Zima trwała w najlepsze, a niebo każdego dnia zsyłało nowe warstwy śniegu. Biała Łapa siedział skryty w uczniowskim legowisku, obserwując bacznie otoczenie. Było rano, wybudzony przechodzącymi nad jego głową uczniami, niechętnie sam dźwignął głowę z mchu. Był nieco markotny, kiedy wylizywał długie, lejące się futro. Tego dnia nie było słońca. Gęste chmury, ciemne niczym dym, zakryły cały nieboskłon. Biały wiedział, że w takich okolicznościach Burzowe Chmury każe mu iść na trening za dnia, a nie wieczora, jak to mieli w zwyczaju przez chorobę ucznia.
Leżąc na swoim posłaniu, patrzył na przechodzące przez obóz koty. Wrzało od rozmów i plotek, przez ostatnie wydarzenia i niedoszłe morderstwo przez Chomika. Koty wydawały się poddenerwowane, niektóre nawet zdawało się, oczekiwały od Lidera ostrzejszego wyroku. Mimo tego Królicza Gwiazda utrzymywał swoje stanowisko, a kotom klanowym pozostało się z tym pogodzić. Albinos osobiście nie miał na ten temat żadnego zdania. To nie była jego rodzina, nikt bliski, a samej wojowniczki nawet nie poznał, ani nie zamienił z nią, ani jednego słówka.
Odwrócił głowę, przymykając oczy z dziwnie długimi rzęsami, tak jakby jego ciało chciało samo się chronić przed promieniami słońca. Leżał tak kilka uderzeń serca, nim z zewnątrz nie usłyszał znajomego głosu mentora.
— Biała Łapo. — Dotarło do jego uszu. — Wstajemy! Niebo jest pięknie zasłonięte gęstwiną chmur!
— I co w związku z tym? — burknął młodszy.
— No jak to co? Idziemy trenować! — odparł, wsadzając głowę do legowiska i niemal wyciągając albinosa za fraki.
Biała Łapa, bezradny w tej sytuacji, po prostu zaakceptował swój los. Ciągnąc za sobą długi ogon, szedł w kierunku wyjścia z obozu za swoim mentorem.
Dzisiaj mieli trenować biegi długodystansowe, co w zimowych warunkach nie wydawało się najlepszym pomysłem. Biała Łapa z kwaśną miną słuchał tego, co mówi do niego Burzowe Chmury. Patrzył, jak mentor pokazuje mu z gracją odpowiednie ustawienie do startu, grzecznie zakodował w głowie sposoby na oddychanie podczas długiego biegu, oraz to jak rozkładać energię, chociaż jak wiadomo, najlepsza była praktyka. Niebieski kocur wyznaczył Białej Łapie trasę, którą mieli biec. Od Obozu aż do Upadłego Potwora i z powrotem. Albinos na samą myśl o tym umarł wewnętrznie.
— Czemu nie zrobimy dziś połowy tej trasy? — zapytał.
— Bo my nie jesteśmy mięczakami! — odparł dumnie Burzowe Chmury. — My jesteśmy wojownikami z prawdziwego zdarzenia! Dlatego od razu machniemy całą trasę.
— Szczerze, nie jestem fanem tego pomysłu — burknął uczeń, grzebiąc łapą w śniegu.
— Nie narzekaj, szybki jesteś, dasz radę!
— Szybki, nie wytrzymały — wytknął mu, przewracając oczami albinos.
Mimo tego widział, że nie wygra tej walki. Biała Łapa niechętnie, pod osłoną z ciemnych chmur, stanął do biegu długodystansowego ze swoim mentorem. Ruszyli, gdy dymny dał znak.
Biegli dłuższy czas, a Biała Łapa myślał, że zaraz naprawdę umrze i zawędruje na Srebrną Skórkę. Jego długie łapy odmawiały mu posłuszeństwa, a ledwo co dobiegli do Upadłego Potwora.
— Zaraz ją będę upadłym kotem — żachnął się, padając na śnieg. Jego długie futro zawirowało w powietrzu i spadło wraz z nim.
Jego Mentor nie skomentował wypowiedzi ucznia, a zamiast tego rozejrzał się bacznym wzrokiem. Nawet się nie spocił, nie dyszał tak jak jego podopieczny. Biała Łapa widział wyraźną przepaść pomiędzy ich umiejętnościami oraz wytrzymałością. Wiedział, że czeka go długa droga, nim osiągnie poziom swojego mentora, a istniała przecież szansa, iż nigdy mu nie dorówna.
Minęło kilka długich uderzeń serca, nim dymny odezwał się ponownie.
— Koniec umierania Biała Łapo, wstawaj — oznajmił dziarsko. — Biegniemy z powrotem! Chcę uniknąć śnieżycy więc z łaski swojej rusz tyłek.
Uczeń niechętnie wykonał polecenie, stękając przy tym bardzo. Ruszyli, starszy równym, wyrobionym tempem, a młodszy powolnym krokiem. Burzowe Chmury całą drogę powrotną go dopingował, obiecywał złote góry i dostosowywał swój krok pod ucznia. Biała Łapa w głębi serca był mu wdzięczny, że go tu nie zostawił na pastwę losu.
Gdy dotarli do obozu, Biała Łapa wpadł dosłownie ledwo żywy. Z językiem na wierzchu, doczłapał się do mchu nasączonego wodą i łapczywie napił. Usiadł obok niego kot o tak samo jasnej sierści co jego. Lotosowa Łapa patrzył na brata z troską.
— Byłeś na treningu? — zapytał.
— To była próba morderstwa, a nie trening! — wysapał.
Słysząc śmiech brata, posłał mu mordercze spojrzenie.
— No nie bądź taki — mruknął Lotos, a Biały fuknął, odwracając głowę.
Odszedł od brata, a właściwie poczołgał się w stronę legowisk uczniów. Padł trupem na swoim posłaniu, zasypiając niemal od razu, nie zjadając kolacji. Jego żołądek był zbyt ściśnięty po morderczym biegu, by cokolwiek zmieścić.
[714 słów + biegi długodystansowe]
[przyznano 14% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz