BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 lutego 2025

Nowy członek Klanu Gwiazdy!

PYLISTA BURZA

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszło do Klanu Gwiazdy!

Od Sówki CD. Topoli

Siedziała ze swoją partnerką i synem. Lubiła takie chwile, bez żadnych problemów, mogąc po prostu odpocząć. Na pytanie Topoli, od razu skupiła się na wypowiedzi. Sama nie do końca pojmowała zagadnienie morza. W końcu wyglądało to jak taka wielka, po prostu przerośnięta kałuża, czy rzeka, jednak w przeciwieństwie do tej drugiej, morze stało w miejscu. A przynajmniej tak wyglądało z Bursztynowej Wyspy. Jedynie fale, uderzające o brzeg, zdradzały obecność prądów morskich i innych czynników, poruszających wielką taflą wody. Na tę myśl czekoladowa lekko zadrżała. Jak ona nie lubiła wody. Sama myśl o zanurzeniu choć jednej łapy przyprawiała ją o dreszcze. Tyle razy już prawie się utopiła... Wiedziała, że żywioł ten nie jest zabawny, jednak chyba tylko dla niej. Kątem oka spojrzała na siedzącą obok Kaczkę. Jej partnerka bez większego problemu siedziała w wodzie, wręcz spędzając tam wolny czas! Sówka nie potrafiła tego pojąć. Nie rozumiała, jak Kaczka tak po prostu, bez większego stresu czy strachu potrafiła być tak blisko większego zbiornika wodnego, czy nawet siedząc w wodzie.
- Ewidentnie tak można – odparła Sówka – Morza naprawdę są ogromne. A przynajmniej to jedno. Tylko nie waż mi się zbliżać do krawędzi, jak będziesz na zgromadzeniu! – oznajmiła i spojrzała na syna, mając powagę wypisaną na pysku. Topola lekko przekręcił łepek.
- Coś się stało? – zapytał, ewidentnie nieco zdziwiony, w końcu rzadko mógł zobaczyć Stówkę tak poważną.
- Twoja mama po prostu panicznie boi się wody – zaśmiała się cicho Kaczka, a czekoladowa automatycznie przeniosła na nią swój wzrok.
- Muszę przyznać, że troszeczkę prawdy w tym jest... – mruknęła cicho – Ale chodzi tu głównie o twoje bezpieczeństwo Topolo. Może ci się coś stać – wyjaśniła.
 
***
 
Sówka siedziała w obozie, obserwując wszystko dookoła. Czy ostatnio sporo się działo? Kotka już sama nie wiedziała. Przynajmniej nic nikomu się nie stało... Ostatnie takie wydarzenie miało miejsce już jakiś czas temu, gdy zaginął Patyczak. Nikt tak właściwie nie wie, co się stało z kocurem, a cała sprawa wyglądała podobnie do zaginięcia Mleczyk. To wszystko wyglądało tylko coraz dziwniej. Na szczęście od tamtej pory żadna taka sytuacja nie miała miejsca, lecz tajemnica zaginięć kotów oraz nagłego zniknięciem ciała starszego, dalej cicho krążyła wśród pobratymców. Jakby po prostu nie mogła zniknąć... Rozwiązać się.
Nagle usłyszała jakiś dźwięk. Podniosła wzrok, do tej pory wlepiony w ziemię. Dźwięk ten pochodził z legowiska medyka. Czekoladowa z daleka ujrzała Świergot, walczącą z kolejnymi chorobami. Nie licząc niej, zauważyła jeszcze Przepiórkę, Żagnicę i nawet samą Kaczkę. Sówka zaśmiała się cicho i sarkastycznie. Kto by pomyślał, że bez medyków sobie aż tak nie poradzą? Każdego dnia u Świergot był przynajmniej jeden kot, jakby Wszechmatka uznała, że pora trochę podręczyć chorobami swoich wyznawców... I wtedy w zasięgu wzroku przywódczyni pojawił się jej syn, Topola. Kocur również kierował się w kierunku legowiska medyka. Czekoladową to lekko zdziwiło. W końcu Topola wyglądał świetnie, jakby nic mu nie było! A nawet jeśli, to była przekonana, że sam sobie doskonale poradzi. Postanowiła więc wstać i zobaczyć co się dzieje, że wojownik składa wizytę szamance.
- Hej Topolo! – przywitała się, podchodząc do syna – Co, tobie też coś dolega? – zapytała.
- Hej mamo i nie, Świergot po prostu potrzebowała nieco więcej łap do pracy – wyjaśnił i zetknął do wnętrza legowiska.
- O, jeśli coś jeszcze jest do zrobienia, to możemy podziałać razem. Szybciej skończysz, a jednak przyda ci się chwila odpoczynku w ciepłym legowisku przy takiej pogodzie – zaproponowała, zwracając uwagę na wszechobecny śnieg.

Wyleczeni: Przepiórka, Żagnica, Kaczka 
<Topolo?>

26 lutego 2025

Od Motylkowej Łapy Do Firletkowej Łapy

Małe płatki śniegu spadały z ciemnych chmur, które wisiały nad Klanem Burzy. Przy wejściu do kamiennej wieży siedziała młoda uczennica. Motylkowa Łapa pozwalała, by płatki spadały na jej nosek. Chichotała za każdym razem, gdy czuła, jak się roztapiają na jej ciepłym nosku. Poruszyła uszami, słysząc czyjeś kroki za plecami. Odwróciła głowę i dojrzała Firletkową Łapę, grzebiącą w magazynku ziół. Roślinek było naprawdę mało, co wyraźnie niepokoiło starszą kotkę. Motylkowa Łapa podniosła się i podeszła do niej, głośno stawiając łapy. Chciała, by jej nowa koleżanka na pewno wiedziała, iż do niej podchodzi. Firletkowa Łapa poruszyła uchem i zerknęła wprost w oczy młodszej kotki.
— Cześć — zaczęła Motylkowa Łapa, czując, jak gula stresu rośnie jej w pysku. Pierwszy raz czuła się tak! Zazwyczaj była pewna siebie, jednak w obecności medyków czuła się speszona. Należała teraz do tej grupy, ale spojrzenia, jakie rzucał jej Skowroni Odłamek i Pajęcza Lilia, sprawiały, że czuła się trochę niechciana.
— Cześć — odpowiedziała krótko Firletkowa Łapa, spoglądając pytająco na młodszą koteczkę.
— Czy pokazałabyś mi jakieś zioła? Nie chcę pytać Skowroniego Odłamka ani Pajęczej Lilii, bo wydają się mnie tu nie chcieć — mruknęła, zwierzając się starszej. Tamta poruszyła uszami, a błysk ekscytacji przemknął przez jej oczy.
— Jasne, że ci pomogę! A i nie przejmuj się nimi. Skowroni Odłamek może być przez jakiś czas zamknięty, ale w końcu się otworzy. A Pajęcza Lilia… no, ona jest specyficzna — mruknęła ciszej kotka, tak by medyczka przypadkiem nie pojawiła się za jej plecami i tego nie usłyszała.
— Dziękuję! To może najpierw jakieś często używane zioła? Bo na pewno takie są! Albo jakieś ich grupy? — dopytywała Motylkowa Łapa, siadając na piaszczystej ziemi i otulając łapy ogonem. Spoglądała, jak Firletkowa Łapa szukała ziół w składziku. Czekając, zaczęła rozglądać się po całym legowisku. Podobało jej się to, jak tajemnicze było! Każdy kot, który tu wchodził, od razu czuł się jak w innym świecie! Lub to tylko Motylkowa Łapa miała takie odczucia. Jednak jedno było pewne: zapach ziół był cudowny!

<Firletkowa Łapo?>
[321 słów]

[przyznano 6%]

Od Miodka CD. Cierń

 Dalej przed porodem Cierń

Kiedy jego ledwo wyrośnięte pociechy rzuciły się na niego z głośnym okrzykiem bojowym, upadł teatralnie jeszcze przed tym jak faktycznie wskoczyły mu na grzbiet. Zakrył łapami pysk i zaczął przeciągle pojękiwać i piszczeć. 
— Ah! Straszni, wielcy wojownicy, litości! — miauknął żałośnie. Położył się na plecach, odsłaniając wrażliwy (przynajmniej na faktyczne ataki), brzuch i kark. — Odsłaniam się przed wami. Błagam o wybaczenie i akt łaski!
Na nic się to zdało, gdyż z całym impetem na klatkę piersiową wskoczył mu Sekrecik, faktycznie odbierając kocurowi tchu. Miodek kaszlnął i chaotycznym ruchem przewrócił się na lewy bok, targając za sobą synka. Kociak zaskoczony zaniósł się głośnym śmiechem i wpakował się ojcu między łapy, próbując ugryźć go w nogi. 
— O ty mały potworze! — zażartował czekoladowy i przycisnął go bliżej, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Sekrecik, niczym jasny robaczek próbował wyślizgnąć się z uwięzi, ale uścisk był zbyt mocny. — I co teraz? Nie jesteś już taki szczwany...
— Ha ha! Wyglądasz jak dżownica! — krzyknęła w stronę brata Miłostka, szykująca się do ataku z drugiej strony. — Prawda, że wygląda Kruszynko? 
— O-oh... Mhm! — zgodziła się najmłodsza, nieśmiało przytakując kolorowym łebkiem. 
— S-sama jesteś — sapał, dalej szarpiąc się z uczniem, kociak. — Nawet nie u-u-umiesz tego po... Wiedzieć! — wydusił z siebie w końcu. Niewielką łapką odepchnął czekoladowy pysk. Miodek w końcu wypuścił go, a Sekrecik niemal padł na ziemie. 
— Jesteście rodziną wariatów... — syknęła zmęczona samym patrzeniem i słuchaniem Cierń. Jej przymrożone ślepia były pełne politowania. — Szczere wyrazy współczucia Migotko — zwróciła się do przyglądającej się karmicielki. Uśmiech z puchatego pyszczka spłynął w jednej chwili. 
— Oh Cierń... Zrozumiesz, jak urodzą się twoje maleństwa, że ich zdrowy, radosny śmiech to najlepsze czego można słuchać — wymruczała, spuszczając nieśmiało wzrok na malutką córeczkę, która w międzyczasie wpełzła jej na łapki. Szorstkim językiem przylizała jej futerko za uszkiem. — Jejku! Ale ty przecież, moja droga, znasz już to uczucie... Skąd więc tyle nerwów? Czy pełna miłości kociarnia to nie wspaniały znak dla Owocowego Lasu? — wypowiadając ostatnie słowa, wlepiła rozczulony wzrok w leżącego na boku partnera. 
— Nie mieszaj mi się w rodzinę, Migotko! — syknęła bezwłosa. Już chciała odwrócić się na drugi bok i udawać, że zapada w drzemkę, ale przerwał jej uczeń. 
— Ah! No tak, prawie bym zapomniał! Moja omszona mentorko, może nie najlepsza, jaką miałem, ale całkiem zdolna, chciałem ci opowiedzieć, co ciekawego dzisiaj robiłem w ramach naszego pseudowstrzymanego treningu... — oznajmił Miodek, a z pyska Cierń wyrwało się głośne westchnięcie. 
— Umieram z niecierpliwości... 
— No więc... Poszedłem z Panią Kosodrzewiną, przy okazji, przesympatyczna kotka, chociaż już lepiej by dla niej było, jakby przeszła na spoczynek. — powiedział, ale pytający wzrok ukochanej zachęcił go do szybkiej poprawki — Oczywiście odpoczynku doczesnego w legowisku starszyzny! No ale... Byliśmy na wspólnym polowaniu, chociaż to ja głównie latałem za ptakami. 
— Czyli byłeś po prostu na łowach? To jest takie ważne? — zapytała karmicielka, patrząc na terminatora spod byka. 
— Ah nie! No więc... W pewnym momencie zobaczyłem, że Kosodrzewina co strasznie mamle językiem w buzi, więc zapytałem, czy coś się stało. Szanowna Pani wojowniczka powiedziała, że od kilku wschodów słońca boli ją ząb, a ja na to, że jestem w stanie jej pomóc. — powiedział z dumą. 
— Wyrwałeś go! — zawołała Miłostka, wcinając się w historię ojca. 
— Nic z tych rzeczy, moje serduszko... — mruknął pieszczotliwie, przyciągając najstarszą pociechę bliżej siebie. — Kiedy mieszkałem jeszcze w Klanie Klifu, odbyłem przyśpieszony kurs medyczny. Głównie dlatego, że moja niesamowita mentorka Bryzka miewała momenty, gdy nie potrafiła dłużej ze mną wytrzymać. 
— Kto by się spodziewał... — burknęła łysa.
— Pamiętałem, co należy począć z bolącym kiełkiem, a mianowicie... Posłuchajcie mnie, może wam się to przydać — zwrócił się do kociąt — Należy, i wiem, że brzmi to idiotycznie, ale trzeba przeżuć korę pewnego drzewa. No więc powiedziałem jej o tym i postanowiliśmy pójść w okolice rzeki. Znaleźliśmy ładną i zdrową olchę, a gdy Kosodrzewina pożuła chwile jej kawałek, puf! Ból ustał, jak łapą odjąć. 
— Aha... Czyli nic dzisiaj nie upolowałeś, tylko bawiłeś się w medyka? — prychnęła mentorka. 
— Uratowałem zasłużoną wojowniczkę przed niechybną śmiercią! Ba! Prócz zęba, jak już wracaliśmy, zauważyłem, że zostawia zakrwawione ślady... Coś mi świta, że na problemy z poduszkami pomaga szczaw, ale nie dałbym sobie urwać wąsów, no i też nie wiem, gdzie dokładnie go szukać... Powiedziałem o tym Pumie, gdyż spotkałem go przy wejściu. Zapewnił, że odwiedzi ze Świergotem Kosodrzewinę i rozwiąże i ten problem. — przekonywał i tłumaczył się czekoladowy. — Aha! I upolowałem śliczną sójkę! Ah! Zapomniałem kompletnie! — Wstał na równe łapy i podbiegł do wejścia, gdzie niezauważenie położył pukielek piór. — Moja Świergotka nie przepada za piórkami, bo mówi, że uwierają ją w kuperek, prawda Migotko? — zwrócił się szybko do partnerki, którą kiwnęła łebkiem — Ale ty je lubisz... Wiec, zanim położyłem ptaszka na stos, wyrwałem te najładniejsze i najmniej zakrwawione i obślinione... Proszę bardzo, moja mentoreczko! 

<Cierń?>

Wyleczeni: Kosodrzewina (oba ała)

Od Czereśniowego Pocałunku

Przez ciemne chmury przebijały się promienie słońca. Nie ogrzewały one jednak ziemi, a jedynie sprawiały pozory ciepła. Ranek minął, a wraz z nim przyszło południe. Śnieg na chwilę ustał, dając kotom moment wytchnienia. Czereśniowy Pocałunek siedziała przed legowiskiem wojowników i zajadała się myszą. Była już na porannym patrolu, dlatego mogła sobie pozwolić na jednego małego gryzonia. W Porze Nagich Drzew koty często dzieliły się każdym kęsem, jednak wojowniczka nie przepadała za wspólnymi posiłkami. Wolała jeść sama, pogrążona w myślach. Jej spokój szybko przerwała grupa kotów. Spieniona Gwiazda stanęła nad nią, wpatrując się w nią wyczekująco. Wojowniczka zerknęła na przywódczynię i na dwie towarzyszące jej kotki – Mżący Przelot i Nimfie Zwierciadło, które stały w różnych odległościach od liderki.
— Czereśniowy Pocałunku, wybieram cię na patrol ze mną. Pójdziemy na ekspedycję w poszukiwaniu samotników — wyjaśniła przywódczyni, po czym postąpiła krok do przodu.
Czereśniowy Pocałunek od razu podniosła się na łapy i dołączyła do grupy. Mżący Przelot szła obok Spienionej Gwiazdy, wymieniając z nią informacje na różne tematy. Mimo aktywnej rozmowy z liderką, Mżący Przelot zdawała się dziwnie nieobecna, a nawet wyraźnie zmęczona. Natomiast Nimfie Zwierciadło i Czereśniowy Pocałunek trzymały się raczej z boku, nawet nie zbliżając się do siebie nawzajem. Szylkretowa wojowniczka, jak zwykle czujna, obserwowała teren dookoła. Biały puch skutecznie przykrył trawę i drzewa, które straciły już swoje liście.
Grupa dotarła do nieznanego lasu i bez wahania przekroczyła granicę. W oczach Spienionej Gwiazdy biła determinacja. Przywódczyni już wystawiła pazury, gotowa do walki, do której wcale nie musiało dojść. A przynajmniej Czereśniowy Pocałunek na to liczyła. Otaczały ją koty o najlepszych umiejętnościach w klanie, więc teoretycznie nie było się czego bać. Liderka machnęła ogonem, dając znak, by koty rozpoczęły poszukiwania. Każdy oddalił się o kilka kroków i zaczął węszyć. Szukali czegokolwiek – śladów łap, zapachu samotników, a może nawet ich obozu? Nagle ptaki w okolicy poderwały się do lotu, a dźwięk śniegu chrzęszczącego pod czyimiś kończynami był wyraźnie słyszalny. Koty Klanu Nocy zebrały się w zwartą grupę, gotowe na niebezpieczeństwo.
Koty nie musiały długo czekać na rozwój wydarzeń. Z prawej strony coś zaszeleściło, a cały patrol od razu, niczym zwarta ławica ryb, odwrócił się w stronę możliwego zagrożenia. Z chaszczy wypadł roztrzęsiony, poraniony królik, rzucając zebranym przerażone spojrzenie czarnych oczu. Gdy kotki chciały odetchnąć z ulgą, Czereśniowy Pocałunek poczuła nagłe szarpnięcie do tyłu.
— Czereśniowy Pocałunku! — zawołała Mżący Przelot, z lękiem obserwując, jak szylkretkę przytrzymuje obca im, liliowo-biała postać.
Wojowniczka powstrzymała się od syknięcia i, gdy tylko nadarzyła się okazja, przekręciła się na brzuch. Spojrzała prosto na nieznajomego i, nie wahając się ani sekundy dłużej, potraktowała go pazurami przednich łap. Podniosła się, zawirowała w miejscu i wyskoczyła w stronę przeciwnika. Podczas walki zachowywała ciszę – nie krzyczała bez potrzeby. Skupiała się jedynie na wykonywaniu celnych uderzeń i zwinnym unikaniu ciosów przeciwnika. Samotnik zasyczał, potrząsnął łbem, po czym ponownie przywarł do Czereśniowego Pocałunku. Niestety, mimo dużego sprytu, ataki szylkretowej kotki nie zadawały poważnych ran przeciwnikowi. Tak było i tym razem. Liliowa kotka chwyciła ją tak mocno, że Czereśniowy Pocałunek nie miała szans się ruszyć. Pozostałe kotki z patrolu syczały i wściekle machały ogonami.
Kotka leżała pod oprawcą, rozglądając się dookoła. Musiała zbadać sytuację. Co jakiś czas poruszała się, delikatnie zmieniając pozycję łap. Unikała też chapnięć samotnika wymierzonych w jej szyję. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma. Udało się jej jednak podkulić tylne łapy i, używając całej siły, jaką posiadała, wykonała mocny wykop w górę! Jej celem było oczywiście zrzucenie napastnika.
Kotka pisnęła, wgryzając się w kark kocicy aż do krwi. Choć była drobna i chuda, a ból w brzuchu palił ją jak ogień, nie puściła. Inne koty obserwowały ją z szokiem, złością… a także wewnętrznym rozdarciem. Wyglądała na rówieśniczkę Czereśniowego Pocałunku, może nieco starszą, jak Perlista Łapa. Jej pyszczek wciąż jednak miał dziecięce rysy – duże, zdeterminowane oczy, mały nos i silny zgryz. Nawet jej duże uszy sprawiały, że wyglądała młodziej. Czereśniowy Pocałunek mogła poczuć, jak jej oprawczyni drży, zdradzając brak doświadczenia w walce.
— Ani kroku, bo zagryzę! — wrzasnęła niewyraźnie przez trzymaną w pysku sierść. Jednak jej ton nie był pewny. Wręcz przeciwnie – brzmiała, jakby sama się wahała. Kościste łapy liliowej kotki drżały, gdy liderka schyliła łeb.
— Puść ją, a nic ci nie zrobimy — powiedziała Spieniona Gwiazda. Szylkretka mogła poczuć, jak małe serce przeciwniczki przyspiesza. Bała się.
— Łżesz! — warknęła liliowa, szarpiąc za skórę czarnej kotki.
— Mamy przewagę liczebną i zdecydowanie więcej doświadczenia niż ty. Bardziej cenisz dumę niż własne życie? — mówiła zielonooka przywódczyni. Gdy mała zaczęła nerwowo ciągnąć za kark Czereśniowego Pocałunku, luzując tym samym swój mocny chwyt, wojowniczka dostrzegła swoją szansę. Przez całą rozmowę liderki z samotniczką wojowniczka zachowywała spokój. Mimo krwi spływającej po jej szyi i piekącego bólu, nie chciała przerywać. Każdy drobny szczegół w zachowaniu nieznajomej — przyspieszone bicie serca, drżenie kończyn — zdradzał jej słabość. Gdy tylko tamta rozluźniła uchwyt, Czereśniowy Pocałunek wyszarpnęła się, tracąc przy tym kilka kępek futra. Nie uciekła jednak. Zamiast tego stanęła naprzeciw samotniczki, dumnie unosząc głowę i mierząc ją pewnym wzrokiem. Nie okazywała ani cienia strachu. Była gotowa zrobić wszystko, by zdobyć informacje dla swojego klanu. Mniejsza zasyczała, strosząc krótką sierść, podczas gdy pozostałe kotki dyskretnie przesuwały się na boki, powoli otaczając nieznajomą. Teraz jej sylwetka była lepiej widoczna — na liliowym boku widniała blizna w kształcie kratki, jakby powstała w wyniku starego oparzenia.
Samotniczka syczała i miotała ogonem na boki, próbując sprawiać wrażenie większej i groźniejszej. Jednak Nocniaczki już dostrzegły prawdę. W akcie desperacji rzuciła się na Czereśniowy Pocałunek i wbiła zęby w jej ucho. Nawet ona sama wydawała się zaskoczona swoim atakiem, chwytała się ostatnich możliwości. Gdy szarpnęła, oderwała spory fragment ucha, pozostawiając szylkretkę z nagą, krwawiącą raną na głowie. Struga czerwieni spłynęła jej po czole. Nie przewidziała jednak konsekwencji. Spieniona Gwiazda uderzyła ją w pysk, zwalając z nóg, po czym wgniotła jej głowę w śnieg. W białym puchu zniknął jeden z jej wybitych zębów, a teren wokół spłynął szkarłatem krwi. Nimfie Zwierciadło natychmiast podbiegła do Czereśniowego Pocałunku, pomagając jej utrzymać równowagę.
— Czereśniowy Pocałunku, słyszysz mnie? — zapytała czarno-biała kotka, oceniając stan oszołomionej wojowniczki. Stała jak wryta. Dźwięki odbijały się od jej rany, nie docierając nawet na sekundę do zdrowego ucha. Łapy drżały, a serce waliło tak głośno, że sama zaczynała czuć irytację. Krew spływała po jej oku, skapywała z policzka na śnieg, barwiąc go ciemnoczerwonymi kroplami. Nie wiedziała, co się stało. Nie czuła bólu – jedynie złość i determinację. Słowa Nimfiego Zwierciadła nie dotarły do niej, a może po prostu je zignorowała. Przełknęła ślinę, mieszając ją z metalicznym smakiem własnej krwi. Zamknęła oczy, zatrzymała oddech. Musiała się uspokoić. Nie mogła pozwolić, by panika przejęła nad nią kontrolę. Adrenalina trzymała w ryzach mrok wdzierający się do jej świadomości. Otworzyła oczy, a w jej spojrzeniu zabłysła nowa iskra determinacji. Machnęła głową, rozrzucając krople krwi na futra pobratymców. Spojrzała na Nimfie Zwierciadło i przejechała łapą po jej policzku, wycierając krew. Otworzyła pysk, chcąc coś powiedzieć, lecz zaraz go zamknęła. Odwróciła się gwałtownie w stronę samotniczki. Jej ogon szalał na boki, a wzrok był niczym piorun. Robiła wszystko, by nie patrzeć na własne ucho, które leżało w śniegu. To nie był czas na dramatyzowanie. Nie teraz. Za wszelką cenę chciała w końcu zasłużyć na pochwałę, udowodnić, że jest przydatna dla klanu, który ją ocalił. Wysunęła pazury i wyszczerzyła kły. Kotki z patrolu spojrzały na siebie zaniepokojone. Widziały, jak bardzo była ranna. Dlatego stanęły bliżej, gotowe ją złapać, gdyby zemdlała.
— Czy teraz będziesz współpracować? — spytała liderka, pozwalając obcej unieść głowę nad śnieg. Kotka złapała parę gwałtownych oddechów, korzystając z okazji do zaczerpnięcia powietrza. Jej nos był zaczerwieniony od mrozu, a na rzęsach osiadły drobne, jasne śnieżynki. Wszystkie cztery kotki wbiły w nią wzrok, wciąż zachowując czujność. Wiatr świstał złowrogo wśród górnych gałęzi, a sikory ucichły, jakby same wyczekiwały wyniku starcia.
— Myśl szybciej, albo twój pysk znowu skończy w zaspie — zagroziła Spieniona Gwiazda, choć język jej ciała zdradzał, że działania te nie przynosiły jej ani krzty przyjemności. Gdyby tylko mogła — rozwiązałaby sytuację z liliową pokojowo. Ciało małej zadrżało z zimna, a z lekko rozchylonego pyska wydobyło się kilka suchych słów, otulonych sztuczną pewnością siebie.
— Co chcecie wiedzieć?
Spieniona Gwiazda przez chwilę ważyła słowa, ostrożnie dobierając pierwsze, być może kluczowe pytanie.
— Ile was jest? — spytała, rozpoczynając przesłuchanie skrupulatnie. Samotniczka wzruszyła ramionami, na tyle, na ile pozwalała jej obecna pozycja.
— Nie wiem — dodała, jak gdyby mowa jej ciała nie była wystarczająco wymowna.
Mżący Przelot zerknęła na Nimfie Zwierciadło. Nie wyglądało na to, by bicolorka kłamała, jednak to budziło zupełnie inne obawy.
— To nietypowe — zauważyła zielonooka, ponownie przykładając łapę do jej czoła. — Żyjecie podzieleni na grupy? — Widać było, jak kociczka się spina, a jej wcześniej podrygujący ogon nieruchomieje.
— Dlaczego mielibyśmy? — odbiła pytanie pytaniem.
— To nie ja mam mordkę pod łapą przeciwnika. Nie ty jesteś tu od zadawania pytań. Odpowiedz. — Spieniona Gwiazda upomniała włóczęgę stanowczym tonem. Kotka już otwierała pysk, by odpowiedzieć pobłażliwej liderce, gdy coś w zaroślach skrzypnęło. Krok w śniegu, szelest. Wszystkie uszy i oczy gwałtownie skierowały się w stronę dźwięku. Królik, który wcześniej zdekoncentrował ich zmysły, od dłuższego czasu leżał zmrożony wśród bieli, z sączącą się z ran krwią. Wcześniejszy odgłos dochodził z dalszej części krzewinek.
— Mżący Przelocie. — Liliowa wydała wojowniczce bezgłośny rozkaz, który ta natychmiast przyjęła, odstępując na chwilę od Czereśniowego Pocałunku, by udać się sprawdzić źródło hałasu.
— Ni-nie, proszę, nie! Odpowiem, naprawdę! — Łaciata zaczęła niespokojnie się wyrywać, skomląc niczym zagubione szczenię. Jej maska opadła. — Z-zostań tu, proszę! T-tak, dzielimy się na grupy! Słyszysz?! — Zadarła łeb do góry, by spojrzeć w oczy przywódczyni. — O-odpowiedziałam, widzisz?! Zatrzymaj ją, błagam! Możesz mnie spytać o cokolwiek i-innego, odpowiem, obiecuję! PROSZĘ!
Źrenice liderki się skurczyły. Nie zatrzymały jednak skradającej się ku ścianie roślin Mżącej Przelot.
— Kto jest tu z tobą? — zapytała surowo. Ciało małej na moment struchlało.
— Ni-nikt! Naprawdę, proszę! Jestem posłuszna, o-odwołaj ją! — kontynuowała swój lament.
„Nikt” jej jednak nie uwierzył. Nikt nie powstrzymał Nocniaczki. Zdesperowana wierzgnęła do tyłu, korzystając ze śliskiego od stopniałego śniegu futra, strącając z siebie liderkę i skacząc do przodu, znowu w kierunku rannej. Ten sam trik nie wyjdzie jednak dwa razy. Tym razem obok stała Nimfie Zwierciadło. Wojowniczka wyciągnęła pazury w stronę napastniczki, próbującej ponownie zaatakować ich towarzyszkę. Zanurzyła łapy w jej futrze i choć opór na dole jej gardzieli był krótki, nim sama straciła równowagę, to wystarczyło, by rozerwać coś na szyi samotniczki. Na jej pysku zawitało niedowierzanie. Poleciała przed siebie, wpadając pod nogi Mżącego Przelotu. Jej jasne futro szybko pokryła czerwień, tak rzadko spotykana w tej porze sezonu. Para ślepi zaszła różem, łapy machały rozpaczliwie, próbując doczołgać się do niskich roślin. Po policzkach spływały łzy, żłobiąc w jej krótkiej okrywie wilgotne bruzdy. Miała uszkodzone witalne żyły. Jej kościsty bok unosił się w przerażeniu raz po raz, a pysk łapał każdy kęs powietrza, jak łakomy lis. Jej czas się kończył. Czereśniowy Pocałunek obserwowała całą sytuację z drżącym ogonem. Czemu przywódczyni nie odwołała Mżącego Przelotu? Dlaczego pozwoliła na to, by sprawy zaszły tak daleko?! Zacisnęła zęby, ale nie mogła się ruszyć. Krew nadal lała się z jej ucha, powoli odbierając jej jasność myślenia. Mimo to czuła złość. Niewyobrażalną. Nie rozumiała postępowania Spienionej Gwiazdy! Samotniczka odpowiedziała — powinna dać jej spokój, a może dowiedzieliby się więcej. Spojrzała na Nimfie Zwierciadło, a potem w kierunku obcej. Widziała, jak jej ciało drży, a krew barwi śnieg na ciemnoczerwono.
Przełknęła ślinę, a po chwili podskoczyła do samotniczki. Mimo tego, jak bardzo tamta ją skrzywdziła, nie chciała bezsensownie przelewać krwi. Ta mała wyglądała na przerażoną i zniszczoną przez życie. Wojowniczka rozejrzała się po okolicy, jakby szukając pomocy od kogokolwiek. Członkowie jej patrolu jednak tylko stali w bezruchu, jakby nie dowierzali w to, co widzą. Pchnęła samotniczkę nosem, z nadzieją, że może jednak krwawienie ustąpi. Nie chciała dotykać jej łapami — nie była medyczką, a mogłaby jej jeszcze zaszkodzić.
— Ja... Nie chciałam — wyszeptała Nimfie Zwierciadło.
— Wiem. Nie mogłaś wiedzieć, że tak się to skończy. Jej ruchy były nieprzewidywalne. Widziałam, że twe łapy nie kierowały się ku jej szyi — liderka z ciężkością próbowała pocieszyć wojowniczkę. Mżący Przelot również się zatrzymała. Ktokolwiek krył się w krzewach, z pewnością już dawno zwiał. Otrzymały informacje, które chciały, ale za jaką cenę? Spieniona Gwiazda podeszła do samotniczki. Nie było już dla niej ratunku. Liliowa zacisnęła zielone, zaszklone oczy, sięgając do jej karku. Cichy dźwięk rozszedł się po polance, wyraz litości w tych ostatnich, bolesnych chwilach. Nie było innego wyboru. Czereśniowy Pocałunek spojrzała na liderkę, strosząc futro. Chciała się odezwać, ale jedynie odwróciła wzrok, dusząc w sobie pogardę i nienawiść. Znalazłyby pajęczynę, medycy jej używali. Może mech, cokolwiek! Spieniona Gwiazda jednak po prostu ją zabiła. Dla szylkretowej nie był to gest miłosierdzia.
— Proszę o pozwolenie na pochówek — rzekła orientalka. Liderka odwróciła się w jej stronę, z pyskiem wykrzywionym w lekką podkówkę.
— Ziemia jest za twarda, by skryć pod nią ciało — miauknęła z bólem. — Możemy jednak oddać jej szacunek, chowając ją pod śniegiem, aby nie znalazły jej drapieżniki i padlinożercy. I tak też zostało uczynione. Nimfie Zwierciadło, na własne życzenie, zamknęła ślepia zmarłej, a następnie, również sama, najprawdopodobniej wiedziona poczuciem winy, przykryła jej ciało starannie grubą warstwą bieli. Po skończonej pracy położyła zerwaną wcześniej gałązkę z czerwonymi jagodami na prowizoryczny grób, by choć trochę jej działania upodobnić do należytego pogrzebu. Czereśniowy Pocałunek obserwowała całą sytuację, siadając na śniegu. Podniosła łapę i dotknęła nią miejsca, gdzie kiedyś miała ucho. Gdy zerknęła na nią z przerażeniem, ujrzała krew. Dopiero teraz docierało do niej, co się stało. Zatrzęsła się i spojrzała w gęstwiny lasu. Widziała tam świecące oczy i cienie biegnące w jej kierunku, by dopaść jej gardło. Tu nie było bezpiecznie! Nigdzie na terenach Klanu Nocy nie było bezpiecznie. Jedynie w obozie. Jednak tam były koty takie jak kiedyś Srocza Gwiazda i takie jak teraz Spieniona Gwiazda. Nienawiść bijąca z Klanu Nocy względem innych kotów. Gardzenie czekoladowymi, to była sprawa, którą trzeba było się zająć! Wbiła pazury w śnieg, aż w końcu przyszła pora wracać. Nie odezwała się do kotów, nie chciała pomocy od Spienionej Gwiazdy. Oparła się o bok Nimfiego Zwierciadła, opierając na niej ogon, by okazać wsparcie. Śmierć samotniczki była tylko i wyłącznie winą liderki!

Już w obozie Czereśniowy Pocałunek od razu została zaprowadzona do legowiska medyka. Tam Różana Woń i Zimorodkowe Życzenie zajęły się jej ranami. Jako jedyna była tak poraniona. Inne koty z patrolu nie miały nawet jednego zadraśnięcia. Jedynie Nimfie Zwierciadło zdawała się być roztrzęsiona. Szylkretowa z każdą chwilą dyszała coraz szybciej. Jej umysł powtarzał wydarzenie z samotniczką. To, jak ta rozerwała jej ucho. Jednak działo się coś jeszcze. Widziała, jak pozostałe koty z Klanu Nocy śmiały się z niej, że nie uniknęła tak prostego ataku! Potrząsnęła łbem i zerknęła na polanę. Czy ktoś przyjdzie jej pogratulować? Czy zostanie całkiem sama? Z obozu do legowiska medyka zaczęły wpełzać cienie. Ich oczy były puste, a paszcze pełne ostrych zębów. Wojowniczka zakryła oczy łapami, a po chwili dostrzegła przed sobą małe czarne ziarenka. Medyczka klanu zerknęła tylko na nią i wróciła do swoich zajęć. Czereśniowy Pocałunek posłusznie zjadła nasiona maku i już po paru chwilach odpłynęła w sen. Chociaż to, co działo się w jej głowie, ciężko można było nazwać snem, było to pełnoprawny koszmar, z którego nie mogła się wybudzić. Wszystkie te myśli miały czepiać się jej przez wiele wschodów słońca.

25 lutego 2025

Od Mandarynkowego Pióra

kilka dni przed śmiercią Sroki

Wreszcie. Wreszcie ona i Bursztynek się pobiorą. Ich lista gości była dość obszerna. Po długich rozmowach, dyskusjach i kompromisach (działających na zasadzie, Mandarynka mówi, a Bursztynek przytakuje) zaprosili prawie cały klan, nie licząc tylko kilku kotów, których Mandarynka nie darzyła sympatią, między innymi, ku niezadowoleniu Sroczej Gwiazdy, wykluczona z listy gości została Algowa Struga. Niestety spośród gości Zmierzchająca Zatoka nie mogła przyjść na to jakże ważne wydarzenie przez bardzo młody wiek swojego nowo narodzonego kociaka. Księżniczka oczywiście nad tym ubolewała, ale w końcu wesele i tak musiało się odbyć, z udziałem czarnej karmicielki czy bez. Akurat znajdowała się w ustronnym miejscu obozu razem ze swoimi druhnami, które pomagały jej nałożyć na siebie elementy stylizacji, jak i również wszystko ładnie poukładać. Baśniowa Stokrotka uspokajała ją, mówiąc, że wszystko będzie świetnie i że nie ma się czym martwić, Zimorodkowe Życzenie zapewniała ją, że wygląda pięknie, a Mżący Przelot i Syreni Lament pomagały jej z nałożeniem naszyjnika z muszlą. Wszystko było świetnie.

* * *
według czasu dwunożnych z 20 minut później

Jej druhny poszły na wyspę świetlikową już jakiś czas temu. Ona siedziała nadal w obozie, czekając, aż będzie mogła wreszcie wyjść. Popatrzyła się w swoje odbicie w tafli wody. Wyglądała pięknie. Będzie dobrze. To jej wielki dzień. 
„Szkoda, że Skowronka tu nie ma…” pomyślała smutno, jednak po chwili znowu przybrała swój klasyczny sceniczny uśmiech. Czekoladowego medyka tu nie było i nie będzie. Jest ona i jest Bursztynek. Musi tam wyjść. Poszła na świetlikową wyspę. Wzięła głęboki oddech i wypuściła powietrze pyskiem. Popatrzyła na Murenową Łapę i Sterletową Łapę.
— Gotowi?
Oboje skinęli głową. Wzięli pęczki kwiatów i wyszli na wyspę, żeby stworzyć jej ścieżkę. Jedno po lewej drugie po prawej. Weszła za swoimi dziećmi na wyspę. Głowę miała dumnie wysoko uniesioną niczym księżniczka, którą była. Kroczyła powoli, z gracją ciągnąc za sobą spódnicę z pajęczyny zroszoną kropelkami wody. Lekko obracała głowę i uśmiechała się do gości jak modelka pozująca do zdjęć. Lekko kołysała swoim puszystym ogonem, w który włożyła wcześniej łuski ryby. Światło odbijało się od nich, migocząc na srebrno. Zza ucha wystawało jej pomarańczowe pióro od kaczki, od której miała imię. W futro miała wplecione najróżniejsze astry i dalie. Rozsiewały świeży, piękny zapach, a barwy ich płatków idealnie komponowały się z oczami księżniczki. Na jej szyi kołysał się naszyjnik z muszlą zrobiony z wodorostu obklejony bursztynami. Po ścieżce z kwiatów doszła pod kłody w centrum wyspy i stanęła naprzeciwko swojego przyszłego męża. Zaraz zacznie się ceremonia. Srebrna kotka popatrzyła na babcię stojącą obok niej. Była już bardzo stara i widać było, że wiek już daje jej się we znaki, nie tylko przez siwiznę. Mimo to zielonooka przywódczyni Nocniaków uśmiechała się lekko, patrząc z jakby matczyną miłością na wnuczkę.
— Czy wy, Mandarynkowe Pióro i Bursztynowy Brzasku, w obliczu wszystkich zebranych tu kotów oraz samego Klanu Gwiazdy, przysięgacie sobie dozgonną wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów, nawet po śmierci?
Przybrana córka Sumowej Płetwy spojrzała w oczy partnera i uśmiechnęła się. Marzyła o innych rzeczach. Ale to jest rzeczywistość. Najlepsze co może zdarzyć się w rzeczywistości. Musi porzucić marzenia i skupić się na realiach.
— Tak
— T-tak — brat Zmierzchającej Zatoki zawahał się jedynie na sekundę, jąkając się, za co Mandarynka pewnie zgromiłaby go wzrokiem, gdyby nie to, że wesele nadal trwało i trzeba było wypaść jak najlepiej.
— Tak więc mocą naszych walecznych przodków, ogłaszam was na zawsze związanych! Niech Klan Gwiazdy oświetla waszą drogę, a wasze dusze, niczym para łabędzi, nigdy nie ulegną rozłące.
Po Świetlikowej Wyspie rozległy się głośne wiwaty wszystkich kotów oprócz Pylistej Burzy (chociaż zamiast tego wykonało żywe gestykulacje łapami). W międzyczasie Pchli Nos przyniósł bardzo dużą rybę, którą wcześniej ktoś złapał. Mandarynka i Bursztynek zaczęli ją kroić i rozdawać kawałki mięsa gościom.
— Zdrowie młodej pary!
Potem każdy wziął swój kawałek i choć były one małe większość, wydawała się zadowolona. Bursztynowy Brzask uśmiechnął się nieśmiało, ocierając się o swoją partnerkę.
— Czyli teraz już mogę mówić do ciebie "żono"? — zagadnął luźno. Kotka zaśmiała się tak, że prawie wypadło jej zza ucha pióro mandarynki.
— Bez przesady. To, że jestem księżniczką, nie znaczy, że od razu mamy do siebie mówić tak oficjalnie! — miauknęła i przytuliła się do wojownika. Ten odpowiedział na uścisk i dopiero po chwili się od siebie odsunęli.
— Chyba należałoby przyjąć gratulacje — westchnął, patrząc na kilka kotów, kręcących się w pobliżu z wyraźnym zamiarem przeszkodzenia parze.
— Jasne, pójdę pogadać z innymi. Trzymaj się!
To był początek lepszego, stabilniejszego życia.

Od Baśniowej Stokrotki

Była cisza; ani rwąca rzeka, ani ptaki ćwierkające, nie popsuły, by tej pięknej ciszy.
— Baśniowa Stokrotko! Wstawaj, musisz iść wymienić legowiska w legowisku medyka — wychrypiała Różana Woń.
— Śpie! — jęknęła — Do tego wczoraj czyściłam futro starszyźnie — burknęła. Księżniczka uderzyła kotkę łapą po głowie.
— To nie podlega dyskusji! Wstawaj i bierz się do roboty — rozkazała. Stokrotka z trudem wstała z legowiska. Podreptała do lecznicy i wparowała do środka.
— Nareszcie jesteś! Trzeba to wynieść — powiedziała. Pręgowana westchnęła i wzięła się za robotę. Chwyciła jedno legowisko zębami i zaczęła je ciągnąć. Kiedy kotka wyniosła wszystkie mchy, nadeszła pora na robienie nowych. Dlatego kremowa przeszła się na tyły, gdzie Piórko miała wszystko wyzbierane.
Kolcolistne Kwiecie wszedł do środka i rozejrzał się.
— W czymś pomóc? — zapytała Pierzasta Kołysanka.
— Ach tak! Szukam Baśniowej Stokrotki. — Kremowa kotka wyłoniła się zza rogu, trzymała w pyszczku pióra, potrzebne do budowy leży.
— Spokojnie ja zajmę się resztą — powiedziała ogrodniczka. Stokrotka z wdzięcznością podziękowała Pierzastej Kołysance. Po krótkiej rozmowie kotka podążyła za wojownikiem. Tam czekały Nartnikowy Czułek i Krabowe Paluszki. Wojownicy wymienili między sobą niepokojące spojrzenia; powodem była Baśniowa Stokrotka. Wiedziała, że koty nie zapomną ani, że nie odpokutowała swoich win. Ale czy muszą czuć do niej wstręt?
— Wyruszamy! — powiedział niebieski kocur. Cały patrol ruszył za obóz, tak jak na każdym przekroczyli Zrujnowany Most.
— Hej… - szepnęła Krabowe Paluszki — Naprawdę zabiłaś tego samotnika? — zapytała. Kremowa z niechęcią mruknęła. Czemu pytała się o takie rzeczy? — A jakie to było uczucie? - wymruczała. Na to pytanie pręgowana nie zdołała odpowiedzieć. Koty wkroczyły w Brzozowy Zagajnik, ale nie zostały w nim na długo. Zatrzymali się przy kilku drzewach, a je otaczała polana.
— Gdzie idziemy? — rzuciła Krabowe Paluszki. Kolcolistne Kwiecie wskazał łapą skrawek lasu. Baśniowa Stokrotka przełknęła ślinę i udała się za resztą. Kiedy koty dostały się do lasu, zaczęli wąchać okolice. Po kilku długich chwilach koty nic nie znalazły, dlatego pobiegły do obozu.

Od Skocznej Łapy

Skoczna Łapa siedziała nad brzegiem rzeki. Pomimo zimna wnikającego w jej futro, nie ruszała się, pogrążona w myślach. Skowroni Odłamek wyjątkowo szybko zgodził się przyjąć ją na swoją podopieczną. Za zgodą Kukułczego Skrzydła sama opuściła bezpieczny obóz. Udało jej się dotrzeć nad rzekę, która stanowiła granicę między Klanem Burzy a Klanem Nocy. To konkretne miejsce nie miało swojej nazwy. Skoczna Łapa wpatrywała się w swoje odbicie, jakby poszukując odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Czy powinna pozostać na obecnej roli, czy może zmienić ją na inną? A co z imieniem? Popielica i Skoczna Łapa to nie były człony, które odzwierciedlały jej duszę. Szukała czegoś innego, ale nie wiedziała, czego dokładnie. Dopytała Kukułcze Skrzydło, czy zmiana imienia jest możliwa, i okazało się, że tak. Musiała jednak podać solidny argument liderowi. A czy uczucie uścisku, który towarzyszył jej za każdym razem, gdy ktoś wymawiał jej imię, było wystarczającym powodem? Pozostawała jeszcze kwestia zmiany roli. Jak zareaguje Kukułcze Skrzydło? Czy Królicza Gwiazda w ogóle zgodzi się na zmianę rangi? Pogrążona w myślach, nie spostrzegła, że ktoś się do niej zbliża. Podskoczyła, gdy tylko poczuła dotyk czyjegoś futra. Nastroszyła sierść, gotowa do ataku, ale szybko rozpoznała znajomy pysk. Świerszczowa Łapa, jej brat, przysiadł koło niej.
— Co tu robisz? — zapytała po chwili, przechylając pyszczek w pytaniu.
— Widziałem, jak wychodzisz sama z obozu. Zaciekawiło mnie to. Co kombinujesz? — przyznał kocurek, spoglądając na swoją łapę.
— Musiałam pomyśleć — mruknęła, odwracając wzrok w stronę rzeki. Patrzyła, jak rybki w niej pływają. Zastanawiała się, czy może uda jej się je złapać. Może, gdyby się postarała, to by jej się udało!
— Nad czym? — dopytywał Świerszczowa Łapa, wlepiając w nią oczy. Skoczna Łapa przełknęła ślinę, po czym westchnęła.
— Chcę zmienić rangę i imię — wypaliła nagle, nie patrząc na reakcję brata. Kocur otworzył szeroko oczy, zaskoczony jej słowami.
— Jak to? Dlaczego? — naciskał nadal, lekko się podnosząc z ekscytacji. To nie było coś, co robił każdy kot. Było to rzadkością! Dlatego raczej każdy chciał poznać powody Skocznej Łapy.
— Szybko się męczę na treningach, nie nadaję się do biegania. Dlatego rozmawiałam ze Skowronim Odłamkiem i chyba zostanę uczennicą medyka. A co do mojego imienia... Nie czuję, by było moje. Nie pasuje mi, czuję się z nim źle. Chodzi mi o Popielicę i Skoczną Łapę. Nosiłam te imiona, a mimo to czuję się, jakbym wspominała o kimś obcym. Chcę więc też zmienić imię. Obawiam się jednak, co powiedzą mamy — przyznała, pozbywając się ciężaru z serca. Bała się reakcji brata, więc nie spodziewała się jego następnych słów.
— Rozumiem! Masz do tego prawo. Może bycie uczennicą medyka jest twoim przeznaczeniem? A co do imienia, powinno być twoje. Mamy na pewno nie będą miały z tym problemu! A zastanawiałaś się już nad jakimś? — odparł kocurek, kładąc jej ogon na barkach, chcąc okazać jej wsparcie.
— Nie wiem, właśnie nie mogę go wymyślić — przyznała, przyglądając się sobie w odbiciu. — Chcę, by to imię do mnie pasowało — wyjaśniła, patrząc na brata. Kocur przez chwilę analizował wygląd siostry, aż w końcu zatrzepotał uszami.
— Lubisz motylki, masz jednego za uchem, a do tego twoje futerko na policzkach wygląda jak czułki motylków! Lub niektóre mają tak zakończone skrzydła. Więc może Motylkowa Łapa? — zaproponował samczyk, podnosząc się na łapy. Skoczna Łapa również się podniosła, po czym szeroko się uśmiechnęła.
— Tak! Masz rację! Takie imię bym chciała! Czemu na to nie wpadłam? — zaśmiała się nerwowo z własnej głupoty. Machnęła ogonem i ruszyła w stronę obozu.
— Wracajmy już — rzuciła przez ramię, a gdy kocurek do niej podszedł, liznęła go po głowie. — Twoje słowa mi pomogły — zamruczała i ruszyła w stronę obozu, wesoło podskakując.

[584 słów]

[przyznano 12%]

Od Cierń CD. Miodka


- Żałosne, to jest twoje podejście do życia. Kolorowe ptaszki na niebie i pachnące kwiatki nie wyżywią naszej społeczności. Świat nie jest piękną oazą życia. Świat jest okrutny. Ja to wiem i to dlatego to ja cię uczę, a nie ty mnie - warknęła. Miodek cofnął się trochę, jakby myśląc nad tym czy ucieczka jest w tej chwili rzeczywistą opcją, po czym podszedł do niej nadal z uśmiechem na pysku.
- Co się szczerzysz?! Idź polować dla tej swojej panienki
- Ale ja teraz muszę pomóc tobie
- Zjeżdżaj! - syknęła. 
- Ależ, po co te nerwy mentorko! Mamy piękny słoneczny dzień! Uśmiechnij się! - Walnęła swoim łysym ogonem o ziemię jak biczem. Ten gość tak ją irytował. Bardziej od Żagnicy, co już jest sukcesem. 
- Ja bym cię najchętniej odstawiła do tych twoich koleżków z klifów, ale wtedy to ja siedziałabym u Sówki za karę. Więc rusz swój nędzny tyłek i złap coś dla swojej pięknotki,  a potem wracamy
Miodek nie odpowiedział, najwidoczniej wiedząc, że wszelkie inne zaczepki dzisiaj już nie skończyłyby się dobrze. Wszyscy wiedzieli, że spróbuje jutro.

***
przed porodem

Dni w żłobku okropnie jej się dłużyły. Zupełnie tak jak wtedy, gdy mieszkała tu z Wiciokrzewem. Teraz na szczęście nie było tu denerwującej Ambrowiec. Tylko te wścibskie kuleczki, dzieci jej ucznia. Codziennie słyszała pytania "Czy ty jesteś ptakiem, skoro masz pióra?" Albo "Czy mogę pożyczyć od ciebie ten listek do zabawy?" Wszystkie pytania oczywiście dostawały odpowiedź przeczącą i dodatkowe "Nie zawracaj mi głowy". Jedyne momenty, które nie określała katorgą, były te, kiedy Żmija przychodziła do niej, albo kiedy Wiciokrzew uznał, że przyniesie matce zwierzynę. Oprócz fajniejszych od normy momentów były te gorsze. Tak jak właśnie ten.
- Dzień dobry mentorko! Cześć kochanie! - przywitał się Miodek wchodząc do żłobka głośno się witając. Oczywiście od razu został zaatakowany przez trójkę swoich dzieci za to, że się z nimi nie przywitał. Cierń patrzyła tylko na to wszystko z politowaniem.

<Miodek?>

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Nocnego Kochanka (Miodka)

 dawno dawno temu

Sytuacja doprawdy nie była komfortowa, ale przynajmniej znalazł ratunek i rozmówcę, któremu w chwili obecnej mógłby opowiedzieć najbardziej żenującą historię, najpewniej przez impuls spowodowany stresem. Nic więc nie było nadzwyczajnego w momencie, gdy po chwili zastanowienia wojownik postanowił rzucić pół żartem następne słowa:
- Hm, myślę, że liderki - odpowiedział żartobliwie - I chyba tych takich groźnych istot... wiesz, taka obawa, jak spotykasz coś niebezpiecznego, jak węże jadowite... I tych takich długich cieni... i odgłosów w nocy. 
- Oh... Liderki? Chociaż... Umiem to sobie wyobrazić; z trudnością, acz umiem - jego obecna pomoc zamilkła na moment, uruchamiając się chwilę później - Ekhem! - odkaszlnął - Strach przed nocą też jest dość fascynujący. Też ciekawym jest, jak można go pokonać. Czy przychodzi ci coś na myśl?
- Cóż, zazwyczaj jak jestem z kimś podczas nocy, to jest raźniej i na chwilę zapominam o niebezpieczeństwie - przyznał z uśmiechem. Wtedy mógłby nawet zarzucić jakąś straszną historią, albo rozmyślać na głos, ile zmarłych jest pod ich łapami, w końcu świat opluty był krwią, na pewno więc chodzą po krwawych miejscach historii, które pewnie miały też swoje jaśniejsze momenty. 
- Dokładnie! To samo mi przychodzi do głowy! - zawołał, a jego głos poniósł się w głąb tuneli. Ściany zadygotały, a być może tak tylko mu się zdało. Tak czy inaczej, szybko spuścił z tonu. - Uważam, że kotom dany został strach przed mrokiem, aby tuliły się do swoich ukochanym jeszcze mocniej, aby wielcy wojownicy jeszcze bliżej przyciągali swe piękne damy... Ah! Czy to nie piękny obrazek... Mrok, choć zdradliwy, wydaje się być dobrą swatką.
Z tuneli dało się słyszeć rozbawione prychnięcie na to porównanie. 
- Ciekawa koncepcja, być może całkiem trafna - przyznał niebieski.
- Lubię uważać, że zawsze mam racje, a w takich błyskotliwych gdybaniach jestem prawdziwym znawcom - przerwał na moment - Hm... Opisz dokładnie co widzisz. Na pewno twoje ślepiątka musiały się przyzwyczaić do mroków... Już przecież tyle tutaj sobie gawędzimy.
- Cóż, miałoby to sens, gdyby w okolicy było źródło światła - westchnął nocniak w odpowiedzi, po czym zamilkł, a po tunelach rozniósł się dźwięk szurania - Chociaż jak tak próbuję wymacać, to zdaje mi się, że moje łapy widzą ziemię, kamień oraz więcej pyłów. - dorzucił pół szczerze, z nutą sarkazmu. Nie było miejsca, gdzie światło mogłoby się odbić i dać mu chociażby najmniejszy zarys otoczenia, więc posługiwać się musiał innymi zmysłami. Jak sobie podziemne stworzenia radzą w takich warunkach? 
- Niestety niewiele mi to mówi, zgubo... Mam kolejny ze swoich jakże niesamowicie innowacyjnych pomysłów. Niech twój sielski głosik rozbrzmieje jednym, stałym dźwiękiem. I nie przerywaj, dopóki Cię nie odnajdę, a na pewno jestem bliziutko, bliziuteńko.
- Jednym dźwiękiem... - powtórzył niepewnie, nie wiedząc jak się za to zabrać. Po chwili przełykania zawstydzenia z jakiegoś powodu, z pyszczka kocurka wydobył się jednostajny dźwięk przypominający, hm, bzyczenie muchy...? Czasem drgający, niepewny, czasem cichnący, wydobywający się z gardła. Gdyby go tak przedłużyć, byłby całkiem irytujący i rozpraszający. Być może to on właśnie wypełnił jasne uszy, przez co nie dosłyszał swojego wybawiciela, a może oprawcy? Wtem bowiem, serce podskoczyło mu do gardła, przerywając buczenie, gdy to Lotek przyszpilony został do ziemi. Oh Gwiezdni, czy on umrze? Trzeba było znaleźć inną kryjówkę przed drapieżnikami, niż tunele. Znajomy głos dotychczasowego wybawcy odbił się echem od tuneli. 
- A kogo to ja znalazłem? Hm...
Można było usłyszeć, jak zaatakowany Lotek zapowietrza się w zaskoczeniu i przestrachu, podczas próby dojrzenia w ciemności Miodka. Niemniej milczał, widocznie w szoku, nie wiedząc co począć. 
- Ummm.... - zaczął jednak niepewnie po chwili.
Miodek zaśmiał się ponownie, widocznie rozbawiony. Nie ukrywał, właśnie takiej reakcji oczekiwał, na taka liczył. 
- Język jest po to aby go używać, a więc teraz, jak nakazuje kultura i dobre wychowanie, gdy już widzimy się pyszczek w pyszczek, może byśmy się sobie przedstawili. - powiedział szarmancko, przysuwając się bliżej. Między mordkami dwóch kotów była niebezpiecznie niewielka szpara.
Minęło kilka szybkich uderzeń serca, zanim Nocniak zareagował. Z krótkim dźwiękiem wydobytym gdzieś z wnętrza pyska, łapy Lotka miękko wylądowały na pyszczku Miodka, jednocześnie go odpychając i zabierając możliwość mówienia. Był zdecydowanie za blisko i zabierał potrzebne powietrze, bowiem prawdziwie, point nie potrafił teraz oddychać.
- Pióror...uh, Piórolotkowy Trzepot, wojownik... Klanu Nocy - Wydusił z siebie.
- Ah! Tak, tak... Miło Cie poznać. Ekhem... - Zdawał się być jakby zdziwiony i zdenerwowany. Zgrabnym ruchem zeskoczył z kocura, ocierając się delikatnie o wciąż wysunięte łapki, którymi wcześniej został odepchnięty. Zakaszlał, ale szybko wpuścił na mordkę miły uśmiech - Ja jestem... - zatrzymał się znowu. - Jestem Niedźwiedź, albo Miodek, możesz mi mówić jak masz ochotę. Chociaż to skomplikowana sytuacja...
Lotek natomiast zdawał się nie być jak na razie świadom sytuacji, dość mozolnie przekręcając się na bok, by później wstać i się otrzepać, słuchając słów obcego kota. 
- Jesteś samotnikiem? - zdziwił się przekrzywiając łebek - Dziwne, pachniałeś raczej Klanem Klifu... - wymamrotał jakby niepewny, jednak już chwilę później dało się słyszeć bardziej radosny ton. 
- Miło mi poznać! - miauknął szczerze - To ten... wiesz jak stąd wyjść? Czy... czy jak to działa? Mam wrażenie, że jesteśmy w wielkim kołtunie...
- Nie, nie! Jestem tu legalnie, jako dumny klifiak, chociaż może nie z krwi i kości... Jeszcze byś się speszył, a tego nie chcemy... Ta sytuacja, w której się znaleźliśmy już w sama w sobie może być nieźle dezorentująca, ale nie bój nic! Jesteś w pewnych, zdolnych łapach, a mój nieomylny zmysł orientacji zaprowadzi nas prosto na powierzchnie! - zapewnił radośnie - A jak juz tak rozmawiamy sobie, pysk w pysk, wydawałoby mi się, że koty w Klanie Nocy będą lepsze w nawigowaniu w ciemnościach, skoro tak się pluskacie w odmętach...
Lotek pokręcił szybko głową, speszony. 
- Oh, nie, nie. To coś zupełnie innego. Przez wodę możesz przepłynąć praktycznie w każdym kierunku. - tu spojrzał na skałę obok, po czym ją poklepał - Obawiam się, że próba przepłynięcia przez to, nie skończyłaby się dobrze. Chyba, że jest się dżdżownicą. 
- Rozumiem, rozumiem... Ale tutaj przynajmniej masz nieograniczony czas... To mnie bardzo przeraża w toni morskiej... Wysysa ci powietrze z samego środka... Straszne! - nachylił się nad Lotkiem i spojrzał mu głęboko w oczy, jakby chciał go jednocześnie przekonać i przestraszyć - Oddech po oddechu...
Zdawało się jednak, że słowa wypowiedziane przez Miodka nie miały wielkiej mocy, a jedynie wywołały pewne niezręczne uczucie przez naruszenie przestrzeni osobistej Lotka. Niebieski uśmiechnął się jednak naiwnie, przymykając oczy. 
- Dlatego trzymamy się z dala od wodorostów oraz wzburzonych rzek i wirów - stwierdził prosto - No i trenujemy pływanie, oczywiście - dodał dumnie.
- Przepraszam, ale co masz na myśli? Jakie wiry? Wodorosty mogą być niebezpieczne? To wszystko może być jeszcze gorsze niż głębiny i zimne prądy wodne? I wy się tam  pchacie tam z własnej woli? - uśmiech zszedł mu z mordki. - Nie, nie, nie... Musicie być jacyś szaleni, powiedz mi, że żartujesz? Szanuje odwagę, ale do tego stopnia...
- No, czasem się można zaplątać... w wodorosty - spróbował wyjaśnić nocniak, jednak słychać było, że mózg Lotka wyłapał małą rzecz, która nie dała mu spokoju - Czyżby się Pan bał wody? - Znaczy, wodorosty i wiry są straszne, mogą zaciągnąć pod taflę i pozbawić oddechu, jednak sama woda jest całkiem przyjazna, spokojna czasem, choć też burzliwa. 
- Kompletnie mnie ona przeraża, odrzuca i petryfikuje... Po to koty maja łapy i pazury zamiast płetw, żeby nie pakować się do rzeki... Nawet my w Klanie Klifu nie próbujemy latać, bo wiemy, że brak nam skrzydeł... - pokręcił głową zrezygnowany. Rozejrzał się i wymacał coś łapką. - Hm... Chodź, idziemy tędy. Ruszamy łapkami żwawo i dziarsko! Wiesz, boje się wody właśnie przez naukę pływania. Byłem samotnikiem, ale już nie jestem, jak mówiłem. Spotkałem takiego szalonego starucha, co uważał, że najlepszym sposobem na zdobycie wprawy, jest wrzucenie mnie, ledwie podrostka wtedy, do rwącej rzeki. Mam nadzieję, że u was to nie wygląda w ten sposób, co?
- Oh, nie! To byłby okropny pomysł, kto tak robi? Wtedy nie mielibyśmy kotów w klanie. - Lotek jasno wyraził swój brak aprobaty co do dziwnego sposobu nauki. Niektórzy może rzeczywiście mieli takie sposoby, ale ile przez to zginęło możliwych uczniów? Przerwał na moment swoje niedowierzanie - Ale przeżyłeś?
- Oczywiście! Choć było ciężko, a gdy mnie wyciągnął nie przypominałem kota, a raczej jakiegoś przemoczonego szczurka. Od tamtego momentu nawet łap nie mocze wieczorami przy plaży... Ba! Wieczorami to ja się do niej nie zbliżam; przypływy są straszne!  Jedno mrugnięcie i wszystko zalane. - dreptał, co jakiś czas przystając by dodać dramaturgii swoim słowom jakimś machnięciem łapy, czy innym gestem. - A twoje obawy związane z waszą przywódczynią... Są czymś uwarunkowane, czy chodzi o zwyczajny, głęboki... respekt?
- Respekt - powtórzył, jednak nie było w tym wyczuwalnej zgody. Prędzej jakaś sceptyczność i obawa...a może nawet i niechęć. - Może i jakiś jest, jednak nie z tego powodu się jej obawiam - mruknął jakby smutno, ze zmęczeniem - Zwyczajnie nie zgadzam się z jej przekonaniami, podobnie jak koty mi bliskie. Są bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe. Nie chciałbym, żeby Klan Nocy taki był, ma w sobie tyle potencjału na bajkową opowieść, gdyby nie jej... uh, pomysły? - widać było, że niezbyt umie ubrać wszystko w słowa, chociaż bardzo mu na tym zależało i chciał jak najlepiej rozjaśnić sytuację dla Miodka - Znaczy, niektóre mają nawet swój klimat, nie mówię, że nie... ale i tak, niektóre z jej wybujałych myśli mocno skrzywdziły niektóre koty. Podobnie jej brak reakcji na pewne sytuacje. Więc moją obawą jest raczej, kogo jeszcze stracę, przez jej słowa. - zamilkł na moment, by po chwili popatrzeć na Miodka przestraszonymi ślepiami - Tylko nikomu nie mów! 

<Miodek?>