Brukselkowa Zadra obudziła się w środku nocy, cała rozgorączkowana i spięta. Obok niej leżała biała kocica – jej matka. Jej bok unosił się powoli i opadał, a charakterystyczny dla niej zapach unosił się w powietrzu, kojąc nerwy liliowej wojowniczki. Zawsze, gdy coś ją stresowało, przychodziła do legowiska starszyzny, by znów wtulić się w miękkie futro tej samej kocicy, która ją wychowywała. To ona sprawiła, że Brukselkowa Zadra wyrosła na kota, jakim była teraz. Gdy leżała przy Kalafiorze, przypominały jej się chwile spędzone w żłobku – kiedy jeszcze nie miała zmartwień, a jedyne, co potrafiło ją wzburzyć, to zirytowane spojrzenie Koperka. Tęskniła za tamtymi dniami, lecz nie mogła już nic zrobić, by do nich wrócić. Musiała żyć dalej, starając się utrzymać wszystko w ryzach. Była zmęczona. Bardziej zmęczona niż kiedykolwiek. Nawet po tym, jak Brokuł zniknął, ani po tym, jak Pokrzywowy Wąs został zabity podczas egzekucji, nie była aż tak poddenerwowana. Teraz czuła się kompletnie bezsilna. Czuła, jak czas ucieka jej przez palce, a ona nie jest w stanie go zatrzymać.
Wiedziała, że wkrótce jej dzieci uciekną. Mglisty Sen, Gwiazdnicowa Łapa – oni wszyscy… znikną. Martwiła się też o rudą córkę, Zaćmiony Horyzont, która nie poszła z grupą, lecz opuściła klan samotnie. Kto wie, gdzie teraz się podziewa? Równie dobrze mogła już nie żyć, rozszarpana przez wygłodniałych samotników.
Końcówka ogona Brukselki uderzyła o ziemię, wydając głuchy dźwięk. Liliowa otrząsnęła się, po czym ponownie opadła na posłanie. Położyła ciężką głowę na łapach, patrząc na spokojny pysk Kwitnącego Kalafiora, pogrążony we śnie. Lęk, że w pewnym momencie bok kotki uniesie się po raz ostatni, już trochę minął. Brukselkowa Zadra pogodziła się z tym, że starsza jest nieodwracalnie chora na coś, co z każdym dniem ją zabijało. Pogodziła się z bezsilnością, teraz już tylko czekając, aż ten moment w końcu nadejdzie. Czy była z tego zadowolona? Nie, oczywiście, że nie. Czuła się jak przegrana, jakby się poddała. Nie chciała się poddawać, nie chciała rezygnować – ale nie miała innej opcji. Jarzębinowy Żar, Roztargniony Koperek ani nawet Cisowe Tchnienie nie wiedzieli, co jej dolega. Jedyne koty, które mogły jej pomóc, okazały się w tej sytuacji bezradne.
Może ta choroba była karą od Klanu Gwiazdy? Może wpływem Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd? Jeśli była tak męcząca i tajemnicza, musiała mieć coś wspólnego z siłami wyższymi. Jej objawy nie pokrywały się z niczym, co do tej pory znali klanowi medycy. A może jednak się myliła? Może mogła działać szybciej, dokładniej… bardziej? Czy znalazłaby odpowiedź, gdyby zaczęła wypytywać koty z innych klanów, zamiast ograniczać się do kilku w Klanie Wilka? Może odpowiedź leżała właśnie tam – w poznawaniu obcych. Ktoś w końcu musiał wiedzieć, przez co przechodziła jej matka.
“Co mam teraz zrobić?”
Nie wiem. Nie wiem, co masz teraz zrobić!
Brukselkowa Zadra przebijała się przez śnieg, krocząc w stronę granicy z Klanem Klifu. Była zirytowana, czuła się taka… ciężka. Jak wielka kula białego puchu, gotowa zniszczyć wszystko, co stanie jej na drodze. Odkąd uciekła Zaćmiony Horyzont, odkąd dowiedziała się o tym zapchlonym planie, jej nastroje zmieniały się z dnia na dzień. Raz była smutna, melancholijna, przygnębiona, a raz wściekła, gotowa zwyzywać każdego, kto spróbuje jej się postawić. Nigdy jednak nie była szczęśliwa. Nie uśmiechała się, nie żartowała. Stała się cieniem samej siebie, a czasem i rozszalałym pożarem, pochłaniającym las po suszy.
To wszystko ją męczyło. Coraz gorzej szło jej wykonywanie obowiązków, ciągle chodziła rozkojarzona. Mimo to niektóre koty dawały jej spokój, pewnie tłumacząc jej zachowanie tym, że “żałoba jest przecież dziwna – dla każdego inna”.
Może to też było powodem złego samopoczucia Brukselki? Nigdy nie lubiła być tą, która potrzebuje pomocy. Zawsze wolała stawiać się w roli wsparcia – kogoś mądrego i silnego, na kim można było polegać. Teraz czuła się niestabilna, rozdarta.
Gdy dotarła na granicę, zapomniała już, po co właściwie tu przyszła. Zirytowana zamachnęła się łapą i uderzyła w śnieg, który rozsypał się wokół. Wtem usłyszała nawoływanie, które przywróciło ją do zmysłów. Wypuściła z płuc powietrze i podniosła łeb, dostrzegając przed sobą czyjąś sylwetkę. Niedaleko stał niebieski, drobny kocur. Miał wypiętą pierś i dumny, choć zaciekawiony wyraz pyska. Uważnie obserwował Brukselkową Zadrę, która wyglądała teraz jak ogromna, rozjuszona niedźwiedzica.
— Hej! Wszystko dobrze? — zapytał, drepcząc przez śnieg w stronę wojowniczki. Pręgowana westchnęła i otrzepała futro, próbując zrzucić z siebie kilka śnieżynek.
— A wygląda, jakby było? Zresztą, to nawet nie twoja sprawa. Jest świetnie — rzuciła płytko, choć jej pysk mówił coś innego. Niebieski zamrugał kilkakrotnie, po czym uśmiechnął się miękko.
— Nazywam się Mysi Postrach. A ty?
Chłód przeszywał całe ciało Brukselki, od końcówki nosa aż po koniuszek ogona. Stąpała po twardej obozowej ziemi, kierując się w stronę nornicy leżącej na marnej “stercie” – o ile kilka leżących obok siebie zwłok można tak było nazwać. Chwyciła żylaste zwierzątko o szorstkiej sierści, przesiąkniętej chłodem i śniegiem, w pysk i od razu skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Z jej pyska wydobywały się białe obłoczki, ulatujące z płuc na zewnątrz.
Gdy weszła do środka, powitał ją ciepły wzrok matki, zupełnie niepasujący do otaczającego mrozu. Liliowa mimowolnie się uśmiechnęła, a w klatce piersiowej poczuła przyjemne ciepło. Położyła nornicę przed starszą kotką i usiadła, owijając ogon wokół łap, jak to miała w zwyczaju.
— Przepraszam, że taka marna. Nie było lepszej — mruknęła, patrząc z niezadowoleniem na wychudzoną, zziębniętą piszczkę. Niebieskooka pokręciła powoli głową i chwyciła nornicę pazurami, przyciągając ją bliżej siebie. Nie zaczęła jednak jej jeść, tylko przerzucała ją z łapy do łapy. — Nie jesteś głodna?
Kalafior zamarła i poruszyła wąsami.
— Nie… nie bardzo. A ty? Możesz zjeść za mnie — zaproponowała córce, delikatnie popychając nornicę w jej stronę. — Myślałam, że będę w stanie ją zjeść, ale jednak nie mam ochoty.
Wojowniczka wbiła spojrzenie w podłoże. Może powinna była wybrać coś innego? A może Kalafior naprawdę nie była głodna? Liliowa uśmiechnęła się litościwie i mruknęła:
— Musisz jeść, żeby mieć energię do walki z chorobą!
Starsza kocica westchnęła, a w jej ślepiach błysnął smutek. Brukselkowa Zadra dobrze wiedziała, co siedziało w głowie matki. Chciała powiedzieć, że tu nie ma żadnej walki. Że już przegrała, że nic się nie da zrobić.
Liliowa trwała w ciszy przy staruszce, dopóki żal nie stał się zbyt przytłaczający. Poruszyła się niespokojnie i zaczęła rozmowę:
— Ciekawe, gdzie teraz podziewa się Horyzont… — zagaiła, czując, jak głos jej się łamie. — Nie wierzę, że zniknęła tak bez słowa. Czy nie pomyślała o tym, że będziemy się o nią martwić? — dodała nieco ostrzejszym tonem. Tęskniła za córką, ale jednocześnie była na nią zła. Te wszystkie uczucia były takie… ciężkie do zrozumienia.
— Nie pożegnała się z tobą? — zapytała Kwitnący Kalafior jakby zdziwiona. Brukselkowa Zadra zmrużyła oczy, patrząc na matkę podejrzliwie.
— A z tobą? — odbiła, przechylając lekko głowę. Biała kocica już miała zbyć temat, gdy nagle Brukselka uderzyła gniewnie ogonem o ziemię. — Pożegnała się z tobą czy nie? Mówiła ci coś? — kontynuowała rozdrażniona. Starsza skinęła niepewnie głową.
— Tak… Powiedziała, że klan to nie jej dom, że to nie jej miejsce. Potem… wyszła i już nie wróciła — wyjaśniła, choć słowa przechodziły jej przez gardło z trudem. W głowie Brukselki nagle jakby wszystko ucichło.
— Więc… wiedziałaś! — wydusiła oburzona, po czym gwałtownie wstała. — Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałaś? Jestem jej matką, na przodków! Należy mi się znać ostatnie słowa, które wypowiedziała w tym zapchlonym obozie! — podniosła głos, a w jej oczach zaszkliły się łzy. Kwitnący Kalafior położyła po sobie uszy, nerwowo rozglądając się po legowisku.
— Przepraszam! Brukselko, ja… nie sądziłam, że się do ciebie nie odezwała! — zaczęła tłumaczyć, ale do liliowej nie docierały już żadne słowa. Warknęła coś pod nosem i rozgniewana obróciła się, wychodząc z legowiska starszyzny. Miała jeszcze tak wiele do wygarnięcia matce, ale nie miała już siły się kłócić.
Niemal instynktownie skierowała się do wyjścia z obozu, nawet nie zauważając momentu, w którym przyłączyła się do niej Wrotyczowa Szrama. Starsza, barczysta kocica w ciszy szła tuż przy liliowej wojowniczce, którą na raz targało tak wiele, a jednocześnie tak niewiele emocji. Nie wiadomo, czemu dymna postanowiła ruszyć za swoją przyjaciółką, ale nikt tego nie kwestionował – a już na pewno nie Brukselka. Doceniała obecność towarzyszki, przynajmniej czuła się mniej samotna.
Razem dotarły nad rzekę, siadając obok kamieni prowadzących na jej brzeg. To właśnie tu urywał się trop Zaćmionego Horyzontu. Teraz, co prawda, już go nie było, lecz jakiś czas temu tutaj unosiła się jej zwietrzała woń. Brukselkowa Zadra westchnęła głęboko, nie potrafiąc już dłużej skrywać emocji. Po jej policzkach popłynęły gorzkie łzy, a ona sama wtuliła zapłakany pysk w futro Wrotyczowej Szramy. Obie siedziały w ciszy, dzieląc się ciepłem swoich ciał.
Właśnie wtedy Brukselkowa Zadra poczuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. Nie ze stresu, nie ze strachu, lecz z radości, że ma przy sobie właśnie tę kotkę.
Wiedziała, że wkrótce jej dzieci uciekną. Mglisty Sen, Gwiazdnicowa Łapa – oni wszyscy… znikną. Martwiła się też o rudą córkę, Zaćmiony Horyzont, która nie poszła z grupą, lecz opuściła klan samotnie. Kto wie, gdzie teraz się podziewa? Równie dobrze mogła już nie żyć, rozszarpana przez wygłodniałych samotników.
Końcówka ogona Brukselki uderzyła o ziemię, wydając głuchy dźwięk. Liliowa otrząsnęła się, po czym ponownie opadła na posłanie. Położyła ciężką głowę na łapach, patrząc na spokojny pysk Kwitnącego Kalafiora, pogrążony we śnie. Lęk, że w pewnym momencie bok kotki uniesie się po raz ostatni, już trochę minął. Brukselkowa Zadra pogodziła się z tym, że starsza jest nieodwracalnie chora na coś, co z każdym dniem ją zabijało. Pogodziła się z bezsilnością, teraz już tylko czekając, aż ten moment w końcu nadejdzie. Czy była z tego zadowolona? Nie, oczywiście, że nie. Czuła się jak przegrana, jakby się poddała. Nie chciała się poddawać, nie chciała rezygnować – ale nie miała innej opcji. Jarzębinowy Żar, Roztargniony Koperek ani nawet Cisowe Tchnienie nie wiedzieli, co jej dolega. Jedyne koty, które mogły jej pomóc, okazały się w tej sytuacji bezradne.
Może ta choroba była karą od Klanu Gwiazdy? Może wpływem Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd? Jeśli była tak męcząca i tajemnicza, musiała mieć coś wspólnego z siłami wyższymi. Jej objawy nie pokrywały się z niczym, co do tej pory znali klanowi medycy. A może jednak się myliła? Może mogła działać szybciej, dokładniej… bardziej? Czy znalazłaby odpowiedź, gdyby zaczęła wypytywać koty z innych klanów, zamiast ograniczać się do kilku w Klanie Wilka? Może odpowiedź leżała właśnie tam – w poznawaniu obcych. Ktoś w końcu musiał wiedzieć, przez co przechodziła jej matka.
***
“Co mam teraz zrobić?”
Nie wiem. Nie wiem, co masz teraz zrobić!
Brukselkowa Zadra przebijała się przez śnieg, krocząc w stronę granicy z Klanem Klifu. Była zirytowana, czuła się taka… ciężka. Jak wielka kula białego puchu, gotowa zniszczyć wszystko, co stanie jej na drodze. Odkąd uciekła Zaćmiony Horyzont, odkąd dowiedziała się o tym zapchlonym planie, jej nastroje zmieniały się z dnia na dzień. Raz była smutna, melancholijna, przygnębiona, a raz wściekła, gotowa zwyzywać każdego, kto spróbuje jej się postawić. Nigdy jednak nie była szczęśliwa. Nie uśmiechała się, nie żartowała. Stała się cieniem samej siebie, a czasem i rozszalałym pożarem, pochłaniającym las po suszy.
To wszystko ją męczyło. Coraz gorzej szło jej wykonywanie obowiązków, ciągle chodziła rozkojarzona. Mimo to niektóre koty dawały jej spokój, pewnie tłumacząc jej zachowanie tym, że “żałoba jest przecież dziwna – dla każdego inna”.
Może to też było powodem złego samopoczucia Brukselki? Nigdy nie lubiła być tą, która potrzebuje pomocy. Zawsze wolała stawiać się w roli wsparcia – kogoś mądrego i silnego, na kim można było polegać. Teraz czuła się niestabilna, rozdarta.
Gdy dotarła na granicę, zapomniała już, po co właściwie tu przyszła. Zirytowana zamachnęła się łapą i uderzyła w śnieg, który rozsypał się wokół. Wtem usłyszała nawoływanie, które przywróciło ją do zmysłów. Wypuściła z płuc powietrze i podniosła łeb, dostrzegając przed sobą czyjąś sylwetkę. Niedaleko stał niebieski, drobny kocur. Miał wypiętą pierś i dumny, choć zaciekawiony wyraz pyska. Uważnie obserwował Brukselkową Zadrę, która wyglądała teraz jak ogromna, rozjuszona niedźwiedzica.
— Hej! Wszystko dobrze? — zapytał, drepcząc przez śnieg w stronę wojowniczki. Pręgowana westchnęła i otrzepała futro, próbując zrzucić z siebie kilka śnieżynek.
— A wygląda, jakby było? Zresztą, to nawet nie twoja sprawa. Jest świetnie — rzuciła płytko, choć jej pysk mówił coś innego. Niebieski zamrugał kilkakrotnie, po czym uśmiechnął się miękko.
— Nazywam się Mysi Postrach. A ty?
***
Chłód przeszywał całe ciało Brukselki, od końcówki nosa aż po koniuszek ogona. Stąpała po twardej obozowej ziemi, kierując się w stronę nornicy leżącej na marnej “stercie” – o ile kilka leżących obok siebie zwłok można tak było nazwać. Chwyciła żylaste zwierzątko o szorstkiej sierści, przesiąkniętej chłodem i śniegiem, w pysk i od razu skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Z jej pyska wydobywały się białe obłoczki, ulatujące z płuc na zewnątrz.
Gdy weszła do środka, powitał ją ciepły wzrok matki, zupełnie niepasujący do otaczającego mrozu. Liliowa mimowolnie się uśmiechnęła, a w klatce piersiowej poczuła przyjemne ciepło. Położyła nornicę przed starszą kotką i usiadła, owijając ogon wokół łap, jak to miała w zwyczaju.
— Przepraszam, że taka marna. Nie było lepszej — mruknęła, patrząc z niezadowoleniem na wychudzoną, zziębniętą piszczkę. Niebieskooka pokręciła powoli głową i chwyciła nornicę pazurami, przyciągając ją bliżej siebie. Nie zaczęła jednak jej jeść, tylko przerzucała ją z łapy do łapy. — Nie jesteś głodna?
Kalafior zamarła i poruszyła wąsami.
— Nie… nie bardzo. A ty? Możesz zjeść za mnie — zaproponowała córce, delikatnie popychając nornicę w jej stronę. — Myślałam, że będę w stanie ją zjeść, ale jednak nie mam ochoty.
Wojowniczka wbiła spojrzenie w podłoże. Może powinna była wybrać coś innego? A może Kalafior naprawdę nie była głodna? Liliowa uśmiechnęła się litościwie i mruknęła:
— Musisz jeść, żeby mieć energię do walki z chorobą!
Starsza kocica westchnęła, a w jej ślepiach błysnął smutek. Brukselkowa Zadra dobrze wiedziała, co siedziało w głowie matki. Chciała powiedzieć, że tu nie ma żadnej walki. Że już przegrała, że nic się nie da zrobić.
Liliowa trwała w ciszy przy staruszce, dopóki żal nie stał się zbyt przytłaczający. Poruszyła się niespokojnie i zaczęła rozmowę:
— Ciekawe, gdzie teraz podziewa się Horyzont… — zagaiła, czując, jak głos jej się łamie. — Nie wierzę, że zniknęła tak bez słowa. Czy nie pomyślała o tym, że będziemy się o nią martwić? — dodała nieco ostrzejszym tonem. Tęskniła za córką, ale jednocześnie była na nią zła. Te wszystkie uczucia były takie… ciężkie do zrozumienia.
— Nie pożegnała się z tobą? — zapytała Kwitnący Kalafior jakby zdziwiona. Brukselkowa Zadra zmrużyła oczy, patrząc na matkę podejrzliwie.
— A z tobą? — odbiła, przechylając lekko głowę. Biała kocica już miała zbyć temat, gdy nagle Brukselka uderzyła gniewnie ogonem o ziemię. — Pożegnała się z tobą czy nie? Mówiła ci coś? — kontynuowała rozdrażniona. Starsza skinęła niepewnie głową.
— Tak… Powiedziała, że klan to nie jej dom, że to nie jej miejsce. Potem… wyszła i już nie wróciła — wyjaśniła, choć słowa przechodziły jej przez gardło z trudem. W głowie Brukselki nagle jakby wszystko ucichło.
— Więc… wiedziałaś! — wydusiła oburzona, po czym gwałtownie wstała. — Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałaś? Jestem jej matką, na przodków! Należy mi się znać ostatnie słowa, które wypowiedziała w tym zapchlonym obozie! — podniosła głos, a w jej oczach zaszkliły się łzy. Kwitnący Kalafior położyła po sobie uszy, nerwowo rozglądając się po legowisku.
— Przepraszam! Brukselko, ja… nie sądziłam, że się do ciebie nie odezwała! — zaczęła tłumaczyć, ale do liliowej nie docierały już żadne słowa. Warknęła coś pod nosem i rozgniewana obróciła się, wychodząc z legowiska starszyzny. Miała jeszcze tak wiele do wygarnięcia matce, ale nie miała już siły się kłócić.
Niemal instynktownie skierowała się do wyjścia z obozu, nawet nie zauważając momentu, w którym przyłączyła się do niej Wrotyczowa Szrama. Starsza, barczysta kocica w ciszy szła tuż przy liliowej wojowniczce, którą na raz targało tak wiele, a jednocześnie tak niewiele emocji. Nie wiadomo, czemu dymna postanowiła ruszyć za swoją przyjaciółką, ale nikt tego nie kwestionował – a już na pewno nie Brukselka. Doceniała obecność towarzyszki, przynajmniej czuła się mniej samotna.
Razem dotarły nad rzekę, siadając obok kamieni prowadzących na jej brzeg. To właśnie tu urywał się trop Zaćmionego Horyzontu. Teraz, co prawda, już go nie było, lecz jakiś czas temu tutaj unosiła się jej zwietrzała woń. Brukselkowa Zadra westchnęła głęboko, nie potrafiąc już dłużej skrywać emocji. Po jej policzkach popłynęły gorzkie łzy, a ona sama wtuliła zapłakany pysk w futro Wrotyczowej Szramy. Obie siedziały w ciszy, dzieląc się ciepłem swoich ciał.
Właśnie wtedy Brukselkowa Zadra poczuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. Nie ze stresu, nie ze strachu, lecz z radości, że ma przy sobie właśnie tę kotkę.
Trzymaj się tam, Horyzont
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz