BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narwana Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narwana Łapa. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2026

Od Narwanej Łapy

Szare niebo rozciągało się nad terenami Klanu Nocy; pojedyncze śnieżynki opadały na jej grzbiet, a wiatr ciągnął za kosmyki jej futra. Zastrzygła uszyma i w miarę entuzjastycznym krokiem podążała za Kijankowymi Moczarami.
Sama nie była pewna, co myślała o treningach podczas pory Nagich Drzew. Pomimo ciągłego narzekania, bo nie umiała przestać mielić jęzorem przy uchu mentora, niskie temperatury malowały idealne okoliczności do wymagających i męczących lekcji. Przy których porą Zielonych Liści leżałaby na ziemi i zdychała, stapiając się w jedność z parującą ziemią. Kijanka zabierał ją więc na treningi wytrzymałościowe, biegi – w których szło jej całkiem dobrze – czy długie polowania na konkretne rodzaje zwierzyny. Gdy proponował jej walkę, za każdym razem odmawiała.

Spojrzała z ukosa na wojownika.
— No chyba cię pogięło — prychnęła. — Nie widzi mi się kończyć z pyskiem pełnym śniegu.
Kijanka strzepnął jednym z tych jego wielkich uszu, zmierzył ją wszechwiedzącym spojrzeniem, po czym machnął ogonem w stronę Kolorowej Łąki.
— To zapraszam na polowanie.

Oboje wiedzieli, że puch w pysku wcale by jej nie przeszkadzał. Chociaż, to też byłoby nieprzyjemne! Oszczany śnieg mogą jeść takie przegrywy jak Kasztanek czy bura wywłoka z Klanu Wilka, a nie ona…
— Możemy zapolować, zanim wrócimy do obozu.
Zerknęła na Kijankę.
— Spooooko — zaświergotała, unosząc łeb i węsząc. — Jakieś konkretne zachcianki?
Czarnofutry machnął ogonem. Czyli nie. Oddaliła się więc o parę kroków, strzygąc uszyma, i przeniosła wzrok na linię drzew. Może wśród łysych pniaków nawinie się jej pod łapy jakiś ptak? Ruszyła truchtem w tamtym kierunku. Przyniesie do obozowiska jakąś sikorkę, czy dużego drozda… Wszyscy będą zadowoleni…
Odwróciła się dopiero wtedy, gdy przystanęła parę susów przed lasem. Sylwetka Kijanki stała się nieco rozmazanym kształtem niedaleko brzegu; ruszyłaby dalej, gdyby nie nerwowe ruchy jego ogona i napięte łapy. Pysk wojownika zwrócony był w stronę obozu, a futro na jego grzbiecie stało dęba. Zmrużyła ślipia. Co on tam widział? Czy te jego gigantyczne uszy naprawdę słyszały więcej?
Przestąpiła z łapy na łapę, wyciągając łeb do przodu- halo, halo!
— Narwana Łapo! Wracamy do obozu!
Kijankowe Moczary, nie czekając na nią, rzucił się do przodu.
Naprężyła grzbiet, z rozdziawionym pyskiem spoglądając za czarnofutrym wojownikiem
— Ej- halo! — zawołała, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Dała susa z powrotem w kierunku rzeki, przedzierając się przez warstwy śniegu. — Ale poczekaj na mnie! Ja nie mam gałęzi za łapy, zapadam się tu!
Jej krzyki nie zaskutkowały niczym. Kijanka zniknął za linią brzegu zanim ona zdążyła porządnie oddalić się od drzew. Świetnie. Zatrzymała się, wbijając pazury w zmarzłą ziemię. Mhm. No, to została sama.

↬◦⌑⛯⌑◦↫
TW: krew, śmierć, opisy porodu

Ciekawe, czy Kijankowym Moczarom również się oberwie, gdy wszyscy skapną się, że do obozu wrócił bez niej.
Końcowo, zamiast wlec się do domu przez śnieg, postanowiła skorzystać z okazji i zapuściła się głębiej w las. Skoro już ją tak zostawił, to po co ma się fatygować na wyspę… Niech chłop czuje wyrzuty sumienia. Nie zostawia się niższych od siebie w śniegu po pachy!
Wędrowała po terenach, które kiedyś podobno należały do włóczęgów, lawirując pomiędzy łysymi drzewami i wymijając zaspy. Powoli zniżające się do horyzontu słońce przebijało się przez korony, malując złote plamy i linie na białym podłożu. Jej wzrok skakał z prawej na lewą stronę, z ptaków na zacienione zagłębienia w ziemi…
Zatrzymała się przy jednym z takich. Śnieg przed dziurą był częściowo stopiony, wydeptany, a z wewnątrz dochodziły do niej… Głosy?
Teraz… Teraz mogłaby być mądra. Rozsądna. Nie wiedziała przecież, do kogo one należały. Jednak, ciekawość wzięła górę; przysunęła się bliżej urwanego brzegu wgłębienia, pochylając się nad nim, wytężając słuch i mrużąc ślipia. Na dół prowadziła ścieżka wyższych i niższych kamieni i półek skalnych. Zmrużyła oczy. Widziała parę kręcących się w mroku sylwetek. Hm… Zaraz, zaraz-
— Narcyz?
Rzuciła się do przodu. W paru susach pokonała skalne stopnie, o mało nie lądując na pysku, gdy na śliskiej skale podwinęła się jej łapa.
— Narcyz!
— Narwana Łapo!
Przystanęła obok grupy kotów; Narcyza, Ulewnego Szkwału, Morszczynowego Wąsa, Pierzastej Kołysanki i Mandarynkowej Gwiazdy.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Szkwał fuknął poirytowany w ich stronę. Uniosła brew na widok liderki, przyciskając się do boku brata, który uśmiechał się do niej głupkowato.
— Jak dobrze, że jesteś!
Ignorując wszystkich, Werwa przechyliła łeb w stronę brata.
— Wiem — wyszczerzyła się — ja zawsze ratuję sytuację.
Zignorowała syki Mandarynkowej Gwiazdy, której najwyraźniej hałas zaczął przeszkadzać, idąc dalej.
— Tylko- No, w sumie, to jaką sytuację ratuję?
— Ulewny Szkwał się panoszy.
Zerknęła na wojownika przez ramię brata.
— A tak z mniej istotnych rzeczy, to szukamy miejsca, w którym zaatakowano Świteziankę — kontynuował Narcyz, unosząc podbródek. — I chyba idziemy w złym kierunku.
Uniosła brwi.
— Aha.
Po chwili zerknęła kątem oka na liderkę i jej córkę.
— Czyli tradycyjnie, nikt nic nie wie, ale i tak pchają się do przodu, bo są lepsi.
Łaciaty przytaknął jej, poruszając się dalej z grupą w głąb jaskini. Po dłuższej chwili ciszy, przerywanej tylko ich krokami i westchnieniami, Ulewny Szkwał uchylił pysk.
— Trzeba zawrócić, tutaj nic nie ma.
Zatrzymali się. Mandarynkowa Gwiazda obrzuciła ich wszystkich wzrokiem i machnęła ogonem.
— Dobrze, zawracamy.
— Mówiłam! — zamiauczała Pierzasta Kołysanka. — Jedyne co tu znaleźliśmy, to nietoperze i ich bobki.
Na słowa ogrodniczki uniosła spojrzenie na sklepienie jaskini. Rzeczywiście, w mroku błyszczały się niezliczone ilości drobnych ślepi, a co jakiś czas słyszała bicie błoniastych skrzydeł. Strzepnęła ogonem i odwróciła się w stronę brata.
— A co się w ogóle stało z tą Świtezianką? Bo chyba mnie coś ominęło.
Narcyz zastrzygł uszyma.
— Borsuk przyniósł ciało Świtezianki do obozu, a potem zaczął… GADAĆ z Żabią Łapą — wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. — Ulewny Szkwał mówi, że to sobie wyobraziłem, a Mandarynkowa Gwiazda mi nie wierzy, ale jeszcze się przekonają... W każdym razie, Świtezianka żyje, tylko nie wiemy, kto ją zaata-
Mandarynkowa Gwiazda przerwała wywody łaciatego.
— Ja pójdę w stronę wodospadu — oznajmiła. — Pójdą ze mną Narcyzowa Łapa i Narwana Łapa… Oraz Morszczynowy Wąs.
Oderwała wzrok od Narcyza, wywróciła oczyma w stronę liderki, po czym niezbyt chętnie za nią podążyła. Mandarynowa Prukwa…
— Gadać? — ponownie zwróciła się do brata. — A od kiedy ona rozumie bo- borsukowy? Borsuczy?
— Nie wiem. Pewnie ma kontakty z Mroczną Puszczą, tak, jak Świtezianka. Mówię ci, nie można im ufać!
Przywódczyni zgromiła ich wzrokiem.
— Nikt nie ma żadnych kontaktów z Mroczną Puszczą. Żabią Łapę po powrocie też przeprosisz. — miauknęła. — A ty, Narwana Łapo, skoro nie potrafisz okazać szacunku mentorowi i uciekasz z treningów, przynajmniej zachowuj się przyzwoicie wobec przywódczyni.
Spojrzała na kocicę z nutą oburzenia. A tak się cieszyła, że Mandaryna nie zwracała na nią uwagi…
— Nie uciekam z treningów! To on mnie zgubił po drodze! Nawet z tymi swoimi wielkimi uszyma nie słyszał, jak się za nim darłam, by poczekał, bo nie posiadam tyczek zamiast łap tak jak on i zakopuję się w śniegu.
Ostatnie słowa wyburczała pod nosem. No, może tylko trochę naciągnęła prawdę...
Narcyz przytaknął jej, po czym zwrócił się do przywódczyni.
— Żabia Łapa też nie żyje.
— Wiem, ja też — prychnęła ta w odpowiedzi, wywracając oczyma.
Werwa uśmiechnęła się pod nosem.
— No to musisz uważać, bo jak nie żyjesz, to ja i Narcyz przejmujemy prowadzenie i wtedy nigdy nie znajdziemy tego, czego szukamy.
Zamilkła na moment.
— Bo czego my tu szukamy? Skoro Świtezianka jest już w obozie? Pozostałości mrocznych mocy, dzięki którym przeżyła?
Łaciaty trącił ją łapą w bark, po czym nerwowo odsunął się o wąs, jakby spodziewał się, że mu odda. Za dobrze ją zna!
— Mówiłem ci już, że musimy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — mruknął. — Może znajdziemy coś potrzebnego.
Oburzone spojrzenie skierowała z brata na liderkę. No, tyle to wiedziała! Uchyliła pysk, jednak przerwała jej Mandarynkowa Gwiazda. Kocica zatrzymała się i machnęła ogonem; uczennica podniosła wzrok, wbijając go w wodospad, przed którym się znaleźli.
— Morszczynowy Wąsie, znajdzcie jakąś kryjówkę.
Zamknęła buzię i zacisnęła zęby. Phi.
Do jej nosa dobiegł zapach… Krwi. Wojownik zawlókł ich za jeden z kamieni, gdzie Narcyz przycisnął się do jej boku; z ukrycia mogli obserwować Mandarynę, która wspięła się na jedno z drzew, wtapiając się pręgami w jego brzozową korę, i wpatrywała się w coś w oddali. Widziała, jak po jej pysku przeszedł cień paniki, po czym liderka odwróciła się i zaczęła wymachiwać łapami. Patrząc właśnie na nią.
Uchyliła pysk i rozejrzała się dookoła. Huh? Nie no, to chyba do niej... Spojrzała na kierunek, w którym latała łapa kocicy. No, stamtąd przyszli. Miała uciekać? Coś tam było? A może jakimś cudem zezłościła Mandarynę ze swojego miejsca u jej łapek i tamta odsyłała ją do obozu?
Wytężyła wzrok i skupiła się na ruchu warg przywódczyni. Wspa.... Bieg. Szy...bko. Co?
Spojrzała na spanikowane oczy liderki. Aha. AHA! Miała biec po pomoc!
Okej. Oczywiście. Nic trudnego.
Dlaczego potrzebowali pomocy? Po jej karku przeszedł dreszcz; chyba wolała… Nie wiedzieć… Wyminęła przyklejonego do niej Narcyza, posyłając mu lekko zdenerwowane spojrzenie.
Ostrożnym ruchem wysunęła się zza skały, za którą wcześniej wepchnął ich Morszczyn. Zastrzygła uszyma. Rzeczywiście, ktoś... Inny przebywał tu poza nimi. Kot? Drapieżnik?
Będąc bardzo, BARDZO, cicho, zaczęła wycofywać się w kierunku, z którego przyszli. Na początku nie do końca przekonana, powoli... Ale gdy kątem oka zobaczyła poruszającą się w oddali kocią sylwetkę, jakakolwiek chęć sprzeciwiania się rozkazowi Mandaryny wyparowała. Przełknęła ślinę, odwróciła się na pięcie, i skradając się zaczęła oddalać się w kierunku dziury, w której zostawili Szkwała i Piórko.
Nie zaszła jednak za daleko, nim nad jej głową, wysoko na niebie, jakieś stworzenie wydało z siebie przeraźliwy skrzek-
Wrzasnęła. Lepiej tego dźwięku nie dało się określić. W przeciągu paru uderzeń serca ostre pazury wbiły się w jej grzbiet, a łapy na moment oderwały się od podłoża. Żołądek podszedł jej do gardła; czuła szpony rwące jej skórę, słyszała zawodzenie ptaka. Warknęła. Ból był okropny. Wszechogarniający, jak nic, czego wcześniej nie-
Coś innego trzasnęło w jej napastnika. Zawyła jeszcze raz, gdy pazury gwałtownie wyrwały się spod jej skóry.
To koniec. To na pewno był jej koniec. Koniec jej marnego, powtórzonego żywota, przypieczętowany przedwcześnie przez ciotkę wyciągającą do niej łapy z Mrocznej Puszczy.
Skrzeki i wściekłe bicie skrzydeł wybrzmiewały tuż nad jej głową, jednak ona mogła skupić się jedynie na pulsującym bólu wzdłuż jej kręgosłupa. Miała wrażenie, że przebiega od jej barków, ciągnąc się w nierównej, pulsującej i krwistej linii, aż do ogona. Każdy oddech równał się kolejnej fali palących iskier; jej żebra łapały za płuca, nie pozwalając jej nabrać wystarczająco powietrza, a po pręgowanych bokach rozchodziły się spazmy napiętych mięśni. Jej gardło zalewał okropny, kwaśny, gorzki smak; porażki, wymiocin, wszystko jedno. Ruchy przed jej oczami zamieniały się w barwne smugi.
Zamiast zebrać pod sobą łapy i dać nogi gdzieś, gdzie ptaszysko już by jej nie dosięgło, zdołała przewrócić się połowicznie na grzbiet i spojrzeć na walczące stworzenia. Duży, szary ptak o wyłysiałym łbie; ścierwnik, oraz mniejszy, skrzeczący na jej napastnika.
Jej łapy drżały, drętwiały, jakby nie były w stanie utrzymać ciężaru jej ciała; czuła, jak jej krew skapuje na śnieg. Trudno było się skupić na czymkolwiek innym. Na parę uderzeń serca oderwała wzrok od ptaków, posyłając spanikowane i wściekłe spojrzenie siedzącej na drzewie Mandarynie, po czym szarpnęła się do tyłu i zaczęła wycofywać, ledwo odzyskując koorydynację w kończynach. Powolnymi ruchami odsuwała się od wrzeszczących na siebie ptaków, pozostawiając na śniegu ślad czerwieni. Pióra leciały na prawo i na lewo; szarpnęła się w bok, gdy jedno ze skrzydeł większego ptaszyska przeleciało nad jej głową.
Z tyłu dobiegało do niej wołanie i krzyki. W kąciku jej oka błysnęła bura smuga, uciekająca od krwawej afery.
Potrząsnęła głową i zamrugała, odganiając łzy. W pewnym momencie musiały zacząć spływać jej po pysku. Sierść na grzbiecie sklejała jej się mieszanką roztopionego śniegu i szkarłatu. Brudząc nieskazitelne futro, nieskazitelną biel dookoła, znacząc jej plecy okropnymi szramami. Jedyne, co słyszała, to szum własnej krwi w uszach i krzyczący na nią głos w głowie; uciekaj. Uchyliła pysk, dysząc. Uciekaj. Słyszysz? Uciekaj, uciekaj zanim cię złapią, ZŁAPIĄ CIĘ tymi brudnymi szponami, ROZSZARPIĄ-
Nieskoordynowanymi ruchami cofnęła się o parę kroków, oddychając ciężko, i cały czas utrzymując ptaki w polu widzenia, zaczęła nieświadomie cofać się. W przeciągu paru uderzeń serca łapy musnęły jej boki. Podskoczyła, szarpiąc się w drugą stronę. Kolejny drapieżnik, kolejne niebezpieczeństwo, kolejne- Chcą rozerwać Twoją skórę, chcą Twojej krwi- Ciepły bok przywarł do jej własnego. Chcą wyrwać Twoje-
Stanęła pysk w pysk z Narcyzową Łapą.
Kocur chwycił ją za nie zranioną część barków, nakierowując w stronę ich ówczesnej kryjówki. Dała się zaprowadzić za skałę, tępo wpatrując się to w jego pysk, to w zaśnieżone podłoże. Z jej brody skapnęło więcej łez.
— Werwa…
Zerknęła bratu w oczy.
— Werwa, nie wygłupiaj się — wyszeptał, utrzymując ją w pionie. Jego głos się załamał. — To tylko zadrapanie…
Ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał wziąć jej głębokiego oddechu. Uniosła wysoko głowę, niemal zachłysnąwszy się drżącym haustem powietrza. Tylko zadrapanie… Poruszyła zdrętwiałymi łapami, wysuwając i chowając pazury, które ostro zaryły o skałę.
— Mhm — wydusiła z siebie odgłos, ni to pomruk, ni to jęk. — Tylko...
Zacisnęła ślipia, a jej zęby zazgrzytały. Tylko zadrapanie. Tylko zadrapanie, które niechciane zdobić teraz będzie jej skórę brudną, brzydką szramą, znaczyć jej nieskazitelne do tego czasu, symboliczne ciało, niszczyć wizerunek ciotki, który matka wepchnęła jej między łapy… Co powie Niedźwiedziówkowy Pył? 
Futro na jej karku stanęło dęba. Co powie? Jej pierś drgnęła w kolejnym nierównym oddechu. Będzie zawiedziona? Będzie wściekła? Na pewno będzie. Historie, które matka opowiadała o swojej i siostrzanej przeszłości mówiły same za siebie. Postanowi poprawić nieskończoną robotę? Nie wątpiła w siłę i brutalność, na którą matka zdołałaby się zdobyć. Postanowi zatopić swoje pazury głębiej, aby poczuła ból, który chciała zadać jej sama Ballada, z odmętów mrocznych lasów, za naruszenie jej drugiego, nieskazitelnego, młodego ciała? Za naruszenie jej kolejnej szansy na zbyt szybko zakończone życie-
Obok wodospadu nadal miejsce miała krwawa rzeź. Bura sylwetka Morszczynowego Wąsa zataczała się na polance, jego wzrok zaślepiony ściekającą z czoła posoką, a Ulewny Szkwał, który przybiegł wraz z Pierzastą Kołysanką, warczał na ścierwnika, aby po chwili zostać odciągniętym za ucho przez drugiego ptaka. Syki i skrzeki dudniły jej w uszach. Obserwowała pół-obecnym wzrokiem, jak padlinożerca odpuszcza sobie dalszy atak, i wzbija się wyżej w niebo.
Z gałęzi brzozy rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zdolni do walki niech na razie się schowają, i przygotują na możliwą bitwę. Pierzasta Kołysanka i Narwana Łapa niech wracają do obozu po wsparcie i medyków.
Werwa potrząsnęła gwałtownie głową i ponownie wysunęła pazury.
— Nigdzie- nie idę! — zawyła, tłumiąc głos we własnym futrze.
Uchyliła powieki i zamrugała. Narcyz wpatrywał się w nią z paniką; przycisnęła swój bark mocniej do jego boku i odwróciła wzrok.
Zanim przywódczyni zdołała odpowiedzieć na jej protesty, po okolicy rozległ się głos Szkwału.
— Złaź z tego drzewa! Będę Cię osłaniał!
Kto? Kogo osłaniać? Wraz z Narcyzem odruchowo wychyliła głowy zza skały, aby ujrzeć wojownika stojącego pod jednym z pni, wokół którego krążył jeden z ptaków. Szkwał zwrócił uwagę na zwierzę.
— Kekekeke! Chodź tu, dam Ci takie kekeke, że skrzydła se połamiesz-
— Durne ptaszysko!
Wszyscy zamarli na nowy, kobiecy głos, dobiegający właśnie z tamtego drzewa.
— Przeklęta Ibis, brudne ścierwo, nie umie nawet głupiego ptaka wyszkolić! Na chu-
Głos urwał się. Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, łącznie z Werwą. Po paru uderzeniach serca rozległ się szum, trzask liści, i ciemna sylwetka kocicy rzuciła się na inne drzewo, przelatując z gałęzi na gałąź. Praktycznie od razu Szkwał ruszył za nią w pogoń, wraz z jeszcze jednym kotem.
Wszystko to widziała i słyszała, jak gdyby jej głowa zanurzona była pod wodą; soczewki oczu niesprawne, nie będące w stanie skupić się na jednym punkcie, a uszy zapchane wodorostami. Każdy ruch wydawał się sztuczny i opóźniony. Przez szum krwi w uszach usłyszała... Coś innego. Przekręciła pysk w bok i rozbieganym wzrokiem przeskanowała otoczenie. Narcyz zesztywniał u jej boku.
— Co…
Dobiegł do nich tupot łap i zmęczone, zdyszane oddechy. Łyse gałęzie, jak i te pokryte zimozieloną roślinnością, zaszeleściły, a spomiędzy nich wychylił się pysk Rysiego Boru.
— Mam was!
Wszyscy wbili wzrok w wojownika.
— Przechodziłem niedaleko z Korz- Mysiomózgą Łapą, gdy usłyszałem hałasy. Kazałem jej się schować na drzewie, musimy zaraz po nią wrócić, ale teraz...
— A od kiedy to Mysiomózga Łapa chodzi na wycieczki?
Kocur podskoczył na głos przywódczyni.
— Mandarynkowa Gwiazdo... To nadal moja wnuczka... Chciałem wziąć ją, by pomogła mi nosić zwierzynę.
Werwa z rozdziawionym pyskiem wpatrywała się przez parę uderzeń serca w rozgrywającą się przed nią scenę.
— A czy można się zająć- no! — zawoła po chwili drżącym głosem, marszcząc brwi, uparcie wskazując łapą w kierunku wodospadu. — Tym teatrzykiem!
Mandarynkowa Gwiazda zmrużyła ślipia, po czym zaczęła zsuwać się z drzewa.
— Bądźcie przygotowani na walkę i patrzcie na niebo. Ptaki też są zagrożeniem.
Ze swojego ukrycia nie widziała, gdzie odbiegła kocica. Jej łapy zadrżały i przycisnęła do nich ogon. Pięknie, pięknie… Do ich kryjówki wparował kolejny kot.
— Ej, Narwańcu! Idziemy do obozu, ktoś musi cię opatrzyć…
Czyiś ogon przylgnął do jej grzbietu. Odskoczyła w bok, podczas gdy Narcyz nastroszył sierść. Obóz? Tam, gdzie matka zobaczy jej zrujnowany grzbiet i na dodatek metaforycznie odgryzie jej uszy? Lub mniej metaforycznie, bardziej swoimi prawdziwymi, ostrymi zębami- Bez Narcyza do pomocy? Bez-
— Słuchaj, nie zjem jej, a ona potrzebuje pomocy!
Szarpnęła się w bok i odwróciła pysk do Morszczynowego Wąsa, spoglądając na niego w miarę już świadomym wzrokiem.
— Bierz ode mnie ten swój kikut, wywłoko! Zaraz Ci dam narwańca! — wrzasnęła, odpychając wojownika łapą. Przysunęła się bliżej Narcyza. — Nie bez niego! Ni- nic mi nie jest!
Narcyz nastroszył się i przesunął się minimalnie pomiędzy nią a wojownika
— Niech Pierzasta Kołysanka przyda się na coś i opatrzy Werwę. Ziół jest wszędzie pełno.
Zioła? Prędzej śnieg. Wychodzi na to, że czasem brat musiał jej przypominać, że jednak wcale nie tak daleko mu do idioty...
Nie skomentowała jednak tego. Próbował ją uratować od powrotu z Morszczynem, więc nie będzie się czepiać! Odwróciła od nich pysk i przejechała językiem po poranionym grzbiecie; po jej karku przebiegł dreszcz, gdy natrafiła na poszarpaną skórę, która ledwo co zaczynała się lepić zasychającą krwią. Wszystkie kończyny miała zdrętwiałe, a jej myśli skupiały się na ostrym pieczeniu ran i czerwieni barwiącej śnieg i skałę pod nią.
Nie mieli szansy kontynuować dyskusji. Zza zakrętu wyłonili się Ulewny Szkwał z towarzyszącym mu jasnym, puchaty kotem, w którym po chwili rozpoznała Siwą Czaplą, ciągnący… Kota. Albo jego zwłoki?
— Wy ścierwa, kupy łajna! Jak tylko się uwolnię powyrywam wam wasze parszywe języki, a potem wepchnę do gardła tak głęboko, aż się nimi zadławicie!
Czyli nie zwłoki.
— Zasrańce, piecuszki żałosne, będziecie łkać i błagać mnie o litość gdy z wami skończę! Z dupą na mózgi się chyba zamieniliście, nie wiecie, co robicie!
Ciało włóczęgi uderzyło o zmarzniętą ziemię. Rzadkie, przemoknięte, czekoladowe futro pokrywało jego powyginaną sylwetkę, a zmrużone ślipia błyskały ostrzegawczo.
— Znaleźliście coś? Lub pokonaliście tego ptaka?
Wszyscy przenieśli wzrok na Ulewnego Szkwała.
— Bo my mamy podejrzaną samotniczkę którą powinniśmy wysłuchać! Usłyszałem od niej tylko skrawek ważnych informacji, które na pewno się przydadzą, zwłaszcza rodowi królewskiemu.
Oczywiście. Ród królewski! Bo dobro paru nadętych kotów jest ważniejsze od reszty! Prychnęła, odrywając język od grzbietu. Nawet w takiej sytuacji nie mogli zapomnieć o tym gównianym podziale?
— Ptak odleciał — rzucił beznamiętnie Narcyz. Popatrzył na rzucającą przekleństwami włóczęgę, deptaną przez dwójkę wojowników. Kąciki jego pyska uniosły się i szturchnął ją niepewnie. — Ale głupia. Patrz Werwa, oni próbują być straszni-
— Fuj! Ulewny Szkwale, ona mnie chyba obsikała!
Po okolicy rozległ się przeraźliwy wrzask.
— Ty zapchlony idioto!
Wszyscy przenieśli wzrok na nieznaną kocicę.
— Czy pająki do reszty zasnuły ci mózg?! Kotki nigdy nie dotykałeś? Nic dziwnego, patrząc na twoją mordę, każda normalna by czmychnęła na drugi kraniec lasu albo i dalej! Z resztą, wy wszyscy wyglądacie, jakbyście co najwyżej na babę spojrzeli z odległości kilku drzew! I samo to już sprawiło, że szczaliście pod siebie z ekscytacji, wy oblechy, wy zboczeńcy!
Czekoladowa wiła się pod dwójką kocurów, warcząc i obnażając zęby.
— Ja RODZĘ, wy ścierwojady! Wiecie co to znaczy? Wiecie? Bo nie wyglądacie jakbyście mieli wiedzieć, skoro wody płodowe mylicie z zasranymi szczynami! Przegrywy życiowe, co sobie mogą najwyżej pośnić o kocicy! Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak kładziecie swoje brudne łapy na babskim ciele, ohydy! Wszystko przez was! Teraz jeszcze się gapicie jak cielę na korek, dewianci, zboczeńcy! Miło wam? Miło? Fajnie tak się gapić, co nie?
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Ktoś wołał za Pierzastą Kołysanką, ktoś kręcił się spanikowany wokół samotniczki… A sama samotniczka wiła się na ziemi, jęcząc i wbijając pazury w ziemię. Jakiekolwiek ślady uśmiechów zeszły i jej i Narcyzowi z pyska.
— Nawet nie waż się mnie dotykać. Wydłubię Ci oczy jak tkniesz mnie choćby palcem!
Ciałem czekoladowej wstrząsnęły konwulsje.
— To nie jest mój pierwszy poród. Dam radę sama. Wy byście prędzej mi zaszkodzili niż cokolwiek pomogli, głupcy!
No, ona to zdecydowanie nie miała ochoty jej dotykać. Wykrzywiła się, z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w całą sytuację.
— Co się dzieje?
Pierzasta Kołysanka wysunęła głowę zza pobliskiego kamienia.
— Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia?
— Ona rodzi, Księżniczko! Proszę Cię o pomoc! Jej życie jest ważne, posiada informacje które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment-
Ogrodniczka uklęknęła przy włóczędze, która z sykiem odsunęła się od niej. Niezrażona Piórko złapała ją za łapę i pochyliła łeb nad jej nabrzmiałym brzuchem.
— Spokojnie! Na mój znak musisz przeć-
Czekoladowa odepchnęła ją od siebie gwałtownym ruchem.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać mówiłam! — wydarła się. — A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę!
— Jeszcze jedno słowo, a to kocię wypierdzisz martwe na ziemię!
Zszokowana przeniosła wzrok na Piórko, która nastroszona warczała na kocicę, uwijając się sprawnie przy jej ogonie.
— Spróbuj jeszcze raz chociażby na mnie podnieść swój cięty język — kontynuowała, zaciskając zęby — a sama zaraz wepchnę to kocię z powrotem do Twojego brzucha!
Z ciała włóczęgi na śnieg wysunął się marny, obrzydliwy, ciemny i oklejony krwistymi żyłkami kształt. Ta niewzruszona parła dalej, nie odwracając nawet głowy w stronę oklejonego mazią i błonami nowonarodzonego.
W przeciągu paru uderzeń serca obok nich znalazła się księżniczka z tym samym kocięciem w zębach. Pochyliła się przed Narcyzem, upuszczając ledwo-koci kształt u jego łap. Uczeń szarpnął się do tyłu i zrobił wielkie oczy.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj!
Kocur uniósł łapę do piersi.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował. — Ubrudzę sobie łapy! Niech-
— Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go!
Z jej gardła odruchowo wydobył się urwany chichot. Wcale nie było jej do śmiechu.
Po polanie rozniosły się kolejne jęki. Na świat przyszło drugie kocię, równie ciemne i obrzydliwe, lepkie od mazi. Boki włóczęgi poruszyły się boleśnie z kolejnym skurczem, jednak zamiast narodzin kolejnego obłego kształtu… Można było usłyszeć rwanie mięsa i pękające tkanki. Pękające jak skóra na jej- Wokół zadu kocicy rozlała się plama czerwieni, a zawodzenie uniosło się ku niebu. Trzecie kocię wysunęło się z jej ciała bez oporu, wraz z kolejną falą krwi.
Widok był okropny. Ochydny. Wrzaski włóczęgi dzwoniły jej w uszach. Czy to zawsze tak wyglądało?
Pod jej łapy podsunięte zostało jedno z kociąt. Wciąż zakrwawione, obślizgłe. Mokre, szylkretowe futerko nadal pokrywał śluz i półprzezroczyste płaty błony, a sam osesek drżał, z przemoczonymi łapami i ogonkiem przyciśniętymi ciasno do ciała. Przełykając żółć zbierającą się jej w pysku, pochyliła się nad nim. Skóra na jej grzbiecie napięła się. Ledwo zasklepione rany ponownie zaiskrzyły bólem, znowu- znowu wszystko pogorszyłaś. Poczuła świeżą strużkę krwi, obrzydliwie ciepłą na jej kręgosłupie. Poczekaj tylko, aż matka Cię zobaczy- Zacisnęła ślipia i wysunęła język, zaczynając oczyszczać pyszczek kocięcia.
To był jakiś koszmar. Tak strasznie się bała. Nie wiedziała do końca, co dzieje się naprawdę, a jakie krwawe detale domalowywał jej nieobecny umysł. Jej ciało drżało, gdy powtarzalnymi ruchami przejeżdżała językiem pod włos po futrze kociaka; nie czuła nawet jakiegokolwiek smaku, co nie spotkało za to krzywiącego się Narcyza. Nie umiała skupić się na powoli nabierającym ciepła ciele pod jej pyskiem, rozbieganym wzrokiem wodząc po krzątających się przed nią kotach. Wszyscy krzyczeli, warczeli, darli się i biegali wokół samotniczki. Sama czekoladowa wiła się w bólu na ziemi, sapiąc i wbijając pazury w ziemię. Wzdłuż jej ciała przeszedł kolejny skurcz i po paru uderzeniach serca, gładkim ruchem, praktycznie bez odstępów, na śnieg wysunęły się ostatnie trzy kocięta; jedno po drugim, każde kolejne mniejsze. Ciało kotki już nie stanowiło dla nich przeszkody, rozerwane; krew spływała po bieli strumieniami w nieodmierzalnych ilościach.
Łeb samotniczki opadł na jej łapy, a pysk uchylił się w syku.
— Zostawcie mnie, dajcie mi chociaż godnie umrzeć, łajna.
Werwa opuściła wzrok na kocię. Małe, okropne, bezbronne-
— Nie oddam wam ich!
Ruch w kąciku oka zwrócił jej uwagę. Szczęki włóczęgi wysunięte były w kierunku leżących u jej zadu pozostałych kociąt. Jej ślipia błyszczały z okropnym pomysłem. Serce podskoczyło jej do gardła. Szarpnęła głową w bok, przesuwając wylizywanego oseska na bok; rzuciła się do przodu, wyciągając łapy w stronę kocicy-
Trzask.
Żółte kły zacisnęły się na szyi młodego. Wrzasnęła, cofając się o krok i zataczając na bok. Zawtórował jej zduszony krzyk Narcyza, zanim włóczęga zastrzasnęła szczęki na karku kolejnego kocięcia. Zaledwie parę uderzeń serca później ten sam los spotkał ostatniego z nich.
Zamarła. Czy obudzi się zaraz, aby przekonać się, że to tylko umysł płata jej figle? To wszystko to był po prostu zasrany koszmar. Musiał być.
Krew nadal rozlewała się pod ich łapami.
Włóczęga wrzasnęła, szarpiąc się na ziemi. Jej pazury przeleciały tuż obok pyska jednego z kotów; Pierzasta Kołysanka w odpowiedzi odepchnęła ją do tyłu, warcząc. Instynktownie ruszyła za nią. Chwyciła za jedno z ramion czekoladowej, wbijając w nie pazury, a za nią z podobnymi ruchami podążyła reszta kotów. Korzystając z odchylonej głowy kocicy, zanurkowała pomiędzy wymachującymi łapami pobratymcami, i zacisnęła szczęki na gardle samotniczki.
Mięso w jej pysku nie stawiało oporu; ugięło się pod jej zębami, plamiąc jej język okropnie słodkawym, metalicznym smakiem. Sama nie była pewna, co robi. Starsza szarpała się w miejscu, charcząc i warcząc. W jej krtani bulgotała krew, cieknąc z ran i kącików jej pyska. Werwa szarpnęła w bok, unikając jej nieskoordynowanych ruchów pazurami-
Ciało włóczęgi zwiotczało.
Rozluźniła szczęki i upuściła je na śnieg. Nie przypominający już białego puchu, a bardziej brudną, czerwoną, na wpół stopioną maź. Zwróciła wzrok na bezwładnego trupa, na jego rozszarpaną krtań, na zwisające z szyi rozerwane tkanki. Co Ty znowu zrobiłaś?
Cofnęła się do tyłu. Krew kapała jej z brody na pierś; cudza, jeszcze ciepła, obrzydliwa. Jej łapy zadrżały. Zatoczyła się, oddychając ciężko, po czym wbiła przerażone spojrzenie w brata. Koszmar, na pewno koszmar.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Pod drzewem, w zbiorowym grobie, leżała trójka kociąt – Misiu, Słoneczko oraz Maluszek.
Wraz z Narcyzem siedziała z boku, ogonami owijając pozostałe potomstwo włóczęgi. Jednym okiem spoglądała na szylkretowe ciałko wylizywanego przez nią wcześniej kocięcia, a drugim na kręcącą się wokół grobu Pierzastą Kołysankę. Mimo uszu puściła jednak narzekania ogrodniczki co do ich imion (według kogo Ciemiernik to lepsze imię od Maluszka?) i pomruki modlitw nad kopcem.
Pod pazurami nadal miała krew samotniczki. Po powrocie Mandarynkowej Gwiazdy do wodospadu wojownicy zdali jej raport z wydarzeń; ona jedynie stała obok brata i łypała na nią oczyma, gdy wzrok przywódczyni się na niej zatrzymał. Wszystko, ku jej przerażeniu, wcale się okazało się być złym snem; swąd krwi był prawdziwy, tak jak strupy na jej grzbiecie i wspomnienie krtani między jej zębami. Prawdziwa pozostała jedynie panika i skręcający się żołądek. Nie wiedziała, co teraz zrobi, jak- jak wytłumaczysz to matce?
— Ciało ich matki zatopimy w rzece — oznajmiła bezceremonialnie Mandarynkowa Gwiazda, po czym podniosła się z ziemi. Machnęła ogonem. — Chodźcie. Nie możemy się ociągać.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Woda spłynęła po jej bokach. Zaczepiła się o grunt i wciągnęła na brzeg, dysząc.
Przycisnęła się ponownie do boku Narcyza. Serce uderzało o jej pierś w szybkim, nierównym rytmie. Nie chciała wracać do obozu. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, ale tak bardzo nie chciała. Bała się. Nie chciała stawać przed matką. Nie chciała pokazywać jej ran, szram, które były dowodem na to, że o mało co nie została tam porwana- zabita, zabita! Potrząsnęła głową. Zabita, zabita przedwcześnie jak-
Przecisnęli się jeden po drugim przez szuwary. Gorączkowo rozejrzała się po obozowisku, szukając wzrokiem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Stos zwierzyny – pusto, przed legowiskiem wojowników – też pusto….
— Narcyz — syknęła niemal bezgłośnie. — Narcyz!
— Co!
Pochyliła łeb i zgarbiła się.
— Musisz mnie kryć!
Łaciaty spojrzał na nią krzywo. Uchylił pysk, jak gdyby chciał protestować.
— Nie marudź! — wcięła mu się w niewypowiedziane jeszcze zdanie. Starała się nie panikować. — No weź! Nie bądź taki, proszę-
Czyjaś łapa popchnęła ją od tyłu. Zatoczyła się do przodu, warknąwszy z zaskoczeniem, zanim kolejne popchnięcie skierowało ją do legowiska medyka.
— Narcyz! Narcyz, chodź tu ze mną-
— No już!
Usiadła na środku lecznicy, spoglądając niepewnie na medyczkę. Gąbczasta Perła zaczęła obracać się wokół niej, skupiając się na jej grzbiecie i mamrocząc polecenia do swojego asystenta. Odwróciła się do brata, mrugając nerwowo. Nie widziała jej. Napewno? Nie miała jak jej zobaczyć, nie było jej tam przecież-
Znad ramienia Narcyza spojrzała na nią para zmrużonych, brązowych ślipi.
O nie. Mówiłam! Zamarła w miejscu. Widziała, widzi Cię, zaraz zrozumiesz, czemu nie powinnaś była w ogóle-
— Pająki mózg Ci wyżarły?
Uchyliła pysk. To koniec, to Twój koniec. Matka spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, westchnęła, po czym odwróciła łeb i machnęła ogonem. Zaraz wyciągnie Cię stąd za ogon, oberwie Ci uszy, zatopi pazury w Twoim-
— W poprzednim życiu byłaś mądrzejsza.

[4788 słów]

[96%]

Od Narwanej Łapy CD. Rogatej Łapy (Rogatego Flaminga)

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dawno temu; poprzedniej pory Nowych Liści…

Powietrze w legowisku zdawało się być gęste, wypełnione napięciem i ledwo trzymanymi za zębami obelgami. Książe zmrużył nieznacznie ślipia, jak gdyby nie była warta dla niego marszczenia malowanego czarnymi i czerwonymi znaczeniami pyska; podniósł się z posłania i skierował do wyjścia, spoglądając na nią przez ramię.
— Pamiętaj, że jak do nich wejdziesz, to powinnaś zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Prychnęła. Tak, żeby jeszcze bardziej im się wszystkim w dupach poprzewracało.
Nie rozumiała całej problematyki tej "Rodziny Królewskiej" Klanu Nocy, nie rwała się do rozumienia, i nie miała zamiaru rozumieć. Grupa nadętych kotów z Mandarynową Prukwą na czele. Księżniczki i książęta. Kto im w ogóle te tytuły ponadawał? Na jakiej podstawie? Pokrewieństwa? Jeżeli tak, to pokrewienstwa z kim?
Idąc ich tokiem myślenia i patrząc na to, jaki podział miał miejsce w Klanie Nocy na podstawie kolorów sierści, równie dobrze mogli nadać takie tytuły Narcyzowi czy Przypalonemu Kasztanowi. Wykrzywiła pysk. No, może nie temu drugiemu… Ale proszę, idealny przykład czarno-białego, nieskażonego inną barwą futerka! Może, gdyby nie ich powiązania z matką i samotnicze pochodzenie, to dwójka kocurów miałaby szansę na wżenienie się do Królewskiego Rodu i ułożenie sobie wygodnego życie pełnego przywilejów.
Ona nie mogła liczyć na taką okazję. Pomijając to, że wcale nie miała ochoty obracać sobie wokół pazura jakiegoś osobnika z wygórowanym ego i czerwonym śladem na czole, tylko po to, aby inni patrzli na nią troszkę przyjaźniejszym wzrokiem. Powiązania z Niedźwiedziówkowym Pyłem najbardziej się na niej odbiły; bure, ciemnopręgowane futro, niekoniecznie przystosowane do wodnego trybu życia Nocniaków, pozostawiało wiele do życzenia w pewnych aspektach. Plamy bieli i rudego jeszcze bardziej przypominały jej o własnym, zapieczętowanym w oczach matki losie. Plamy, które przybliżały ją do wizerunku Wieleniego Szlaku. Zastanawiała się czasem, czy ojciec, kimkolwiek on był, przekazał jej cokolwiek. Może osobliwe, wykręcone uszy? Gibką sylwetkę, długie łapy?
Czy jeżeli wdałaby się w niego, to uniknęłaby uwagi matki? Początkowo bez przerwy o nią ubiegała, chłonąc każdą, choć najmniejszą kroplę. A teraz? Teraz z chęcią uciekałaby wzrokiem za każdym razem, gdy Niedźwiedziówkowy Pył na nią spoglądała. Wyczekując. Wyczekując czego? Aż dorówna temu, kim nie jest, i kim nigdy nie będzie?

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Jakiś czas temu; początek pory Nagich Drzew…

Ciemne łapy grzęzły w białym śniegu. Dysząc, cofnęła się o krok, spoglądając z dołu na kocura przed nią.

Nie widzę na twoim ciele żadnej blizny.

Śmieszne. Posłała Kijankowym Moczarom wściekłe spojrzenie, rzucając się w bok. Ona też nie posiadała żadnej blizny. Nie chciała. Łapa wojownika ledwo co wyminęła jej bark; szarpnęła głową do tyłu. Bała się.
— Czy my naprawdę musimy wokół siebie tak skakać-
Jej syk przerwała para silnych łap na jej barkach. Jej grzbiet uderzył o ziemię; parsknęła, prychnęła, i zastygła w miejscu.
Nienawidziła treningów walki. Bała się ich. Zawsze, gdy Kijanka wyciągał do niej łapy, nawet te ze schowanymi pazurami, zawsze, gdy napinał ciało, aby na nią skoczyć, jej ciało oblewał zimny pot. Zawsze towarzyszył jej nieuzasadniony strach; nawet nie przed samym bólem, a przed krzywdą, którą można by jej było jej wyrządzić.
Jej rozbiegane spojrzenie trafiło na przechodzący obok patrol. Odepchnęła mentora tylnymi łapami i podniosła się ze śniegu, chyląc głowę przed innymi kotami. Gdzieś w grupie mignął jej łeb Rogatego Flaminga. Wykrzywiła wargi i uchyliła pysk, patrząc, jak Kijanka staje na łapy.
— Już się w to nie bawimy.

<Rogaty Flamingu?>

[554 słowa]

]11%]

24 maja 2026

Od Narwanej Łapy

Zgromadzenie…

Nocny, rześki wiatr muskał kosmyki jej futra. Jej wzrok wbity był w dwójkę uczniów, którzy skupiali na sobie uwagę… Na spokojnie połowy wyspy.
Kto by pomyślał, że pokojowe, międzyklanowe spotkania będą źródłem bójek pośród uczniów przeróżnych przynależności. Na pewno nie ten, kto wpadł na ten pomysł, bo na pewno by z niego zrezygnował. A jak na razie, to na każdym zgromadzeniu, na którym dane jej było postawić łapę, coś się działo. Ktoś postanowił przyłożyć koledze, kolega postanowił oddać…
Co prawda, pojawiła się jedynie na dwóch zgromadzeniach, ale jej opinia nadal stoi twardo.
Najpierw Narcyzowa Łapa i bury szczur, a teraz jakiś Klifiak z Wilczaczką… Przypatrywała się z zaciekawieniem, jak kotka przygniata równieśnika do skały. Kruczoczarny wydał z siebie wrzask, machając łapami na oślep.
Miała nadzieję, że ona tak nie wyglądała podczas treningów…
Liliowa wgryzła się w ucho przeciwnika, warcząc. W przeciągu paru uderzeń serca do uczniów dopadła inna, starsza kotka, od której również jechało Klanem Wilka.
— Biała Łapo!
Nowoprzybyła chwyciła młodą kotkę za kark.
— Czy wam już kompletnie mózgi zaniknęły?!
— Zamknij pysk! — odkrzyknęła młoda uczennica, strząsając z siebie szczęki współklanowiczki. — To moja walka, nie twoja! Ty nie masz tu nic do roboty.
— Pamiętaj, jakie jest twoje miejsce!
Klifiak obnarzył zęby i zaczął syczeć.
— Skończ ryczeć i się uspokój! Zaatakowałaś mnie z błachego powodu! Psychopatka!
Jego ostatnie słowa przeciągnęły się w krzyk, gdy zęby przeciwniczki zacisnęły się na jego ogonie.
Nagle, szepty w tłumie ucichły. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem innych… I natknęła się na kroczącego w ich kierunku lidera Klanu Klifu. Rudy, wysoki kocur zatrzymał się tuż za uczniem, zniżając głowę do jego poziomu.
— Złamana Łapo. Wracaj do swojego mentora, zanim naprawdę będziesz chodzić z połamaną kończyną.
Kocur- To znaczy, Złamana Łapa, zbył słowa lidera, po czym rzucił się ponownie na Białą Łapę, która bez wahania wysunęła pazury.
— Biała Łapo!
Kotka ponownie została złapana za kark i odciągnięta od Klifiaków, a później przyciśnięta do ziemi.
— Jeszcze jeden taki ruch, a już nigdy nie wystawisz nawet nosa z obozu!
Złamana Łapa nastroszył się.
— Wariatka!
— Mysia Paszo! Lepiej przestań tak się do mnie odzywać!
Narwana Łapa spojrzała na dwójkę uczniów, później na poirytowaną wojowniczkę, a na końcu na zmęczonego lidera. Odczekała parę uderzeń serca, zanim odwróciła się na pięcie i czmychnęła w tłum. Zdecydowanie nie opłacało jej się w to mieszać.

༚⊹◈❆◈⊹༚

Po raz kolejny, gdy zgromadzenie zbliżało się ku końcowi, natknęła się na Narcyzową Łapę. No, tak bardziej, to on na nią.
Łaciaty usiadł obok niej, przeciągnął się, po czym spojrzał na nią kątem oka.
— Kasztanek nie powinien zostać mianowany jako pierwszy. Prędzej zostanie zjedzony przez lisa niż przyda się na coś klanowi.
Spojrzała z ukosa na brata. Przypalony Kasztan… Przypalone, a raczej spalone, to on może mieć wąsy, gdy jeszcze raz ich wyprzedzi i utrze nosa!
— Masz rację — prychnęła. Końcówka jej ogona zadrżała. — Dziwne, że podczas treningu nigdy się nie utopił. Chociaż... Może ten cały puch w głowie sprawił, że unosił się na powierzchni.
— Pewnie tak — odparł, unosząc łeb, aby spojrzeć na liderów. Pokiwał głową. — Myślisz, że teraz mama lubi go bardziej, niż nas?
Zrobiła wielkie oczy.
— Nie no, nie ma takiej opcji! — miauknęła, spoglądając na Narcyza. — Musiałaby mieć taki sam puch w głowie, same pustki! Na pewno wie lepiej.

[529 słów]

[11%]

09 kwietnia 2026

Od Narwanej Łapy

Jakiś czas temu…

Zgromadzenie. Szara skała, szum wody dookoła, koty depczące ci po ogonie… Cudo.
Po co Mandarynkowa- Mandarynkowe Ścierwo zabrało ją na to przedstawienie?
Na razie, to jednak nie miała jeszcze na co narzekać. Gdy tylko pojawiła się na wyspie dała nogę w tłum, z dala od Nocniaków, w tym brata. Po chwili kręcenia się w kółko posadziła zad pomiędzy jakimiś Burzakami i parką Wilczaków.
Jej spokój nie potrwał jednak długo. W przeciągu paru uderzeń serca wyrosła przed nią niebieska, może nieco starsza od niej samej szylkretka. Jej żółtawe kły lśniły w blasku księżyca.
— Witaj. Aldrowandowa Łapa jestem. A ty? — spytała nieznajoma, machając delikatnie ogonem na boki.
Zamrugała raz. Drugi raz. Kotka stojąca przed nią nie zniknęła, nadal uśmiechając się delikatnie.
— Narwana Łapa — odezwała się po chwili, wzruszając barkami. — Lub Werwa. Jak kto woli.
— Miło poznać, Werwo! Mogę się dosiąść?
Pomimo pytania, od razu niemal rozsiadła się obok Werwy, pytając chyba jedynie z zasady.
— Z którego klanu jesteś?
Wydęła dolną wargę czując, jak futro nieznajomej wciska się w jej bok. Mało dyskretnie odsunęła się i spojrzała na nią z ukosa.
— Komu miło, temu miło.... — zamruczała pod nosem, jednak zastrzygła uszyma na pytanie. — Nocy. Z pochodzenia samotniczka.
— Naprawdę? Ach, ja też! — uradowała się Aldrowanda. — Mieszkałam wcześniej w obwoźnym cyrku. Byli tam dwunożni i różne duże zwierzęta, wszystko było tam niezwykle kolorowe i zabawne!
Uniosła lekko brew. Cyrk? Czy matka nie wspominała kiedyś... Że jej matka, jakaś tam "Marionetka", wspominała kiedyś o czymś takim? Eh... Nie ważne. Zbyt skomplikowane na tak późną porę.
Starsza szylkretka natomiast paplała dalej bez najmniejszej troski.
— Ach, mniejsza z tym teraz! Jestem z Klanu Klifu. Wiem co i jak u nas, ale nie słyszałam jeszcze za wiele jak wygląda to w Klanie Nocy. Opowiesz mi coś?
Zmrużyła ślipia i uniosła wzrok do góry. Czy naprawdę wyglądała na taką chętną do rozmowy, że taka damulka się do niej kleiła? Obrzuciła spojrzeniem jej idealnie przylizane i zaplecione futro.
— Mokro jest — miauknęła. — Dużo wody. Rzek, trochę morza, ale to wiesz, bo wy też je macie... Jakaś cała książęca sytuacja, gdzie pół klanu jest ważniejsze od reszty.
Aldrowanda zastrzygła uszyma.
— Książęca sytuacja? Co masz na myśli?
Uczennica wysunęła i schowała pazury.
— Noo... Liderka — uniosła łapę i wskazała na Mandarynkową Gwiazdę — ta nadęta stara prukwa, widzisz ją? Tak?
Niebieska szybko pokiwała głową.
— Świetnie. No, to ona ma u nas całą swoją rodzinę. Dużą rodzinę. Sama zwie się księżniczką, swoje dzieci i rodzeństwo księżniczkami i książętami, ich dzieci również... To chyba już od dawna tak. Niby nie mają żadnych specjalnych przywilejów, ale kto im tam wierzy na słowo...
Oczy Aldrowandy zamieniły się w dwa jaja.
— Żartujesz?
Z lekkim uśmiechem pokręciła głową.
— Ktoś kiedyś powiedział, że mam nieco wysokie ego, ale że można aż tak? — prychnęła strasza, wywracając oczami. — Czy wszyscy przywódcy są tu jacyś tacyś… no nie wiem. Coś ciekawego można o nich powiedzieć. Bo Judaszowcowa Gwiazda na przykład już jest bardzo stary i ten… no cóż. Sama rozumiesz, o tym się coraz więcej u mnie mówi.
— I co? Na łeb mu siada?
— A jakże. Niedawno zostałam przemianowana na uczennicę medyka. Znaczy… nie tak do końca przemianowana – Judaszowcowa Gwiazda nie ogarnął tego, ceremonia była tak bardziej umownie.
Huh.
— Moim zdaniem w tym wieku nie powinien już rządzić klanem. Ktoś młodszy powinien zająć jego miejsce, bo on już mało co umie!
— Mhmmm.... — mruknęła, wodząc spojrzeniem gdzieś po tłumie. — No, muszę się zgodzić, mało który z nich wygląda na kogoś kompetentnego... Chociaż może liderka wilczaków wydaje się przystępna. Co ty tam jeszcze- Ah, uczennica medyka?
Przyszła medyczka skinęła dumnie głową.
— Mhm! Dosyć z przypadku, ale jest całkiem ciekawie, muszę przyznać — odparła kotka, wodząc wzrokiem po tłumie zagadanych kotów, po czym spojrzała znowu na Narwaną Łapę. — Wiesz, ze względu na mój obecny status muszą mieć do mnie nieco więcej szacunku. Bo jak przyjdzie co do czego, to właśnie ja z łaski swojej będę im te futrzaste tyłki leczyć i ratować przed zgubną śmiercią z powodu zeżarcia jakiejś strawy wron!
Zachichotała. Hm. Może… Może jednak jej rozmówczyni nie miała kija pod ogonem.
— No i takie podejście się szanuje. — Spojrzała na uczennicę z ukosa. — Na twoim miejscu jeszcze podrzuciłabym im taką wronią strawę osobiście, aby potem musieli się przedemną błaźnić.
Zobaczyła dokładnie ten moment, w którym ślipia Aldrowandy rozbłysły.
— Werwo… Werwo kochana, jakaż ty jesteś genialna! Niech ten cały Klan Gwiazdy, czy co tam sobie jest, ci ześle najsmaczniejszą zdobycz! — parsknęła, szturachając Werwę w bark.
Posłała towarzyszce krzywy uśmiech, ponownie chyląc łeb z dala od dotyku.
— Oszroniona Łapa idzie chyba pierwsza jako mój obiekt testowy! Dziękuję ci bardzo tą przewspaniałą radę!
— No... Tak, kochana, cieszę się, że służę pomocą — wyksztusiła, niezdydowanym ruchem klepiąc Aldrowandę po grzbiecie opuszkami łapy. Potrząsnęła łbem. — Oszroniona Łapa? Co to za taka?
— Mała, wredna kupa futra! Jak jeszcze byłam w żłobku, to nie umiała zamknąć swojego krzywego pyszczka na temat mojego pochodzenia! — fuknęła cicho kotka. — Się ważna czuje, bo jej dziadkiem jest lider klanu. A co mnie to? Jakby słonia z cyrku zobaczyła, to by już pewnie taka pewna siebie nie była, phi! Schowałaby się w jaskini i modliła do Klanu Gwiazdy o pomoc…
Pokiwała głową, zaciskając wargi.
— Rozumiem — miauknęła jedynie, jej skupienie odlatujące już gdzieś indziej. Do jej uszu doszły jakieś syki, a spojrzenie powędrowało gdzieś dalej.
— Stul pysk, paskudo! Głupoty wygadujesz, spójrz na siebie!
— Jak Ty mnie nazwałeś ty... ty zapchleńcu?! Sam stul pysk! Po co mam patrzec na siebie skoro mam taki przykład jak ty, kleszczu!
Czy to... Narcyz? Z jakąś burą wywłoką? Zerknęła na Aldrowandę i z powrotem na brata.
— Słuchaj... Ja się chyba muszę zmywać. Miło było!
Z tymi słowy wstała i odwróciła się na pięcie, czym prędzej nurkując pomiędzy kotami. Co ten gościu znowu wyprawiał? Jeszcze nie wiedziała, o co chodzi, ale postanowiła nadzorować sytuację z odległości... No, gdyby nagle doszło do łapoczynów i musiałaby ratować jego gburowaty zad.
Z rozdziawionym pyskiem obserwowała, jak łapa Narcyza wchodzi w kontakt z policzkiem burego szczura.
— Odwołaj to, śmierdzielu! — zawołał Narcyz.
Nie myślała, że sytuacja tak szybko eskaluje.
— Dajesz Narcyz! — zawowała ze swojego miejsca w tłumie. — Nie daj się!
Jego przeciwnik aż się zatoczył dwa kroki w tył. Mało brakowało, aby jego broda nie dotknęła skały w szoku.
— Nigdy! Nie muszę, mam rację! Ty...! Ty pokrako!
Ogon Narcyza przeciął nerwowo powietrze.
— Nieprawda.
— A właśnie, że prawda!
Bura łapa zamachnęła się, zgarniając kurz i piach ze skały, po czym sypnęła nim Narcyzowi w oczy.
— Ej! — zawołała, widząc nieczysty ruch burej pokraki. — Nie zbliżaj się do niego z tymi swoimi brudnymi łapskami!
Jednym susem doskoczyła do brata i złapała go za ogon. Łaciaty wykrzywił się i zaczął trzeć oczy, wyrywając się przy tym pod przodu.
— Koniec, bo matka wywróci cię futrem do środka — wymamrotała, ciągnąc. — To ścierwo nie jest tego warte.
Gdy wreszcie się zatrzymali, Narcyz usiadł na ziemi i wyprostował się.
— Co za... co za prostak! — prychnął, na tyle głośno, że Werwa wiedziała, że bury szczur na pewno go usłyszał.
Zacisnęła wargi i pokiwała głową.
— No. Masakra, gorzej niż w domu.
Szturchnęła Narcyza w bark i uśmiechnęła się krzywo.
— Niezłe ruchy — miauknęła. — Do momentu, w którym nie pokonał cię piasek.

[1169 słów]

[23%]

Od Werwy (Narwanej Łapy)

Parę księżycy temu…

Spojrzenia reszty klanu skupiały się właśnie na niej. Uniosła z dumą bródkę. Gdzieś z tyłu głowy przebiegła jej myśl, że dwójka jej braci jest pewnie w tym momencie równie interesująca co ona… Ale szybko ją odgoniła.
— Werwo — zaczęła gadać Mandarynkowa Gwiazda, patrząc na nią z góry. Oczy szylkretki zabłysnęły z zadowoleniem; dobrze zrobiła, pchając się jako pierwsza (ignorując przy tym prychnięcia Narcyza, gdy wychylał się zza niej). — Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, nazywać się będziesz Narwana Łapa. Twoim mentorem zostaną Kijankowe Moczary; mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Mało dyskretnie wbiła spojrzenie w stojącego przed nią wojownika. Czarno-biały kocur z łapami jak gałązki i uszami przypominającymi spore liście słuchał kolejnych słów liderki, zanim pochylił łeb w stronę Werwy i popatrzył na nią, wyczekując czegoś. Zmarszczyła brwi. Czego ta tyczka od niej chciała? Dopiero szturchnięcie z tyłu przywołało ją do rzeczywistości i wysunęła się do przodu, stykając się nosem z nowym mentorem.

***

Treningi z Kijankowymi Moczarami były znośne. Chłop nie był taki sztywny, jakby się tego spodziewała po starszym wojowniku – wręcz przeciwnie, lekcje z nim mijały w lekkiej, momentami żartobliwej atmosferze. Kocur nie brał do siebie jej nierzadko obraźliwych słów… A przynajmniej tak się jej wydawało. Kto wie, może znosi ją tylko dlatego, że jest jego uczennicą. Nie miała zamiaru dociekać.
Zajęcia były wymagające, jednak podobało jej się to. Jeszcze piękniej było wtedy, gdy coś wychodziło jej za pierwszym razem! Lubiła momenty, w których mogła się wykazać.
Jednak… Stojąc tak na brzegu rzeki, z chłodną wodą obmywającą jej łapy, jej pewność siebie zdawała się gdzieś uciekać. Kijanka, niewzruszony (jak zazwyczaj) brodził parę kroków dalej, zanurzony po brzuch.
— Nie utopię się?
Na jej pysku widniał grymas. Wbiła pazury w muł, podnosząc wzrok na mentora.
— Nie utopisz się — odparł wojownik, ukazując kły w lekkim uśmiechu. — Chodź, tu rzeka jest w miarę płytka. Najwyżej napijesz się łyk czy dwa wody, zanim załapiesz, o co chodzi.
Zmrużyła oczy i wydęła policzki.
— Na pewno?
— Na pewno.
Wyciągnęła łapę do przodu i zrobiła jeden długi krok do przodu. Później następny.
— Gdy stracisz grunt pod łapami, musisz zacząć nimi machać — zawołał do niej Kijanka. — Zachowaj spokój i wczuj się w rytm!
Jeszcze jeden krok… I nagle dno uciekło jej spod łap. Jej głowa zanurzyła się pod powierzchnią, a do nosa zaczęła wdzierać się woda. No, wcale się nie utopi! Parsknęła i zaczęła się szarpać. W którymś momencie jej tylna łapa napotkała muł – z całej siły odepchnęła się i wystawiła pysk ponad taflę.
— Łatwo- — parsknęła, plując rzeczną wodą — łatwo ci mówić!
Po chwili rzucania się w wodnych odmętach jej łapy, tak jak mówił to łaciaty, złapały jakiś rytm. Cwana tyczka…
— Dasz radę tak na drugi brzeg?
Odkaszlnęła i wystawiła przemoczony pysk jak najwyżej nad powierzchnię, jak tylko umiała.
— Dam radę!
…no, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jej ruchy nadal były dość nieskoordynowane, i zdecydowanie nałykała się więcej wody, niż kiedykolwiek widziała w kałuży przed żłobkiem, ale przynajmniej poruszała się do przodu! Mniej więcej. Trochę zygzakiem, trochę zbaczając z drogi, ale udało jej się dopłynąć na tyle daleko, aby jej łapy ponownie dotknęły mulistego dna.
Z ciężkim westchnieniem rozluźniła mięśnie i spojrzała z ukosa na Kijankę, który czekał na nią na płyciźnie.
— Brawo — miauknął, beztrosko wychodząc z wody i otrzepując sierść. — Jak na pierwszy raz, to jesteś całkiem dobra! To teraz co, szybkie zwiedzanie naszych terenów?
Zmrużyła ślipia.
— Prawie się utopiłam! Ledwo co, a musiałbyś zaciągać moje ciało do obozu jak jakiś przemoczony kołtun.— Uniosła łapę i przyłożyła ją do piersi. — Moja matka byłaby zrozpaczona…
Nie, wcale by nie była. Albo może? Położyła po sobie uszy, wzrokiem uciekając w bok, na plamę słońca odbijającą się od falującej tafli. A może przejmowałaby się bardziej, gdyby to na przykład Narcyz zniknął?
Przechyliła łeb w bok… Nie. Chyba nikt nie wolał Narcyza od niej. O Kasztanku już nawet nie wspominając.
Wzruszyła ramionami, otrząsając się, po czym wyskoczyła na brzeg i stanęła parę kroków przed mentorem.
— Ale skoro nalegasz — miauknęła i odwróciła się do niego zadem. — No, to w którą stronę?

[675 słów + nauka pływania]

[13% + 5%]

16 lutego 2026

Od Werwy Do Narcyza

Jeszcze Porą Nagich Drzew…

Wiatr szalał poza ścianami legowiska. Ze swojego miejsca na jednym z posłań, wciśnięta pomiędzy mech a ogon Niedźwiedziówki, obserwować mogła białą zawieruchę… I niewiele poza nią.
Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz. Potarła ślipia łapką, następnie opierając ją o ściółkę i wciskając pod nią zmarznięty nosek. Zimno. Kątem oka zerknęła na matkę; jednak odwrócona do niej zadem kocica zdawała się drzemać… Albo udawać, aby dzieciaki nie zawracały jej głowy.
Od początku tak to wyglądało. Niedźwiedziówka była dobra w byciu mamą na pokaz – i na tym się kończyło. Wykarmiała ich, czyściła futerka, ogrzewała w zimne noce, wszystko pod czujnym okiem klanowych kotów. Jej słowa jednak były puste, sztucznie przesłodzone, a czułe liźnięcia w głowę jedynie takie się wydawały. Dla Werwy jednak była to norma. W końcu był to jej pierwszy raz na tym świecie, nie zaznała jeszcze innego traktowania.
Zmarszczyła brewki. Pierwszy raz. Tylko ona zdawała się tak uważać; słowa matki o tajemniczej, zmarłej ciotce, której dusza wręcz musiała zajmować ciało młodej Werwy, zdecydowanie mieszały jej w głowie. Nie rozumiała tego. Między ścianami czaszki miała jeden głos. W piersi jedno bicie serca. To ona decydowała o tym, kiedy chce jeść, kiedy pójdzie spać, kiedy będzie ganiać za którymś z braci – a nie jakiś śmierdzący duch! No, bo duchy były stare, martwe, to pewnie śmierdzące… Nieważne. Jeszcze raz spojrzała na Niedźwiedziówkę, a potem z powrotem na własne łapy.
Nuda.
Podniosła się z posłania, umykając niezauważona spod ogona matki. W żłobku rzadko znajdował się ktokolwiek poza starszą kocicą, jej potomstwem i jednym kremowym kocurem – Wildikiem, klanowym piastunem. Przyszło jej więc w zwyczaju szukać rozrywki u rodzeństwa.
Prędko znalazła kupę czarno-białego futra, w połowie schowaną między ścianą legowiska, a mchem. Narcyz… Narcyz, z jego zadufaną miną i założonymi jedna na drugą łapami. Imię chyba zobowiązuje, co nie?
Stanęła przed bratem, czekając, aż podniesie tę pustą głowę i się na nią spojrzy. Brak reakcji. Zmrużyła ślipia z niezadowoleniem. Zgubił się gdzieś tam w środku, czy co? Końcowo podniosła łapę i z pewnie zbyt dużą siłą trąciła go w nos.
— Ej!
Wywróciła oczami, widąc oburzony wyraz jego pyszczka.
— Ignorujesz mnie — miauknęła, marszcząc brwi. — Nudzi mi się. A ty siedzisz w kącie jak… Jakby Ci ktoś ci przykleił zad do ziemi.


<Narcyzie?>