Na zewnątrz panowała zima. Śnieg leżał wszędzie, utrudniając każdy krok i przykrywając ziemię grubą, lodową pierzyną. Wiatr unosił drobiny białego puchu w powietrze, tworząc małe, wirujące koliste smugi. Mimo mrozu i ciemności obowiązki kotów nie mogły odejść w zapomnienie. Uczniowie z mozołem oczyszczali ścieżki ze śniegu, a wojownicy patrolowali granice i próbowali polować, choć ofiary stawały się coraz rzadsze. Dni były krótkie, noce długie i przesycone chłodem. Jarzębinowy Żar, jako medyczka, nie miała obowiązku patrolowania, lecz zmartwień jej nie brakowało. O tej porze roku zawsze obawiała się nagłej epidemii zielonego kaszlu — i jak co roku, jej obawy zaczynały się spełniać. Już od rana do nory przybyło kilku pacjentów: jedni z lekkimi zadrapaniami, inni z katarem, który mógł łatwo przerodzić się w coś znacznie gorszego. Teraz jednak miała krótką przerwę. W obozie panował spokój — większość kotów odpoczywała po obiedzie. Sama Jarzębinowy Żar dostała parę drobnych, żylastych myszy. Zjadła je z niechęcią, liżąc potem łapy, jakby chciała zatrzeć po nich ślad. Potem przymknęła oczy, wsłuchując się w cichy szum śniegu i oddechy klanu za ścianą nory. Nagle ktoś wszedł do środka. Zimny podmuch wiatru wdarł się za przybyszem, a tuż po nim pojawiła się mała, jasna kulka futra. Kociak energicznie otrzepywał łapy ze śniegu, rozglądając się po wnętrzu. Jarzębinowy Żar od razu go rozpoznała — to był Stroczek, przybrany syn Szczawiowego Serca.
— Stroczku? Co ty tutaj robisz? — zapytała z lekkim niepokojem w głosie, podchodząc do kociaka. Trąciła go nosem. Młodziak kichnął cicho, po czym spojrzał na nią nieco zawstydzony.
— Dzień dobry, proszę pani. — Głos miał cienki, ale uprzejmy. — Mojego tatusia nie ma, a ja źle się czuję. Wiem, że nie mogę opuszczać żłobka, ale droga była oczyszczona, więc... przyszedłem.
Sposób, w jaki to powiedział — tak poważny i grzeczny — sprawił, że serce medyczki zmiękło.
— Widzę, że masz katar, to nic groźnego. — Uśmiechnęła się lekko. — Usiądź na posłaniu. Zostaniesz u mnie przez jeden wschód... może dwa.
Kocurek grzecznie przycupnął, owijając ogon wokół łapek. Jarzębinowy Żar odwróciła się do magazynku i zaczęła dobierać odpowiednie zioła. W gardle czuła jednak nieprzyjemny ucisk. Zerkała kątem oka na kociaka — ten śledził wzrokiem pająka, który powoli wspinał się po ścianie nory.
„Taki bezbronny…” — pomyślała. — „A niedługo przyjdzie jego czas. Samotna noc w lesie podczas zimy… dla takiego maleństwa to przecież wyrok.”
Wróciła do pacjenta, kładąc przed nim liście czyśćca.
— Zjedz to, dobrze? Pomoże ci — powiedziała łagodnie.
Stroczek posłusznie przeżuł zioła, krzywiąc się lekko na gorzki smak. Jarzębinowy Żar tymczasem podsunęła mu pod nos świeży mech.
— Teraz mocno dmuchaj — poleciła, a kociak od razu wykonał rozkaz, wydając z siebie uroczy pisk.
Po chwili leżał już na posłaniu, otulony mchem, który go ogrzewał.
— Stroczku… niedługo zostaniesz uczniem, prawda? — zapytała cicho, oplatając go szczelniej zieloną warstwą.
— Tak! — Kociak rozpromienił się natychmiast. — Nie mogę się już doczekać!
Ugniatał łapkami mech przed sobą, po czym spojrzał w oczy medyczki. Spodziewał się uśmiechu, może gratulacji — lecz w jej spojrzeniu dostrzegł jedynie chłód.
— Pamiętaj, żeby uważać, w jaką norę wejdziesz, kiedy nadejdzie twoja próba — powiedziała cicho, niemal szeptem. — W nocy będzie zimno... najlepiej znajdź miejsce pod ziemią albo ukryj się w ciepłych roślinach.
Kociak zaśmiał się, myśląc, że to tylko kolejna dorosła rada. Nie rozumiał, jak bardzo jej słowa niosły w sobie strach i troskę. Jarzębinowy Żar patrzyła na niego jeszcze chwilę, zanim odwróciła wzrok. Sama nigdy nie musiała przechodzić przez tę próbę — ale widziała, jak wielu młodych nie wracało. Nie chciała, by Stroczek był jednym z nich.
<Stroczku?>
Wyleczeni: Stroczek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz