BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Borowik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Borowik. Pokaż wszystkie posty

23 lipca 2026

Od Psianki CD. Borowika

Ledwo przekroczyłam wejście do obozu, a moje łapy wydawały się cięższe niż zwykle. Trening z Rohanem był długi i wymagający, ale jednocześnie dawał mi ogromną satysfakcję. Wciąż czułam na opuszkach łap szorstkość kory drzew, po których kazała mi się wspinać, a w nozdrzach mieszały się zapachy mchu, mokrej ziemi i śladów pozostawionych przez leśne zwierzęta. Mimo zmęczenia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdy dzień przynosił coś nowego i z każdym kolejnym wschodem słońca coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostanie zwiadowczynią, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.

<Borowiku?>
[1124 słowa]

[22%]

14 lipca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Pokiwałem głową.
Mała koteczka wydawała się bardzo rezolutna i rozsądna, nie miałem więc najmniejszych powodów do obaw o nią. Ogólnie patrząc na ostatnie kociaki Owocowego Lasu, jestem w stanie wysunąć wniosek, iż są one wszystkie równie rozsądne, jak i rezolutne.
– Hm. No… No, myślę dosyć… dosyć sporo. Jak śpię to nie. Ale zamiast spania jak najbardziej. I to niezbyt fajne wtedy. Albo na przykład w takiej sytuacji jak ta, to ja, zanim bym przeanalizował wszystkie okoliczności i wybrał odpowiednią opcję dialogową czy też akcję, to już by było… uh, po ptakach, tak w skrócie. Rozumiesz…?
Psianka zadarła główkę do góry, spoglądając na mnie lekko zdezorientowanym, ale i jednocześnie zamyślonym wzrokiem. Po chwili zawahania przytaknęła, kiwając ostrożnie głową.
– Tak… tak, chyba rozumiem, Borowiku. To smutne trochę... – powiedziała, zmartwiona. – Nie da się jakoś tak… przestać?
Przekręciłem głowę na bok.
– No… no nie bardzo. Ale… ma to też, że tak powiem, zalety. Wiesz ile… wiesz, ile rzeczy wymyśliłem dzięki temu? Na przykład… no… dwadzieścia osiem różnych sposobów na zjedzenie wiewiórki. Albo obmyśliłem, jak mogłyby wyglądać trzy główne drogi ucieczki z naszego obozu w razie pożaru i powodzi oraz apokalipsy niewidzialnych kotów.
– Ojejku… Ale przecież… niewidzialne koty nie istnieją… prawda, Borowiku? – spytała niepewnie kotka.
– Uh. Nie wiem. A widziałaś kiedyś jakiegoś?
– Nie…
– No. Bo są niewidzialne. Więc w sumie ciężko stwierdzić. Ale nie wykluczam tej możliwości. Hmm. Pamiętaj. Zawsze trzeba być gotowym na apokalipsę.

***

Teraźniejszość

Słyszałem ostatnio, że Psianka robi spore postępy w swoim treningu. To dobrze, dobrze. Jest bardzo mądra. I będzie zwiadowczynią. Tak jak ja. Postanowiłem więc odnaleźć ją i złożyć jej należyte gratulacje, jak i okazać aprobatę… uh… czy coś tam. Gdy tylko wróciłem z patrolu, usiadłem na środku obozu, nie spuszczając wzroku z wejścia. Dowiedziałem się, że kotka jest na zewnątrz, na treningu. Czekałem więc aż wróci.
Po jakimś czasie niedługo przed zachodem słońca, Psianka wkroczyła do obozu razem z Rohanem. Patrzyłem, jak się rozdzielają, a następnie podszedłem do kotki.
– Uh… Cześć. Psianko. Słyszałem, że dobrze ci idzie. Trening. Ostatnio. I… chciałem powiedzieć, że… cieszę się. Nadajesz się na zwiadowcę… najprawdopodobniej. Możemy kiedyś się dogadać z twoją mentorką i razem potrenować. Bo ja to całkiem niezły jestem…

<Psianko??>

19 czerwca 2026

Od Psianki CD. Borowika

Zmarszczyłam nos i od razu spojrzałam pod własne łapy, jakby ślimak miał właśnie wyłonić się z ziemi. Dopiero po chwili wróciłam wzrokiem do Borowika. Pytanie było bardzo poważne. Przynajmniej dla mnie.
— To zależy — usiadłam, owijając ogon wokół łapek. Przez moment myślałam naprawdę intensywnie, aż uszy lekko drgnęły.
— Jak byłby daleko, to bym krzyknęła. Tak najgłośniej, jak umiem. Żeby się zatrzymał — pokiwałam głową sama do siebie, uznając ten plan za całkiem rozsądny.
— A jak byłby blisko, to bym do niego pobiegła i go odepchnęła. Albo pociągnęła za ogon. Albo ugryzła w łapę! — zamilkłam na chwilę. — Ale nie mocno.
Dodałam szybko, bo nie chciałam, żeby pomyślał, że gryzę koty bez powodu.
— Tylko tak ratunkowo.
Moje spojrzenie przesunęło się na ziemię, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdował się dołek. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej coś mi nie pasowało.
— Chociaż… właściwie skąd miałabym wiedzieć, że on nie patrzy? — przechyliłam głowę. — Może patrzy. Tylko ja nie wiem, że patrzy.
Ta myśl wydała mi się bardzo skomplikowana.
— A może lubi ślimaki i chce do niego podejść? Albo go ogląda? Albo liczy jego paski? — moje wąsy drgnęły lekko. — Ty byś pewnie wiedział. Ty dużo myślisz.
Przyjrzałam mu się z ciekawością.
— Czy ty myślisz cały czas? — zrobiłam krótką przerwę, po czym oczy rozbłysły mi nagle nowym pytaniem.
— I czy kiedy śpisz, to też myślisz? Bo jeśli tak, to chyba strasznie dużo myślisz, Borowiku.

<Borowiku?>

14 czerwca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Rzuciłem drobnej koteczce krótkie spojrzenie. Naprawdę była malutka, co sprawiało, że jej złoto-pomarańczowe oczka stawały się niemal nieproporcjonalnie duże. Przestałem drapać ziemię.
– Uh… Ja też lubię rozumieć… rzeczy różne. Bardzo nawet. Hm – mruknąłem, obserwując ją kątem oka.
Wnioskując po słowach Psianki oraz jej otwartego stosunku do mnie wysnuć można wniosek, że się dogadamy. Że jest miła. Dociekliwa. Normalnie to nie wysilałbym się na tłumaczenie. Nie lubię się tłumaczyć. Ale dla małych kociaczków zawsze robię wyjątki. Bo kocham kociaczki.
– Wiesz… um… czynność kopania faktycznie może doprowadzić do powstania dołu. Jednak nie to jest moim celem. Ja kopię dla samego kopania. Lepiej mi się… lepiej mi się egzystuje po tym, jak coś wykopię, wiesz? – wyjaśniłem cicho, wodząc łapą wokół krawędzi dołu. Dwa koła w lewo. Jedno w prawo.
Czarna koteczka uniosła głowę do góry, nie odrywając wzroku od wgłębienia pod jej łapkami.
– Aaa… Już chyba rozumiem, Borowiku! – Psianka pokiwała energicznie głową. Jej ogonek zadrżał lekko. – Mi chyba kopanie dołów nie pomaga w niczym. Ale właściwie nigdy nie próbowałam…
– Uh. Nie… nie próbuj. Nie, nie. Przynajmniej nie tu. Bo… nie potrzebujemy dziury na środku obozu. Jeszcze ktoś w nią wlezie i się połamie i umrze – jednym ruchem łapy zgarnąłem całą ziemię z kupki obok i zasypałem wgłębienie, rozglądając się dookoła.
Faktycznie trochę nie przemyślałem możliwych konsekwencji moich działań. Tak bardzo pochłonęło mnie kopanie, zawsze robię to raczej odruchowo niż świadomie.
– Hm. Uważać trzeba zawsze – dodałem.
Oczy Psianki otworzyły się szeroko i poderwała się na równe łapki.
– Ja uważam! Uważam zawsze, Borowiku. Na wszystkich. Naprawdę! Nie pozwoliłabym, żeby komuś się coś stało!
Uśmiechnąłem się lekko. Nie uśmiecham się często. I z reguły jest to właśnie w otoczeniu kociaczków.
– Hmm… Jesteś pewna? – uniosłem lekko brew, spoglądając na nią.
– Tak! – przytaknęła z entuzjazmem kotka.
– No dobrze… A jak byś zareagowała… – zamyśliłem się. – …Gdybyś zobaczyła kota, który szedłby, nie patrząc na drogę, prosto w stronę obślizgłego ślimaka, na którym mógłby nieźle wywinąć orła, połamać się i umrzeć?

<Psianko???>

13 czerwca 2026

Od Psianki Do Borowika

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego niektóre koty tak bardzo lubią siedzieć w miejscu.
Przecież wszędzie działo się coś ciekawego. Na kalinie siedział ptak. Przy stosie zwierzyny ktoś rozmawiał. Liście szeleściły wysoko nad obozem. Nawet mrówki miały ważniejsze sprawy do załatwienia niż bezczynne siedzenie. Dlatego właśnie niemal podskoczyłam z zachwytu, gdy zauważyłam Borowika.
Siedział pod jednym z drzew i drapał łapą ziemię. Nie wyglądał, jakby robił cokolwiek konkretnego. Po prostu siedział i drapał. Raz. Drugi. Trzeci. Przechyliłam głowę, to było bardzo dziwne. A skoro było dziwne, musiałam sprawdzić dlaczego.
Podbiegłam bliżej tak szybko, że omal nie zaplątałam się we własne łapy. Zatrzymałam się dopiero tuż obok niego i przez chwilę wpatrywałam się w poruszającą się łapę. Potem spojrzałam na niego.
– Co robisz? – Nie czekałam jednak na odpowiedź zbyt długo. – Bo wygląda to tak, jakbyś próbował wykopać dół, ale dół jest za mały. Więc może nie próbujesz wykopać dołu. – Zmarszczyłam nos. – Albo próbujesz. Tylko bardzo powoli.
Usiadłam obok niego bez pytania o pozwolenie i również kilka razy podrapałam ziemię łapką, ale nie wydarzyło się nic szczególnego. Spojrzałam na swoje dzieło, potem na jego.
– Chyba nie rozumiem. – Mój ogon zakołysał się energicznie. — A ja lubię rozumieć rzeczy.

<Borowiku?>