Śnieg hulał w najlepsze na zewnątrz. Przysypywał wszystko, co tylko mógł, a wiatr porywał go w małe, wirujące tornada. Nie były groźne, lecz zjawiskowe — błyszczały w bladym świetle księżyca niczym iskry lodu. Lodowata powłoka oplatała świat, zabierając ze sobą resztki ciepła. Skuła ziemię twardym lodem, uśpiła rośliny i zwierzynę. Każda zima była ciężka dla klanowych kotów, lecz dla medyków oznaczała prawdziwe przekleństwo — niezliczoną liczbę chorych i rannych. Jarzębinowy Żar w ostatnich dniach zbierała zioła nie tylko dla dobra klanu, ale i... dla siebie. Trochę na zapas, trochę z myślą o możliwej ucieczce. Nie chciała, by ktokolwiek się domyślił. Siedziała teraz na swoim posłaniu, wpatrzona w ścianę. W jej oczach czaiło się zmęczenie i cicha determinacja. Wtem coś przemknęło przed wejściem do nory uzdrowicieli. Cień. Zbyt lekki, by był tylko podmuchem wiatru. Po chwili do środka wsunęła się szczupła, szylkretowa kotka. Przycupnięta do ziemi, przesuwała się powoli, jakby badała teren. Jarzębinowy Żar poruszyła uszami. Bezszelestnie odwróciła się, gotowa do skoku. Serce zabiło jej mocniej — była pewna, że ktoś przyszedł, by ją uciszyć. Gdy tylko dostrzegła obcą łapę, wysunęła się z cienia i zatarasowała intruzce drogę. Ognikowa Słota — bo tak miała na imię młoda kocica — podskoczyła zaskoczona, po czym szybko się wyprostowała. Wypięła pierś i uniosła brodę, próbując dodać sobie powagi. Jarzębinowy Żar zmrużyła oczy, mierząc ją wzrokiem.
„Kolejna, której Zalotna Krasopani wyprała mózg” — pomyślała z goryczą.
— Dlaczego się podkradasz? — zapytała chłodno, blokując kotce przejście do magazynku. Usiadła spokojnie, patrząc na nią bez cienia emocji.
Dopiero co mianowana wojowniczka milczała. Jej wzrok nerwowo błądził po norze, jakby szukała wyjścia z tej rozmowy.
— Zalotna Krasopani już ci język wyrwała? — zapytała Jarzębinowy Żar, unosząc brew z prowokującym uśmiechem. — A może sama to zrobiłaś, bo ci kazała?
Lubiła sprawdzać, jak bardzo spaczone jest już młodsze pokolenie.
Ognikowa Słota od razu się napuszyła, futro stanęło jej dęba.
— Czemu miałaby to zrobić? — prychnęła. — Jest wspaniała! Nigdy by mi nie zrobiła krzywdy!
— Tak? — prychnęła z pogardą Jarzębinowy Żar. — A wiesz, że krzywdzić można też psychicznie?
— Wiem to... i co z tego? A ty skąd wiesz coś o niej? Nawet nie rozmawiacie! — mruknęła młodsza kotka, siadając na ziemi. Nagle skrzywiła się i przyłożyła łapę na głowie. Gdy tylko się unosiła, ból zdawał się nasilać.
Jarzębina zmrużyła oczy, a jej ogon drgnął nerwowo, uderzając w ziemię. W powietrzu zawisła ciężka cisza.
— Nie rozmawiałam z nią, bo ona tego nie chciała — powiedziała chłodno, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta bólu. Zawahała się na moment, po czym dodała z gorzkim westchnieniem: — A teraz nie rozmawiam z nią, bo odkryłam jej prawdziwą naturę.
Jej spojrzenie stwardniało, jakby każde słowo zamieniało się w szron. Przez krótką chwilę wydawało się, że coś jeszcze chciała dodać — może wykrzyczeć żal, może przyznać się do tęsknoty — ale tylko odwróciła wzrok i cicho westchnęła. Odwróciła się, chwyciła parę liści malin i rzuciła je pod łapy wojowniczki.
— Zjedz. Pomogą ci — mruknęła, po czym zaczęła lizać futro na piersi, jakby ta sytuacja wcale jej nie dotyczyła.
Spojrzała na Ognikową Słotę, która z widoczną niechęcią wpatrywała się w zioła — jakby obawiała się, że to podstęp.
— Czyżby ta twoja „wspaniała” Zalotna Krasopani zakazała ci brać ziół ode mnie? — zapytała kpiąco. — No to cóż... główka cię poboli.
Ognikowa Słota najeżyła się wrogo, a z jej gardła wydobył się niski, ostrzegawczy warkot. Pazury wysunęły się z łap z cichym trzaskiem, połyskując w bladym świetle, które sączyło się przez wejście do nory. Machnęła ogonem gwałtownie, rozcinając zimne powietrze jak ostrzem. Jarzębinowy Żar uniosła brew. Spojrzenie miała chłodne, pozbawione emocji, jakby patrzyła na coś żałosnego, niegroźnego, niegodnego uwagi. W jej oczach nie było strachu — tylko ciche rozczarowanie. Nie drgnęła nawet o włos. Młodsza kotka zasyczała coś niewyraźnie pod nosem, a potem, po chwili wahania, pochyliła głowę i zjadła zioła. Przełykając gorzki smak, odwróciła wzrok, jakby nie mogła znieść triumfalnego spokoju medyczki. W norze zapadła cisza, ciężka i gęsta jak śnieg zalegający na zewnątrz. Jarzębinowy Żar obserwowała ją uważnie, a w kąciku jej pyska pojawił się cień uśmiechu — zimny i smutny zarazem.
<Ognikowa Słoto?>
Wyleczeni: Ognikowa Słota (Słotna Łapa)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz