłobek i zobaczyć, co dzieje się w obozie. Może znalazłbym gdzieś kolejną ciekawą rzecz tak jak wcześniej tego ślimaka. Albo spotkałbym Wełniankę. Albo Fiołka. Właściwie powodów było mnóstwo.
Wokół nas panował typowy dla poranka gwar. Przez szczeliny pomiędzy wysokimi trzcinami wpadały cienkie smugi światła, przesuwając się po piaszczystym podłożu żłobka wraz z poruszającymi się źdźbłami. Z zewnątrz docierały przytłumione głosy dorosłych, szelest łap przebiegających po wilgotnej ziemi i pojedyncze nawoływania kotów wracających z patroli. Pachniało mokrą trzciną, ziemią i wodą, a gdzieś niedaleko musiał znajdować się brzeg, bo w powietrzu wyczuwałem znajomą, chłodną woń rzeki. Właśnie to wszystko sprawiało, że jeszcze bardziej chciałem się stąd wydostać.
Ogon poruszył mi się nerwowo, gdy spróbowałem go wyswobodzić z pyska Milczka. Nie zamierzałem jednak odgryzać mu się tym samym. Zamiast tego cofnąłem się o krok i usiadłem, spoglądając na niego z wyraźnym niezrozumieniem. Dopiero teraz zauważyłem, że kremowy kocurek wyglądał trochę inaczej niż reszta kociąt. Był cichy. Bardzo cichy. Nie przypominał Wełnianki, która potrafiła mówić bez przerwy, ani Fiołka, która zdawała się mieć energię na wszystko. Milczek sprawiał wrażenie, jakby większość rzeczy obserwował z boku.
— Dlaczego mnie zatrzymałeś? — zapytałem w końcu, przechylając głowę. Zerknąłem za siebie, w stronę wyjścia, a później ponownie na niego. — Chciałem tylko zobaczyć, co jest na zewnątrz.
Przez moment milczałem, po czym moje spojrzenie przesunęło się ku wejściu. Zza trzcin mignął mi fragment jasnego futra któregoś z wojowników. Zaraz potem zniknął, pozostawiając po sobie jedynie szelest roślin. Wstałem ponownie, ale tym razem nie ruszyłem od razu. Coś mi podpowiadało, że skoro Milczek aż ugryzł mnie w ogon, musiał mieć jakiś powód.
— Nie wolno ci wychodzić? — dopytałem, spoglądając na niego uważniej.

<Milczku?>

Od Lipieńka CD. Wełnianki

Przez chwilę tylko patrzyłem na Wełniankę, próbując zrozumieć, jak właściwie odpowiedzieć na jej pytanie. Zmarszczyłem lekko nos, a moje uszy poruszyły się niespokojnie na boki. Wcześniej słuchałem opowieści Złocistego Widlika z zaciekawieniem, ale chyba nigdy nie zastanawiałem się nad nimi aż tak dokładnie. Były dla mnie przede wszystkim historiami. Czymś, co dobrze się słuchało, kiedy siedziało się wygodnie w żłobku, podczas gdy starszy kot opowiadał o dawnych czasach, Klanie Gwiazdy i rzeczach, których sami nie mogliśmy zobaczyć.
Teraz jednak słowa Wełnianki sprawiły, że wszystko zaczęło wydawać mi się odrobinę bardziej skomplikowane. Spojrzałem gdzieś ponad jej głową, jakbym spodziewał się znaleźć odpowiedź przywiązanym do trzcin sufitem albo pośród zabawek wiszących nad naszymi głowami. Skoro każdy kolor miał mieć swojego ptaka, to rzeczywiście… musiało ich być naprawdę dużo. I każdy musiałby wiedzieć, gdzie ma polecieć. No i skąd właściwie ptaki miały wiedzieć, jaki kot powinien zostać przyniesiony?
— Hmm… — mruknąłem przeciągle, siadając wygodniej. Ogon owinąłem sobie wokół łap, a wzrok przeniosłem z powrotem na siostrę. — To chyba oznaczałoby, że każdy z nas ma swojego ptaka.
Zawahałem się, po czym uniosłem jedną łapkę, jakby to miało mi pomóc policzyć wszystko, co właśnie przyszło mi do głowy.
— Tylko… skąd one wiedzą, dokąd lecieć? I dlaczego niektóre koty są takie same, skoro powinny mieć różne ptaki? — Przechyliłem głowę, coraz bardziej marszcząc czoło. — Przecież czasami rodzeństwo ma podobne futro. To wtedy jeden ptak przynosi kilka kociąt? Czy może zabiera je wszystkie naraz?
Na moment wyobraziłem sobie wielkiego ptaka, który próbowałby unieść kilka kociąt jednocześnie. Wąsy zadrżały mi z rozbawienia na samą myśl o tym, chociaż szybko spoważniałem. Coś mi w tej historii zwyczajnie nie pasowało. Nie wiedziałem jeszcze co, ale czułem, że brakowało w niej jakiegoś kawałka.
— A co, jeśli ta historia wcale nie mówi wszystkiego? — zapytałem w końcu ciszej. Spojrzałem na Wełniankę z wyraźnym zaciekawieniem. — Może ptaki to tylko takie wyjaśnienie dla kociąt? Żebyśmy wiedzieli, skąd się bierzemy, zanim będziemy wystarczająco duzi, żeby poznać prawdziwą odpowiedź.
Zamilkłem na chwilę, po czym dodałem, już trochę mniej pewnie:
— Bo gdyby naprawdę przynosiły nas ptaki… to chyba Złocisty Widlik musiałby wiedzieć, który ptak przyniósł mnie.

<Wełnianko?>

17 sierpnia 2026

Od Lipieńka Do Żabiego Oka


Od dłuższej chwili kręciłem się przy obrzeżach obozu, udając, że wcale nie mam zamiaru zrobić niczego, czego nie powinienem. Co chwilę zerkałem przez ramię, sprawdzając, czy przypadkiem ktoś mnie nie obserwuje. Wokół panował zwyczajny, popołudniowy ruch. Wojownicy kręcili się między legowiskami, gdzieś niedaleko rozmawiały starsze koty, a ze żłobka dobiegały od czasu do czasu głosy kociąt. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
To była idealna okazja. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przysunąłem się bliżej trzcinowego przejścia prowadzącego poza obóz. Wysokie źdźbła kołysały się lekko na wietrze, ocierając o siebie i wydając cichy, szeleszczący dźwięk. Przez niewielką szczelinę mogłem zobaczyć fragment świata znajdującego się poza bezpiecznym obozem. Teren wyglądał zupełnie inaczej niż to, co znałem. Pachniał wilgotną ziemią, wodą i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem rozpoznać. Właśnie dlatego tak bardzo chciałem tam zajrzeć.
Postawiłem jedną łapę przed siebie, potem drugą. Brzuch niemal ocierał mi się o ziemię, gdy próbowałem przemknąć pod trzcinami jak najciszej. Serce waliło mi w piersi z podekscytowania. Wiedziałem, że nie powinienem wychodzić poza obóz, a tym bardziej sam, ale przecież nie zamierzałem nigdzie daleko iść. Chciałem tylko zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. Jeszcze kawałek.
Ostrożnie wychyliłem pyszczek poza trzcinową ścianę. Chłodniejszy powiew natychmiast zmierzwił mi futro. Przede mną rozciągał się nieznany teren, a szum wody stawał się wyraźniejszy. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się z zachwytu. Zrobiłem kolejny krok. I wtedy za plecami usłyszałem szelest. Zastygłem.
Uszy momentalnie położyły mi się na boki, a ogon zatrzymał się w pół ruchu. Przez chwilę nawet nie oddychałem, licząc naiwnie, że jeśli się nie poruszę, ktokolwiek za mną stoi, może mnie nie zauważy. Niestety, chyba już było za późno.
Powoli odwróciłem głowę i zobaczyłem Żabie Oko. Wielkie pomarańczowe oczy wojowniczki były skierowane prosto na mnie. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w brzuchu.
— A ty dokąd się wybierasz? — padło pytanie.
Zamrugałem kilka razy, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Spojrzałem na wyjście, potem na Żabie Oko, a następnie znowu na wyjście.
— Ja… tylko… spaceruję — zacząłem niepewnie.
Umilkłem, bo żadna wymówka nie wydawała mi się wystarczająco dobra. Zostałem przyłapany dokładnie w chwili, w której próbowałem wymknąć się z obozu.

<Żabie Oko?>

Od Lipieńka Do Fiołka


Siedziałem przez chwilę przy brzegu żłobka, obserwując Fiołek. Kotka zdecydowanie nie należała do tych kociąt, które potrafiły spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. Jej puchaty ogon co chwilę zamiatał ziemię, a zielone oczy błądziły po obozie, jakby w każdej chwili mogła wypatrzyć coś znacznie ciekawszego ode mnie. W końcu postanowiłem podejść. Może właśnie zabawa pozwoli mi przestać myśleć o pytaniu, które od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie.
— Fiołek! — zawołałem, podbiegając do niej. — Chcesz się pobawić?
Nie czekając długo na odpowiedź, pacnąłem łapą kawałek mchu leżący obok. Kulka potoczyła się po ziemi, zatrzymała na chwilę przy kępie trawy, a ja natychmiast ruszyłem za nią. Kociarnia i jej okolice były dzisiaj wyjątkowo spokojne. Przez trzcinowe ściany przedzierały się smugi światła, a wiatr delikatnie poruszał wysokimi źdźbłami nad naszymi głowami. Co jakiś czas któraś z trzcin uginała się pod ciężarem kropli wody i spadała ona prosto na ziemię, tworząc małe, ciemniejsze plamki w wilgotnym podłożu.
Próbowałem przegonić Fiołek do kulki, ale kotka była szybka. Zanim zdążyłem ją złapać, przemknęła obok mnie i trąciła ją łapą. Zrobiłem gwałtowny zwrot, niemal tracąc równowagę, po czym rzuciłem się za nią.
— Ej! To moja! — zawołałem rozbawiony, choć wcale nie zamierzałem jej odbierać na siłę.
Po chwili oboje tarzaliśmy się przy posłaniu, próbując dosięgnąć mchu. W końcu udało mi się złapać go przednią łapą. Przycisnąłem kulkę do ziemi i spojrzałem na Fiołek z triumfalnym uśmiechem.
— Mam!
Przez chwilę cieszyłem się wygraną, ale zaraz przypomniało mi się coś zupełnie innego. Mój uśmiech trochę przygasł. Wypuściłem kulkę spod łapy i zacząłem ją nieobecnie trącać pazurkiem.
— Fiołek…?
Spojrzałem na nią z pewnym wahaniem.
— Co ty właściwie myślisz o czekoladowych kotach?
Pytanie zabrzmiało chyba dziwnie, bo szybko dodałem:
— Takich… czekoladowych jak moja mama.
Zamilkłem na moment, obserwując jej reakcję. Tym razem nie chciałem mówić jej, co sam myślałem. Chciałem po prostu usłyszeć odpowiedź kogoś w moim wieku.
— Bo jedni mówią, że są gorsi, a inni chyba wcale tak nie uważają. I już sam nie wiem, co jest prawdą.
Przekrzywiłem głowę, czekając na jej odpowiedź, a między nami leżała nieruchomo kulka mchu, chwilowo całkowicie zapomniana.

<Fiołku?>

Od Lipieńka Do Złocistego Widlika

Od kilku chwil kręciłem się w pobliżu Złocistego Widlika, udając, że wcale nie zamierzam do niego podejść. Raz przysiadłem przy wejściu do żłobka, potem podszedłem kawałek, by zaraz zawrócić. Co chwilę zerkałem na piastuna, a kiedy nasze spojrzenia się spotykały, natychmiast odwracałem głowę. Miałem do niego bardzo ważne pytanie, ale im dłużej o nim myślałem, tym trudniej było mi je zadać.
W końcu zebrałem się na odwagę i podreptałem w jego stronę. Usiadłem przed nim, podwijając łapy pod brzuch. Ogon nerwowo zamiatał ziemię, a ja przez kilka uderzeń serca wpatrywałem się w swoje pazurki.
— Złocisty Widliku…? — odezwałem się cicho.
Odczekałem chwilę, zanim zdobyłem się na dalsze słowa.
— Mogę cię o coś zapytać?
Zacisnąłem lekko pyszczek. Wiedziałem, że pytanie może być trochę… niewygodne. Właśnie dlatego tak długo się wahałem. Nie chciałem, żeby mama przypadkiem mnie usłyszała, chociaż przecież nie pytałem o nic złego. Chyba.
Spojrzałem w stronę żłobka. Przez wejście widziałem kawałek jej czekoladowego futra. Znowu przypomniałem sobie te wszystkie spojrzenia, które ostatnio coraz częściej zauważałem. Niektóre koty patrzyły na mamę przez chwilę, inne szybko odwracały wzrok. Nie rozumiałem dlaczego.
— Czy… czekoladowe koty naprawdę są gorsze od innych? — wyrzuciłem z siebie w końcu. Zaraz po tym spuściłem wzrok. Pazurkiem kreśliłem niewielkie kółko w ziemi, zbierając myśli.
— Bo słyszałem kiedyś tę historię o tym, skąd wzięły się różne kolory futra. O Sroczej Gwieździe i tych wszystkich kotach, które powstały z nieba, gwiazd, wody, piasku… i o czekoladowych, które miały powstać z błota.
Zmarszczyłem nos.
— Jeden ze starszych powiedział, że to durnowata legenda, ale potem inni zaczęli mówić o niej tak, jakby była prawdą. I… nie wiem już, co mam myśleć.
Przełknąłem ślinę i znowu zerknąłem na mamę.
— Bo jeśli to prawda… to znaczy, że mama też jest gorsza?
Zawahałem się jeszcze chwilę, po czym dodałem ciszej:
— I czy to, że nie ma jednego ucha, też oznacza, że coś jest z nią nie tak?
Przy ostatnich słowach spuściłem głowę jeszcze niżej. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to tak, jakbym uważał mamę za gorszą. Wręcz przeciwnie. Nie rozumiałem tylko, dlaczego inni tak na nią patrzyli.
— Ja nie uważam, że jest gorsza… — mruknąłem po chwili. — Tylko chcę wiedzieć, czy powinienem tak uważać.

<A ty, Złocisty Widliku? Co uważasz o czekotach?>

Od Lipieńka


Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy dorośli tak dziwnie patrzyli na moją mamę. Z początku myślałem, że po prostu coś ich zainteresowało. Może jej futro? Czekoladowe, miękkie i zawsze trochę potargane, szczególnie w miejscu, gdzie sama nie mogła sięgnąć językiem. A może brak ucha? Dla mnie było to przecież coś zwyczajnego. Odkąd pamiętałem, mama miała tylko jedno ucho i nigdy nie pomyślałem, że przez to wygląda gorzej od innych. Wręcz przeciwnie. Jej sylwetka była dla mnie tak znajoma, że kiedy patrzyłem na inne koty z dwiema uszami, wydawały mi się przez to jakieś dziwne. Dopiero niedawno zacząłem zauważać te spojrzenia. Krótkie, ukradkowe, czasem pełne czegoś, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać. Jedne koty odwracały wzrok, kiedy mama na nie spojrzała, inne przeciwnie — patrzyły na nią zdecydowanie za długo. Czasem szeptały między sobą, a kiedy przechodziłem obok, nagle milkły. Nie lubiłem tego. Nie wiedziałem nawet, dlaczego, ale czułem w brzuchu nieprzyjemne kłucie, ilekroć ktoś tak robił.Któregoś dnia siedziałem przy brzegu obozu, obserwując wodę przesuwającą się leniwie między trzcinami. Słońce odbijało się w jej powierzchni tak mocno, że musiałem mrużyć pomarańczowe oczy. Przypomniało mi się wtedy coś, co opowiadał mi kiedyś jeden ze starszych kotów. Nazwał tę historię legendą, ale powiedział ją takim tonem, jakby była najprawdziwszą rzeczą na świecie. Według niej na początku istniała tylko Wieczna Noc, a z kawałków nieba powstały pierwsze koty. Czarne zrodziły się z czarnego nieba, białe ze Srebrnej Skórki, srebrne i szynszylowe z księżyca oraz gwiazd. Potem pojawiły się kolejne maści, aż w końcu cynamonowe i czekoladowe. I właśnie te ostatnie miały powstać z błota i mułu. Pamiętam, że starszy kot prychnął wtedy i powiedział, że to durnowata opowieść, ale zaraz potem zaczął tłumaczyć, że niektórzy naprawdę wierzą, że przez to czekoladowe koty są gorsze. Że są nieczyste. Że ciągną innych do bagna. Wtedy nie bardzo wiedziałem, co o tym myśleć. Teraz chyba zaczynałem rozumieć.
Spojrzałem na swoje łapy. Były bure, poprzecinane ciemnymi pręgami. Takie same jak u wielu innych kociąt. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po obozie. Widziałem czarne futra, białe, rude, niebieskie, kremowe, srebrne… i czekoladowe. Tylko że nagle dotarło do mnie coś bardzo prostego. Jeśli moja mama miała czekoladowe futro, to przecież nie sprawiało, że była mniej mamą. Nie czyniło jej głupszą, słabszą ani gorszą. To było po prostu jej futro. Tak samo, jak moje pręgi były moje. Tak samo, jak pomarańczowe oczy. Tak samo, jak brak jednego ucha był częścią jej wyglądu.
Właśnie wtedy zobaczyłem ją kawałek dalej. Stała przy wejściu do kociarni i rozmawiała z jednym z dorosłych. Jej czekoladowe futro lśniło delikatnie w słońcu, a pojedyncze ucho poruszyło się, gdy usłyszała coś za sobą. Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, kiedy dostrzegłem kolejne spojrzenie. Ktoś patrzył na nią z ukosa, a potem szybko odwrócił głowę. Zmarszczyłem nosek. Tym razem jednak nie poczułem w sobie tego samego zagubienia co wcześniej. Poczułem złość.
— Przecież ona nic złego nie zrobiła… — mruknąłem pod nosem.
Legenda nagle wydała mi się jeszcze bardziej durnowata niż wtedy, gdy usłyszałem ją po raz pierwszy. Jak można było oceniać kota po tym, z czego rzekomo powstało jego futro? Przecież nikt nie wybierał, czy urodzi się czarny, biały czy czekoladowy. Nikt nie wybierał też, ile będzie miał uszu. Mama nie była błędem. Jej brak ucha nie był czymś, co powinno się przed nią ukrywać albo czego należało się wstydzić. Był czymś, co wyróżniało ją spośród innych. Czymś, co sprawiało, że rozpoznawałem ją nawet z daleka.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo ją lubiłem.
Podniosłem się z ziemi i ruszyłem w jej stronę, zadzierając wysoko ogon. Kiedy znalazłem się przy jej boku, bez zastanowienia wtuliłem się w czekoladowe futro. Mama spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale po chwili pochyliła głowę i polizała mnie między uszami.
— Wszystko w porządku, Lipieńku?
Pokręciłem głową, wciskając pyszczek jeszcze głębiej w jej sierść.
— Tak. Po prostu chciałem być przy tobie.
Nie powiedziałem jej, o czym myślałem. Byłem jeszcze za mały, żeby umieć dobrze ubrać to w słowa. Ale wiedziałem już jedno. Jeśli ktoś kiedyś spojrzy na moją mamę krzywo tylko dlatego, że jest czekoladowa albo ma jedno ucho, to nie będę udawał, że tego nie widzę. Bo dla mnie nie była żadnym błędem, żadną plamą na historii Klanu Nocy ani kotem zrodzonym z jakiegoś przeklętego błota. Była po prostu moją mamą. A to było dla mnie znacznie ważniejsze niż jakakolwiek durnowata legenda.

13 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Zacisnąłem zęby na grubej łodydze jeszcze mocniej, aż poczułem, jak źdźbła łaskoczą mnie po nosie. Roślina ani myślała się poddać. Szarpałem głową na boki, próbując wyrwać ją razem z kawałkiem ziemi, ale zamiast tego moje przednie łapy zaczęły tracić kontakt z podłożem. Najpierw uniosła się jedna, potem druga, a chwilę później poczułem nieprzyjemne łaskotanie w brzuchu, kiedy moje łapy zawisły nad ziemią. Znieruchomiałem. Przez moment nawet nie mrugnąłem, wpatrując się w ziemię znajdującą się pode mną.
— Drzemlik…? — pisnąłem, a moje uszy położyły się płasko na głowie. — Ja chyba… latam.
Nie brzmiało to wcale tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Ogon zjeżył mi się lekko, gdy spróbowałem poruszyć tylnymi łapami. Nic. Tylko kołysałem się na boki, uczepiony zębami tej przeklętej trzciny. W brzuchu poczułem dziwne ściskanie. Z jednej strony było to trochę fascynujące. Byłem wyżej niż wcześniej! Mogłem zobaczyć kawałek obozu ponad niskimi kępami roślin i dostrzec poruszające się w oddali ogony dorosłych kotów. Z drugiej strony wcale nie byłem pewien, jak właściwie wrócić na ziemię.
— Tylko… nie puszczaj mnie — wymamrotałem przez zaciśnięte zęby, chociaż sam nie wiedziałem, czy mówiłem to do Drzemlika, czy do trzciny.
Wiatr prześlizgnął się pomiędzy wysokimi łodygami, wprawiając je w delikatny szelest. Kilka kropel wody, które pozostały na liściach po nocnym deszczu, spadło na moje futro. Jedna trafiła prosto między oczy. Odruchowo zmrużyłem ślepia, a wtedy trzcina przechyliła się jeszcze bardziej.
— AAAAA!
Puściłem ją. Na całe szczęście nie spadłem z dużej wysokości. Wylądowałem na miękkiej, wilgotnej ziemi z głuchym pacnięciem, a chwilę później przewróciłem się na bok. Przez kilka uderzeń serca leżałem bez ruchu, próbując zrozumieć, czy wszystkie moje łapy nadal znajdowały się na swoim miejscu. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się, gdy spojrzałem na swoje łapki. Były. Wszystkie cztery.
— Żyję… — wymruczałem z ogromną ulgą, po czym spojrzałem na Drzemlika. — Koty jednak nie potrafią latać.
Usiadłem, otrzepując z futra drobinki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Dopiero teraz zauważyłem, że kawałek trzciny, który przed chwilą próbowałem wyrwać, nadal leżał obok mnie. Spojrzałem na niego z wyraźnym wyrzutem. To wszystko było jego wina.
— Ale przynajmniej mamy jedzenie dla naszego ślimaka.
Podniosłem głowę, a mój wzrok powędrował w stronę miejsca, w którym zostawiliśmy naszego nowego pupila. Wydawało mi się, że konstrukcja z mchu, kamienia i ściółki była z tej odległości jeszcze mniejsza niż wcześniej. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ślimak nadal tam był. Przecież obiecaliśmy, że się nim zajmiemy.
Ruszyłem więc z powrotem, tym razem zdecydowanie ostrożniej. Stawiałem łapę za łapą, omijając mokre wgłębienia w ziemi i większe kamienie. Obóz z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej niż z kociarni. Wysokie trzciny poruszały się nad naszymi głowami, a pomiędzy nimi co jakiś czas pojawiały się sylwetki dorosłych kotów. Słyszałem ich rozmowy, szelest łap przesuwających się po podłożu oraz pojedyncze miauknięcia dochodzące z różnych stron. Wszystko wydawało się ogromne, a jednocześnie niezwykle interesujące. Kiedy dotarłem do Drzemlika, zerknąłem najpierw na niego, potem na ślimaka.
— Widzisz? — mruknąłem z dumą. — Nie zjadłem ziemi ani nie umarłem.
Po chwili nachyliłem się nad naszym pupilem, sprawdzając, czy nadal siedział na kamieniu. Muszla była wilgotna i błyszczała w świetle słońca, które przedzierało się przez trzcinowe liście. Dotknąłem jej ostrożnie końcem nosa.
— Nadal śpi. — zmarszczyłem nosek.

<Drzemliku? Myślisz, że ślimaki też potrafią latać?>

09 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Nie mogłem oderwać wzroku od dziwnych stworzeń znajdujących się w zagłębieniu ziemi. Woda po nocnym deszczu nadal zalegała w niewielkich dołkach pomiędzy korzeniami i źdźbłami trawy, odbijając fragmenty jasnego nieba. Cały obóz pachniał mokrą ziemią, trzciną i wilgotnym mchem, a chłodne krople wciąż spadały z wyższych liści, rozbijając się o podłoże tuż obok moich łap. Co jakiś czas wiatr poruszał trzcinowymi ścianami obozu, przez co cienkie źdźbła ocierały się o siebie z cichym szelestem. Wysoko nade mną przesuwały się białe chmury, pomiędzy którymi pojawiało się słońce. Jego promienie wpadały do obozu w wąskich smugach i oświetlały mokrą ziemię tak mocno, że przez chwilę musiałem mrużyć oczy.
Jeszcze przed chwilą byłem przekonany, że martwe osy są najciekawszą rzeczą, jaką mogliśmy znaleźć. Teraz jednak coraz bardziej interesował mnie ślimak, którego Drzemlik trzymał przy sobie. Jego duża muszla błyszczała od wilgoci, a cienkie ciało zostawiało za sobą połyskującą ścieżkę. Przybliżyłem pyszczek, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale zaraz odsunąłem się o krok, kiedy poczułem dziwny, mokry zapach. Nie był nieprzyjemny. Był po prostu… inny. Wszystko tutaj pachniało inaczej niż w żłobku, gdzie znałem każdy zapach. Tutaj każdy kawałek ziemi mógł skrywać coś nowego.
— Myślisz, że można go zatrzymać? — zapytałem, patrząc na Drzemlika. — Tego ślimaka, znaczy.
Nie czekając długo na odpowiedź, wyciągnąłem łapkę i ostrożnie dotknąłem muszli. Była chłodna i śliska. Ślimak nawet nie drgnął. Przekrzywiłem głowę, a moje wąsiki poruszyły się lekko. Przez chwilę zastanawiałem się, czy on w ogóle żyje, ale wtedy jego czułki minimalnie się poruszyły. Od razu cofnąłem łapę, a po chwili znowu ją wyciągnąłem, tym razem odrobinę odważniej.
— On chyba jest grzeczny. Nie ucieka.
Rozejrzałem się po obozie, jakbym nagle zobaczył go po raz pierwszy. Z miejsca, w którym staliśmy, mogłem dostrzec fragment kociarni i kilka legowisk ukrytych pomiędzy trzcinami. Dalej kręciły się dorosłe koty. Niektóre niosły coś w pyskach, inne rozmawiały ze sobą, a jeszcze inne po prostu odpoczywały w cieple. Nikt chyba nie zwracał na nas większej uwagi. To dobrze. Nie chciałem, żeby ktoś zabrał naszego ślimaka. Zerknąłem znowu na małe stworzenie i w mojej głowie natychmiast pojawiła się myśl o jego przyszłym domu.
— Możemy mu zrobić dom! — oznajmiłem, podnosząc nieco głos z podekscytowania. — Taki mały. Z mchu. I będziemy go karmić. — Spojrzałem na trawę rosnącą przy brzegu obozu. — Tylko czym?
Zmarszczyłem nosek. To był poważny problem. Nie mogliśmy przecież przynieść mu ryby. Byłby za mały. Może kawałek mięsa? Nie, też nie. Wtedy przypomniałem sobie, że ślimaki pełzały po roślinach.
— Albo liśćmi! Ślimaki chyba jedzą liście.
Brzmiało rozsądnie. Przynajmniej dla mnie. Przeniosłem wzrok na jedną z trzcin, której długie liście kołysały się nad naszymi głowami. Kilka kropel wody spadło z niej prosto na ziemię. Zrobiłem krok w bok, żeby nie dostać w nos.
— Możemy znaleźć mu jakiś miękki liść. I mech. I kamyk. — Spojrzałem na Drzemlika. — Ślimaki lubią kamienie?
Nie czekając na odpowiedź, zacząłem rozglądać się po ziemi. Wokół nas było mnóstwo drobiazgów, których wcześniej nawet nie zauważałem. Małe patyczki, kawałki kory, mokre liście, drobne kamyki i wyschnięte źdźbła trawy. Po deszczu wszystko wydawało się większe i bardziej wyraźne. Każda rzecz miała swój zapach, kształt i fakturę. Nawet błoto przyklejające się do moich poduszek łap zaczęło wydawać mi się ciekawe. Nagle coś poruszyło się przy mojej łapie. Odskoczyłem, a potem natychmiast pochyliłem się, żeby zobaczyć, co to było. Okazało się, że to tylko źdźbło trawy poruszone wiatrem.
— Ha! — prychnąłem cicho, trochę rozbawiony własną reakcją.
Podniosłem wzrok na ślimaka. Nadal pełzał niespiesznie po wilgotnej ziemi, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że właśnie został wybrany na naszego nowego pupila.
— Tylko nie możemy go zgubić — powiedziałem poważnie.
Rozejrzałem się jeszcze raz. Obóz nagle wydał mi się ogromny. Dla dorosłych pewnie nie był aż taki wielki, ale dla mnie każdy kąt wyglądał jak osobne miejsce do odkrycia. Gdybym spuścił ślimaka z oczu choćby na chwilę, mógłby przecież zniknąć gdzieś pod korzeniem albo w trawie.
— Ani powiedzieć mamie, zanim wymyślimy mu imię.
Mój ogon drgnął z ekscytacji. Skoro znaleźliśmy zwierzaka, musieliśmy przecież nadać mu imię. To była najważniejsza część. Zacząłem wymieniać w głowie wszystkie słowa, jakie znałem, ale żadne nie wydawało mi się wystarczająco dobre.
— Może… Ślimak? — Przez chwilę byłem z siebie nawet zadowolony. Potem jednak skrzywiłem pyszczek. — Nie. To głupie.
Usiadłem na mokrej ziemi, zupełnie nie przejmując się tym, że futro na łapach zaczynało mi się brudzić. Wpatrywałem się w naszego przyszłego pupila z ogromnym skupieniem.
— Musi mieć jakieś fajne imię. Takie, żeby każdy wiedział, że to nasz ślimak. — Uniosłem głowę i spojrzałem na Drzemlika. — Tylko nie możemy go nikomu oddać. Nawet jak Złocisty Widlik powie, że jest brzydki. Bo wcale nie jest brzydki. Jest tylko… trochę mokry.

<Prawda, Drzemliku?>

Od Lipieńka

Pierwsze dni po otwarciu oczu były dla mnie czymś zupełnie nowym. Do tej pory świat istniał tylko jako mieszanina zapachów, ciepła i niewyraźnych odgłosów dochodzących z każdego kierunku. Potrafiłem rozpoznać głos mamy, rodzeństwa czy obcych kotów, ale nigdy nie wiedziałem, do kogo właściwie należały. Teraz wszystko nagle nabrało kształtów.
Kiedy pierwszy raz rozchyliłem powieki, oślepiło mnie światło wpadające do żłobka i od razu je zmrużyłem. Nie podobało mi się. Za drugim razem było już lepiej. Zobaczyłem pyszczek mamy, jej czarno-czekoladowe futro i duże oczy, które wpatrywały się we mnie z czymś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać.
Później poznałem swoje rodzeństwo. Centuria była ciemna jak noc i biała jak chmury, Wełnianka miała rude futerko, a Komar… cóż, Komar był podobny do mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Każdego dnia próbowałem coraz dalej wychodzić z posłania, chociaż mama za każdym razem przyciągała mnie z powrotem, kiedy uznawała, że zapędziłem się za daleko. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież świat był ogromny, a ja chciałem go zobaczyć.
Wszystko było interesujące. Kamyki, źdźbła trawy przy wejściu, ogony przechodzących kotów, nawet kawałek mchu, który ktoś zostawił przy ścianie żłobka. Najbardziej lubiłem obserwować koty przechodzące obok. Niektóre zerkały na nas z uśmiechem, inne zatrzymywały się tylko na chwilę. Z czasem zacząłem jednak zauważać coś dziwnego. Nie wszystkie spojrzenia były miłe.
Czasami jakiś kot spoglądał na mnie, a potem szybko odwracał głowę. Innym razem słyszałem ciche szepty, których nie rozumiałem, ale po tonie głosu wiedziałem, że nie mówiono o niczym dobrym. Pewnego dnia wyszedłem kawałek dalej niż zwykle. Byłem z siebie bardzo dumny, bo udało mi się dotrzeć aż do wejścia do żłobka bez przewrócenia się po drodze. Usiadłem i zacząłem oglądać obóz.
Wtedy przechodzący obok wojownik zatrzymał się. Spojrzał na mnie, potem na moją mamę, a następnie znowu na mnie. Zmarszczył pysk. Nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Przecież nawet go nie dotknąłem. Przekrzywiłem głowę, próbując zrozumieć jego minę.
— To ten? — mruknął do drugiego kota. Skinąłem uszami. To chyba o mnie chodziło. Nie znałem jeszcze wszystkich słów, ale „bury” rozumiałem. Spojrzałem na swoje łapy, jakbym mógł znaleźć na nich odpowiedź.
— Lipieniek — powiedziała mama cicho, najwyraźniej ostrzegawczo.
Nie spodobał mi się jej ton. Schowałem pazurki i usiadłem prościej, udając, że wcale nie słucham. Oczywiście słuchałem.
— Jest zupełnie zwyczajny — odpowiedział drugi kot.
— Właśnie. Zupełnie zwyczajny.
Nie wiedziałem, czy to miała być obelga. Dla mnie zwyczajność nie była niczym złym. Lubiłem swoje futro. Lubiłem czarne pręgi na łapach i grzbiecie, lubiłem białe futro na piersi i brzuchu. Najbardziej podobało mi się jednak to, że kiedy patrzyłem na swoją pierś, pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem jeszcze, że inni też to zauważali. Jedna z kotek przechodzących obok zatrzymała się i spojrzała prosto na mnie. Przez chwilę patrzyła mi w oczy, a potem jej pysk wykrzywił się w dziwnym grymasie.
— Kolejny — mruknęła.
Nie wiedziałem, co to znaczyło, ale poczułem nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami. Zamiast się odsunąć, zmrużyłem oczy i odwzajemniłem jej spojrzenie. Skoro ona mogła patrzeć na mnie krzywo, ja też mogłem. Nie zamierzałem pierwszy odwracać wzroku. Mama szybko przysunęła mnie do siebie ogonem.
— Nie przejmuj się nimi — szepnęła. — Oni tylko patrzą.
Nie odpowiedziałem. Wciąż patrzyłem w stronę wyjścia ze żłobka. Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy patrzyli na mnie tak, jakbym zrobił coś złego, skoro nawet nie zdążyłem niczego zrobić. Miałem dopiero kilka dni od otwarcia oczu. Nie znałem jeszcze świata. Nie znałem jego zasad. Nie znałem nawet wszystkich kotów w obozie. A mimo to już zdawało się, że część z nich wyrobiła sobie o mnie zdanie.
Tego wieczoru, kiedy rodzeństwo spało wtulone w mamę, długo nie mogłem zasnąć. Patrzyłem na wejście do żłobka, gdzie przez szczelinę wpadało blade światło księżyca. Zacisnąłem małe łapki na mchu. Jeśli ktoś będzie patrzył na mnie krzywo, to jego problem. Nie zamierzałem chować głowy, tylko dlatego, że komuś nie podobało się moje futro, moja mama albo to, kim kiedyś miałem zostać.
Jeszcze nie wiedziałem, czym był odrzutek. Nie wiedziałem, dlaczego niektórzy szeptali o mojej mamie. Nie wiedziałem, czemu jej imię potrafiło sprawić, że obce koty zmieniały wyraz pyska. Wiedziałem tylko jedno. Byłem Lipieńkiem. I nawet jeśli cały obóz miał patrzeć na mnie krzywo, ja zamierzałem patrzeć na nich jeszcze bardziej krzywo.

Od Lipieńka

Nie wiedziałem jeszcze, czym był świat. Nie wiedziałem, czym był Klan Nocy, czym był żłobek ani dlaczego wokół mnie znajdowało się tyle obcych, przytłumionych głosów. Wiedziałem tylko, że było ciepło. Ciepło i ciasno. Wokół mnie znajdowało się rodzeństwo, a gdzieś nad nami biło ogromne, znajome serce. Przez większość czasu spałem, wtulony w miękkie ciało matki. Od czasu do czasu poruszałem łapkami, zupełnie nieświadomy tego, co robiłem. Nie znałem jeszcze własnego ciała. Nie wiedziałem, gdzie kończy się moja łapa, gdzie zaczynał ogon ani dlaczego czasem coś łaskotało mnie po nosie. Świat był dla mnie zaledwie mieszaniną zapachów, ciepła i dźwięków.
Potem wszystko nagle zaczęło się zmieniać. Zacisnąłem maleńkie łapki, kiedy ciało mamy gwałtownie się napięło. Nie rozumiałem, co się działo. Przez chwilę było spokojnie, a później znów poczułem ruch, który zmusił mnie do przesunięcia się razem z resztą rodzeństwa. Jeden z kociaków zapiszczał. Ja również wydałem z siebie cichy, zduszony pisk, choć nie wiedziałem nawet dlaczego. Było coraz mniej miejsca. W końcu stało się coś, czego nie potrafiłem nazwać. Ciepło nagle zniknęło, a ja zostałem wypchnięty w coś zupełnie nowego. Zimno.
To była pierwsza rzecz, którą naprawdę poczułem. Moje maleńkie ciało zadrżało, a z pyska wyrwał mi się żałosny pisk. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić. Wszystko było inne. Powietrze drażniło mój nos, pod łapami nie było już rodzeństwa, a zamiast przyjemnego ciepła poczułem chłód, który zdawał się przenikać przez moje cienkie futerko. Potem poczułem język. Duży, szorstki język przesunął się po moim grzbiecie. Zadrżałem, ale po chwili przestałem piszczeć. Znajomy zapach mamy otulił mnie niczym miękkie posłanie. Wtuliłem pyszczek w jej futro, próbując odnaleźć to ciepło, które znałem jeszcze sprzed chwili.
Nie wiedziałem, że właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z moją matką. Nie wiedziałem też, że urodziłem się jako trzeci. Wokół mnie znajdowały się już dwie siostry. Jedna pachniała rudym futerkiem, druga czernią i mlekiem. Nie potrafiłem ich zobaczyć, ale słyszałem ich ciche piski. Gdzieś dalej odzywały się obce głosy. Niektóre były spokojne, inne nerwowe. Jeden z nich brzmiał szczególnie nieprzyjemnie, choć nie rozumiałem jeszcze żadnych słów. Próbowałem poruszyć łapą. Nie wyszło mi. Spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało mi się przesunąć ją o kawałek. Zadrżałem z zadowolenia, zupełnie nieświadomy, że był to najprostszy ruch na świecie.
Wtedy poczułem kolejne skurcze. Nie wiedziałem, że tym razem na świat przyjdzie mój brat. Wiedziałem tylko, że znowu zrobiło się głośno, a ciało mamy znów się napięło. Schowałem pyszczek w jej sierści, czekając, aż wszystko się uspokoi. W końcu nastała cisza. Była inna niż wcześniej. Spokojniejsza. Poczułem, jak coś miękkiego dotykało mojego boku. Pachniało podobnie jak ja. Kolejne rodzeństwo. Nie miałem pojęcia, że właśnie tak wyglądała moja rodzina. Nie znałem jeszcze słowa „rodzina”. Nie znałem słowa „odrzutek”. Nie wiedziałem, że moja matka bała się o mnie jeszcze zanim zdążyłem pierwszy raz zaczerpnąć powietrza. Nie wiedziałem, że ktoś spojrzy kiedyś na moje futro i uzna, że jestem gorszy. Nie wiedziałem, że kolor mojego ciała będzie miał dla innych większe znaczenie niż to, kim sam się stanę.
Na razie liczyło się tylko ciepło. Powoli przesunąłem się w jego stronę, niezgrabnie przebierając łapkami. W końcu znalazłem to, czego szukałem. Przytuliłem się do mamy, a po chwili zacząłem łapczywie szukać mleka. Byłem głodny. Bardzo głodny. W pewnym momencie poczułem, jak ogon mamy otulał mnie od góry. Jej język przesunął się po moim grzbiecie, a ja odpowiedziałem cichym pomrukiem. Nie znałem jeszcze jej imienia. Nie wiedziałem, kim była. Dla mnie była po prostu ciepłem, zapachem i bezpiecznym miejscem. Gdzieś nad nami rozległ się głos.
— Lipieniek.
Nie wiedziałem, co to znaczyło. Nie wiedziałem, że to ja. Po chwili poczułem, jak coś dotyka mojego policzka. Delikatnie, ostrożnie. Mama. Przycisnąłem się do niej mocniej. Nie mogłem jeszcze zobaczyć świata. Nie mogłem wiedzieć, jak wyglądało niebo, rzeka ani noc, o której tak często będą opowiadać mi starsi. Nie mogłem zobaczyć własnego burego futra, czarnych pręg ani białych znaczeń. Nie wiedziałem nawet, że na mojej piersi pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem nic. I może właśnie dlatego wszystko wydawało się takie fascynujące.
Zacisnąłem maleńkie łapki na futrze mamy i zasnąłem, otoczony rodzeństwem. Nie wiedziałem jeszcze, że pewnego dnia będę zadawał pytania, których nikt nie będzie chciał słuchać. Nie wiedziałem, że kiedyś zapytam, dlaczego jedni są ważniejsi od drugich. Nie wiedziałem, że nie wystarczy mi odpowiedź: „bo tak było od zawsze”. Na razie byłem tylko małym, burym kociakiem. Lipienkiem. I po raz pierwszy zasnąłem w świecie, który pewnego dnia spróbuję zmienić.

29 lipca 2014

Umykająca Łapa

Autor grafiki: piankacz
OGÓLNE
UMYKAJĄCA ŁAPA
*Poprzednie imiona: Lipieniek
Płeć: Kocur
Orientacja: Nieokreślona
Przynależność: Klan Nocy
Ranga: Uczeń

- - - -

Właściciel: yqalia. (discord)
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - Lipieniek jest drobnym, smukłym kociakiem o półdługiej, miękkiej sierści, która nadaje mu bardziej puchaty wygląd, niż wskazywałaby na to jego rzeczywista budowa. Ma stosunkowo długie łapy, sprawiające wrażenie nieproporcjonalnych do reszty ciała, co zdradza, że w przyszłości najpewniej jeszcze wyrośnie. Jego futro jest czarne tygrysio pręgowane z bielą. Ciemne, wyraźne pręgi pokrywają grzbiet, boki, ogon oraz zewnętrzne strony łap, kontrastując z jasnym umaszczeniem pyszczka, podbródka, piersi, brzucha i wewnętrznych części kończyn. Na czole znajduje się niewielkie białe znaczenie przypominające romb, natomiast jaśniejsze plamki pod oczami nadają mu nieustannie zaciekawiony, łagodny wyraz pyska.
Uszy są średniej wielkości i zakończone subtelnymi pędzelkami, dodającymi mu nieco dzikiego wyglądu. Najbardziej przyciągają uwagę jego intensywnie pomarańczowe oczy, które niemal bez przerwy obserwują otoczenie z dziecięcą fascynacją. Nos i wnętrze pyska mają różowobrązową barwę. Na środku piersi ciemne pręgi układają się w naturalny wzór przypominający serce. Gęsty, puszysty ogon dopełnia jego wyglądu.
Cechy szczególne - Białe łatki nad oczami, biała kropeczka na prawym policzku, rodzaj pierścienia z bieli przed końcówką ogona, duża ilość ozdób w futrze, krótkie wąsy.
Kolor sierści - Czarny tygrysio pręgowana z bielą
Długość sierści - Półdługa
Kolor oczu - Pomarańczowe
Problemy zdrowotne - Brak

CHARAKTER

Lipieniek od najmłodszych księżyców daje się poznać jako wyjątkowo uparty i niepokorny kociak. Ma ogromną potrzebę samodzielnego myślenia i nie znosi odpowiedzi w stylu „bo tak jest” albo „bo zawsze tak było”. Kiedy czegoś nie rozumie, drąży temat tak długo, aż uzyska satysfakcjonujące wyjaśnienie lub sam dojdzie do własnych wniosków. Nie robi tego z przekory dla samej przekory, po prostu trudno mu zaakceptować zasady, które wydają mu się niesprawiedliwe lub nielogiczne.
Jest odważny do granic rozsądku. Chętnie wymyka się poza wyznaczone miejsca, wdrapuje tam, gdzie nie powinien, i pakuje się w tarapaty tylko po to, by sprawdzić, co znajduje się po drugiej stronie. Upomnienia rzadko robią na nim większe wrażenie, zwłaszcza jeśli uważa, że postąpił słusznie. Zdarza mu się pyskować starszym, choć zwykle robi to z dziecięcą szczerością, a nie z chęci obrażenia kogokolwiek.
Najbardziej drażni go niesprawiedliwość. Nawet jako kociak nie potrafi przejść obojętnie obok sytuacji, w której ktoś jest wyśmiewany, odsuwany od zabawy lub gorzej traktowany. Bez zastanowienia staje w obronie słabszych, nawet jeśli kończy się to dla niego burą albo karą. Nie rozumie, dlaczego o wartości kota mają decydować jego maść, pochodzenie czy miejsce urodzenia, i często zadaje pytania, na które dorośli nie chcą odpowiadać.
Mimo buntowniczego usposobienia Lipieniek nie jest złośliwy. Wręcz przeciwnie, łatwo się zaprzyjaźnia, lubi wspólne zabawy i szczerze troszczy się o bliskich. Bywa jednak niezwykle zawzięty. Jeśli uzna, że ma rację, trudno przekonać go do zmiany zdania, a każda próba uciszenia go tylko jeszcze bardziej podsyca jego ciekawość. Już teraz można odnieść wrażenie, że z tego niepozornego kociaka wyrośnie ktoś, kto prędzej spróbuje zmienić świat, niż bez słowa podporządkuje się jego zasadom.

MORALNOŚĆ

Lipieniek wychowuje się zgodnie z wierzeniami Klanu Nocy i wierzy w Klan Gwiazdy, jednak nawet jako bardzo młody kot ma trudność z zaakceptowaniem przekonania, że wartość kota zależy od jego umaszczenia lub pochodzenia. Szanuje starszych i nie łamie zasad dla samej przyjemności ich łamania, lecz uważa, że każde prawo powinno służyć dobru wszystkich, a nie wybranych. Stara się być uczciwy, lojalny wobec bliskich i pomagać słabszym, nawet jeśli nie przynosi mu to żadnych korzyści. Z czasem coraz częściej będzie stawiał własne sumienie ponad tradycje.

CIEKAWOSTKI

- Uwielbia obserwować wodę i potrafi godzinami przyglądać się odbiciom na jej powierzchni.
- Bardzo szybko zapamiętuje opowieści oraz legendy.
- Lubi zbierać nietypowe kamyki znalezione nad brzegiem rzeki.
- Ma zwyczaj przechylać głowę, gdy nad czymś intensywnie się zastanawia.
- Bardzo nie lubi, gdy ktoś odpowiada mu słowami „bo tak było od zawsze”.

UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: ///
Słabe strony:
- brak doświadczenia,
- łatwo daje się ponieść emocjom,
- bywa zbyt ciekawski,
- częściej myśli o rozwiązaniu problemu niż o własnym bezpieczeństwie.
Mocne strony:
- bardzo spostrzegawczy,
- szybko się uczy,
- odważny,
- łatwo zdobywa zaufanie innych kociąt,
- ma dobrą pamięć.

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Don Lotario
Matka - Fląderka
Partner - ///
Potomstwo - ///

INNE

///

SZKOLENIE

Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA
Urodzony w Klanie Nocy podczas panowania Mandarynkowej Gwiazdy. Już od pierwszych dni życia przyszedł na świat w cieniu plotek, strachu i uprzedzeń związanych z ciążą jego matki. Choć sam nie rozumie jeszcze powodów tego zamieszania, od najmłodszych księżyców będzie dorastał, obserwując podziały i nierówne traktowanie niektórych kotów. Te doświadczenia stopniowo ukształtują jego światopogląd i staną się początkiem drogi, która w przyszłości zaprowadzi go do otwartego sprzeciwu wobec panującego w Klanie Nocy systemu.