I'm coming back (w końcu)
dłuuuugooo przed wojną w kw
- Tak. Klan Lisa i Klan Nocy ma najlepiej, woda i woda – zaśmiał się Świtająca Łapa, spoglądając kątem na swojego mentora. Lada moment miało się ściemnić, nocny patrol na rutynowy patrol, a Ostrokrzewiowy Cierń wraz z uczniem nadal nie wrócili do obozu.
- Przyjemnie się z tobą rozmawia, medyczko, ale niestety musimy już iść. Ruszaj do siebie, pozbądź się naszego zapachu, abyś nie popadła w głębsze tarapaty – miauknął kremowy kocur, starając się przesunąć młodszego od siebie lynxa w kierunku klanu wilka.
Świtająca Łapa przyglądał się Konwaliowemu Sercu, pięknej medyczce. Podczas jego pierwszego zgromadzenia kotka wydawała mu się... niedostępna. Skupiała się na rozmowie z czekoladowym asystentem z klanu burzy oraz Potrójną Łapą, kilka razy zdołał zagadać kotkę. Ta nie wydawała się zachwycona komplementami Świtu, dlaczego? Może i nie miał doświadczenia z kotkami, prócz własnej matki, ale starał się. To, że próbował, zaliczało się pod pewnego rodzaju sukces.
Teraz patrzył na żółtooką inaczej. Dostrzegał w jej wyglądzie detale, których nie zauważył wcześniej. Delikatnie smagane kosmyki futra, drobne łapy, drżące z wykończenia kończyny, błysk mądrości i empatii w oczach... Pragnął zatopić ją w swoim morskim spojrzeniu i nigdy nie puszczać. Nie chciał pozwolić jej odejść. Kusiło go podejść do Konwaliowego Serca i dotknąć nosem jej drobnych uszu i wtulić się w pachnącą ziołami sierść. Zachciał bliskości, uczucie to wydobyło się z jego wnętrza.
- Dziękuję wam za pomoc, do zobaczenia na zgromadzeniu! - Konwaliowe Serce pomachała serdecznie ogonem, żegnając się z obojgiem kocurów. Odwróciła się i ruszyła ku wysokim trawom klanu burzy.
- Czas na nas, jutro też czeka cię trening, musisz się wyspać – powiedział Ostrokrzewiowy Cierń i skierował swoje kroki w kierunku lasu. Świtająca Łapa poszedł za nim, milcząc. Miał mętlik w głowie. Dlaczego nie mógł dłużej popatrzeć na Konwalię? Dlaczego musieli należeć do dwóch różnych klanów? Żyli tak blisko siebie, a jednocześnie daleko.
Co cię opętało? To zwykła kotka. Taka, jak inne. Należąca do wrogiego klanu. Medyczka. I do tego starsza – pomyślał, karcąc się. Oszalał, doszczętnie oszalał. To przez przegrzanie słoneczne. Na pewno słońce było winne! Za długo świeciło na niego i mentora, w wyniku czego mózg wariował i czekał na odpoczynek. - Jest najpiękniejszą kotką, jaką widziałem w życiu. Urocza i mająca w sobie to „coś”. I pozwoliłeś, by tak szybko odeszła i zagadywała częściej Ostrokrzewiowego Ciernia niż ciebie. Walcz o nią, póki nie odeszła za daleko – szepnął mu czyiś głos w głowie. Czyj? Jego? Emocji?
Przystanął i odwrócił się. Konwaliowe Serce znajdowała się coraz bliżej ciemnego horyzontu. Rozbiegł się, miał w pysku reakcję mentora. Liczyła się ona, i tylko ona.
- Świtająca Łapo! Wracaj! - Kremowy kocur zobaczył pędzącego jak torpeda ucznia. Zamiast rzucić się w pogoń, stał i patrzył na wychowanka. Morskooki nie zauważył tego, bo głośne miuknięcie nauczyciela tylko dodało mu sił do biegu.
- Konwalio! Zaczekaj!- krzyknął, zwracając na siebie uwagę czarnej. Kotka stanęła i z niemałym zdziwieniem spojrzała na ucznia klanu wilka.
Świtająca Łapa dyszał, gdy zatrzymał się tuż przed łapami medyczki. Złapał oddech po kilku chwilach. I zapadła cisza. Coś, czego nie planował. Szykował dogłębny i osobisty monolog do wygłoszenia przed wybranką, w głowie panowała jednak pustka, a żadne słowo nie padło z pyska lynxa.
- Coś nie tak? Ściemnia się, a twój mentor do nas idzie. Nie wygląda na zadowolonego – rzekła Konwaliowe Serce zakłopotana. Poruszyła wibrysami z lekkim niepokojem i cofnęła się.
Świtająca Łapa zastrzygł uszami, rzeczywiście, kremowy kocur się zbliżał. Wyczuł go przez potęgujący się zapach lasu.
- Przyjdź tu... w nocy. Mam... ci coś ważnego do przekazania. Tak bardzo, bardzo. Nie zawiedź mnie, proszę – miauknął szybko i wrócił biegiem do mentora. Nie zdołał przypatrzeć się reakcji kotki, a na myśl o tym poczuł ściśnięcie w gardle i łzę, cieknącą po pysku.
***
Śnił o niej, o żółtych oczach przenikających przez mrok. O ciemnej sierści, zdolnej scalić się z ciemnością. Ocierał się o jej ciało, a ona o jego. Czerń z plamkami bieli zlała się z płowym odcieniem sierści kocura. Byli ze sobą, stanowili jedność. Na zawsze. Nikt nie mógł tego zmienić, ani klan wilka, ani klan burzy.
Obudził się, czując się jak w amoku. Przed oczami nadal widział zgrabne ciało Konwaliowego Serca. Potrząsnął głową i spojrzał na niebo. Gwiazdy migały, przypatrując się śpiącym wojownikom i innym członkom klanu. To oznacza, że poranek nie nadszedł i czas udać się na spotkanie z kotką. Sama wyprawa okazała się ryzykiem i groziła karą od Iglastej Gwiazdy. Lider mógł kazać Świtającej Łapie siedzieć sześć księżyców w żłobku, wraz z Trzcinowym Brzegiem, a następnie znowu mianowałby lynxa na ucznia i przydzielił nowego mentora. Musiał podjąć się samotnej wędrówki, aby wyznać Konwaliowemu Sercu dziwne... przywiązanie do niej samej.
Wyszedł po cichu z legowiska. Węszył, sprawdzając, czy po obozie nie kręcił się nikt z klanowiczów. Nim się spostrzegł, wyszedł. Nie potrafił w to uwierzyć. Złamał zasady, a nawet kodeks wojownika. Był tego świadom, lecz... zamiast żalu odczuł radość, którą dodatkowo podsycał zapach nocnego powietrza.
Doszedł do granicy z klanem burzy. Zauważył skrytą za kamieniem Konwalię. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony i przeszczęśliwy.
- Świtająca Łapo? Jesteś sam? - zapytała się z niedowierzaniem.
- Tak, to ja! Bez mentora – miauknął. Żeby zacząć rozmowę, zerwał rosnący w pobliżu kwiat, z białymi płatkami i żółtym środkiem. - Oto mały prezent.
dłuuuugooo przed wojną w kw
- Tak. Klan Lisa i Klan Nocy ma najlepiej, woda i woda – zaśmiał się Świtająca Łapa, spoglądając kątem na swojego mentora. Lada moment miało się ściemnić, nocny patrol na rutynowy patrol, a Ostrokrzewiowy Cierń wraz z uczniem nadal nie wrócili do obozu.
- Przyjemnie się z tobą rozmawia, medyczko, ale niestety musimy już iść. Ruszaj do siebie, pozbądź się naszego zapachu, abyś nie popadła w głębsze tarapaty – miauknął kremowy kocur, starając się przesunąć młodszego od siebie lynxa w kierunku klanu wilka.
Świtająca Łapa przyglądał się Konwaliowemu Sercu, pięknej medyczce. Podczas jego pierwszego zgromadzenia kotka wydawała mu się... niedostępna. Skupiała się na rozmowie z czekoladowym asystentem z klanu burzy oraz Potrójną Łapą, kilka razy zdołał zagadać kotkę. Ta nie wydawała się zachwycona komplementami Świtu, dlaczego? Może i nie miał doświadczenia z kotkami, prócz własnej matki, ale starał się. To, że próbował, zaliczało się pod pewnego rodzaju sukces.
Teraz patrzył na żółtooką inaczej. Dostrzegał w jej wyglądzie detale, których nie zauważył wcześniej. Delikatnie smagane kosmyki futra, drobne łapy, drżące z wykończenia kończyny, błysk mądrości i empatii w oczach... Pragnął zatopić ją w swoim morskim spojrzeniu i nigdy nie puszczać. Nie chciał pozwolić jej odejść. Kusiło go podejść do Konwaliowego Serca i dotknąć nosem jej drobnych uszu i wtulić się w pachnącą ziołami sierść. Zachciał bliskości, uczucie to wydobyło się z jego wnętrza.
- Dziękuję wam za pomoc, do zobaczenia na zgromadzeniu! - Konwaliowe Serce pomachała serdecznie ogonem, żegnając się z obojgiem kocurów. Odwróciła się i ruszyła ku wysokim trawom klanu burzy.
- Czas na nas, jutro też czeka cię trening, musisz się wyspać – powiedział Ostrokrzewiowy Cierń i skierował swoje kroki w kierunku lasu. Świtająca Łapa poszedł za nim, milcząc. Miał mętlik w głowie. Dlaczego nie mógł dłużej popatrzeć na Konwalię? Dlaczego musieli należeć do dwóch różnych klanów? Żyli tak blisko siebie, a jednocześnie daleko.
Co cię opętało? To zwykła kotka. Taka, jak inne. Należąca do wrogiego klanu. Medyczka. I do tego starsza – pomyślał, karcąc się. Oszalał, doszczętnie oszalał. To przez przegrzanie słoneczne. Na pewno słońce było winne! Za długo świeciło na niego i mentora, w wyniku czego mózg wariował i czekał na odpoczynek. - Jest najpiękniejszą kotką, jaką widziałem w życiu. Urocza i mająca w sobie to „coś”. I pozwoliłeś, by tak szybko odeszła i zagadywała częściej Ostrokrzewiowego Ciernia niż ciebie. Walcz o nią, póki nie odeszła za daleko – szepnął mu czyiś głos w głowie. Czyj? Jego? Emocji?
Przystanął i odwrócił się. Konwaliowe Serce znajdowała się coraz bliżej ciemnego horyzontu. Rozbiegł się, miał w pysku reakcję mentora. Liczyła się ona, i tylko ona.
- Świtająca Łapo! Wracaj! - Kremowy kocur zobaczył pędzącego jak torpeda ucznia. Zamiast rzucić się w pogoń, stał i patrzył na wychowanka. Morskooki nie zauważył tego, bo głośne miuknięcie nauczyciela tylko dodało mu sił do biegu.
- Konwalio! Zaczekaj!- krzyknął, zwracając na siebie uwagę czarnej. Kotka stanęła i z niemałym zdziwieniem spojrzała na ucznia klanu wilka.
Świtająca Łapa dyszał, gdy zatrzymał się tuż przed łapami medyczki. Złapał oddech po kilku chwilach. I zapadła cisza. Coś, czego nie planował. Szykował dogłębny i osobisty monolog do wygłoszenia przed wybranką, w głowie panowała jednak pustka, a żadne słowo nie padło z pyska lynxa.
- Coś nie tak? Ściemnia się, a twój mentor do nas idzie. Nie wygląda na zadowolonego – rzekła Konwaliowe Serce zakłopotana. Poruszyła wibrysami z lekkim niepokojem i cofnęła się.
Świtająca Łapa zastrzygł uszami, rzeczywiście, kremowy kocur się zbliżał. Wyczuł go przez potęgujący się zapach lasu.
- Przyjdź tu... w nocy. Mam... ci coś ważnego do przekazania. Tak bardzo, bardzo. Nie zawiedź mnie, proszę – miauknął szybko i wrócił biegiem do mentora. Nie zdołał przypatrzeć się reakcji kotki, a na myśl o tym poczuł ściśnięcie w gardle i łzę, cieknącą po pysku.
***
Śnił o niej, o żółtych oczach przenikających przez mrok. O ciemnej sierści, zdolnej scalić się z ciemnością. Ocierał się o jej ciało, a ona o jego. Czerń z plamkami bieli zlała się z płowym odcieniem sierści kocura. Byli ze sobą, stanowili jedność. Na zawsze. Nikt nie mógł tego zmienić, ani klan wilka, ani klan burzy.
Obudził się, czując się jak w amoku. Przed oczami nadal widział zgrabne ciało Konwaliowego Serca. Potrząsnął głową i spojrzał na niebo. Gwiazdy migały, przypatrując się śpiącym wojownikom i innym członkom klanu. To oznacza, że poranek nie nadszedł i czas udać się na spotkanie z kotką. Sama wyprawa okazała się ryzykiem i groziła karą od Iglastej Gwiazdy. Lider mógł kazać Świtającej Łapie siedzieć sześć księżyców w żłobku, wraz z Trzcinowym Brzegiem, a następnie znowu mianowałby lynxa na ucznia i przydzielił nowego mentora. Musiał podjąć się samotnej wędrówki, aby wyznać Konwaliowemu Sercu dziwne... przywiązanie do niej samej.
Wyszedł po cichu z legowiska. Węszył, sprawdzając, czy po obozie nie kręcił się nikt z klanowiczów. Nim się spostrzegł, wyszedł. Nie potrafił w to uwierzyć. Złamał zasady, a nawet kodeks wojownika. Był tego świadom, lecz... zamiast żalu odczuł radość, którą dodatkowo podsycał zapach nocnego powietrza.
Doszedł do granicy z klanem burzy. Zauważył skrytą za kamieniem Konwalię. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony i przeszczęśliwy.
- Świtająca Łapo? Jesteś sam? - zapytała się z niedowierzaniem.
- Tak, to ja! Bez mentora – miauknął. Żeby zacząć rozmowę, zerwał rosnący w pobliżu kwiat, z białymi płatkami i żółtym środkiem. - Oto mały prezent.
<Konwaliowe Serce?>
świt uważaj, bo cię klan gwiazd dorwie za nocne randeczki z medyczką
OdpowiedzUsuńAww... Jeju! Ale to słodkie
OdpowiedzUsuń