BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2026

Od Liliowej Pieśni do Łabędziej Łapy

Był to dzień po ślubie. Liliowa Pieśń z głową skierowaną w dół wykonywała swoje obowiązki. Słowa przywódczyni nadal odbijały jej się w głowie donośnym echem, ale przywódczyni miała rację, nie miała jednoznacznych dowodów. Była pewna, że dostało jej się, gdy była w towarzystwie Urodziwego Szafirka. Ach, Szafir, coś ty narobiła? Teraz każdy jej sukces czy porażka przez Mandarynkową Gwiazdę będzie rozpatrzony przez pryzmat gatki Flaminga. Cóż, musiała z nim pogadać, ale to później. Dzisiaj przypadał dzień spotkania z bratem. Bardzo by chciała, by mogła z nim legalnie rozmawiać, ale było to niemożliwe ze względu na kolor jego futra. Dla niej kolor był tylko kolorem, choć dla niej coś mogło w tym być, że czekoladowe koty były bardziej nieprzewidywalne i zadziorne, lecz nie wszystkie. Wyszła z obozu i zaczęła płynąć w kierunku Brzozowego Zagajnika. Wyszła z rzeki, otrzepała się i podreptała do białych brzózek. Widziała w gęstwinie czekoladowe futro brata. Pobiegła do niego cicho i naskoczyła na niego.
– Lilio! Weź mnie nie strasz, bo bym ci kości połamał!
Kotka się zaśmiała i usiadła przed nim.
– Co u mojego braciszka?
– Otóż myślałem o niedawnym spotkaniu z Ulewnym Szkwałem, nie przepada za mym kolorem futra, ale spoko gość. Kiedy kocięta? Poznają wujka?
– Mroku! – zganiła go. – Jeszcze ślubu nie było!
– A po co ślub? Inne koty jakoś bez tego żyją.
Kotka westchnęła z uśmiechem.
– Taka jest tradycja w Klanie Nocy.
– A no właśnie, siostrzyczko, co tam w klanie? Nie pytam o sekrety, gdyż wiem, że nie chcesz ich zdradzać, ale co u ciebie?
– Och, Mroku, ostatnio niezbyt dobrze…
– Zdradził cię? Zawiódł? Kiedy będzie na patrolu?
– Nie, nie! Nie chodzi o Ulewnego Szkwała, jeśli już to ja go zawiodłam… ale chodzi o to, że moja najlepsza przyjaciółka, Szafir, obraziła księcia, Rogatego Flaminga. Stałam obok niej, potem on nagadał na mnie przywódczyni i teraz nie dość, że przywódczyni mi nie ufa, to nie dostanę ucznia, jak już dostanę, to czekoladowego i inni zauważą, że to oznacza, że przywódczyni mi nie ufa! I wtedy wszyscy inni będą na mnie patrzeć okoniem! Mroku to straszne…
– Hej, będzie dobrze. Zawsze mogę go zatłuc.
– Och, ty zawsze wybierasz język przemocy! – zaśmiała się.
– Bo jest najskuteczniejszy? Robisz bach, bach i po sprawie.
– Ech, ty mały barbarzyńco – zaśmiała się.
– W ogóle, jak ta cała Mandi Bandi ci nie wierzy a jemu tak, to widać wiek pada jej na mózg…
– Na Klan Gwiazdy, Mroku! To przywódczyni i księżniczka!
– Przywódczyni sryni, ona, jak i reszta są siebie warci, nieważne, że ktoś cierpi, najważniejsze jest to, że mają lśniące pazurki i gładki nosek…
Kotka trzepnęła brata po uchu.
– Bracie, wcale tak nie jest. Wiem, że się o mnie martwisz i w ogóle, ale to, o czym mówisz, jest okropną obelgą dla rodu, najważniejszej rodziny w klanie, a więc i obelgą dla mnie.
Mrok przekręcił oczami, lecz liliowa mogła w jego oczach zobaczyć żal.
– No dobrze, ale jeśli znowu ten cały Rogacz… znaczy, książę Rogaty Flaming przyczepi się do ciebie, jak kleszcz do zadu i nie będziesz się czuła dobrze w klanie, pamiętaj, że tu jestem.
Lilia się wzruszyła.
– Dziękuję, Mroku! Jesteś najlepszym bratem na świecie! – kotka się do niego przytuliła.
Kocur nie wiedział co zrobić, od dwudziestu czterech księżyców nikt go nie przytulał, to było takie dziwne, niecodzienne.
– No, dobrze. Może trochę się rozerwiemy? Znam nieopodal piękne miejsce, z małym strumyczkiem i dziwnym łukiem zbudowanym przez Bezfutrzastych, czyli jak się mówi u was, Dwunożnych. Możemy tam popolować i chwilę odpocząć.
Liliowa Pieśń kiwnęła głową i ruszyła za bratem.

***

Bawili się przednie, żartowali, ochlapywali się, kąpali, polowali. Przy bracie czuła się nie jak Liliowa Pieśń, wojowniczka Klanu Nocy, lojalna, choć niektórzy w to wątpili, tylko jak Lilia – samotniczka urodzona przy rzece.
Słońce już powoli zachodziło. Brat odprowadzał wojowniczkę z powrotem na tereny klanu. Nagle usłyszeli niespodziewany głos:
– Mroku? Mroku, gdzie ty!
Kocur popatrzył się z przerażeniem. Gdy widział lub słyszał ojca, tylko wtedy się bał, jakby ciągle był niewystarczający.
Popatrzył na kotkę, z miną mówiącą “przepraszam”.
– Grr… odejdź stąd! Nikt nam nie zabierze terytorium!
– No, no, no, kolejna wojowniczka “Klanu Nocy”? – zaśmiał się Sosna. – Jeśli myślisz, że ty i twoi kumple nas stąd wygonią, to się mylisz. Już raz to zrobiliście, drugiego nie będzie.
Kotka oniemiała. Czy on mówił prawdę, czy kolejny raz manipulował synem?
– Idź stąd, kupo futra, albo będę musiał użyć siły!
Kotka nie miała odwagi ani siły, by coś odpowiedzieć, Sosna ją przerażał. Nie jako samotnik, ale jako nieodpowiedzialny ojciec i partner, który nie kochał partnerki, nie kochał syna, kochał władzę, sługę i kogoś, kto mu tę sługę dawał. Obróciła się, spojrzała przez ramię i pobiegła w kierunku obozu. Kotka miała już dość tego wszystkiego. Tej zależności, tej fałszywości, tego strachu, tego, że trzeba było kłamać, by przetrwać. Jakby tego wszystkiego było mało, spotkała przy rzece Błękitną Lagunę oraz Łabędzią Łapę.
– Witaj, drogi zastępco, Błękitna Laguno, witaj, droga mała namiestniczko, Łabędzia Łapo.
Biało-czarna kotka zmrużyła oczy w szparki i poprawiła grzywkę.
– Co robiłaś tak długo poza obozem, Liliowa Pieśni?
Kotka pomyślała przez chwilę.
– Patrolowałam granicę przy Brzozowym Zagajniku, pomyślałam, że skoro samotnicy tak nas zaatakowali, to popatrzenie na granicę, czy nie mają jakichś szpiegów, będzie przydatne, przy okazji coś złowić dla klanu i cieszyć się początkiem Pory Nowych Liści.

<Łabędzia Łapo, co odpowiesz?>

23 lipca 2026

Od Liliowej Pieśni do Mandarynkowej Gwiazdy

To był spokojny wieczór. Wiatr przestał szaleć w bez liściastych koronach drzew, a sam śnieg był bardziej znośny. Liliowa Pieśń myślała o zdarzeniach, które wydarzyły się niedawno. O borsuku, Świteziance i czekoladowej kocicy, która zabiła swoje młode. Ostatnio działo się dużo rzeczy. Walka z Pierzem, ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, wyznanie miłosne, a teraz to. Przez jej umysł przeleciała przepowiednia Różanej Woni i krwawa perła w jej łapach… czy tą perłą był Klan Nocy, czy Gąbczasta Perła? Gdy Mewi Puch zaginął, medyczka była cichsza niż zazwyczaj, miała wrażenie, że często się zawieszała, jej wzrok utkwiony był wtedy w przestrzeń, jakby o czymś myślała. Czyżby ona wiedziała coś o zaginięciu czarno-białego wojownika? A może otrzymała kolejny znak o przyszłości klanu?
Gdy tak rozmyślała, zauważyła Mandarynkową Gwiazdę wychodzącą z jej legowiska. Nigdy nie miała okazji porozmawiać z przywódczynią, więc liliowa podeszła do niej.
– Witaj, Mandarynkowa Gwiazdo – skłoniła się przed nią. – Jak ci dzień mija?
– Nawet dobrze, dziękuję – odpowiedziała.
– Niedługo w żłobku będzie pełno kociąt! Widok będzie miał sporo pracy.
– Zapewne – odpowiedziała bez jakiegoś większego zainteresowania.
– Mandarynkowa Gwiazdo, ostatnio dużo się dzieje w Klanie Nocy. Chciałam powiedzieć, że jeżeli będzie taka potrzeba, to jestem gotowa oddać swe życie za klan. Wiem, że się tutaj nie urodziłam, ale czuję, że do niego należę i będę walczyć o mój dom do ostatniej kropli krwi!

<Mandarynkowa Gwiazdo?>

18 lipca 2026

Od Liliowej Pieśni CD. Ulewnego Szkwału

Przeszłość, spacer po plaży

— Szkwale! Ten kamyk jest prześliczny! — wymruczała do niebieskiego. — Dołożę go do mojej pierwszorzędnej kolekcji.
— Cieszę się, że ci się podoba — odpowiedział fińczyk, a następnie poszli dalej wzdłuż morza.

Zgromadzenie

Księżyc świecił nad Bursztynową Wyspą, koty już zebrały się przy skale, aby wysłuchać przywódców klanów. Gdy weszła na litą skałę, rozdzieliła się ze swoim towarzyszem podróży, Szkwałem i zaczęła szukać Tańcującego Pierza. W tłumie kotów udało się jej zauważyć biało-rudą gęstą sierść i podreptała w jej stronę. On chyba również zauważył kątem oka Liliową Pieśń, ponieważ się podniósł. Ich spotkania odbywały się regularnie pod osłoną ciemności. Kotka w gorętsze, tropikalne noce zaczęła go uczyć, pływać! Było to ciekawe doświadczenie uczyć kogoś z Klanu Burzy. Pierze skręcił od razu w jej stronę. W odpowiednim momencie, gdy Nocniaczka szła przed nim nieświadoma obecności kocura, zakradł się z mrocznym uśmieszkiem i ją wystraszył.
— Bu! — krzyknął przy jej uchu. Liliową Pieśń przeszły ciarki. Na głęboki śmiech Pierza, który zmrużył lisie oczy ze swoim typowym, pewnym siebie uśmieszkiem, zrozumiała, co się dzieje.
— Ach! Przestraszyłeś mnie! — rzekła kotka. — Co u ciebie?
Pierze szybko spoważniał, a powaga przerodziła się w smutek.
— Ja... — uciekł wzrokiem w bok. — A, tam! Nic ciekawego! — miauknął, mając twarz chęci zignorowania problemu. — A jak tam u ciebie, co, Lilijko? — zapytał, przybliżając się. — Może ty masz jakieś plotki warte mej uwagi? Albo... coś ważnego do przekazania? — wyszczerzył się szerzej, mając na myśli to coś.

***

Koty zaczęły się zbierać w grupy, gotowe do opuszczenia wyspy. Liliowa Pieśń i Tańcujące Pierze nadal siedzieli w tym samym miejscu.
— Ja... — zaczęła. — Ja... bardzo cię lubię, ale... — zacięła się. Czemu musi wybierać?
Burzak zmarszczył brwi, zachowując drwiący uśmiech.
—... Ale co? — wtrącił jej nagle. — Nie zaczynaj znowu z tą lojalnością do klanu... każdy z nas miał włóczęgę lub pieszczocha jako przodka. Klany to tylko propaganda i czysta dyskryminacja reszty — rzekł i wzruszył barkami. — W każdym razie, miło, że chcesz mi zaproponować relację na wyższym stopniu... — wymamrotał, siadając koło niej. Ich ciała się stykały; Tańcujące Pierze przy Liliowej Pieśni był niczym słońce, a ona – księżycem. Te dwie istoty teraz siedziały obok siebie, wpatrzone w pustkę.
— Lubię cię, bardzo cię lubię — zaczęła. — Dzięki tobie zrozumiałam dużo rzeczy, które nurtowały mi głowę, ale... — zacięła się. — Kocham kogoś innego — bała się, jak na to zareaguje. Nie chciała, by został jej wrogiem!
— A...ha... aha.
Uśmiech zniknął z jego pyska. Skrzywił się. Zmrużył oczy w szparki. Słońce zaczynało zachodzić, księżyc obecnie triumfował. Czuł się zawiedziony. Rozczarowany.
Wstał i cofnął się, bez słowa odwracając się do niej tyłem i próbując odejść.
— Ja, ja przepraszam, ja — przerwała, słysząc mruk Szkwału.
— O co biega?
Do uszu niebieskiego dobiegła jakaś ostra dyskusja, widział Liliową Pieśń dyskutującą z jakimś rudym kocurem, czy to Tańcujące Pierze? Szybko poszedł do kotki, by stanąć w jej obronie, oczywiście Burzak się oddalił.
— Widziałem, że cię drażnił, więc przyszedłem cię odciążyć od niego — chociaż sam nie wiedział, czy rzeczywiście tak było, skoro jego pytanie bardziej brzmiało, jakby był zbędny.
— Ulewny Szkwale, nic się nie dzieje — przerwał jej Pierze, który obrócił się w samą porę. Lilia mogła dostrzec jak w jego szmaragdowych, niegdyś spokojnych, nieco posmutniałych oczach tlił się dziki żar. Ogień, jakiego jeszcze nie zobaczyła. Kątem oka zobaczył jakiegoś puszystego młodziaka, który najwyraźniej chciał się bawić w ofiarę. Syknął na mniejszego, niebieskiego kocura, prawie się na niego rzucając. Mało brakowało, a bliski kontakt zakończyłby się tragicznie dla Nocniaka.
— Drażnić? — warknął przez zaciśnięte szczęki. Odwrócił się na pięcie z wyższością. Mieli tylko widok na jego umięśniony zadek. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym zaczął beznamiętnie:
— Nie mam na was czasu. Jedzcie sobie te śmierdzące ryby czy coś. Zawsze wam z pyska tak śmierdziało, że byście swym jednym oddechem powalili nie jednego dwunożnego…
Fińczyk przewrócił oczami.
— Lepsze ryby niż naśladowanie królików w jedzeniu trawy, widać, że ci się udziela, życie wśród nich chyba nie jest na twoją korzyść. Lepiej kicaj do swojej gromadki, bo widzę, że twój Króliczek już odprowadza klan.
— Nie! Stop! — krzyknęła kotka, ale kocury nie zwracały na nią uwagi. Czuła, że zaraz wejdą sobie do gardeł…
Rudy point odwrócił się błyskawicznie, wręcz hipnotyzująco poruszając płynnie swym ciałem. Przybliżył się do Nocniaków, uwagę zwracając na Liliową Pieśń z wyraźnym smutkiem.
— ... Lilio, nie mów mi, że on... — spojrzał kątem oka z obrzydzeniem na wściekłego niebieskiego. Westchnął ciężko i przekręcił oczyma, wracając do kotki. — Co za rozczarowanie. Liczyłem na coś, co faktycznie by mnie zaskoczyło pozytywnie — miauknął bez ani jednej krzty emocji w głosie, patrząc na nich z dołu. — Niestety. Jak to ja, ciągle mnie koty rozczarowują. Dogłębnie ci współczuję, Lilio... — dodał ciszej, wręcz intymnie się pochylając ku Nocniaczce; tak, aby ostatnie słowa dotarły tylko do niej. Szmaragdowe oczy zalśniły, gdy w nich odbijała się cała Srebrna Skóra nad nimi. Pokręcił głową i się odsunął. Wydawał się niemalże zawiedziony niczym ojciec swoim synem.
Ulewny Szkwał położył swój puszysty ogon na jej ramieniu.
— Nie zwracaj na niego uwagi Lilio, on nawet nie jest Nocniakiem — spojrzał na grupę kotów z ich klanu która opuszczała wyspę.
— Odprowadzę cię od tego Burzaka. Wrócimy razem do Klanu Nocy, nasi pobratymcy pewnie i tak zauważą, że wyjdziemy ostatni z wyspy.
— Och, ja... — wykrztusiła. Czuła się jak przy Sośnie. Czy naprawdę musiała niszczyć komuś uczucia?
Dwójka kotów już miała wyjść z wyspy, dogonić swoich pobratymców, którzy byli poza nią. Ulewny Szkwał szedł ostatni, a Lilia pierwsza. Kotka jeszcze raz, a może ostatni chciała spojrzeć na Pierza ze współczuciem, obróciła łeb a zamiast widzieć rudego kocura, który też wraca, to zobaczyła, jak skacze na Szkwał.
— Uważaj! — niebieski fińczyk zauważył próbę ataku rudzielca i szybko zrobił unik. Point popatrzył tylko w stronę Szkwału, ignorując Lilie.
— Myślisz, że możesz mi ją odebrać ot, tak? Zapłacisz mi za to, ty zepsuty pomiocie! — rudzielec ponownie skoczył na niebieskiego, wbijając swoje szczęki w jego plecy. Ulewny Szkwał zawył, próbując zrzucić z siebie agresywnego Burzaka.
— Stop! — krzyknęła liliowa, próbując się wrzucić do walki, ale nic to nie dało. Kocury przyczepiły się do siebie, nie dając przestrzeni, by je odczepić. Kocury nie słyszały jej słów, dla nich się tylko liczyło, żeby siebie wykończyć. Ulewny Szkwał zrzucił z siebie Pierze, uderzając nim mocno o ziemię.
— Odejdź, Pierze, albo użyje w ostateczności większej przemocy — Tańcujące Pierze się zaśmiał na Całą Bursztynową wyspę.
— Śmiesz z nią być, nienawidząc jej czekoladowej rodziny? Ja, gdybym był z nią, pokochałbym wszystko, co jest z nią związane — niebieski kocur przez chwilę milczał.
Czuła rumieńce na twarzy, dwójka kotów się o nią biła...
"Lilio, wróć na ziemię!" potrząsnęła głową i ocknęła się. Zrozumiała, że nie mogła mieć obie łapy na obu stronach, musiała wybrać, którą ścieżką pójdzie. Lecz nie chciała nikogo kaleczyć, nie chciała któregoś z nich opuszczać... Ale zrozumiała, że tylko jedną ścieżką może pójść, lecz kogo miała wybrać?
"Kieruj się sercem" pojawił się głos w jej głowie, nie wiedziała, czy miała paranoje, czy ktoś do niej gadał. Pomyślała przez parę chwil, po której stronie stanąć, aż w końcu przeszła kilka kroków, zasłoniła wybranka ciałem. A tym wybrankiem był Ulewny Szkwał.
Nocniak miał pozytywne zdziwienie na pysku, zaś Pierze to widząc, zjeżył się i spojrzał na nich wrogo.
— Jesteście obaj siebie warci! Idę sobie, straciłem za dużo czasu na niewłaściwego kota — Tańcujące Pierze szybkim susem uciekł z Bursztynowej Wyspy, Liliową Pieśń dotknęły ostre słowa Burzaka, bo lekko posmutniała. Ulewny Szkwał zbliżył się do Liliowej Pieśni, chcąc ją pocieszyć.
— Dla mnie zawsze będziesz właściwym kotem i wyborem, jakiego podjąłem — musnął ogonem po grzbiecie liliowej, po czym wyciągnął głowę, by zobaczyć gwieździsty horyzont.
— Teraz nam też by się przydało popędzić jak królikojady, żeby dogonić resztę — zażartował.
Kotka zaśmiała się, spojrzała w jego oczy i obaj popędzili w stronę rodzimych ziem.

Teraźniejszość

Po obozie rozległ się szmer rozmów kotów. To dzisiaj miał być ślub nowych namiestników, Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici. Ulewny Szkwał, który został na niego zaproszony, kilka dni wcześniej powiedział jej o planie przemycenia jej na ślub jako rekompensatę za akcję z Tańcującym Pierzem. Liliowa Pieśń wystroiła się na tą okazję, miała dwa kwiaty przy uszach podarowane przez jej brata (skradzione od Dwunożnych, lecz o tym nie wiedziała) oraz pnącza powoju na ogonie i łapach. Gdy dotarli na Wyspę Świetlikową, schowała się za Ulewnym Szkwałem i wtopiła się w tłum. Usiedli przy wodzie, na wprost ołtarza.
Obok nich usiadł książę – Rogaty Flaming – i zaczął rozmawiać z fińskim. Gdy zobaczyła ukradkiem księcia, próbowała wejść pod futro przyjaciela. Na szczęście, Szafirek, która przed chwilą przybyła, usiadła obok niej, zasłaniając ją i mrugnęła do niej oczkiem. Jak dobrze, że miała takich przyjaciół!
— Ceremonia się zaczyna! — szepnął do niej Ulewny Szkwał, więc skupiła swój słuch na słowach Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć ze sobą Trzcinowy Szmer i Żmijowcową Wić. Czy ktoś jest przeciwny? — zapytała, rozglądając się dookoła.
— Ja! — krzyknął ktoś z tłumu. — Trzcinowy Szmerze, nie mogę na to pozwolić! Czy nasze wspólne chwile nic dla ciebie nie znaczyły?
— Pst, Szkwale, co się dzieje? — spytała przyjaciela, gdyż inni jej zasłaniali.
Wojownik obrócił się do Lilli.
— Niezapominajka wniosła sprzeciw co do ślubu Trzcinowego Szmeru i Żmijowej Wici — szepnął do niej, następnie patrząc na Flaminga, który patrzył na niego z wyraźnym zdziwieniem, poklepał się po brzuchu jak foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
— Bul bul! — to było dość desperackie posunięcie, ale musiała pozostać niezauważona, a szczególnie do wręczania prezentów.
Popatrzyła na Flaminga, a potem na Szkwał, mając nadzieję, że jej nie zauważyli. W ogóle, co Niezapominajce odbiło? Z drugiej strony było jej żal kotki, w końcu ona nie odwzajemniła uczuć Tańcującego Pierza, którego też może zraniła, ale kochała innego kocura, a rudy był jej przyjacielem, tylko przyjacielem, Trzcina też wybrała kogoś innego. Miała wrażenie, że to sprawa gdzie nie ma ofiar i winnych…
— Chyba jakieś zwierzę jest w wodzie! — znienacka do jej uszu dotarł kolejny głos, jak się później okazało, należał do Ćmiego Mżenia. Wstrzymała oddech, słysząc kota, który mówił o niej. Schyliła głowę, mając nadzieję, że pozostanie niezauważona.
— Szkwale, jest już pomówienie ceremonii? — wyszeptała do kocura, lecz zamiast odpowiedzi usłyszała tylko słowa dalszej inspekcji szarej kotki.
— B-bul bła bul! — brnęła w to dalej, nie mogła się dać zdemaskować. Z desperacji, wyciągnęła łapę i uderzyła Ćmę w brzuch.
— NO CO ZA ŁAJNO — wybrzmiała frustracja wojowniczki.
Szkwał, który był zajęty oderwaniem uwagi księcia, obrócił się do Lili.
— Świetnie ci idzie udawanie mego brzucha, brzmi, jakbym na serio był głodny, przy okazji chyba jeszcze nie ma ceremonii, ktoś tam coś wrzeszczy z tyłu. Zachowuj się naturalnie — rzekłszy to, obrócił się do Ćmy z zastanawiającym spojrzeniem.
Cóż, jak to działało, to udawała dalej, przy okazji dotykając znów Ćmę.
— BUL BAL BŁABUL! — dała z siebie wszystko, inne koty się jakoś dziwnie popatrzyły…
Kryjący ją fińczyk zrobił wielkie oczy, a potem emitował duszenie się.
— BLAUGHHH UGBLE — walił się po klatce piersiowej, aż przestał kaszleć.
— Przepraszam was wszystkich w tym nowożeńców, mam problemy z żołądkiem, jakoś nie miałem tego rano. Myślę, że teraz powinniśmy skupić uwagę na nowożeńcach, nie koniecznie na moje niezawinione problemy żołądkowe — czuł krzywe spojrzenia i powiedział do Lili.
— Tyle wystarczy jak na odgłosy brzuszne — oznajmił. Czuła, że przesadziła z odgłosami dźwiękowymi, więc skinęła głową i szeptem, figlarnie odpowiedziała:
— Bul.
— Słyszę cię — usłyszała skupioną nad zdemaskowaniem intruza Ćmę, która skoczyła na łapę Liliowej Pieśni. W odpowiedzi na atak kotka wrzasnęła. W tym całym harmidrze ledwo słyszała słowa przywódczyni, głośno i wyraźnie usłyszała dopiero:
— A więc ogłaszam was mężem i żoną!
Wszyscy wokół zaczęli wiwatować, Szkwał również.
— Możesz się już trochę wychylić! — mruknął do niej, po czym wrócił do wiwatów.
Ćma nie widziała, że to łapka, a nie wąż i ją szybko schowała.
Spojrzała na Liliową Pieśń, która wychyliła się trochę, za bardzo. Była podejrzanie mokra... chwila...
— Ej ty! — zawołała, idąc w jej stronę. — Zrób "bul bul".
— Eee... Bul bul?
Jak dobrze, że tak starała się oddać, że to żołądek Szkwału i mówiła basowym głosem!
— To ty! Czemu ukrywałaś się w wodzie? Jesteś w ogóle zaproszona?! I DLACZEGO MNIE KOPNĘŁAŚ W BRZUCH???
— Hę? — liliowa udawała zdezorientowaną, jak mogła się domyślić?
— Nie myśl sobie, że jesteś taka mądra! Tylko ty bulbulowałaś podczas całej ceremonii, a na pytanie, żeby zrobić bulbul, zrobiłaś DOKŁADNIE takie samo!
— To ty w ogóle tutaj byłaś? — spytała.
— Oczywiście, że byłam! Naskoczyłam ci na ogon, mysi móżdżku!
Wyglądało to trochę, jakby Ćma rozmawiała z dwoma wymyślonymi kotami
— Ćmo, proszę, to musiało być nieporozumienie... — mruknęła.
— Dobra, nieważne — zrobiła pauzę, jakby właśnie coś przyszło jej do głowy. — Słuchaj, nie wydam cię, jeśli zabierzesz tej łajniarze MOJĄ żabę — wskazała na Wesołą Łapę.
— Ćmo, błagam, wybacz za wystraszenie cię, wygłupy widać mi nie służą. A co do brzucha to musiał być przypadek, naprawdę, wybacz.
To prawda, wygłupiała się i walnęła najpierw nie chcący, potem specjalnie kotkę w brzuch. Co się z nią ostatnio działo?! Masakra. Ale nie będzie uganiać się za żabą. Gdy kotka odeszła i zrobiło się zamieszanie, syknęła do niebieskiego:
— Szkwale, idziemy dać prezenty?
— Jasne, damy je razem. Myślę, że może się ucieszą — owinął swoim ogonem ogonek Lili i poszli w stronę nowożeńców. Uśmiechnęła się do niego i przyszli dać prezenty. Gdy doszła, skinęła głowę w stronę Trzciny oraz Żmija i miauknęła.
— Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici, przepraszam, że tak was nachodzę bez zaproszenia, lecz chciałabym wam dać te prezenty. Oto niebieski krzemień w kształcie głowy kota oraz pomarańczowy kamień w kształcie zachodzącego słońca. Niech Klan Gwiazdy was prowadzi!
Szkwał poczekał, aż Lilia skończy i odezwał się kolejno.
— Żmijowa Wici i Trzcinowy Szmerze, też mam dla was prezenty — mocniej przytulił ogonek Lili, się stresując, bo zaprosił kogoś na ich ślub, kto nie powinien na nim być, ale tak chciał sprawić kotce przyjemność.
— Chciałbym wam złożyć trzy kamyczki, które się błyszczą, jeden jest zielony, drugi niebieski a ten ostatni pomarańczowy. Są bardzo unikatowe, gdy szukałem czegoś dla was, to mogę stwierdzić, że zajęło mi to dużo czasu. Co do Liliowej Pieśni to ja tutaj ją przyprowadziłem, może nie powinienem, ale stwierdziłem, że byłbym niekompletny, świętując samotnie wasze szczęście.
Kiedy skończyli mówić, ta skinęła głową.
— Dziękuję bardzo za prezenty. Kamienie są naprawdę ładne, szczególnie ich kolory. Mam nadzieję, że nam wybaczycie, że nie zostaliście razem zaproszeni na ślub. Jesteście parą? Mam nadzieję, że wybaczycie nasz mały błąd.
— Dziękuję Trzcinowy Szmerze za zrozumienie — uśmiechnęła się. Para... W sumie, od księżyca zaczęła sobie uświadamiać, że Szkwał był kimś więcej niż przyjacielem. No cóż, może kiedyś…
Koty skinęli głowami przed nowożeńcami i oddalili się, by zrobić innym miejsce.
— Ulewny Szkwale, ostatnio coś się ze mną dzieje! Najpierw Tańcujące Pierze, potem walnięcie w brzuch Ćmiego Mżenia, a najgorsze jest to, że nie wiem, co mnie kieruje!
— Kopnęłaś Ćmie Mżenie? No cóż, to raczej nie koniec świata, zagoi jej się. Co do Tańcującego Pierza to może o nim zapomnij?
— Może masz rację? — miauknęła. — Może za bardzo się staram i nie daje upust emocjom, które później wybuchają? Ach, nie wiem — kotka popatrzyła na niego i znów impulsywnie się do niego przytuliła.
— Wiesz, zawsze możesz ze mną pogadać. Po coś niby tu jestem, ''Liliowa Pieśni''.
— Dziękuję, Ulewny Szkwale, zawsze mogę na ciebie liczyć.
— Wiesz, nie wiem, czy to dobre miejsce na takie rozmowy. Ale myślisz, że po tym, co się stało po zgromadzeniu, możemy nadal nazywać się przyjaciółmi? — ta konfrontacja z Pierzem sprawiła, że coś się zmieniło, a przynajmniej kierunek ich relacji. ''Liliowa Pieśń''.
— Nie — miauknęła. — Dla mnie... Jesteś kimś więcej... — wymruczała.
— Ty dla mnie szczerze też, zdałem sobie ostatecznie z tego sprawę, gdy zobaczyłem cię u boku Pierza. Tego nachalnego kocura. Byłem tam zły, nie wiem czemu, chyba nie mogłem znieść, że wymieniasz swój śmiech radości i spojrzenia z kimś innym — wbił pazury w ziemię. — Chciałbym być tym, który byłby godny, choćby twego jednego uśmiechu.
Kotka czuła motylki w brzuchu. Przy nim czuła się bezpiecznie i dobrze.
— Zapomnijmy o tym. Jeśli Pierze zechce ze mną rozmawiać, to tylko jako przyjaciel lub kolega.
Słowa Szkwału odbijały jej się echem po głowie.
— I chce z tobą wymieniać uśmiechy i szczęście, dla mnie nawet przekonałeś się do mojego czekoladowego brata! — zrobiła pauzę i spojrzała mu prosto w oczy. — Kocham Cię, Ulewny Szkwale. 
— Ja ciebie też kocham, Liliowa Pieśni, oby nasz ślub kiedyś też był taki piękny — spojrzał głęboko w jej oczy, swoim błękitnym spojrzeniem.

<Ulewny Szkwale?>

10 lipca 2026

Od Liliowej Pieśni CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

Liliowa Pieśń uśmiechnęła się do szylkretki. Była szczęśliwa, że kot szanujący się dobrą reputacją w klanie chcę z nią porozmawiać.
– Bardzo dobrze, Trzcinowy Szmerze. Dogadujemy się, a nasze młode łapy są gotowe, by bronić klanu! – mruknęła, lekko się uśmiechając. Poczuła też jednak mrowienie na plecach, ponieważ miała wrażenie, że karmicielka ją posądza o ukrycie czegoś. Starała się po sobie nie poznać, że się zmieszała, ale nie była pewna, czy szylkretka już tego nie zobaczyła.
– Cieszy mnie to – uśmiechnęła się – w młodszym pokoleniu jest przyszłość Klanu Nocy.
– A co u twoich kociaków, Trzcinowy Szmerze? – bardzo chciała poznać potomków kotki.
– Na szczęście wszystko dobrze! Kociaki rosną jak pnącza! Żadne choroby nas nie nawiedzają.
– Niezmiernie cieszy mnie ten fakt – rzekła Liliowa Pieśń ze spokojem w głosie. – Czy mogłabym poznać twe latorośle? – spytała.
– Oczywiście, przedstawię ci je – orzekła, prowadząc kotkę do żłobka.

Po ogłoszeniu Mandarynkowej Gwiazdy

Gdy liderka zakończyła spotkanie klanu, liliowa postanowiła od razu pogratulować nowej namiestniczce:
– Gratuluję nowej roli, Trzcinowy Szmerze! Uważam, że Mandarynkowa Gwiazda nie mogła podjąć lepszej decyzji.
– Dziękuję ci, Liliowa Pieśni! Mam nadzieję, że jak najlepiej podołam temu zadaniu.
– Na pewno tak będzie – powiedziała młodsza Nocniaczka. Naprawdę tak uważała, dla niej szylkretka była jedną z silniejszych wojowniczek. – Chcę być tak skuteczna dla Klanu Nocy, jak ty.

<Trzcinowy Szmerze?>

27 czerwca 2026

Od Liliowej Pieśni do Tańcującego Pierza

Ostatnie zgromadzenie

Liliowa Pieśń szła na zgromadzenie. Nie zdążyła się ogarnąć, więc w chodzie zaczęła czyścić sobie futro. Skakała na jednej nodze, próbując zdjąć kłaka z boku ciała. Morszczynowy Wąs zawarczał i ryknął:
– Hej! Rusz się!
– Możesz przejść obok! Masz dużo miejsca! – warknęła.
– Blokujesz innym przejście! – ryknął i popatrzył na nią z wrogością.
– W takim razie daj mi ściągnąć tego kłaka! Nie widzisz?
W końcu kocur machnął ogonem i ominął kotkę. Czuła, że wygrała. Zauważywszy, jak inni się na nią patrzyli, zlizała kłaka i odpuściła czyszczenie.

***

Znalazła się na Bursztynowej Wyspie. Zgromadzenie miało się odbyć lada moment. Kotka zaczęła pieścić swe futro, ponieważ nadal nie było idealne. Nagle obok niej usiadł kocur o nietypowym, rudym umaszczeniu. Miał gęstą sierść i szmaragdowe oko, gdyż drugie zasłaniała mu grzywka. Postanowiła się mu przedstawić, zaciekawiona jego osobą. 
– Witaj! Jestem Liliowa Pieśń, a ty?
– Dobry wieczór, Liliowa Pieśni – zaczął uprzejmie, patrząc na nią z góry. – Nazywam się Tańcujące Pierze. Piękna noc, nieprawdaż?
Popatrzyła na Tańcujące Pierze, zastanawiając się, czy miał normalnie taki głos.
– To prawda. Z jakiego klanu pochodzisz?
– Pochodzę z Klanu Burzy – odpowiedział krótko. – I jak mnie nos nie myli... pochodzisz z Klanu Nocy?
– Dokładnie – odmiauknęła. – Czy wszystko dobrze u was?
– Cóż... – uciekł spojrzeniem w górę. – Klan Gwiazdy nam obecnie sprzyja. Rodzi się nowa krew... i takie tam. A u was? – zapytał.
– U nas też dobrze. Żłobek aż się roi od kociaków!
Pierze odwzajemnił, choć nieśmiało, uśmiech. Spojrzał na jej pyszczek.
– Czy są u was jakieś mężne kocury w tym Klanie Nocy? – zapytał. Jego hipnotyzujące, szmaragdowe oczy wbijały się w Liliową Pieśń.
– Tak, bardzo mężne... – zarumieniła się. – Ty też pewnie jesteś mężnym kocurem w waszym klanie? – skomplementowała, a on wypiął dumnie pierś.
– Oczywiście, że tak, Liliowa Pieśni. Jestem najmężniejszym kocurem, jakiego przyszło ci poznać – mówił pewnie. – Te wasze rybie fiflaki nie równają się ze mną, Tańcującym Pierzem. Skończyłem swój trening w dwa księżyce, a ponadto zyskałem tyle mięśni, ile oni razem nie umieli wyrobić! – rzekł, po czym zademonstrował liliowej kotce swoje mięśnie. Musiała przyznać, że był masywnym i naprawdę wysokim kotem.
Liliowa popatrzyła na niego, myśląc automatycznie o Szkwale... Nie wiedziała, czemu. Czuła, że kocurek pokazuje swoje wysokie ego.
– To naprawdę imponujące... – powiedziała.
– Tylko tyle masz mi do przekazania, droga damo? – powiedział, pochylając się w stronę kotki. Ich ciepłe oddechy łączyły się w jedno. – Nie bądź taka niedostępna… – wymamrotał flirciarsko, po czym mrugnął oczkiem w jej stronę. Czy on mnie uważa za flirciarską zabawkę?
Kotka spojrzała na niego z ukosa. Tańcujące Pierze chyba właśnie jej uświadomił, dlaczego pomyślała o Szkwale.
– Wybacz, nie jestem zainteresowana.
– Jaka "niezainteresowana"? Pff, wy, kotki, tylko o jednym myślicie! – zbeształ ją. – Kopulacją żyć nie będziecie ciągle. Nie każdy kocur będzie chciał taką... kotkę – miauknął i zmarszczył brwi.
Kotce podniosło się ciśnienie. Co to to nie!
– Otóż już mam idealnego kota do tego – uświadomiła.
– ...A to już mnie naprawdę nie interesuje... – odparł ciszej, uciekając wzrokiem.
– Jakby to cię interesowało, słyszałam, co powiedziałeś! – parsknęła.
– A co powiedziałem...? – zapytał.
– Że to, czy kogoś mam na oku, mnie interesuje – rzekła, po raz drugi spoglądając na niego z ukosa. Rudy odwzajemnił gest. Zamilkł, a wtedy zaczęła się ta nieprzyjemna cisza. Walczyli na spojrzenia. Walkę przerwał Tańcujące Pierze, który się poderwał nagle z siedzenia i prychnął, z wyższością patrząc na Nocniaczkę.
– Miałaś już swoje dziesięć uderzeń serca. Teraz zmykaj do swojego kochasia, bo może właśnie znalazł prawdziwą wybrankę swego serca, która nie nazywa się Liliowa Pieśń...
– A ty, naprawdę mnie chciałeś czy tylko się bawiłeś? – spytała, nadal patrząc z ukosa.
– Nie odpowiem ci, bo zaczynasz być przerażająca... – odpowiedział.
Że niby ona jest przerażająca?! Phi!
– Nie jestem przerażająca, tylko chcę wiedzieć, czy bawiłeś się moimi uczuciami – powiedziała zaskakująco spokojnie jak na nią.
– ...To ty zgrywasz z siebie ofiarę – odpowiedział zirytowany. – Odchodzę. Klan Nocy najwyraźniej nie potrafi wychować kotek... – odparł z wyższością.
– To raczej ty masz problemy z komunikacją – odparsknęła.
Przewrócił oczyma, po czym odwrócił się do niej plecami. Nie mogła tak tego zostawić.
– A więc taki jesteś, hmm? Uciekasz od tematu, bardzo proszę.
– Uciekam od wariatki... – wycedził przez zęby.
– No to proszę, czemu niby jestem wariatką?
– A czemu ty myślisz, że bawię się twoimi uczuciami? – obrócił się do niej.
– Miałam w życiu o jednego kota za dużo, co tak robił... – wycedziła.
– Nie powinnaś osądzać każdego o bawienie się twoimi uczuciami, jeśli chcesz, aby ktokolwiek cię pokochał.
Liliowa zamrugała.
– Nie osądzam tak każdego, zacząłeś z grubej rury, to tyle.
– Więc przestań mówić prosto z mostu do obcego kota "bawisz się moimi uczuciami czy serio chciałeś mnie poderwać"? – mówił. Cytując jej słowa, zaczął ją przedrzeźniać. Dzieciak.
– Wybacz, coś mnie poniosło… – wymamrotała do Pierza. Fakt, trochę przesadziła.
– Z czego co słyszałam, jesteś niezłe ziółko.
– ...W jakim sensie niezłe ziółko? – zapytał, unosząc jedną brew w zaciekawieniu.
– No wiesz, że robisz dziwne akcje.
– ...Ja n–nie robię żadnych dziwnych akcji! – uniósł się nagle. Wyglądał na zdenerwowanego. – Musiałaś połknąć jakąś plotkę, serio. Koty tutaj to są niezłe ziółka, ale ja... ja tylko staram się przeżyć w tym chaosie!
Kotka popatrzyła na niego, nie wiedząc, czy mu ufać. Wreszcie, przybliżywszy się do niego, miauknęła:
– Dobrze, zacznijmy od początku.
– Czyli konkretnie... od czego? – zapytał ciszej, siadając koło niej. Stykali się futrami. Ciało Pierza zaczęło oddawać swoje ciepło Liliowej Pieśni, która miała krótką sierść, a o tej porze było już zimno. Zarumieniła się.
– Co lubisz najbardziej jeść? – uśmiechnęła się do niego.
– Zające... – odpowiedział. – Te tłuste – dodał pośpiesznie. – A ty? – zapytał. – Pewnie ryby, co?
– Tak – zaśmiała się. – Ale moje ulubione to okonie.
– Aha... – wymamrotał. Uniósł głowę, aby spojrzeć w gwiazdy. Złoty rycerz siedział przy damie, oddając przy okazji swoje ciepło. Nic więcej nie powiedzieli; w ciszy Pierze stał się oparciem Liliowej Pieśni. Kiedy nie gadał, można było go nawet uznać za słodkiego przystojniaka.
Liliowa była w transie. Było jej zimno, ale zarazem czuła się przy nim jakoś… bezpiecznie. Siedząc tak, pomyślała:
“A może Szkwał mnie nigdy nie pokocha?”
Tańcujące Pierze nagle stał się oparciem dla Liliowej Pieśni; kotka oparła się o niego głową. Rudy kocur spojrzał zaskoczony na Nocniaczkę, ale nie ruszył się.
Tańcujące Pierze wyprostował się, dając jej większe pole do popisu. Nos Liliowej Pieśni głębiej się wciskał w jego pierś.
– ...Jak pachnę...~? – zapytał cicho tak, aby tylko ona go usłyszała. Poza tym byli z dala od tłumu, który patrzył na to całe widowisko. Nie mieli świadków.
– Jak wrzos – rzekła, uśmiechając się. Jednak potem się odsunęła. Pomyślała o Klanie Nocy, Ulewnym Szkwale, Czosnkowej Krewetce, Mroku... Lecz też czuła kota, który był pod spodem tej skorupy, ciepłego i lojalnego, czuła się... dziwnie.
– Mmm... to dobrze... – wymruczał, budząc się powoli z tego transu. Otworzył oczy i zerknął na Liliową Pieśń. Chyba odgadł jej zakłopotanie.
– Hej, spójrz na mnie – polecił miękko zestresowanej kotce, przysuwając się jeszcze bliżej. – ...Nie kodeks czyni cię lojalną członkinią klanu, a serce, które wie, gdzie powinno należeć – dodał i się uśmiechnął. – ...Zaufaj sobie... – wymruczał, odsłaniając specjalnie swoją grzywę na szyi.
Patrzył w jej zielone oczy, nie pozwalając kotce uciec wzrokiem. W tych szmaragdowych, hipnotyzujących oczach mogła tylko utonąć, ale z uśmiechem.
– Ja... Ja... – wydukała, topiąc się w czułości Pierza. – Dziękuję ci – zamruczała, ale cicho, by tylko on to usłyszał.
Skinął jej głową, zanim znowu zatopiła się w jego futrze. Po chwili zaczęła usypiać. Chyba czuł się niezręcznie, lecz mimo to Tańcujące Pierze był jak skała, o którą mogła się oprzeć Liliowa Pieśń. Mogła się wypłakać, zrobić to, co chciała, wdychając ten uzależniający zapach kocura. Kotka zatonęła w futrze kocura. Jego emanująca energia sprawiała, że zaczęła odpływać, ale udało jej się opanować.
Wybudził go zimny powiew wiatru. Otworzył rozpalone oczy, spoglądając na odpływającą Liliową Pieśń. Zamyślił się. Co miał z nią zrobić? Byli na zgromadzeniu, na szczęście uwagę odwrócił wybryk dwóch uczniów, więc nie mieli przypału. Nieświadomie zaczął mruczeć, czując kotkę przy sobie. Zdołał się opanować dopiero kilkunastu biciach serca. Jego tętno przyspieszyło podczas tak intymnego kontaktu. Chcąc się wybudzić, wstał nagle. Widząc ledwo kontaktującą Lilię, podparł ją w samą porę głową, aby nie upadła brodą na kamień. Kto wie, jak by się to zakończyło. Ostrożnie położył ją na kamiennym podłożu. Kiedy otworzyła oczy, dzieliło ich mniej niż wąs. Oddech Pierza przyspieszył, a u leżącej na plecach Lilii było widać, jak jej klatka piersiowa szybko się wznosiła oraz opadała. Przełknął ślinę, po czym się odsunął od bezbronnej kotki, pozwalając jej wstać. Zawstydzeni uciekli wzrokiem w przeciwne strony.
– Cóż... – zaczął cicho, stojąc obok Nocniaczki. – Liliowa Pieśni, widzę, że już twoje serce coś zadecydowało... – wymruczał jej prawie że do ucha, a wibracje pozostawiły na kotce gęsią skórkę. Uśmiechnął się.
– Przyjdź po zgromadzeniu na granicę. Od razu. Będę czekał niedaleko Kamiennych Strażników... – wymamrotał.
Zanim kotka mogła znów zatopić się w jego futrze, kocur wstał i się cofnął. Zdesperowana kotka zrobiła drugi krok ku jego grzywie, ale Pierze zaczął się odsuwać. Pokręcił głową, widząc, że nadal nie myślała trzeźwo.
– Do zobaczenia, Liliowa Pieśni... – wymruczał z ciepłym uśmiechem, po czym zniknął w odmętach Bursztynowej Wyspy.
I tak oto Liliowa Pieśń została sama, ale nie na długo.
Pewien rudy kot po zgromadzeniu coś jej obiecał.

***

Kotka czekała na Pierze przy granicy. Przemyślała całą tę sprawę. Nie myślała trzeźwo, nie wiedziała, czemu tak się do niego przybliżyła. To przez zmęczenie? Zdenerwowanie? Nie miała zielonego pojęcia. W każdym razie miała mu powiedzieć, że to nieporozumienie. Wtedy zobaczyła rudego kocura z wiankiem z kwiatów na głowie i pięknie wyczesaną grzywką. Patrząc, jak dla niej się wystroił, postanowiła nie łamać mu serca.
Kocur wyglądał, jakby włożył w swój wygląd dużo wysiłku. Nerwowy uśmiech tkwił na pysku kocura. Był trochę poddenerwowany; pierwszy raz widywał się z kimś po zmroku w takich... okolicznościach.
– Witaj, Liliowa Pieśni – miauknął miękko w jej stronę, gdy ją dojrzał. Podszedł kilka kroków bliżej, ale zachował pewien dystans.
– Witaj, Tańcujące Pierze – zaczęła liliowa, przybliżając się bliżej granicy. – Słuchaj, na zgromadzeniu... – nie dokończyła. Tańcujące Pierze uniósł brwi. Specjalnie założył na tą okazję swój piękny, sztuczny wianek, wykonany przez dwunożnych.
Czuła się... nieswojo. Ta sytuacja na pewno nie powinna mieć miejsca, a jednak tu stali przed sobą.
– Wyglądasz... olśniewająco! – przerwał jej z nerwowym chichotem. Zatrzepotał gęstym wachlarzem białych, spiczastych rzęs. Szmaragdowe oczy śledziły każdy najmniejszy ruch na pyszczku Nocniaczki. Czy miał coś jeszcze powiedzieć?
Spojrzeli na siebie w tym samym momencie. Pierze wstrzymał oddech, nie chcąc zepsuć tego momentu. Czy Lodówkowa Łapa byłaby na niego zła, gdyby wiedziała o tym spotkaniu? Nie myślał teraz trzeźwo; po co dał się tej kotce dotknąć, po pierwsze?! Liliowa Pieśń spojrzała na niego. Miała mu powiedzieć, że zaszła pomyłka i przez zmęczenie zachowywała się tak, jak się zachowywała na zgromadzeniu, ale on tak się postarał...
"Klanie Gwiazdy, co ja uczyniłam!" – pomyślała, załamując się w duchu.
– Może... Nauczyć cię pływać? – zapytała, nie mając żadnego innego pomysłu.
– Nauka pływania... – zastanowił się. – Pływanie w zimną noc? Odpada... i co ja powiem reszcie klanu? – wymamrotał. – "Ach, tak, pływałem z kotką z Klanu Nocy, nie martwcie się" – dodał i się zaśmiał.
Zastrzygł uchem i spojrzał na rozgwieżdżony sufit. Wyglądał na zamyślonego. W szmaragdowych oczach odbijała się Srebrna Skóra, jakby były taflą pobliskiej wody.
– Hm…
– Na co tak patrzysz? – spytała liliowa.
– Na gwiazdy, widzisz? – wymamrotał i wskazał głową na Srebrną Skórę. – U nas, w Klanie Burzy, jest pewna... legenda o stworzeniu kilkunastu "konstelacji", jeśli dobrze pamiętam... – wymamrotał, przypominając sobie słowa Księżycowego Odłamka:
– Gwiazdy płakały za przyjaciółmi, którzy spadali z nieba. Jedna z nich, najjaśniejsza spośród wszystkich, wpadła na pomysł połączenia się. Wtedy powstały konstelacje, a każda z nich pojawiała się o swojej danej porze. Wtedy kronikarze malują poznane już połączenia tych gwiazd i... chyba przez to powstały "zodiaki"... nie wiem, czy wiesz, co to jest za słowo, ale według nich urodziłem się pod konstelacją ćmy, podczas Pory Nagich Drzew. I jestem totaaaalnym przeciwieństwem tego, serio! Nie wiem, czemu koty wierzą w te gwiazdy i ich moc... pff! Powinni się zajmować praktycznymi rzeczami i zlikwidować kronikarzy, bo ich ponosi. Zaraz ich opęta jakiś wielki duch i tyle z tej świętości będzie.
– Wiesz, nie wiem, czy to prawda, czy nie, ale to legendy i historie sprawiają, że klan żyje! U nas też są przeróżne legendy, np. o tym, jak powstały maści kotów! – zamruczała. – Na początku nic nie było, aż w końcu chęć istnienia we wszechświecie sprawiła, że powstały dwie grupy kotów: jedne to były koty białe, symbolizujące blask oraz czarne, symbolizujące ciemność. Te dwie grupy połączyły koty czarno–białe, przez to są one szanowane w naszym społeczeństwie. Następnie niebieskie powstały od wody, liliowe od kwiatów, cynamonowe od żyznej gleby i tak dalej. Wiesz, z czego powstała ruda maść?
– Nie wiem. Z ognia? Słońca? – zgadywał.
– Dokładnie! Z promieni słońca! – uśmiechnęła się ciepło. – Za to czekoladowi wzięli się z zazdrosnej matki błota i dlatego mają u nas taką sytuację, jaką mają…
Tańcujące Pierze zmarszczył brwi.
– Z błota? Czemu? – uniósł się nagle. – Czekoladowe koty nie są złe... wam się coś pomieszało w tych łbach! – powiedział prosto z mostu, nie myśląc nad konsekwencjami swoich słów.
– Nie wiem, czy tak, czy nie – powiedziała wyjątkowo spokojnie.
– Są czekoladowe koty, które są dobre – mówiąc to, miała na myśli brata i Fląderkę. – Ale też są takie, które są głupie i podłe – myślała o Mysiomózgiej i Sośnie.
– Czy wierzysz w te ich bujdy? – zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy.
Kotka, widząc jego niezadowolenie, spytała, zmieniając temat:
– Czy, czy chcesz być moim przyjacielem? – rzekła, bojąc się, co odpowie.
Spojrzał na nią.
Pozwolił sobie na moment ciszy, aby zobaczyć u kotki widoczny strach. Uważnie ją obserwował, zanim rzekł:
– Może coś z tego wyniknie – miauknął nonszalancko i usiadł, choć wciąż przewyższał Liliową Pieśń.
– Czyli zgadzasz się? – upewniła się. – Cieszę się, jesteś dla mnie kimś, wiesz? Niestety, muszę już wracać, pierwsi członkowie już nie długo się obudzą. Dzięki za spotkanie!

***

Od tego momentu koty zaczęły się ze sobą widywać, aż pewnej nocy lilijka rzekła:
– Wiesz, boje się, że... że zdradzam klan, moje serce do niego należy, ale... ych, chyba największym problemem jest to, że nie wiem, czego chcę – popatrzyła nieumyślnie w jego oczy. Tańcujące Pierze nie odpowiedział od razu. Patrzył na damę z zamyśleniem.
– Serce należy tam, gdzie czujemy się najlepiej, Liliowa Pieśni. Nasz umysł to komplikuje, przedstawiając logiczne zalety zostania tam, zamiast pójście tam, gdzie się chce. Zapomina jednakże o wadach; o braku wolności tam, gdzie się zostało, z wyrzutami sumienia i wstydem. Nie powinnaś wybierać. Jeżeli czujesz, że powinnaś iść gdzie indziej... to to zrób, naprawdę. Zmiany są dobre, ale wymagają od nas wielkiego poświęcenia – miauknął.
Wziął głęboki wdech i wydech.
– Kiedy posłuchasz serca, nic ci nie będzie straszne. To mózg cię ogranicza, Liliowa Pieśni. Uwolnij się od myśli, spraw, aby nie były twoje…
Przekonywał ją, tylko… gdzie należało jej serce? Miała nadzieję, że w końcu się dowie…

<Pierze?>

19 czerwca 2026

Od Liliowej Pieśni CD. Urodziwej Łapy (Urodziwego Szafirka)

Przeszłość

Liliowa Pieśń uśmiechnęła się do przyjaciółki.
– Nie mogłaś poprosić lepszej osoby! Zaraz coś wymyślę, czekaj, za gałęzią powinnam mieć schowek…
Kotka odsunęła łapą gałąź, a zza niej wysypała się cała sterta kolorowych kamyczków.
– Wow, nie wiedziałam, że nazbierało się ich aż tyle – skomentowała zielonooka i zaczęła grzebać w kupce.
– Jak tam cokolwiek znajdziesz? – spytała Szafirek.
– Jakoś… znajdę… – zastękała. – O, jest! – wykrzyknęła, wyjmując okrągły, brązowy kamień.
– Co to jest? – spytała przyjaciółka.
– Krzemień! – odpowiedziała.
– Krzemień?
– Tak! To tylko powłoka, gdy to rozbijesz, ukaże ci się kolor – kotka wzięła inny kamień, użyła go do rozbicia krzemienia, a następnie pokazała połówki przyjaciółce.
– Widzisz? Piękny, pomarańczowy kolor. A dzięki temu, że jest rozbity na pół, może to być kamień przyjaźni, lub miłości.
– Och, idealnie! Dziękuję, Liliowa Pieśni!
– Szczerze, wiedziałam, że bardzo lubisz się z Kasztankiem, spędzaliście ze sobą duuużo czasu w żłobku! W czasie treningów w sumie też.
– Aż tak to było widać? – spytała
– Bardzo nie, ale mnie to nie umknęło.
– Ty też chyba się z kimś bardzo lubisz – popatrzyła na młodszą figlarnym wzrokiem Urodziwa Łapa.
– Niby w kim? – spytała się szylkretki.
– W moim bracie? – poruszyła powiekami i uśmiechnęła się znacząco.
– Co? Nie! – odskoczyła lilijka. – Szkwał to mój bliski przyjaciel i tyle – odpowiedziała. Pod spodem jednak coś czuła, zdała sobie sprawę, że może przez ten cały czas podświadomie coś do niego czuła.

***

Kotka szła przez Brzozowy Zagajnik spotkać się z bratem. Miała nadzieję, że wszystko u niego w porządku. Myśląc tak, zauważyła za zaroślami swego brata, który kuśtykał.
– Na Klan Gwiazdy, co ci się stało?
– To… nic takiego – wykrztusił z siebie Mrok.
– Pokaż mi tę nogę – kotka podniosła mu prawą tylną nogę. Na wysokości piszczela widniała zaropiała szrama, zapewne od jakieś gałęzi lub drutu.
– Jak ty to zrobiłeś? – wykrzyczała
– Eee… przechodziłem przez płot w celu łowienia myszy i… niechcący zahaczyłem o tą błyszczącą pajęczynę dwunożnych.
Liliowa Pieśń powąchała ranę, czuła infekcję.
– Masz zainfekowaną ranę! – oburzyła się. – Przykładałeś coś albo wylizywałeś?
– Nie, to tylko szrama, nie amputacja nogi.
– Jeżeli tego nie opatrzymy, to to cię czeka! – rzekła liliowa. Rozejrzała się dookoła, przypominając sobie, jakich ziół używała Gąbczasta Perła. Kątem oka zauważyła liście trybuli, których używała do ran Czosnkowej Krewetki. Podbiegła do rośliny, wyrwała ją i wzięła korzeń w pysk.
– Co ty robisz? – spytał czekoladowy.
– Ratuję cię przed gniciem kończyny! – odpowiedziała, przeżuwając trybulę.
Gdy skończyła, położyła papkę na ranę.
– Nie ruszaj się – rozkazała i poszła po pajęczynę nieopodal. Wzięła ją na patyk, wróciła do brata, przykryła szramę liściem trybuli, a na to przyklepała pajęczynę.
– Trzymaj to przez jakieś trzy dni, okład może się zsuwać, nie jestem medykiem, ale trybula wygląda tak, ma też charakterystyczny zapach – przysunęła bratu liść trybuli.
– Och, mocny – skomentował. – Dziękuję, Liliowa Pieśni.
– Nie ma za co! Uważaj na siebie! – polizała go po uszach. – A… co u ojca? Nie zdziwił się na widok rany?
– Och, wszystko u niego dobrze. Co do rany to powiedział, że i tak jestem młody i nie ma co się rozczulać, że w jego wieku miał kilka razy więcej takich ran.
– To okropne! – rzekła.
– A może miał rację? – odparł Mrok. – Nie żyjemy w klanach, tu trzeba być szybciej samodzielnym.
– Nie wiem, czy masz rację. Och, wybacz! Robi się późno, muszę wracać! – dotknęli się nosami, a następnie poszli własnymi drogami.
Gdy wracała, zobaczyła przyjaciółkę idącą wzdłuż rzeki.
– Witaj, Urodziwą Łapo! Co robisz?
– Witaj, Liliowa Pieśni! Mój mentor zastępczy i ja łowiliśmy ryby i pomyślałam, że poszukam kamienia dla Kasztanka!
– Pomóc ci? – zaproponowała lilijka.
– Chętnie!

<Urodziwa Łapo, teraz Urodziwy Szafirku?>

23 maja 2026

Od Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Przeszłość

Liliowa Łapa wtuliła się nosem w sierść Nenufarowego Kielichu, starszej, która zginęła w trakcie napadu borsuków. Nie mogła pogodzić się z tą stratą, dla niej szara była jak członek rodziny, babka, czy kocięcy mentor. Uwielbiała słuchać jej opowieści, a sprzątanie jej legowiska nie przeszkadzało w towarzystwie kotki. Zamknęła oczy i cichutko wyszeptała:
– Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłaś dla mnie, zostawiłaś niezatarty ślad w moim sercu, Nenufarowy Kielichu. Nigdy Cię nie zapomnę.
Następnie wstała ze spuszczoną głową i podeszła do Ulewnego Szkwału.
– Chcę czuwać przy Nenufarowym Kielichu, więc będę po południu dłużej spać. Czy mógłbyś przekazać to Mandarynkowej Gwieździe?
– Pewnie. Zapewne poszła oceniać straty, pójdę jej poszukać - rzekł, machając ogonem na pożegnanie.
– Do rana, Ulewny Szkwale! – miałknęła i znów przytuliła się do kotki.

* * *
Tw: opis zwłok

Nastał poranek, uczennica czuła, jak wszystko ją boli. Przez całą noc leżała przy starszej, nie dopuszczając uczucia zmęczenia. Była lekko nieprzytomna, więc kot, który ją pacnął, musiał się zdenerwować, że wcześniej nie zareagowała.
– Liliowa Łapo, już czas! – Nad nią stała Różana Woń, która była nieco zła.
Kotka wstała i słuchała dalej medyczki.
– Nie mamy starszych, a więc my musimy ją pochować. Liliowa Łapo, złap z jednej strony, a ja z drugiej.
Liliowa złapała za futro starszej i wyszły z obozu. Jak najbardziej starała się, by nie zmoczyć ciała starszej; nie chciała, by ciało porosło grzybem. Wypłynęły z rzeki, dotarły na małą polankę obok łąki i tam zakopali szarą kotkę.
– Będzie mi ciebie brakować – miałknęła jeszcze i już miała wracać, gdy wpadł jej do głowy pomysł. Wzięła ziarna maku, posypała na ziemię i lekko zasypała.
– Teraz będziesz miała zawsze świeże kwiaty! – mruknęła, oddalając się – żegnaj na zawsze…
Kiedy wróciła do obozu, chciała jeszcze zobaczyć, co z mentorką.
– Witaj, Gąbczasta Perło! Jak Czosnkowa Krewetka i Senną Łza?
– Witaj, Liliowa Łapo, u Sennej widać duże zadrapania, ale wyjdzie z tego, a Czosnkowa… jeszcze się nie obudziła.
Liliowa spłaszczyła uszy i wbiła wzrok w swoje łapy.
– Gąbczasta Perło, tak sobie pomyślałam, bo test zdałam, a nie chcę, bym dostała imię wojownika bez jej udziału, czy mogę pomóc ci w legowisku? Oczywiście nie leczyć, ale doglądać rany, zbierać zioła…
Gąbczasta Perła zamyśliła się przez chwilę.
– Hmm… no dobrze, niech ci będzie. W takim razie przynieś mi podbiał – kotka wskazała łapą na roślinę z białymi kwiatami.
– Już się robi i dziękuję! - rzuciła przez ramię i wybiegła z legowiska.

* * *

Minął już ćwierć księżyca, a Liliowej podobała się ta praca. Codziennie zbierała zioła, które były poukrywane w różnych zakątkach terytorium, sprawdzała, czy rany się nie otworzyły, a przy okazji nauczyła się nieco teorii medycznej. Kto wie, może kiedyś się przyda?
Też odwiedziła Mroka. Nie mogła doczekać się spotkania z bratem, ale z drugiej strony czuła ukłucie w sercu, gdy pomyślała, że zdradza klan.
"Nie powiem mu o borsukach, to jest klanowa tajemnica" – wyszeptała do siebie w drodze, a gdy doszła na miejsce, brat już na nią czekał. Rozmowa z nim na początku była przyjemna, ale potem..
– Lilio, czy wiesz, co się stało z naszą… matką?
Kotkę lekko zatkało.
– T-tak, byłam świadkiem jej śmierci jako jedno księżycowy kociak. Zabił ją lis…
Kocur szybko podszedł do niej, owinął wokół jej ogona i polizał po głowie.
– Nigdy nie lubiłem lisów, ale teraz ich jeszcze bardziej nienawidzę. Hej, to nie twoja wina, byłaś tylko małym kociątkiem.
– Masz rację – mruknęła uczennica, dotykając jego nosa – ja też mam do ciebie pytanie.
– Dawaj – orzekł, mając figlarny błysk w oku.
– Czy pamiętasz dzień, gdy Sosna cię zabrał?
Jego błysk zniknął, a oczy zmatowiały.
– Jak przez mgłę, ale wiem, że spałem obok ciebie i Sójki, nagle do środka wszedł ojciec i powiedział, że musimy iść. Spytałem się, dokąd i dlaczego, a on z uśmiechem odparł, że musimy odejść w lepsze miejsce i żebym się nie martwił. Posłuchałem go i poszłem za nim. Chociaż bardziej się czołgałem, bo nie umiałem dobrze chodzić. Upadałem, i wstawałem, upadałem, i wstawałem, aż w końcu wybuchnął i krzyknął: "OJ MROK! PRZESTAŃ ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK GŁUPEK I IDŹ NORMALNIE!!!"
– To okropne! – skomentowała kotka, jeżąc kark. Coraz bardziej przekonywała się do myśli, że Sosna opuścił mamę, ale nie znała powodu, a nie miała odwagi pokazać się tacie. Nigdy nie miała problemu z kotami, raz na granicy była mała sprzeczka, prawie puściła by wodzy i naskoczyłaby na jednego z klifiaków, ale Kropiatkowa Skórka ją powstrzymała. A z nim? W jego wzroku było coś, co ją niepokoiło, i nie wiedziała, czemu.
– Nie, po prostu byłem wtedy małym, słabym i głupim orzeszkiem – odpowiedział brat, czyszcząc łapę.
– On nadal tak wrzeszczy?
– Krzyczy? Czasami, jak nie zdobędę odpowiedniej ilości pokarmu, jak wycofam się z walki, jak jestem senny…
– Nie miałeś wsparcia – miałknęła uczennica, marszcząc brwi.
– On po prostu uczył mnie życia. – odmruknął, patrząc się w swoje łapy, sam chyba już nie wiedząc, co mówi. Potem znowu popatrzył na siostrę i zapytał:
– Czy wiesz gdzie jest grób matki? Chciałbym ją odwiedzić.
– Tak, jest niedaleko. Dawno u niej nie byłam. Chodź, zaprowadzę cię.
Gdy doszli, złożyli kwiaty matce i ciemnoczekoladowy mruknął:
– Spoczywaj w pokoju – potem odwrócił się do liliowej – dzięki, że pozwoliłaś wejść mi w głąb terytorium.
– Ale tylko ten jeden raz! – zaśmiała się.

– Liliowa Łapo! Chodź tu! Szybko! – ze wspomnień wyrwał ją krzyk Gąbczastej Perły. W strachu, że to coś poważnego. I było, ale nie w złym znaczeniu. Na posłaniu Czosnkowa Krewetka podniosła głowę.
–Czosnkowa Krewetko!! – wykrzyknęła z radości i przytuliła mentorkę.
–Liliowa Łapo! – zaśmiała się szylkretka – ile czasu zajęło, zanim się ocknęłam?
– Kilka dni - odmruknęła medyczna.
– Och! To pewnie masz już nowe imię, Liliowo! Jakie ci dano?
– Nie miałam ceremonii, czekałam na ciebie – uśmiechnęła się uczennica.
– Naprawdę? – zdziwiła się Krewetka – w takim razie zróbmy ją dzisiaj, jeszcze trochę do wysokiego słońca!

* * *

Nadeszło południe. Liliowa Łapa przebierała łapami, nie mogąc się doczekać wyniosłej chwili. Po długim czekaniu na liderkę nareszcie wskoczyła na drzewo i zawołała:
– Niech wszystkie koty zdolne łowić ryby w rzece zbiorą się na spotkanie klanu!
Wszyscy w mgnieniu oka pojawili się na polanie. Ulewny Szkwał promieniował radością, Urodziwa Łapa skakała, ale przestała gdy zauważyła obok niego Rogatą Łapę. Odwróciła się z pogardą i przybliżyła się do Przypalonej Łapy. Kotka czuła, że pomiędzy jej przyjaciółką a Kasztankiem jest jakaś inna relacja niż tylko przyjaźń. W końcu Mandarynkowa Gwiazda zaczęła:
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. – Liliowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Liliowa się nie wahała 
– Przysięgam.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Liliowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Liliowa Pieśń. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i poświęcenie, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy!
– Liliowa Pieśń! Liliowa Pieśń! – rozległy się miałknięcia. Liliowa Łapa, od dzisiaj Liliowa Pieśń nie pamiętała piękniejszej chwili w życiu.


06 maja 2026

Od Liliowej Łapy CD. Ulewnego Szkwału

Liliowa Łapa starannie wylizywała ranę po walce z sokołem ćwierć księżyca temu. Różna Woń opatrzyła jej ranę, a Gąbczasta Perła codziennie sprawdzała. Na szczęście ptak zaatakował w mało wrażliwym miejscu, a zakażenie się nie wdało. Rozmyślała cały czas o Sośnie, bracie, śmierci matki, a jednocześnie o chęci wysłuchania opowieści Nenufarowego Kielichu, których słucha przy sprzątaniu legowiska starszej, chęć zostania wojownikiem i wspólnego polowania z przyjaciółmi. Miała wrażenie, że między tymi dwoma światami była wąska, lecz głęboka przepaść gdzie spadnięcie skutkowało śmiercią. Z jednej strony czuła się, jakby zdradzała swój ukochany klan, za którego może oddać życie, a z drugiej strony nie chciała traktować Mroka jak obcego kota. W dodatku, gdy usłyszała o możliwości szpiegostwa dla samej liderki, chciała bardzo udowodnić, że się do tego nadaje, choć Szkwał w nią nie wierzył. Na szczęście po rozmowie z Urodziwą Łapą poczuła się lepiej i postanowiła żyć jak zawsze. Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos Czosnkowej Krewetki.
— Witaj Liliowa Łapo! Jak rana? Gąbczasta Perła powiedziała, że możesz wracać do treningu, ale żebym najpierw sprawdziła, czy na pewno.
Liliowa wystrzeliła z posłania jak proca.
— Tak! Jestem gotowa! Jak będę tu siedzieć jeszcze jeden dzień, to czuję, że rozniosę to legowiska.
U mentorki w oczach ukazał się błysk rozbawienia i czegoś jeszcze jakby dumy.
— W takim razie chodźmy temu zapobiec. — Machnęła ogonem w stronę wyjścia, a uczennica podreptała do szylkretki i po zetknięciu się nosami skierowały się do wyjścia z obozu. Kiedy przepłynęły rzekę, koteczka myślała, że się tu zatrzymają lub skręcą w głąb terytorium, ale zamiast tego nadal kierowały się w stronę morza. Zanim uczennica zdążyła zauważyć, znaleźli się na wybrzeżu. Fale zmywały piasek, a kolorowe muszelki ozdabiały jego całą powierzchnię.
— Czosnkowa Krewetko, czemu mnie tu przyprowadziłaś?
— Twoim zadaniem będzie złapać morską rybę. Musisz zejść w głąb morza, jeśli chcesz to zrobić, a piana morska i wiatr mogą ci to utrudniać. Ja będę na brzegu i będę patrzyła na twoje postępy.
Liliowa Łapa otworzyła szerzej oczy, nigdy nie łowiła w morzu, a kotki nie będzie blisko niej, jednak skoro mentorka myśli, że da radę, to da radę.
Wsunęła łapę pod wodę. Czuła, jak obmywa ona całą jej nogę. Weszła głębiej, aż po brzuch. Kiedy tak szła, zauważyła małe rybki odpływające od niej, ale i tak one były tylko na przełknięcie. Musiała złapać normalnej wielkości rybę, nic więcej. Stanęła nieruchomo, lekko uginając tylne nogi do wyskoku i czekała na swoją ofiarę. Jednak czekanie trochę trwało. Znudzona Liliowa Łapa w końcu zauważyła dorsza szukającego pożywienia w piasku. Niestety, zanim kotka zdążyła położyć swoje łapy na zwierzęciu, ten odpłynął w głąb morza. Zdenerwowana uczennica uderzyła łapą, rozpryskując wodę na boki.
"Spokojnie Liliowa Łapo, jeszcze raz" — powiedziała do siebie i zdeterminowana znowu przystąpiła do obserwacji.
Tym razem stała nieruchomo jak głaz, jedynie wiatr i morskie fale mierzwił jej futro. Musi to zrobić! Nie może zawieść swojej mentorki! Nagle kątem oka zauważyła jakiś błysk. Uczennica zmrużyła oczy i przyjrzała się bliżej. To rybie łuski! Okazało się, że należą one do łososia rozglądającego się na boki, jakby czegoś szukał. Albo się zgubił. Lilijka wyczuła moment i skoczyła na rybę. Przestraszony próbował uciec, lecz kotka była szybsza i przygniotła go łapami. Łosoś wił się, starając wymknąć się spod kończyn, ale Lilia mu na to nie pozwoliła. Szybko wzięła go w szczękę i zabiła go, zaciskając na nim swe zęby. Udało jej się! Zadowolona pobiegła w stronę mentorki, a woda spowalniała jej ruchy.
— Ciosnkowa Krefetko! — zawołała, sepleniąc przez trzymaną w szczęce zdobycz. — Złapałam łososia!
Mentorka chyba ją zrozumiała (albo odczytała to po jej wyrazie pyska i po tym, co w nim miała) i uniosła z dumy ogon do góry, podchodząc kilka kroków do spienionego morza.
— Jestem bardzo z ciebie dumna, Liliowa Łapo.
Uczennica położyła rybę koło jej łap i zamruczała w podziękowaniu za te słowa.
— Chyba to najwyższy czas, aby ci to powiedzieć — rzekła szylkretka. Kotka nie wiedziała, co o tym sądzić — czy Czosnkowa Krewetka nie będzie jej już szkolić? Czy widziała Mroka walczącego razem z nią z sokołem?
— Liliowa Łapo — zaczęła. — Bardzo szybko się uczysz. Walkę opanowałaś prawie do perfekcji, co widać przy akcji z drapieżnym ptakiem.
Kotka się speszyła
— Ale... On był bardzo poharatany...
— Lecz w twoim wieku to i tak duże osiągnięcie. Na polowaniu jesteś precyzyjna w tym, co robisz i szybka. Nauczyłam cię wszystkiego, co umiem. Według mnie jesteś gotowa, aby zostać wojowniczką.
Liliowa Łapa nie spodziewała się tego. Myślała, że wojowniczka żartuje.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Mandarynkowa Gwiazda też się zgadza.
Uczennica myślała, że odleci ze szczęścia. Fajnie jest być uczniem, ale perspektywa mianowania bardzo ją przekonywała.
— Chodź, zanieśmy to wszystko! — rzekła mentorka, idąc w stronę obozu.
Przed napadem borsuków
Liliowa Łapa leżała w swoim legowisku, ziewając z nudów. Księżyc w pełni świecił wysoko, był czas zgromadzenia, jednak ona nie została wybrana, aby na niego pójść. Z nią byli też Rezedowa Łapa, który powoli zasypiał na swoim posłaniu, oraz Narwana Łapa, który bawił się liśćmi. Wszystko wskazywało na to, że ten wieczór będzie spokojny. Kątem oka zobaczyła Senną Łzę idącą w stronę legowiska medyka. Czy ona nie miała być na zgromadzeniu? Kotka postanowiła to sprawdzić
— Cześć, Senną Łzo! Czemu nie jesteś na zgromadzeniu?
— O, cześć, Liliowa Łapo, Różana Woń mnie odesłała, mówi, że mam duży katar i lepiej, żeby ktoś mnie zobaczył.
— Jeśli chcesz, chętnie cię odprowadzę. I tak nie mam co robić!
— Dziękuję, Lilio. Chodźmy.
Plotkując, dotarły do legowiska medyka. Tam Gąbczasta Perła zbadała ją i dała kupkę ziół.
— Proszę — powiedziała do szylkretka. — Zjedz to.
Kotka przeżuwała spokojnie liście, a następnie położyła się spać.
Nagle lilijka usłyszała jakiś krzyk.
— Borsku!
Hmm, może powinna zobaczyć, o co chodzi? Wydawało się jej, że to głos mentorki, więc może ją woła.
Jednak później okazało się, że to nie było przywołanie. To było wołanie na pomoc. Przed jej oczami Czosnkowa Krewetka próbowała się uwolnić od wielkich łap... Borsuka!
Już chciała ruszyć na pomoc, ale Świteziankowe Jezioro zagrodził jej drogę.
— Ty, Rezedowa Łapa i Narcyzowa Łapa pilnujcie żłobka, my się tym zajmiemy — potem zaatakował borsuka.
Z legowiska wojowników na przodzie z Niezapominajkową Nadzieją koty wyszli z legowiska,
atakując zwierzę. Ze strony wyspy dla więźniów wyszedł Lśniąca Ikra ze Stroczkową Nadzieją, wydał mu rozkazy i sam wskoczył do wrzawy bitwy. Z tunelu wydał się wrzask drugiego borsuka, mrożący krew w żyłach, okazało się, że Pierzasta Kołysanka wczepiła się w zad, a dymny ruszył na pomoc. Rozpromieniony Skowronek w tym czasie bohatersko rzucił się na borsuka przygniatającego Czosnkową Krewetkę.
— Klanie Gwiazdy, pomóż! — pomodliła się w myślach i przybliżyła się do Flaminga i jego matki, aby ich chronić. Słyszał, jak czarny point się irytował, ale próbowała to zignorować
Tyle się tu działo! Liliowa Łapa oddychała ciężko, próbując nie zemdleć. Borsuk, próbujący zrzucić z siebie kremowego, zmienił taktykę i przewrócił się na bok, przygniatając kocura, który wydał z siebie wrzask, a potem w powietrzu rozległo się głośne chrupnięcie. Czy on ... zmarł? Popatrzyła na Narcyzową Łapę, chyba on też tak uważał. Borsuk, który wcześniej blokował wejście do obozu, zniknął. Gdzie on jest?! Wątpiła, żeby tak sobie po prostu poszedł. Pierzasta Kołysanka i Lśniąca Ikra łapali oddech, a z pyska księżniczki wydobył się ledwo słyszalny stęk bólu. Nagle podskoczyła, słysząc krzyk, a następnie widząc borsuka wychodzącego z legowiska starszyzny.
"Nenufarowy Kielich!" — krzyknęła w myślach. Nie darowałaby, gdyby starsza umarła. Już miała lecieć w tę stronę, ale wtedy wyleciał Żmijowcowa Wić, a za nim Trzcinowy Szmer i rzucili się na napastnika. To nie będzie zbyt mądre, jakby poleciałaby tak za borsukiem, więc nadal stała na swoim miejscu, chroniąc żłobka. Wtedy zobaczyła Wężynowy Splot, przeszukującej obóz.
— Hej, Narcyzową Łapo! Leć do legowiska starszyzny.
Kocurek zamrugał do niej oszołomiony.
— Co się tak ociągasz?! No nie stój tak! — krzyknęła do Narcyzowej Łapy, który zakłopotany poszedł na borsuka.
— NIE DAJ MU UCIEC! BIEGNIJ! — krzyknęła, aż kotkę rozbolały uszy. Nagle Wężynowy Splot najeżyła futro na karku i ruszyła w stronę legowiska wojowników. Borsuk próbuje się tam przedostać! Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić zauważając to, skoczyli na borsuka, jednak zwierzę ją złapało i kotka nie mogła się ruszać.
— Puszczaj, ty kupo futra! — warknęła.
Wężynowy Splot z Narcyzową Łapą w tym czasie walczyli z drugim napastnikiem. Borsuk próbował zrzucić kocicę, lecz ona mocno trzymała się jego grzbietu. Zza trzcin rozniosło się cichy, niemal niesłyszalny pisk. Borsuki znieruchomiały, nie zwracając uwagi na koty. W tym momencie z ciemności wyłoniła się Senną Łza, która skoczyła i złapała zwierzę za pachę, aby uratować walczącą. Borsuk obudził się z transu, ryknął i rzucił o ścianę Wężynowy Splot oraz Senną Łzę. Przerażona, przypatrująca się Gąbczasta Perła ruszyła do przodu.
Czarno-biały napastnik w tym czasie złapał za nogę szylkretki, która zaryczała z bólu, jak wróg przyszpilił ją do ziemi. Liliowa Łapa postanowiła pomóc, skoczyła na niego i ugryzła go w ucho. Borsuk zrzucił ją, ale ona się tak prędko nie poddawała. Skoczyła i zatopiła pazury w zad zwierzęcia. Przerażone miauknięcia uniosły się, gdy borsuk, do którego przyczepiony był Żmijowcowa Wić, dotarł do celu. Zdeptał trzciny, a ich oczom ukazała się Korzenna Łapa z czymś piszczącym. To piszczące coś od razu wypełzło w jego stronę, ocierając się węgielkowym nosem. Czy to młode borsuka? Wężynowy Splot wstała, a drugi borsuk teraz tylko harczał gdy zauważył, że młode jest bezpieczne.
— Ty głupia uczennico! Prosisz się o śmierć? Puszczaj go! — wrzasnął zirytowany Żmijowcowa Wić i szczerze, liliowa wcale mu się nie dziwiła.
— Korzenna Łapo, puszczaj go, bo wszyscy zginiemy! — zawtórowała Trzcinowy Blask.
— Ale on był sam, w lesie! Miałam go tak zostawić? — zapiszczała, bliżej przytulając młode ku zdenerwowaniu borsuczycy. Wiedziałam, że mnie nie zrozumiecie, więc go schowałam!
— Tak, miałaś go tam zostawić! Wiedziałem, że czekoladowe koty przynoszą pecha! — powiedział zezłoszczony Złocisty Widlik.
— I co? Wtedy ktoś z was by przyszedł i by go zabił!
— Na wszystkie ryby w rzece! — wycedził Żmij. — Za chwilę ja rzucę tym bachorem o matkę jeśli go nie oddasz!
Zła Gąbczasta Perła odciągnęła swoją córkę na bok, a Liliowa Łapa wylizywała jej rany.
— Dziękuję — szepnęła Gąbczasta Perła. Lilijka zamruczała w odpowiedzi.
Korzenna Łapa postawiła łapę przed małym, sprawiając, że borsuk zwiększył swe rozmiary
— Nie! Nie oddam go tej ... Tej nieodpowiedzialnej głupiej matce! Pewnie sama go tak zostawiła!
Ktoś krzyknął: niech ktoś ją złapię, niech się opamięta!
— Oszaleje zaraz! Ty egoistyczna, głupia wypluwko! — Zeskoczył z samicy borsuka i obracając się w skoku, poleciał na siostrzenicę, odrzucając ją do tyłu. Złapał ją za pierwszą lepszą część ciała i odciągnął na tyle, na ile umiał, aby borsuczyca nie rzuciła się na nich.
Gdy tylko jej szczenię znalazło się z dala od reszty kotów, przyciągnęła je do siebie dużą, czułą łapą, intensywnie obwąchując je swoim mokrym nosem, po którym ściekała świeża posoka. Szczenię pisnęło w stronę matki, wyciągając do niej swój maleńki pyszczek i szukając znajomego ciepła. Paroma liźnięciami udało jej się uspokoić młode, które wtuliło się w jej pokaźnych rozmiarów łapę. Samica zadarła łeb ku górze, mierząc wszystkich wokół niej swymi maleńkimi ślepkami.
— Wyhrr... Koty... Głupie! Jahrr dzieci! Łase na cudzhrre małe... — wycharczała.
— Co ona mówi? — spytała Liliowa samą siebie.
— Co tak siedzisz jak bezbronny kociak! Zrób coś! Może przeproś, że zabrałaś jej dziecko? - warknął zezłoszczony Żmijowcowa Wić.
— Mam przepraszać... borsuka? — splunęła, wprowadzając większe niezadowolenie.
— Sprowadziłaś problemy? To teraz się z tym mierz mysi móżdżku — syknął Złocisty Widlik na Korzeń.
— Ja przynajmniej go mam, a teraz milcz! — odpowiedział Żmijowcowa Wić.
— Wargi nohrr was nie dothnie. Nihdy. Tahi sam. Karhhdy! Tamhi terr. Potwohrr i wy i oni — powiedziała borsuczyca.
— My nie jesteśmy potworami! To wy właśnie wtargnęliście do nas i zabiliście nam koty! Kto niby jest jeszcze tak okropny niby? Jakie wargi? - odpowiedziała Trzcinowy Szmer.
— Koty. Potwohrr. Od pothworr lud wasz wyhredl i potwohrr jest. Kahry kot. Jah wy tah i oni. Rah jur zabrhali — mówiąc to, borsuczyca bliżej przyciągnęła do siebie szczenię, pokazując na nie nosem. — Nie da druhi rah kot zabrah.
Niezapominajkową Nadzieją lekko schyliła łeb, aby ta nie widziała jej już może jako zagrożenie. Na młode nawet nie spojrzała.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co masz na myśli..? Nie chcieliśmy problemów, na prawdę, przepraszamy…
— Czy mieliście drugie dziecko i ktoś go wam zabrał? — miauknął piastun.
Fuknęła. Przez chwilę wpatrywała się oczkami jak guziczki w Złocistego Widlika, jakby próbując skupić się na zrozumieniu jego słów. W końcu zdało się, że dotarło do niej znaczenie zdania wypowiedzianego przez piastuna, na co wskazywały położone uszka.
— Inni. Jah wy. Wiohen tehru wiele. Zabrrhli wyhtko. Bóhr, nohry, dzierrhi. Tyho Warga zostah. Zostaho nih prarhie— Rozłożyła łapy, pokazując pustkę między nimi.
Złocisty Widlik odwzajemnił spojrzenie borsuczycy ze spokojem w zielonych oczach.
— Koty zabrały wam teren? — miauknął.
— I ilu was było? — dopytał po chwili.
— Ale co to Warga? — dopytała Trzcinowy Szmer, która nie dostała odpowiedzi.
Wskazała na niebo. Liliowej ukazała się konstelacja gwiazd, przypominającej niedźwiedzia, albo borsuka
— Warga.
— To wasza wiara? Znaczy przodek lub coś tego typu? — mruknął piastun. Może to taki ich Klan Gwiazdy.
Przytaknęła.
— Nie pohie. Koty. Niehorne zauhania. Rahnią. Obiecują. Khramcy.
— Po co te pogaduchy? Zabierzcie malucha i idźcie z tąd — miauknął zirytowany Żmijowcowa Wić
Przekręciła głowę. Nie do końca rozumiała niektórych słów kocura.
— Warga czuha. Wargi nohrr dobhry. Jak mahtka. Warhi bhak — Borsuczyca ponownie pokazała pustkę między łapami, nieco je rozkładając, w geście zrezygnowania.
— Do widzenia! — miauknęła Niezapominajkowa Nadzieja.
Liliowa Łapa zrozumiała czyny borsuczyca. Chroniła to, co jej pozostało. Rodzina nawet dla nich była ważna. Tak bardzo tęskniła za matką i za Mrokiem... czemu on zawsze musi nawiedzać jej myśli? Ale, czy to jej tak przeszkadzało?
— Żegnajcie! — krzyknęła za nimi. Borsuczyca odwróciła głowę i mrugnęła. Czy ona chciała jej coś przez to powiedzieć? Odwzajemniła gest i machnęła ogonem na pożegnanie.
Koty w obozie sprawdzały swoje rany. Złocisty Widlik rozmawiał ze Stroczkową Nadzieją, który miał w pysku zioła, a Niezapominajkową Nadzieja pomagała Trzcinowemu Szmerowi.
Liliowa weszła do legowiska medycznego. Popatrzyła na nieprzytomną mentorkę. Czemu jednak nie ruszyła jej na pomoc? Może by nie była w takim złym stanie. Obok niej krzątała się Gąbczasta Perła.
— Gąbczasta Perło, czy ona... przeżyje?
Kotka popatrzyła na nią ze współczuciem.
— Nie mogę ci tego obiecać. Ale zrobię co w mojej mocy, obiecuje.
Popatrzyła na poturbowaną Senną Łzę.
— Może zostanę przy niej? Masz dużo pracy, a ja będę ją oglądać
Medyczna zamrugała z wdzięcznością.
Nagle do legowiska wpadł przerażony Rezedowa Łapa.
— Gąbczasta Perło! Nenufarowy Kielich nie żyje!
Kotkę wmurowało, a lodowaty dreszcz przeszył jej ciało. Dlaczego akurat teraz! Była emocjonalnie przywiązana do niej
— Jak zginęła? — zapytała z drżącym głosem.
— Nie miała żadnych ran na ciele, ale była zwinięta w głąb legowiska. Chyba dostała obrażeń wewnętrznych.
Kotka była bardziej wściekła na Korzenną Łapę. To wszystko przez nią! Chętnie ucięłaby jej uszy. Za dużo straciła. Z obozu dobiegł hałas. To były wracające koty ze zgromadzenia. Wyszła, zauważając, że automatycznie idzie do Ulewnego Szkwału. Zobaczyła fińskiego kocura, rozmawiającego z Przypaloną Łapą.
Podbiegła do niego, chcąc opowiedzieć o wydarzeniach.

<Ulewny Szkwale>
[2412 słów]

[48%]

14 kwietnia 2026

Od Liliowej Łapy Do Urodziwej Łapy

Liliowa Łapa wstała i rozprostowała łapy. Z dnia na dzień było coraz zimniej. Urodziwa Łapa spała obok niej, zwinięta w kłębek. Popatrzyła na przyjaciółkę ze szczęściem, by po chwili popatrzeć się w drugi kąt legowiska, gdzie było puste posłanie, które niegdyś należało do Szkwalnej Łapy. Dzień wcześniej został mianowany na wojownika i teraz był Ulewnym Szkwałem. Gratulowała mu i była naprawdę z niego dumna, ale będzie jej go brakować. Bardzo brakować. No cóż, przynajmniej Morszczyn też zostawił legowisko uczniów i nie będzie przegrzebywać jej rzeczy. Wyszła na zewnątrz na ostatnie promienie słońca i podeszła do sadzawki na środku obozu. Wychleptała trochę wody i czekała na mentorkę. Nie minęło dużo czasu, gdy spomiędzy gałęzi wysunął się biało-kremowy łepek Czosnkowej Krewetki.
— Cześć, Czosnkowa Krewetko! — miauknęła do mentorki i poleciała do niej.
— Witaj, Liliowa Łapo! Widzę, że jesteś w dobrym nastroju.
— Tak! Nie mogę się doczekać treningu, cokolwiek to będzie!
— Dzisiaj potrenujemy walkę i poćwiczymy wspinanie na drzewa, żebyś pamiętała, że nie jesteś ptakiem i nie odlecisz z niego — zaśmiała się i ruszyła do wyjścia.
Pogoda była bardzo ładna jak na Porę Opadających Liści. Wszędzie było czerwono lub żółto, nawet w rzece, a drzewa dokładały nowe liście na ziemię. Zanim się obejrzała, znalazła się na małej polance niedaleko rzeki, gdzie Czosnkowa Krewetka się zatrzymała.
— Dzisiaj będziemy trenować tutaj. Liliowa Łapo, pokaż mi, jak u ciebie wygląda atak z naskoku.
Uczennica kiwnęła głową i przeszła do pozycji. Zawiesiła wzrok w przestrzeni, by nie dać znaku mentorce, gdzie będzie celować. Obie ruszyły w tym samym czasie, szarżując na siebie nawzajem. W odpowiednim momencie Lilijka wyskoczyła w górę, celując w kark, ewentualnie w zad wojowniczki. Czosnkowa Krewetka nie zdążyła w porę zahamować i przejść do obrony, dzięki czemu idealnie wylądowała przy udzie, lekko wbijając pazury i gryząc ogon. Jednak mentorce udało się strząsnąć uczennicę, która się potoczyła, a następnie, wstając, uniknęła, posuwając się w bok, naskoku szylkretki. Wykorzystując czas, który dostała dzięki szybkiej reakcji, zatopiła kły na karku kotki. Niestety, mentorka spychnęła ją łapą na bok, dosięgając jej brzucha, ale w porę ugryzła ją w ucho i odsuwając się od niej.
— Bardzo dobrze! — miauknęła Czosnkowa Krewetka, owijając łapy ogonem. Spróbujmy jeszcze najgorszą wersję przygniecenia.
Liliowa Łapa położyła się na plecach, a mentorka z całej siły położyła łapę na krtani. Lilijka z całych sił walnęła w brzuch tylnymi łapami, a gdy "przeciwnik" chciał ją stłumić pazurami, wyrwała się, atakując w bark.
— No dobrze, widać, że umiesz wszystkie dotąd ważniejsze techniki walki.
Liliowa Łapa popatrzyła na nią z zakłopotaniem. To nie było wszystko, ale myślała, że mentorka nie potrzebuje innych sprawdzać, bo tak świetnie jej szło... albo znowu zapomniała. Nie chciała jednak upominać mentorki, więc tylko wzruszyła ramionami.
— Czas na wspinaczkę. Wtedy dość dobrze ci poszło, ale pokażę ci, jak to się robi prawidłowo. — Czosnkowa Krewetka popatrzyła na pień i naskoczyła na niego, zatapiając z chrzęstem pazury w korę dębu.
— Przy wspinaczce musisz umieścić ciężar ciała na udach i wyskoczyć, o tak. — Mentorka skoczyła wyżej, będąc blisko pierwszej gałęzi — a kiedy chcesz zejść, musisz delikatnie spuszczać się w dół, w taki sposób — rzekła, delikatnie zsuwając się z drzewa — Albo po prostu zeskoczyć. Wtedy musisz się obrócić w locie i gotowe! Cała filozofia. Twoja kolej!
Lilijka podeszła do dębu, podskoczyła i sprawnie wspięła się do góry.
— A teraz zejdź! — krzyknęła szylkretka. Liliowa kotka kawałek się zsunęła, przebierając gdzie niegdzie łapami, a następnie delikatnie zeskoczyła na ziemię. — No cóż, to chyba wszystko na dziś! Szybko robisz postępy, dlatego teraz możemy iść na polowanie.
Ach, nareszcie. Po pływaniu to było jej ulubione zajęcie. Podekscytowanie było też takie duże ze względu na fakt postanowienia złapania szczupaka. Chciała też pokazać samodzielność mentorce, więc się zapytała, czy może zapolować po drugiej stronie rzeki.
— Oczywiście, ale nie wyczyniaj nic głupiego, zrozumiano?
— Dobrze, Czosnkowa Krewetko, będę ostrożna i dziękuję!
Bez zastanowienia wskoczyła do rzeki i przepłynęła na drugi brzeg. Woda łaskotała ją w wąsy i mierzwiła futro.
"Jak przyjemnie! Szkoda, że nie jest tak zawsze" — pomyślała, patrząc na toń otaczającej ją chłodnej cieczy. Kiedy wyszła na suchy ląd, od razu przystąpiła do łowienia, myśląc przy okazji nad rozwinięciem swojego wynalazku. Po krótkiej chwili z jej pyska wisiał całkiem dorodny pstrąg. Już miała łowić następną rybę, gdy nagle nieregularny cień pojawił się na tafli. Lilia spojrzała w górę — to był sokół! A może jastrząb? Orzeł? Cokolwiek to było, było duże, bardzo duże jak na ptaka. Do tej pory polowała na mniejsze ptaki, wróble, wrony, sójki, a więc perspektywa złapania ptaka większego od trzech kociaków była dla niej obiecująca. Liliowa Łapa schowała się pod najbliższą paprocią, patrząc przez liście na polujące zwierze. Po czasie, który dla Lilijki był wiecznością, ptak zaczął pikować w dół. Przez chwilę myślała, że to na nią i miała już uciekać, ale ptak wylądował kawałek dalej, zatapiając swe szpony w biednym gołębiu, i, jak to się mówi, gdzie lisy się biją, tam borsuk korzysta, więc gdy sokół był zajęty gołębiem, kotka skoczyła na grzbiet i mocno wbiła pazury w pióra. Ptak zaskrzeczał, strząsając kotkę i wyciągając szpony w jej stronę. Zrobiła unik i zaatakowała oczy sokoła, ten przeraźliwie zaskrzeczał, uderzając skrzydłem o uczennicę i wyciągając do niej swe szpony, przerysował jej bark. Uderzenie było bolesne. Sokół chciał ugryźć, by oszołomić kota. Szybko wykorzystała sytuację i walnęła go tylnymi łapami.
"Dzięki ci, Klanie Gwiazdy i Czosnkowa Krewetko!" — pomyślała, przytrzymując ptaka do ziemi. Ale to nie wystarczyło, ptak był za silny. Sprawnie zrzucił ją, złapał ją szponami i podniósł do góry. Lila próbowała się wywiercić. To koniec! Zostanie zabita przez wielkiego ptaka bo zachciało jej się na niego zapolować, nigdy nie zostanie wojowniczką i nawet nie będzie czuwania nad jej ciałem ponieważ będzie rozszarpana na kawałki. I nagle, zza zarośli wyskoczył ciemnoczekoladowy kształt, wzbił się w górę i zaatakował nogę sokoła. Ten zaskrzeczał, puszczając lilijkę, która dzięki wysokości kilku długości lisów spadła zgrabnie na cztery łapy. Gdy się otrząsneła z zaskoczenia, zauważyła, że jej wybawicielem jest... Mrok!
Kotka była szczęśliwa, jak i zła, że tu przybył. Co on robił tak daleko od granicy? Ale nie było na to czasu. Trzeba było mu pomóc. Obecnie jej brat schował się za jeżynami, wymachując ostrzegawczo łapą na próbującego się przedrzeć ptaka. Kotka zaskoczyła go od tyłu, wbijając pazury w pióra, ptak się odwrócił w jej stronę, dzięki czemu kocur mógł uciec, a atakując w udo zmylił ptaka. Przez następną chwilę walki kołowali napastnika, raz gryząc, raz drapiąc. Sokół postanowił dać sobie spokój i odlecieć, lecz obaj złapali kłami szybko ptaka za nogi. Liliowa Łapa z przerażeniem oglądała, jak szpon ptaka próbował dosięgnąć nosa uczennicy. Pod ciężarem sokół zaczął opadać. Mrok dosięgnął spodu skrzydła i próbował zadać ptakowi jak najwięcej obrażeń. Zmęczony ptak w końcu zleciał na ziemię, rozpościerając skrzydła w ataku. Jednak Lilia postanowiła je zaatakować — ptak nie odleci z naderwanym skrzydłem, więc gdy Mrok odciągał uwagę, liliowa kotka ugryzła skrzydło. Skrzeczący z bólu sokół został przewalony przez jej czekoladowego brata, który rzucił się na niego. Drapieżnik dyszał ciężko, zmęczony atakowaniem na zmianę dwóch napastników. Kocur wbił pazury w ciało, a Liliowa Łapa nadal trzymała skrzydło. Po kilku atakach wielkie zwierzę poddało się, przestało się ruszać i powoli przestało oddychać. Liliowa uczennica złapała oddech i zeszła ze zdobyczy. Popatrzyła na Mroka i spytała:
— Co tutaj robisz tak z dala od granicy? — Kocur popatrzył na nią z zażenowaniem
— Dzięki temu, że tu byłem, żyjesz.
— Tak, dziękuję, że mnie uratowałeś — powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością. — Ale to i tak nie odpowiada na to, co tutaj robiłeś w głąb naszego terytorium.
— No cóż… — mruknął ciemnoczekoladowy — Tak sobie myślałem o naszym ostatnim spotkaniu i tak naprawdę nic o sobie nie wiemy i szukałem cię, bo… Chcę cię bliżej poznać.
Liliowej zrobiło się żal brata. W sumie też chciała się więcej o nim dowiedzieć.
— Rozumiem, ale proszę, jeżeli chcesz ze mną rozmawiać, nie naruszaj granicy ani nie poluj na naszym terytorium, bo jak się dowiem, że ciemnoczekoladowy kocur o błękitnych oczach był tu gdzieś widziany, to poobrywam ci uszy!
Brat się lekko zaśmiał
— Dobrze, dobrze, a gdzie będzie miejsce spotkań?
— Nie daleko Brzozowego Zagajnika, za granicą?
— Może być. Codziennie?
— Nie, raz na ćwierć księżyca — mruknęła. Nie chciała zdradzać klanu, to był jej dom, lecz bardzo chciała poznać coś więcej o samotniczej historii jej rodziny.
— Rozumiem, pewnie masz treningi?
— Tak, czuję, że niedużo zostało do mianowania, ale żeby tak było, muszę ćwiczyć! — Wtedy w jej głowie narodziło się pytanie — A kto cię szkolił? We dwoje pokonaliśmy tego ptaka, lecz chyba i tak z łudem szczęścia.
— No wiesz, jak jedynym kotem, jakiego znasz, jest twój ojciec, każdego dnia szukasz swojego miejsca w świecie, goniły cię psy, wypędzali cię dwunożni, to nabierasz formy, nie?
— Kosztem wielu urazów. — Pokazał na udo Mroka, na którym była głęboka blizna, której raczej się nie zdobywa w tak młodym wieku — Twoje ucho! Jest rozdarte! A grzbiet? — spytała zaniepokojona, oglądając obrażenia, jednocześnie przeliczając swój bark.
— E tam, pajęczyny i się zagoi.
— Cóż, w sumie dzięki tobie mamy tę zdobycz, więc chcesz kawałek?
Popatrzyła nie tylko na sokoła, ale też na gołębia, który, oddychając ciężko, leżał na ziemi. Nie miał poważnych ran, raczej wynikało to z wstrząsu jakiego doznał. Już miała go zabić, gdy coś ją tknęło. To nie byłaby dobra upolowana zwierzyna, nie ona ją uziemiła, lecz ten ptaszor, można powiedzieć, że go uratowała, więc postanowiła zostawić go w spokoju.
— Nie, dzięki, wezmę sobie tego. — Podszedł do gołębia i bez większych trudności złamał mu kark, zanim liliowa kotka zdążyła coś powiedzieć.
— Nie dobija się leżącego! — warknęła ze złością na brata.
— Hm? Że niby tego gołębia? I tak by nie przeżył, więc w sumie zrobiłem mu przysługę, że szybko zakończyłem jego żywot bez zbędnych cierpień, a na pewno będzie smakowity!
— Jesteś bez serca — miauknęła Liliowa Łapa.
— Nie powiedziałbym. Albo może jednak? I tak to mnie mało co obchodzi. -— Nagle nadstawił uszu. Kotka też słyszała szelest liści.
— To ja będę już leciał. Do następnego! — pożegnał się, łapiąc za gołębia i znikając w szuwary. Zza drzew wyłoniła się Czosnkowa Krewetka.
— Liliowa Łapo, co ty... Na Klan Gwiazdy! Na spokojnie najedzą się nim trzy koty! Jak ty niby złapała tak niebezpiecznego ptaka?
— Emm... Był już dość poharatany — odpowiedziała mentor, przecież nie mogła powiedzieć, że pomógł jej samotnik, i to jeszcze czekoladowy!
— No dobrze, zanieśmy te dobrodziejstwa do obozu — odpowiedziała starsza kotka, łapiąc za sokoła, a Liliowa Łapa za ryby i myszy upolowane przez szylkretkę

Liliowa Łapa siedziała na kamieniu, łapiąc ostatnie promienie słońca. Zrobiła głęboki wdech, patrząc na Siwą. Czaple. Trzeba było wreszcie się go zapytać, co się stało z jej matką. Wreszcie wstała i nieco przerażonym krokiem podeszła do wojownika, który odwrócił się i popatrzył na nią przyjaźnie.
— Witaj, Liliowa Łapo, o co chodzi?
— Siwa Czaplo, c-czy wiesz, co się stało… z moją mamą?
Pręgowana kotka zobaczyła w jego oczach błysk smutku.
— Chodźmy gdzieś na bok. Obok legowiska starszych.
Nie wiedziała, o co chodzi szaremu z vanem wojownikowi, ale poszła za nim. Kiedy już przysiedli, kocur zaczął:
— Liliowa Łapo, nie wiem, czy pamiętasz swoje przybycie do klanu, ale czy kojarzysz, jak znaleźliśmy coś niedaleko w trawie?
Uczennica pamiętała to wydarzenie jak przez mgłę, ale przypomniała sobie ten czas w swoim życiu i wojowników obserwujących coś niedaleko jej.
— A więc — głos wojownika stanął w gardle — To było ciało twojej mamy… Nie żyje.
Lilie przeszył szok i ból, dlaczego!
— A... A wiadomo, jak zginęła?
— Prawdopodobnie zabił ją lis.
Kotka położyła uszy. Czyli zginęła, broniąc jej.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro. Gdybyśmy mogli coś wtedy zrobić, pomoglibyśmy jej.
— Wiem, to nie wasza wina, tylko tego lisiego łajna miauknęła z szczerością.
Siwa Czapla liznął ją w ucho na pocieszenie.
— Muszę się przespać. Dziękuję, Siwa Czaplo. — Musnęła go w bark i ruszyła w stronę legowiska.

Kotka leżała na posłaniu, myśląc o dzisiejszym dniu. Czuła, że pęka jej serce. A co jeśli Klan Gwiazdy zrobił to wszystko specjalnie? Nie, na pewno nie. To nie ich wina.
Gdyby nie patrol być może dołączyła by już dawno dołączyła by do gwiezdnych przodków. W rozmyślaniu przerwała jej Urodziwą Łapa, która weszła do legowiska z myszą w pysku.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie.
Lilijka kiwnęła głową i przyjaciółka siadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci.
Miała nadzieję, że przyjaciółka da jej pomocną łapę i pomoże jej się otrząsnąć.

<Urodziwa Łapo?>
[2021 słów]

[40%]

27 marca 2026

Od Liliowej Łapy Do Szkwalnej Łapy

— Hej! Wstawaj! Nie Spij! —  Jakaś łapa trąciła Liliową Łapę w bark. Okazało się, że to Urodziwa Łapa. Kotka szturchała ją w bok. W końcu wstała i rozciągnęła się. Nagle sobie uświadomiła: 
— Spóźnię się! — wykrzykiwała, machając na pożegnanie przyjacółce. Patrząc przez ramię, zobaczyła rozdrażnienie w jej oczach, gdy obok pojawił się Szkwalna Łapa. Ciekawe, o co poszło, ale nie miała teraz czasu się o tym dowiedzieć.
—  Wybacz, Czosnkowa Krewetko! — przeprosiła — Zaspałam!
— Oby to już się więcej nie powtórzyło. —  powiedziała i dodała — Dzisiaj idziemy na patrol graniczny z Rosiczkową Kroplą i Senną Łapą.
Uf, dobrze, że nie z Morszczynową! Otóż… dzień wcześniej znalazł jej skrytkę z skarbami, naśmiewając się z niej.
"A więc tu trzymasz swoje skarby?" — rozbrzmiał jego głos w jej głowie.
A potem, no cóż, skoczyła na niego i poturlali się w głąb legowiska, dostając uwagę od Wężynowego Splotu, która właśnie przechodziła.
— Liliowa Łapo, idziesz? —  Odwróciła się, widząc zamyślenie uczennicy.
— Już lecę! — odpowiedziała i poszła za mentorką.
— Witaj, Rosiczkowa Kroplo! — przywitała się Czosnkowa Krewetka.
— Witaj, Czosnkowa Krewetko! Jak idą treningi?
— Dobrze, Liliowa Łapa ma pełno pomysłów w głowie, odziwo, nawet te dobre. — Spojrzała się z twarzą udawanej pretensji.
Kiedy mentorki rozmawiały, podeszła do starszej szylkretowej uczennicy. Patrzyła w niebo, jakby widziała w nim cały Klan Gwiazdy. Lilijka lekko szturchnęła ją w bark, by jej nie przestraszyć, ale nie udało się jej, gdyż zamyślona lekko podskoczyła.
—  Cześć, jestem Liliowa Łapa! A ty? — spytała z uśmiechem.
—  O, cześć, jestem Senna Łapa. — odpowiedziała — Idziemy razem na patrol, tak?
— Tak, już idziemy, Senna Łapo — miauknęła jej mentorka.
— Już idziemy! —  Liliowa Łapa odwróciła się i podreptała do wody, aby odpłynąć z wyspy, na której mieścił się obóz.
Pora Opadających Liści zbliżała się wielkimi krokami. Korony drzew zaczęły żółknąć, a słońce dawało coraz mniej ciepła. Liście, które już spadły, szeleściły pod jej łapami. Nagle Czosnkowa Krewetka mruknęła:
— Chodźmy do granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy — rzekła, machnięciem ogona naznaczając kierunek. Idąc za innymi, Liliowa Łapa wdychała z rozkoszą zapachy otaczających ją kwiatów. Z większą rozkoszą to robiła, wiedząc, że niedługo znikną. Nagle poczuła zapach innego klanu – Klanu Klifu.
— Na razie nic nie widzę podejrzanego — powiedziała Senna Łapa, otwierając pysk, by więcej poczuć. Miała rację. Pośród skał nic się nie poruszało, a oprócz zapachu zwierzyny nic nie było czuć. Potem, przy Klanie Burzy też nie było żadnego śladu - jedynie woń patrolu porannego, to wszystko.
— Damy radę jeszcze obejrzeć teren wokół płaskich kamieni dla zmarłych dwunożnych przed wysokim słońcem — rzekła Rosiczkowa Kropla z zadowoleniem, że nikt nie śmiał położyć łapy na ich terytorium.
— A po drodze coś zapolujemy — dodała Czosnkowa Krewetka — Nie możecie żyć tylko na powietrze! — zażartowała.
Po zjedzeniu ryby i upolowaniu nornicy dla klanu Liliowa Łapa złapała nowe siły. Przemierzając szlaki wokół dziwnych płaskich kamieni dwunożnych, czuła ciarki na plecach. Jednak czuła też jakiś zew przygody, chciała spróbować coś sama.
— Czosnkowa Krewetko? — Podeszła do mentorki.
— Tak? — Popatrzyła na uczennicę z uśmiechem.
— Czy mogłabym zobaczyć granicę przy południowej stronie samodzielnie?
— Hmm... No dobrze, ale będziemy nie daleko odpowiedziała, kierując się w kierunku zachodnim
Zastanawiała się, czy nie pójść w kierunku rzeki, ale nie teraz, nie, jak nie wie, co z jej matką. Ptaki śpiewały wśród drzew. Nic nie wskazywało na obecność kogokolwiek. Już miała wracać, gdy coś poruszyło się dwie długości ogona od niej. Liliowa Łapa postanowiła sprawdzić, co się pod nim kryło. Zaczęła się skradać do krzaka, uważając, by nie stanąć na żadnej gałęzi. Kiedy podeszła do zarośli, wsunęła się pod liście, by się ukryć. I wtedy zobaczyła gruby, ciemny ogon! Wyskoczyła z krzaków i krzyknęła:
— Hej! Co tu robisz?
Szeroki, ciemnoczekoladowy kocur spojrzał na nią błękitnymi oczami.
— A co? Coś nie tak? — warknął.
— Przekroczyłeś granicę Klanu Nocy! — krzyknęła.
Dopiero wtedy Liliowa Łpa zobaczyła, że mimo szerokich barów i głowy był podobny do jej wzrostu.
— Co? Aaaa, granica to te zapachy kotów w paprociach, prawda?
Lilijka nastroszyła sierść na karku.
— To oznaczenia zapachowe! — warknęła — I proszę, abyś wrócił tam, skąd przyszłeś!
— Czyli wgłąb waszego "terytorium"? — parsknął kocur.
O nie, przesadził! Zdecydowanie przesadził! Liliowa Łapa wbiła pazury w ziemię, aby nie zatpić ich w sierści kocura. Otworzyła pysk aby zaprotestować, ale wtedy rozległ się kolejny krzyk innego, dojrzałego kocura:
— Mrok, gdzieś ty polazł?
Liliową Łapę dopadł dreszcz niedowierzania od łap do głowy 
"Mrok?! Ale to niemożliwe…" — przypominał jej nie co brata, ale ojciec z nim gdzieś wyparował.
— Mrok? To ty? — zaszeptała, robiąc krok w tył. Myślała, że kocur jej nie usłyszał, ale spojrzał się na nią z podejrzliwością.
— Poznaliśmy się kiedyś? — Pochylił głowę na znak dezorientacji.
— Liliowa Łapo! - — To był krzyk Sennej Łapy — Gdzie jesteś?
— Poczekaj, Senna Łapo, zaraz przyjdę! — krzyknęła. Gdy znów spojrzała na kocura, był w zamyśleniu.
— Już myślałem, że chodzi o Lilie — miauknął kocur w grymasie, lecz można w nim było zobaczyć iskrę tęsknoty.
— To ja nią jestem! Jestem twoją siostrą! — krzyknęła. Mrok podskoczył z niedowierzania. 
—  Lilia?... Jak?! Przecież mieszkasz przy rzece z matką.
— Już nie — miauknęła — Nasza mama gdzieś zaginęła, a Klan Nocy mnie przyjął. I jestem Liliową Łapą, nie Lilią — poprawiła go.
—  Mrok! Gdzie na lisy cię wcieło!
— Tu jestem! — Odwrócił się w stronę dźwięku. Kotka nie była przygotowana na przyjście pod granicę jeszcze jednego albo i więcej kotów! Musiała się gdzieś schować! Popatrzyła na krzaki dookoła. Nie, za duży hałas z szelestu liści, gdyby Mrok ją znalazł, byłoby niezręcznie. Popatrzyła na grube konary drzew, być może uda jej się tam wdrapać.
"Już widziałaś, jak inni to robią. Dasz sobie radę" — westchnęła. Spojrzała szybko kątem oka na brata, nadal był odwrócony do niej plecami, teraz mając głowę wsuniętą w krzak i miaucząc coś do innego kota, chyba kocura. Stanęła przy drzewie, ugięła łapy i wyskoczyła w górę, zaczepiając pazury na korze dębu. Teraz tylko zrobić to samo, ale z pnia. Przygotowała się i wyskoczyła w górę. Złapała się pazurami o drzewo, lecz przy tym rysując nogę o korę. Z bólu cicho pisnęła, jednak postanowiła, że będzie się piąć wyżej — ostatni skok do najbliższej gałęzi!
"Dasz radę, Liliowa Łapo!" — powiedziała w duchu i skoczyła do góry. Jest! Teraz tylko ostrożnie na gałęź. Stając na nią, Liliowa kotka czuła, jak łapy jej się trzęsą, jednak zachowała równowagę i przykucnęła w rozgałęzieniu, gdzie było dużo liści. Lilijka nie wierzyła, że jej się to udało! Być może musi troszkę popracować z Czosnkową Krewetką, aby się tak nie wachać, ale i tak znała już podstawy.
Z dębu był widok na krzaki na dole, zza których Mrok wyjął głowę. Z nim wszedł na polankę zielonooki kocur z niesmaczoną miną w ciemniejsze pręgi. Ale nie to przykuło jej uwagę najbardziej - był maści czekoladowej! Nic nie miała do tego umaszczenia, lecz słyszała o nich niemiłe zwierzenia, podobno jeden ze zdrajców miał ten kolor futra. Niby w żłobku była Fląderka, ale nie miała okazji z nią porozmawiać. Szafir twierdziła, że maść nie ma znaczenia, a Szkwalna Łapa już tak, więc kto ma rację? Z zamyślenia wyrwał ją głos owego kocura:
— Gdzieś ty był?
— Przy brzozach, jak kazałeś.
— W takim razie dobrze, że tu jesteś. Widziałem patrol nieopodal — powiedział czekoladowy z pogardą.
— Masz rację, Sosno.
Liliową tak zamurowało, że prawie by spadła z gałęzi. A więc to był jej ojciec! Chciała już zejść i się mu pokazać, ale wstrzymała się, aby poczekać na rozwój wydarzeń.
— Właśnie spotkałem... GDZIE SIĘ PODZIAŁA?!
— Być może masz już zwidy? Pora Spadających Liści się zbliża, a to czas chorób, w tym gorączki.
— Nie, naprawdę, była tu Lilia…
— Czyli jednak masz zwidy. Sójka nas wyrzuciła. Pamiętasz, jak ci mówiłem? Kazała mi się wynosić z tobą, a twoja siostra została!
Liliowa Łapa nie dowierzała. Jej matka czegoś takiego by nie zrobiła! Nie po widoku jej smutnych oczu, które starała się ukryć pod uśmiechem! Z emocji szturchnęła gałęzie, wywołując hałas, który zaintrygował kocura.
— Kto tam? Pokaż się!
Kotka znieruchomiała z przerażenia.
— A może to wiewiórka? Nie wszystko, co się rusza, ukrywa za sobą kota — mruknął Mrok
— Ale musisz być czujny! Zawsze! Bez względu na sytuację. Teraz sprawdzimy, czy to rzeczywiście wiewiórka…
"Klanie Gwiazdy, ratuj!" — pomyślała, patrząc na kocura wspinającego się na drzewo, pewny swego. Na szczęście pojawiła się Senna Łapa szukająca Liliowej Łapy. Na widok kocurów zawarczała:
— Co robicie przy naszej granicy?
— A więc jest tu ktoś jeszcze! — warknął Sosna do syna, po czym do szylkretki — Czemu niby mamy ci odpowiadać?
Senna Łapa wzięła głęboki wdech.
— Bo Klan Nocy wyrwie wam futro.
— Ech, klany — rzekł kocur, przewracając oczami — zajmują terytorium, zaznaczając je zapachami i już nikt inny nie może na nie wejść, niezwracając na koty poza nimi. Uważają się za lepszych, bo żyją razem.
Lilia nie dowierzała; jak jej ojciec miał czelność tak mówić?
— Za chwilę zwołam cały patrol, aby się z wami rozprawili, jeśli nie odejdziecie!
Kocur już nie był taki skory do kłótni. Machnął tylko nastroszonym ogonem i odwrócił się tyłem do uczennicy.
— Chodź, Mrok, niech oni tu polują na swoją wronią karmę. — Popatrzył się wymownie i odszedł wściekły.
— Dzięki, Senna Łapo! — miauknęła Liliowa, wychylając się zza liści.
— Liliowa Łapo?! Co ty tam na Klan Gwiazdy wyrabiasz?
— Chowałam się przed nimi — odpowiedziała, próbując zejść.
— Musisz delikatnie zeskoczyć. Jeszcze się nie uczyliście wspinaczki?
— NieeEEEEE! — wrzasnęła, spadając z konaru, na szczęście na krzak jagód.
— Zyjesz?! — spytała szylkretka przestraszona.
— Tak, nic mi nie jest, oprócz tego, że jagody już się do niczego nie przydadzą — miauknęła, zeskakując z krzaka i oglądając swoje plecy w ciemnofioletowe plamy.
— Co się stało?! — spytała Czosnkowa Krewetka, wchodząc na polankę. Za nią szła Rosiczkowa Kropla.
— Liliowa Łapa spotkała samotników i uciekła przed nimi na drzewo — rzekła Senna Łapa.
Lilijce było wstyd, że zamiast bronić terytorium schowała się. Ale czuła w głębi duszy, że to nie przez strach, tylko przez obawę, że będzie musiała walczyć z własnym bratem.
— Liliowa Łapo, nie próbuj nowych rzeczy na treningu sama, od których może stać ci się krzywda. Chodź, któryś z medyków musi to zobaczyć — miauknęła, patrząc na jej ranę na nóż.
 
* * *

Okazało się, że to tylko lekkie zadrapanie, na które wystarczyły dwa szybkie liznięcia i zabezpieczenie rany przed zakażeniem. Emocje z dzisiejszego patrolu ciągle ją prześladowały. Czuła, że jej rodzina ma jeszcze sekrety, które chce odkryć, ale chciała też z kimś się podzielić jej szokiem. Zobaczyła Szkwalną Łapę, dawającego mysz na stertę zwierzyny. Pobiegła na niego i się z nim przywitała.
— Cześć — odpowiedział. — O co chodzi?
— Chciałabym ci coś powiedzieć — miauknęła, wskazując ogonem na pobocze obozu. Kiedy tam usiedli, Liliowa Łapa z niepokojem oczach powiedziała:
— Spotkałam mojego czekoladowego ojca!

<Szkwalna Łapo, co powiesz na to?>
[1695 słów + wspinaczka na drzewa]


[34% + 5%]