— H-hej... Widzę, że zostałaś wojowniczką — zaczął wesoło, chociaż brzmiał niepewnie. Płomienne Serce wpatrywała się w niego z widocznym szokiem na twarzy. Nie wierzyła, że to naprawdę się dzieje, że to jednak nie jest sen... Nie mogła nic odpowiedzieć, co kocur szybko wykorzystał. — Fajnie... Szkoda, że mi to nie było dane. Nie mogliśmy razem zawalczyć, razem się wykazać... Ale to okej! Wiesz, myślałem, że może jeszcze jest szansa, zwłaszcza że mnie widzisz, haha!
Przez krótki moment kotka wpatrywała się w niego jeszcze bez ruchu, ale potem delikatnie łapką pacnęła, a przynajmniej próbowała. Poczuła jego miękkie futerko, ale zarys postaci lekko się zniekształcił, jakby zaraz miał zniknąć, więc szybko się odsunęła, nie chcąc psuć tej chwili.
— Jak ty… Co się… — wyszeptała, aby nie mącić nocnej ciszy.
— Potrzebuję pomocy siostrzyczki — mruknął już bardziej zawstydzony, jakby to było grzechem.
— Jak ci pomóc? Co mam zrobić? — pytała już głośniej, znów podchodząc do brata.
— Zaznać życia wojownika. Proszę! — powiedział tym samym tonem, gdy wtedy jak chciał jej przekąskę, gdy jeszcze mieszkali z Dwunożnymi.
Nie do końca wiedziała, jak niby to ma zrobić no bo… On był tylko jawą, nie dało się go dotknąć, a do tego chyba była jedyną, którą go widziała… Mimo to chciała, aby ten zaznał spokojnego życia. Niech jego młoda duszyczka odpocznie… No i jakby miała nie pomóc swojemu bratu! Rodzina była najważniejsza…
— No dobrze, coś wymyślę.
— Dziękuję! — Podskoczył radośnie. — Kiedy zaczynamy?!
— Jak odpocznę… — mruknęła, ponownie czując zmęczenie. — Będziesz tu rano?
— Będę przy tobie cały czas — zapewnił.
Kotka zerknęła jeszcze w stronę legowiska uczniów. Tam spała pozostała dwójka braci, oh, jacy byliby szczęśliwi, żeby zobaczyć Trójkę! Gdyby tylko można było cofnąć czas…
— Powiedz mu, że się z nim ostatnio widziałem — mruknął kocur, co trochę przestraszyło wojowniczkę.
— Komu? Co? — spojrzała na niego, ale ten tylko uśmiechnął się i machnął łapką.
— Nieważne. Dobranoc, Kareto.
Spojrzała na niego, ale ten zaraz znikł z jej oczu, aby pojawić się przy legowisku i skulić się na nim w kuleczkę. Zerknął wyczekująco na siostrę, więc ta, chociaż nadal niepewna tego, co się dzieje, położyła się tuż obok i pozwoliła sobie zasnąć. Może to jednak był sen i rano wszystko będzie w porządku. Ale czy byłoby w porządku, jeśli Trójka by zniknął…? Dobrze było, gdy żył, więc teraz gdy jest przy niej, może znów tak będzie? Ale pojawił się po to, aby zaznać spokoju, a wtedy zniknie na stałe… No ale tego chciała, spokoju dla rodzeństwa, więc jeśli mus to mus…
Obudziła się o świcie, już sama niepewna co chce zastać po otwarciu oczu. Leżała tak nasłuchując jeszcze chwilę, ale cisza wokół była niepokojąca. Otworzyła oczy nagle, jakby przestraszona, ale wszystko było w porządku. Niektóre koty wracały właśnie z obchodu, inne wychodziły, czy kręciły się przy uczniach. Nie zdawało się, aby cokolwiek ze wczoraj było prawdą. Oczywiście, że śniła. Przecież duchy brzmiały tak głupio, jak opowiastka do straszenia kociąt. Wstała, aby rozprostować kończyny, pokręciła się chwilę, zagadała do kilku znajomych twarzy i zjadła śniadanie. Dzień jak co dzień. Ale Trójka i jego prośba… Brzmiało tak realnie, jak na sen… I wszystkie uczucia, też były zbyt prawdziwe… Cokolwiek się działo, było strasznie dziwne. Niestety kotka nie mogła sobie pozwolić, aby to wytrąciło ją z równowagi, ostatnio i tak chodziła w chmurach. A teraz trzeba było skupić się na polowaniu, bo niedługo znów przyjdzie pora martwych liści… Dlatego, gdy się już przygotowała, ruszyła do tuneli. Nie lubiła z nich korzystać, od kiedy była jeszcze uczniem, ale wiedziała, że dużo szybciej dostać się nimi gdziekolwiek, niż idąc te odległości na łapach. Tym bardziej że jeszcze było dość ciepło. Więc, chociaż niechętnie i rozmyślając czy na pewno woli tunele, wreszcie wpełzła do dziury i zaczęła iść w stronę morza. Nie było tam szczególnie dużo zwierząt, ale potrzebowała jeszcze chwili dla siebie. No bo… Nadal nie rozumiała, czemu Trójka się jej śnił i czemu tak ten sen pamiętała. Mówił przecież, że musi pomóc mu zaznać spokoju i że musi komuś przekazać, że się próbował z nim skontaktować. O kogo chodziło? Dlaczego teraz próbował skontaktować się z nią? Z wszystkich rzeczy, które na przestrzeni jej kilkunastu księżyców w klanie przeżyła, ta ją chyba zastanawiała najbardziej. Co to wszystko znaczyło…?
— A więc to są te tunele. — Usłyszała znajomy głos. Podskoczyła przestraszona.
Nie… Niemożliwe! Odwróciła się, ale za nią stał Trójka. Ten sam co w nocy, trochę rozmazany, widocznie nienamacalny. Duch. Czyli to jednak nie było snem! Już totalnie nic nie ogarniała…
— Trójka? — wyszeptała niepewnie. Może jednak zwidy? Powinna udać się do medyczki?
— Mówiłem, że będę! — zaśmiał się. — No może nie rano, ale… Ciężko mnie widać w słońcu. — uśmiechnął się przepraszająco.
— Dlatego tunele… — westchnęła.
— No i przy okazji je poznam! — podskoczył radośnie. — Gdzie idziemy?
— Nad wodę.
Kotka po prostu… Zdążyła zaakceptować zmianę, fakt, że nie był to sen. A co innego miała zrobić? Panika nic by nie zdziałała, a jeszcze by ją wyrzucili, posądzając za zwariowaną. No a towarzystwo rudzielca, cóż, trochę jej pomagało. Tak martwiła się jego śmiercią, tym, że nigdy nie zdążyła spędzić z nim wystarczająco czasu, a teraz, los dał jej tę okazję. Dlatego Płomykówka rozejrzała się, nadstawiła uszu i zaczęła iść w stronę zapachu morza. Naprawdę nienawidziła tunelów… Tyle dobrze, że blada poświata brata, dawała jej trochę światła i mogła sprawniej omijać niebezpieczne dziury. Stanęła tuż przy wejściu, gdzie morska bryza agresywnie uderzyła w jej nozdrza. W południa pory nowych liści czasem ze Świergotkiem i Drzemlikiem przychodzili tu by się ochłodzić. Zerknęła na Trójkę, go raczej nie mogła ochlapać wodą…
— Światło ci nie sprzyja. — przypomniała sobie. — Jak chcesz tu ze mną wyjść?
Kocur sam chyba nie do końca to przemyślał, bo cofnął się trochę w głąb tunelu i zamruczał zagubiony. Kotka znała te rzeczy, zawsze tak robił, gdy rozmyślał, co tym razem w domu zbroić, albo jak zagonić ją do zabawy. Ach, jak teraz żałowała, że nigdy nie dała się wciągnąć w te durne żarty. Te kilka minut więcej… Wiele by dla niej zrobiło.
— Weź mnie na nocny patrol!
— Nocny patrol. — mruknęła pod nosem. Faktycznie, dziś miała go zrobić, powinna odpoczywać…
Ale jeśli dusza Trójki będzie jej trajkotała nad głową, to przecież się nie skupi! A na obchodach nie mogła tracić koncentracji. No ale co, miała mu odmówić i stracić na zawsze? Raz jak się zgodzi na coś głupiego, to nikomu się nic nie stanie, prawda? Kiwnęła więc głową, a rude futerko zaraz znów znikło. Spotkają się w nocy… Płomykówka wyszła z tunelu i usiadła przy brzegu. Naprawdę coraz dziwniejsze rzeczy się tu działy…
Wracając do obozu ze zwierzyną, zauważyła Świergotka. Pewnie przygotowywał się na kolejny trening. W ogóle nie pozwalał sobie odpocząć, a to martwiło kotkę. Podeszła więc do niego i zamruczała. Wiedziała, że ten ostatnio był też trochę osłabiony, bo usłyszała to od jego mentora, więc zapytała:
— Jak się czujesz?
— Dobrze, jak zwykle — odpowiedział, z tym pewnym siebie uśmiechem. Jednak znała swojego brata i ten kocur nie był tym samym co przed kilkoma księżycami…
— Byłeś już u medyczek? Słyszałam, że coś się działo ostatnio. Coś poważnego? — zapytała zmartwiona.
— Nie… Nic takiego. Tylko głupie sny. — wzruszył ramionami. — Ale już jest dobrze, naprawdę.
Kiwnęła głową, bo cóż, wiele zrobić nie mogła. Zmusić go nie zmusi, poczeka, aż będzie gotowy. Otarła się o niego raz jeszcze i żegnając się, wróciła do legowiska, wcześniej zostawiając zwierzynę na stosie.
Noc nadeszła szybko, jak to miała w zwyczaju przy rozpoczęciu pory opadających liści. Właśnie przygotowywała się do przeskoczenia przez wodospad, gdy dusza brata znów się jej objawiła.
— W drogę czas! — zachichotał.
— Musisz mi dać się skupić. — Zerknęła na rudzielca.
— No wiem, będę grzeczny! — Jego ogon zaczepił jej nos. Poczuła delikatne łaskotanie, ale nic więcej. Przecież nie żył… — Obiecuję.
Płomienne Serce kiwnęła głową i wyszła z obozu, kierując się ku granicy. Tam trzeba było patrzeć najczęściej, tym bardziej po wojnie. Samotnicy i wojownicy klanu wilka czasem wchodzili nieproszeni na ich tereny, a wtedy coś trzeba było z tym robić i to teraz leżało w jej łapach. No i w teorii w łapach Trójki, ale ten raczej w tej formie za wiele nie zrobi…
— Jakie chciałbyś mieć wojownicze imię? — zapytała w pewnym momencie.
— Sam nie wiem. Ty jesteś Płomienne Serce, co nie?
— Tak, już odeszłam od Karety. Teraz nawet dziwnie brzmi — zaśmiała się głupio.
— Może trochę. — Wzruszył ramionami. — Jak myślisz, co by mi pasowało?
— Łobuz — parsknęła śmiechem, a zaraz faktycznie się zastanowiła. — Skoczna Trójka
— O! Podoba mi się!
— Łobuz, czy Skoczna Trójka? — zachichotała. — No dobrze, Skoczna Trójko. Skupmy się.
Znów szli w ciszy mąconej tylko przez wiatr. To wydawało się tak… Normalne. Jakby rudy wcale nie był martwy, jakby skończył trening wraz z nią i teraz szli razem na patrol. I tak powinno być! Ale coś z tyłu głowy ciągle podpowiadało, że musi pamiętać, że to tylko na chwilę, że to tylko duch. I jak bardzo by chciała, to nic z tym nie zrobi. Jej rozmyślenia przerwał szum gdzieś w krzakach. Od razu stanęła, nasłuchując. Zbliżało się, cokolwiek to było… Przygotowała się do skoku, czekając na odpowiedni moment.
— Teraz.
Za namową brata skoczyła w krzak, ale w łapach zamiast kota znajdował się królik. Parsknęła śmiechem, wypuszczając zwierzynę i spojrzała na duszę.
— Dobrze było, dzięki. — Uśmiechnęła się i ruszyła dalej.
Reszta patrolu upłynęła spokojnie, Płomykówka spędzała ten czas na rozmowach z bratem i nadrabianiu tego, czego nie zdążyli. Może to wcale nie było wiele i wcale nie było poważnie, tak dużo pomogło to rudej kotce. Po tym wszystkim trzeba przestać trzymać się przeszłości… Wracając do obozu nad świtem, dusza Trójki była coraz słabiej widoczna. Światło… Wojowniczka wolałaby, żeby ta noc trwała wieczność, ale to niestety możliwe nie było. Nim jednak kocur zniknął całkowicie, rzucił jeszcze:
— Świergotek. Powiedz mu, że to nie był sen.
Płomienna Łapa nie do końca rozumiała, ale… Dla niego zrobi wszystko. Niech wreszcie zazna spokoju, gdzieś tam. Ale… Najpierw potrzebowała odpoczynku.
Obudziła się późnym popołudniem, gdy słońce było wysoko na niebie. Leniwie przeciągnęła się na posłaniu, nie otwierając oczu. Gdyby nie znany głos gdzieś za nią, poszła spać dalej. To Świergocząca Łapa rozmawiała z Gąsienicowym Ogryzkiem, jego mentorem. Przymrużonymi oczami zerknęła na rudego, nie chciała mu przerywać, więc wstała, dopiero gdy odszedł od niebieskiego vana.
— Świergotek — zawołała.
— O, nie śpisz! — Podszedł do niej.
— Wszystko dobrze?
— Tak, tak.
— Możemy porozmawiać…? — spytała niepewnie.
— Właśnie rozmawiamy? — zaśmiał się kocur.
— Na osobności. Proszę…
Widać było, że jego rude futro się zjeżyło, ale kiwnął głową i wyszli przed obóz. Pewnie i tak ktoś podsłucha, wiecznie ktoś plotkował, ale Płomienne Serce nie widziała czy gdziekolwiek było bezpieczniej. No i nie mogła brać brata zbyt daleko bez zgody jego mentora.
— To nie był sen. — Praktycznie wyszeptała, wpatrując się w kamienie pod stopami. Czuła na sobie nierozumiejący wzrok brata, więc kontynuowała: — Trójka chciał z tobą porozmawiać. To nie był sen ani żadne zwidy. Po prostu… Tęsknił — zaśmiała się głupio. Dusza nie przekazała nic więcej, więc kotka musiała improwizować. Wreszcie podniosła wzrok na kocura, który nadal wpatrywał się w nią z szokiem wymalowanym na twarzy.
— Skąd ty o tym… Co…?
— Nie musisz mi wierzyć — westchnęła. — Pewnie jest to ciężkie. Ale… Sama nie wiem…
— Dobrze się czujesz? — Zmartwił się.
— Tak, tak. — Uśmiechnęła się. — Po prostu… On naprawdę próbował się skontaktować. Trójka. To nie był żaden sen ani nic. Tyle wiem. — Wzruszyła ramionami. — Zrób z tym, co chcesz — zarzuciła jeszcze i wróciła do jaskini.
Kładąc się ponownie na legowisko, zastanawiała się, czy to już koniec. Powiedziała Świergotkowi, no ale… Może będzie musiała przekonać go bardziej. Tylko jak to zrobić? No i czy wczorajszy patrol wystarczył Trójce na zaznanie wojowniczego życia? Zresztą, czy na pewno chciała wrócić do normy? Nawet jeśli tylko ona widziała brata, to jego obecność powinna być przecież tą normą! Ale jednak był duszą i zasługiwał na spoczynek… Cóż, dowie się później, bo nie miała zamiaru znów przeciskać się przez tunele. A teraz był środek dnia, więc pewnie nie znajdzie go nigdzie indziej. Zostało jej więc czekać.
Dzień ciągnął się nieubłaganie. Płomienne Serce próbowała jeszcze spać, wyszła kilka razy na dwór i w pewnym momencie była cholernie blisko, aby jednak do tunelu wejść i z Trójką porozmawiać. Na szczęście, gdy była już gotowa, usłyszała ten znajomy śmiech za sobą.
— Trójka! — Uśmiechnęła się, odwracając do jawy.
— Skoczna Trójka — poprawił. — Może… Wyjdziemy?
Płomykówka kiwnęła głową i przeskoczyła przez wodospad. Rudzielec objął prowadzenie i w ciszy szli przed siebie. Nie chciała pytać, wolała żyć w przeświadczeniu, że wszystko dobrze. Że to tylko nocny spacer z jednym z braci. Może kolejny patrol, czy coś takiego… Wreszcie doszli do celu, do morza. Wiatr był coraz silniejszy i chłodniejszy. Już było wiadome, że pora martwych liści znów będzie ciężka. Trójka stanął naprzeciw, ze smutnym uśmiechem.
— Dziękuję — rzucił, a ruda już wiedziała. Wszystko zrobiła dobrze…
— Nie musisz może… Zawalczyć? — zapytała z nadzieją.
— Wczoraj było wystarczająco. No i mam imię! — Wypiął dumnie pierś.
— A Świergotek?! Chyba nie uwierzył! Może jeszcze z nim pogadam? — Nadzieja zamieniła się w desperację.
— Rozmawiaj z nim, ile chcesz. Ale dla mnie wystarczyło to, co dziś zrobiłaś. Myślę, że weźmie to sobie do serca — zapewnił.
— Nie odchodź — poprosiła wreszcie na głos.
— Wiesz, że muszę — westchnął. Teraz na twarzy widać było tylko smutek.
Kotka nie odezwała się, wpatrując się w duszę. Ile minęło księżyców, gdy widziała go na żywo? Teraz zdawało się, że była to cała wieczność. Mieli marzenia… Gdy tylko tu trafili, cała czwórka rudzielców chciała być najlepszymi wojownikami, Trójka przecież świetnie nadawałby się na lidera w dalekiej przyszłości! Ale po jego śmierci wszystko się zmieniło… Drzemlik zrezygnował z treningów, a Świergotek za to tylko na nich się skupiał. W ogóle nie mieli czasu dla siebie, bo sama Płomykówka szybko tą wojowniczką została. I tak mogła iść w protektora, czasem nawet o tym myślała, ale tak też było dobrze. A Trójka leżał martwy w ziemi, teraz jego ciało pewnie zjedzone było przez robaki, tyle czasu minęło… Ale tam, w blasku księżyca nie wydawał się martwy! Może trochę niewyraźny jak to duch, ale… Również taki namacalny i w pewien sposób żywy. I teraz miał niby zniknąć już na zawsze…?
— Chodź. Zrobisz ze mną coś głupiego.
— Co? — Zamrugała powoli kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszała.
— Nigdy się nie zgadzałaś na to, jak byłaś młoda. A teraz może jesteś trochę głupsza — zaśmiał się. — Zróbmy coś głupiego!
— Trójka…
— Nie mów nie! — przerwał jej. — Raz! No zgódź się!
— Co ty chcesz zrobić? — westchnęła. Żeby duch ją namawiał do takich rzeczy… Może wizyta u medyczki jednak dobrze jej zrobi…
— Hm… — zastanowił się. — Będziesz zła, jak stwierdzę, że mogłaś pohałasować w obozie i przestraszyć młodszych?
— Tak. Jesteśmy za daleko — parsknęła śmiechem. — Myśl dalej.
— Pogadajmy z morzem — zarzucił zaraz i krzyknął. — CZEŚĆ! — Jego głos nie rozniósł się echem, co wcale nie zdziwiło kotki, przecież tylko ona go słyszała.
— Kiedy następny odpływ? — mruknęła do fal. Dużo ciszej…
— Głośniej! — zachęcił.
— Kiedy znów będziesz ciepły?! — zawołała, co już odbiło się małym echem.
— Kiedy będziesz nas ochładzał?! — kontynuował rudzielec.
— PRZESTAŃ BYĆ TAKI MOKRY! — krzyknęła kotka ze śmiechem. To prawdopodobnie było słychać i w obozie. "Szalona" — pomyśleliby inne koty, ale na szczęście wokół nie było nikogo.
Jeszcze chwilę tak krzyczeli na falę, zanosząc się coraz głośniejszym śmiechem. Wreszcie jednak księżyc zaczął być wysoko na niebie i Trójka spoważniał. Płomykówka zastanawiała się, kiedy ostatnio się tak dobrze bawiła. Gdy to wszystko minie… Będzie musiała trochę porozmawiać z żywymi braćmi i spędzić z nimi jak najwięcej pozostałego im czasu…
— Dziękuję, Płomienne Serce — przemówił rudzielec. Uśmiech zniknął też z ust kotki. — Pomogłaś mi zaznać tego, co nie było mi znane. Teraz mogę odpocząć w spokoju. — Ton, w którym do niej mówił, nie brzmiał jak on.
— W Klanie Gwiazd?
— Mam nadzieję. — Otarł się o nią. — Korzystaj z tego życia. Jak najlepiej potrafisz. Baw się, wariuj! Weź trochę tej mojej głupoty ze sobą — zachichotał.
— Spotkamy się jeszcze kiedyś?
— Mam nadzieję, że za wiele księżyców. Może nawet i setki! — Spoważniał. — Naprawdę dziękuję, Kareto.
— Mam nadzieję, że tam będzie lepiej — wyszeptała. — Idź być wojownikiem. Skoczna Trójko…
Nie odpowiedział, uśmiechnął się jeszcze smutno, a potem powoli rozpłynął się, gdy chmury zasłoniły księżyc. To by było na tyle… Płomykówka wiedziała, że Trójkę zobaczy ponownie dopiero w snach, ale to nie będzie ten sam namacalny, prawie żywy brat. On już nie istniał… Teraz pewnie planował jak napsocić, tam gdzie trafił. Może po swojej śmierci trafi tam, gdzie on, ale do tego… Miała dużo czasu, bo nigdzie się jej nie spieszyło. I chociaż czuła w serce pustkę po tym, jak odszedł, tak radość ze spędzonego razem czasu i tego, że mogła mu pomóc, jak księżyce temu w domu Dwunożnych, było dla niej taką małą nagrodą. No i wreszcie dała się namówić na coś głupiego! Chociaż i tak w to nikt nie uwierzy… Gdy księżyc znów wyszedł zza chmur, wpatrywała się w niego jeszcze chwilę, jakby z nadzieją, że zaraz znów ujrzy twarz rudzielca, ale ten się nie pojawił. Ani tej nocy, ani następnej, ani gdy specjalnie dla niego przeciskała się w tunelach. Zniknął na stałe, odszedł spoczywać w spokoju, bo wreszcie zaznał tego, czego zaznać pragnął… Jednak nie zniknął tak po prostu, tamtej nocy, w której przeszedł, jak Płomykówka miała nadzieję, do Klanu Gwiazd na piasku pojawiła się karta, poszarpana i brudna karta. Kojarzyła ich trochę, bo Dwunożni rodzice nieraz nimi grali, przecież to z ich ukochanego pokera mieli pierwsze imiona. Dlatego, jeśli się nie myliła, to karta była trójką kier. Zresztą, nieważne jak ta karta oficjalnie się nazywała, ważna była widoczna gruba czerwona trójka i trzy czerwone serca. Taka mała pamiątka…
— Spoczywaj w pokoju, Skoczna Trójko — szepnęła, stojąc teraz nad miejscem, w którym go pochowano. Kiedy to było? Zdawało się, że wieki temu…
Przez krótki moment kotka wpatrywała się w niego jeszcze bez ruchu, ale potem delikatnie łapką pacnęła, a przynajmniej próbowała. Poczuła jego miękkie futerko, ale zarys postaci lekko się zniekształcił, jakby zaraz miał zniknąć, więc szybko się odsunęła, nie chcąc psuć tej chwili.
— Jak ty… Co się… — wyszeptała, aby nie mącić nocnej ciszy.
— Potrzebuję pomocy siostrzyczki — mruknął już bardziej zawstydzony, jakby to było grzechem.
— Jak ci pomóc? Co mam zrobić? — pytała już głośniej, znów podchodząc do brata.
— Zaznać życia wojownika. Proszę! — powiedział tym samym tonem, gdy wtedy jak chciał jej przekąskę, gdy jeszcze mieszkali z Dwunożnymi.
Nie do końca wiedziała, jak niby to ma zrobić no bo… On był tylko jawą, nie dało się go dotknąć, a do tego chyba była jedyną, którą go widziała… Mimo to chciała, aby ten zaznał spokojnego życia. Niech jego młoda duszyczka odpocznie… No i jakby miała nie pomóc swojemu bratu! Rodzina była najważniejsza…
— No dobrze, coś wymyślę.
— Dziękuję! — Podskoczył radośnie. — Kiedy zaczynamy?!
— Jak odpocznę… — mruknęła, ponownie czując zmęczenie. — Będziesz tu rano?
— Będę przy tobie cały czas — zapewnił.
Kotka zerknęła jeszcze w stronę legowiska uczniów. Tam spała pozostała dwójka braci, oh, jacy byliby szczęśliwi, żeby zobaczyć Trójkę! Gdyby tylko można było cofnąć czas…
— Powiedz mu, że się z nim ostatnio widziałem — mruknął kocur, co trochę przestraszyło wojowniczkę.
— Komu? Co? — spojrzała na niego, ale ten tylko uśmiechnął się i machnął łapką.
— Nieważne. Dobranoc, Kareto.
Spojrzała na niego, ale ten zaraz znikł z jej oczu, aby pojawić się przy legowisku i skulić się na nim w kuleczkę. Zerknął wyczekująco na siostrę, więc ta, chociaż nadal niepewna tego, co się dzieje, położyła się tuż obok i pozwoliła sobie zasnąć. Może to jednak był sen i rano wszystko będzie w porządku. Ale czy byłoby w porządku, jeśli Trójka by zniknął…? Dobrze było, gdy żył, więc teraz gdy jest przy niej, może znów tak będzie? Ale pojawił się po to, aby zaznać spokoju, a wtedy zniknie na stałe… No ale tego chciała, spokoju dla rodzeństwa, więc jeśli mus to mus…
Obudziła się o świcie, już sama niepewna co chce zastać po otwarciu oczu. Leżała tak nasłuchując jeszcze chwilę, ale cisza wokół była niepokojąca. Otworzyła oczy nagle, jakby przestraszona, ale wszystko było w porządku. Niektóre koty wracały właśnie z obchodu, inne wychodziły, czy kręciły się przy uczniach. Nie zdawało się, aby cokolwiek ze wczoraj było prawdą. Oczywiście, że śniła. Przecież duchy brzmiały tak głupio, jak opowiastka do straszenia kociąt. Wstała, aby rozprostować kończyny, pokręciła się chwilę, zagadała do kilku znajomych twarzy i zjadła śniadanie. Dzień jak co dzień. Ale Trójka i jego prośba… Brzmiało tak realnie, jak na sen… I wszystkie uczucia, też były zbyt prawdziwe… Cokolwiek się działo, było strasznie dziwne. Niestety kotka nie mogła sobie pozwolić, aby to wytrąciło ją z równowagi, ostatnio i tak chodziła w chmurach. A teraz trzeba było skupić się na polowaniu, bo niedługo znów przyjdzie pora martwych liści… Dlatego, gdy się już przygotowała, ruszyła do tuneli. Nie lubiła z nich korzystać, od kiedy była jeszcze uczniem, ale wiedziała, że dużo szybciej dostać się nimi gdziekolwiek, niż idąc te odległości na łapach. Tym bardziej że jeszcze było dość ciepło. Więc, chociaż niechętnie i rozmyślając czy na pewno woli tunele, wreszcie wpełzła do dziury i zaczęła iść w stronę morza. Nie było tam szczególnie dużo zwierząt, ale potrzebowała jeszcze chwili dla siebie. No bo… Nadal nie rozumiała, czemu Trójka się jej śnił i czemu tak ten sen pamiętała. Mówił przecież, że musi pomóc mu zaznać spokoju i że musi komuś przekazać, że się próbował z nim skontaktować. O kogo chodziło? Dlaczego teraz próbował skontaktować się z nią? Z wszystkich rzeczy, które na przestrzeni jej kilkunastu księżyców w klanie przeżyła, ta ją chyba zastanawiała najbardziej. Co to wszystko znaczyło…?
— A więc to są te tunele. — Usłyszała znajomy głos. Podskoczyła przestraszona.
Nie… Niemożliwe! Odwróciła się, ale za nią stał Trójka. Ten sam co w nocy, trochę rozmazany, widocznie nienamacalny. Duch. Czyli to jednak nie było snem! Już totalnie nic nie ogarniała…
— Trójka? — wyszeptała niepewnie. Może jednak zwidy? Powinna udać się do medyczki?
— Mówiłem, że będę! — zaśmiał się. — No może nie rano, ale… Ciężko mnie widać w słońcu. — uśmiechnął się przepraszająco.
— Dlatego tunele… — westchnęła.
— No i przy okazji je poznam! — podskoczył radośnie. — Gdzie idziemy?
— Nad wodę.
Kotka po prostu… Zdążyła zaakceptować zmianę, fakt, że nie był to sen. A co innego miała zrobić? Panika nic by nie zdziałała, a jeszcze by ją wyrzucili, posądzając za zwariowaną. No a towarzystwo rudzielca, cóż, trochę jej pomagało. Tak martwiła się jego śmiercią, tym, że nigdy nie zdążyła spędzić z nim wystarczająco czasu, a teraz, los dał jej tę okazję. Dlatego Płomykówka rozejrzała się, nadstawiła uszu i zaczęła iść w stronę zapachu morza. Naprawdę nienawidziła tunelów… Tyle dobrze, że blada poświata brata, dawała jej trochę światła i mogła sprawniej omijać niebezpieczne dziury. Stanęła tuż przy wejściu, gdzie morska bryza agresywnie uderzyła w jej nozdrza. W południa pory nowych liści czasem ze Świergotkiem i Drzemlikiem przychodzili tu by się ochłodzić. Zerknęła na Trójkę, go raczej nie mogła ochlapać wodą…
— Światło ci nie sprzyja. — przypomniała sobie. — Jak chcesz tu ze mną wyjść?
Kocur sam chyba nie do końca to przemyślał, bo cofnął się trochę w głąb tunelu i zamruczał zagubiony. Kotka znała te rzeczy, zawsze tak robił, gdy rozmyślał, co tym razem w domu zbroić, albo jak zagonić ją do zabawy. Ach, jak teraz żałowała, że nigdy nie dała się wciągnąć w te durne żarty. Te kilka minut więcej… Wiele by dla niej zrobiło.
— Weź mnie na nocny patrol!
— Nocny patrol. — mruknęła pod nosem. Faktycznie, dziś miała go zrobić, powinna odpoczywać…
Ale jeśli dusza Trójki będzie jej trajkotała nad głową, to przecież się nie skupi! A na obchodach nie mogła tracić koncentracji. No ale co, miała mu odmówić i stracić na zawsze? Raz jak się zgodzi na coś głupiego, to nikomu się nic nie stanie, prawda? Kiwnęła więc głową, a rude futerko zaraz znów znikło. Spotkają się w nocy… Płomykówka wyszła z tunelu i usiadła przy brzegu. Naprawdę coraz dziwniejsze rzeczy się tu działy…
Wracając do obozu ze zwierzyną, zauważyła Świergotka. Pewnie przygotowywał się na kolejny trening. W ogóle nie pozwalał sobie odpocząć, a to martwiło kotkę. Podeszła więc do niego i zamruczała. Wiedziała, że ten ostatnio był też trochę osłabiony, bo usłyszała to od jego mentora, więc zapytała:
— Jak się czujesz?
— Dobrze, jak zwykle — odpowiedział, z tym pewnym siebie uśmiechem. Jednak znała swojego brata i ten kocur nie był tym samym co przed kilkoma księżycami…
— Byłeś już u medyczek? Słyszałam, że coś się działo ostatnio. Coś poważnego? — zapytała zmartwiona.
— Nie… Nic takiego. Tylko głupie sny. — wzruszył ramionami. — Ale już jest dobrze, naprawdę.
Kiwnęła głową, bo cóż, wiele zrobić nie mogła. Zmusić go nie zmusi, poczeka, aż będzie gotowy. Otarła się o niego raz jeszcze i żegnając się, wróciła do legowiska, wcześniej zostawiając zwierzynę na stosie.
Noc nadeszła szybko, jak to miała w zwyczaju przy rozpoczęciu pory opadających liści. Właśnie przygotowywała się do przeskoczenia przez wodospad, gdy dusza brata znów się jej objawiła.
— W drogę czas! — zachichotał.
— Musisz mi dać się skupić. — Zerknęła na rudzielca.
— No wiem, będę grzeczny! — Jego ogon zaczepił jej nos. Poczuła delikatne łaskotanie, ale nic więcej. Przecież nie żył… — Obiecuję.
Płomienne Serce kiwnęła głową i wyszła z obozu, kierując się ku granicy. Tam trzeba było patrzeć najczęściej, tym bardziej po wojnie. Samotnicy i wojownicy klanu wilka czasem wchodzili nieproszeni na ich tereny, a wtedy coś trzeba było z tym robić i to teraz leżało w jej łapach. No i w teorii w łapach Trójki, ale ten raczej w tej formie za wiele nie zrobi…
— Jakie chciałbyś mieć wojownicze imię? — zapytała w pewnym momencie.
— Sam nie wiem. Ty jesteś Płomienne Serce, co nie?
— Tak, już odeszłam od Karety. Teraz nawet dziwnie brzmi — zaśmiała się głupio.
— Może trochę. — Wzruszył ramionami. — Jak myślisz, co by mi pasowało?
— Łobuz — parsknęła śmiechem, a zaraz faktycznie się zastanowiła. — Skoczna Trójka
— O! Podoba mi się!
— Łobuz, czy Skoczna Trójka? — zachichotała. — No dobrze, Skoczna Trójko. Skupmy się.
Znów szli w ciszy mąconej tylko przez wiatr. To wydawało się tak… Normalne. Jakby rudy wcale nie był martwy, jakby skończył trening wraz z nią i teraz szli razem na patrol. I tak powinno być! Ale coś z tyłu głowy ciągle podpowiadało, że musi pamiętać, że to tylko na chwilę, że to tylko duch. I jak bardzo by chciała, to nic z tym nie zrobi. Jej rozmyślenia przerwał szum gdzieś w krzakach. Od razu stanęła, nasłuchując. Zbliżało się, cokolwiek to było… Przygotowała się do skoku, czekając na odpowiedni moment.
— Teraz.
Za namową brata skoczyła w krzak, ale w łapach zamiast kota znajdował się królik. Parsknęła śmiechem, wypuszczając zwierzynę i spojrzała na duszę.
— Dobrze było, dzięki. — Uśmiechnęła się i ruszyła dalej.
Reszta patrolu upłynęła spokojnie, Płomykówka spędzała ten czas na rozmowach z bratem i nadrabianiu tego, czego nie zdążyli. Może to wcale nie było wiele i wcale nie było poważnie, tak dużo pomogło to rudej kotce. Po tym wszystkim trzeba przestać trzymać się przeszłości… Wracając do obozu nad świtem, dusza Trójki była coraz słabiej widoczna. Światło… Wojowniczka wolałaby, żeby ta noc trwała wieczność, ale to niestety możliwe nie było. Nim jednak kocur zniknął całkowicie, rzucił jeszcze:
— Świergotek. Powiedz mu, że to nie był sen.
Płomienna Łapa nie do końca rozumiała, ale… Dla niego zrobi wszystko. Niech wreszcie zazna spokoju, gdzieś tam. Ale… Najpierw potrzebowała odpoczynku.
Obudziła się późnym popołudniem, gdy słońce było wysoko na niebie. Leniwie przeciągnęła się na posłaniu, nie otwierając oczu. Gdyby nie znany głos gdzieś za nią, poszła spać dalej. To Świergocząca Łapa rozmawiała z Gąsienicowym Ogryzkiem, jego mentorem. Przymrużonymi oczami zerknęła na rudego, nie chciała mu przerywać, więc wstała, dopiero gdy odszedł od niebieskiego vana.
— Świergotek — zawołała.
— O, nie śpisz! — Podszedł do niej.
— Wszystko dobrze?
— Tak, tak.
— Możemy porozmawiać…? — spytała niepewnie.
— Właśnie rozmawiamy? — zaśmiał się kocur.
— Na osobności. Proszę…
Widać było, że jego rude futro się zjeżyło, ale kiwnął głową i wyszli przed obóz. Pewnie i tak ktoś podsłucha, wiecznie ktoś plotkował, ale Płomienne Serce nie widziała czy gdziekolwiek było bezpieczniej. No i nie mogła brać brata zbyt daleko bez zgody jego mentora.
— To nie był sen. — Praktycznie wyszeptała, wpatrując się w kamienie pod stopami. Czuła na sobie nierozumiejący wzrok brata, więc kontynuowała: — Trójka chciał z tobą porozmawiać. To nie był sen ani żadne zwidy. Po prostu… Tęsknił — zaśmiała się głupio. Dusza nie przekazała nic więcej, więc kotka musiała improwizować. Wreszcie podniosła wzrok na kocura, który nadal wpatrywał się w nią z szokiem wymalowanym na twarzy.
— Skąd ty o tym… Co…?
— Nie musisz mi wierzyć — westchnęła. — Pewnie jest to ciężkie. Ale… Sama nie wiem…
— Dobrze się czujesz? — Zmartwił się.
— Tak, tak. — Uśmiechnęła się. — Po prostu… On naprawdę próbował się skontaktować. Trójka. To nie był żaden sen ani nic. Tyle wiem. — Wzruszyła ramionami. — Zrób z tym, co chcesz — zarzuciła jeszcze i wróciła do jaskini.
Kładąc się ponownie na legowisko, zastanawiała się, czy to już koniec. Powiedziała Świergotkowi, no ale… Może będzie musiała przekonać go bardziej. Tylko jak to zrobić? No i czy wczorajszy patrol wystarczył Trójce na zaznanie wojowniczego życia? Zresztą, czy na pewno chciała wrócić do normy? Nawet jeśli tylko ona widziała brata, to jego obecność powinna być przecież tą normą! Ale jednak był duszą i zasługiwał na spoczynek… Cóż, dowie się później, bo nie miała zamiaru znów przeciskać się przez tunele. A teraz był środek dnia, więc pewnie nie znajdzie go nigdzie indziej. Zostało jej więc czekać.
Dzień ciągnął się nieubłaganie. Płomienne Serce próbowała jeszcze spać, wyszła kilka razy na dwór i w pewnym momencie była cholernie blisko, aby jednak do tunelu wejść i z Trójką porozmawiać. Na szczęście, gdy była już gotowa, usłyszała ten znajomy śmiech za sobą.
— Trójka! — Uśmiechnęła się, odwracając do jawy.
— Skoczna Trójka — poprawił. — Może… Wyjdziemy?
Płomykówka kiwnęła głową i przeskoczyła przez wodospad. Rudzielec objął prowadzenie i w ciszy szli przed siebie. Nie chciała pytać, wolała żyć w przeświadczeniu, że wszystko dobrze. Że to tylko nocny spacer z jednym z braci. Może kolejny patrol, czy coś takiego… Wreszcie doszli do celu, do morza. Wiatr był coraz silniejszy i chłodniejszy. Już było wiadome, że pora martwych liści znów będzie ciężka. Trójka stanął naprzeciw, ze smutnym uśmiechem.
— Dziękuję — rzucił, a ruda już wiedziała. Wszystko zrobiła dobrze…
— Nie musisz może… Zawalczyć? — zapytała z nadzieją.
— Wczoraj było wystarczająco. No i mam imię! — Wypiął dumnie pierś.
— A Świergotek?! Chyba nie uwierzył! Może jeszcze z nim pogadam? — Nadzieja zamieniła się w desperację.
— Rozmawiaj z nim, ile chcesz. Ale dla mnie wystarczyło to, co dziś zrobiłaś. Myślę, że weźmie to sobie do serca — zapewnił.
— Nie odchodź — poprosiła wreszcie na głos.
— Wiesz, że muszę — westchnął. Teraz na twarzy widać było tylko smutek.
Kotka nie odezwała się, wpatrując się w duszę. Ile minęło księżyców, gdy widziała go na żywo? Teraz zdawało się, że była to cała wieczność. Mieli marzenia… Gdy tylko tu trafili, cała czwórka rudzielców chciała być najlepszymi wojownikami, Trójka przecież świetnie nadawałby się na lidera w dalekiej przyszłości! Ale po jego śmierci wszystko się zmieniło… Drzemlik zrezygnował z treningów, a Świergotek za to tylko na nich się skupiał. W ogóle nie mieli czasu dla siebie, bo sama Płomykówka szybko tą wojowniczką została. I tak mogła iść w protektora, czasem nawet o tym myślała, ale tak też było dobrze. A Trójka leżał martwy w ziemi, teraz jego ciało pewnie zjedzone było przez robaki, tyle czasu minęło… Ale tam, w blasku księżyca nie wydawał się martwy! Może trochę niewyraźny jak to duch, ale… Również taki namacalny i w pewien sposób żywy. I teraz miał niby zniknąć już na zawsze…?
— Chodź. Zrobisz ze mną coś głupiego.
— Co? — Zamrugała powoli kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszała.
— Nigdy się nie zgadzałaś na to, jak byłaś młoda. A teraz może jesteś trochę głupsza — zaśmiał się. — Zróbmy coś głupiego!
— Trójka…
— Nie mów nie! — przerwał jej. — Raz! No zgódź się!
— Co ty chcesz zrobić? — westchnęła. Żeby duch ją namawiał do takich rzeczy… Może wizyta u medyczki jednak dobrze jej zrobi…
— Hm… — zastanowił się. — Będziesz zła, jak stwierdzę, że mogłaś pohałasować w obozie i przestraszyć młodszych?
— Tak. Jesteśmy za daleko — parsknęła śmiechem. — Myśl dalej.
— Pogadajmy z morzem — zarzucił zaraz i krzyknął. — CZEŚĆ! — Jego głos nie rozniósł się echem, co wcale nie zdziwiło kotki, przecież tylko ona go słyszała.
— Kiedy następny odpływ? — mruknęła do fal. Dużo ciszej…
— Głośniej! — zachęcił.
— Kiedy znów będziesz ciepły?! — zawołała, co już odbiło się małym echem.
— Kiedy będziesz nas ochładzał?! — kontynuował rudzielec.
— PRZESTAŃ BYĆ TAKI MOKRY! — krzyknęła kotka ze śmiechem. To prawdopodobnie było słychać i w obozie. "Szalona" — pomyśleliby inne koty, ale na szczęście wokół nie było nikogo.
Jeszcze chwilę tak krzyczeli na falę, zanosząc się coraz głośniejszym śmiechem. Wreszcie jednak księżyc zaczął być wysoko na niebie i Trójka spoważniał. Płomykówka zastanawiała się, kiedy ostatnio się tak dobrze bawiła. Gdy to wszystko minie… Będzie musiała trochę porozmawiać z żywymi braćmi i spędzić z nimi jak najwięcej pozostałego im czasu…
— Dziękuję, Płomienne Serce — przemówił rudzielec. Uśmiech zniknął też z ust kotki. — Pomogłaś mi zaznać tego, co nie było mi znane. Teraz mogę odpocząć w spokoju. — Ton, w którym do niej mówił, nie brzmiał jak on.
— W Klanie Gwiazd?
— Mam nadzieję. — Otarł się o nią. — Korzystaj z tego życia. Jak najlepiej potrafisz. Baw się, wariuj! Weź trochę tej mojej głupoty ze sobą — zachichotał.
— Spotkamy się jeszcze kiedyś?
— Mam nadzieję, że za wiele księżyców. Może nawet i setki! — Spoważniał. — Naprawdę dziękuję, Kareto.
— Mam nadzieję, że tam będzie lepiej — wyszeptała. — Idź być wojownikiem. Skoczna Trójko…
Nie odpowiedział, uśmiechnął się jeszcze smutno, a potem powoli rozpłynął się, gdy chmury zasłoniły księżyc. To by było na tyle… Płomykówka wiedziała, że Trójkę zobaczy ponownie dopiero w snach, ale to nie będzie ten sam namacalny, prawie żywy brat. On już nie istniał… Teraz pewnie planował jak napsocić, tam gdzie trafił. Może po swojej śmierci trafi tam, gdzie on, ale do tego… Miała dużo czasu, bo nigdzie się jej nie spieszyło. I chociaż czuła w serce pustkę po tym, jak odszedł, tak radość ze spędzonego razem czasu i tego, że mogła mu pomóc, jak księżyce temu w domu Dwunożnych, było dla niej taką małą nagrodą. No i wreszcie dała się namówić na coś głupiego! Chociaż i tak w to nikt nie uwierzy… Gdy księżyc znów wyszedł zza chmur, wpatrywała się w niego jeszcze chwilę, jakby z nadzieją, że zaraz znów ujrzy twarz rudzielca, ale ten się nie pojawił. Ani tej nocy, ani następnej, ani gdy specjalnie dla niego przeciskała się w tunelach. Zniknął na stałe, odszedł spoczywać w spokoju, bo wreszcie zaznał tego, czego zaznać pragnął… Jednak nie zniknął tak po prostu, tamtej nocy, w której przeszedł, jak Płomykówka miała nadzieję, do Klanu Gwiazd na piasku pojawiła się karta, poszarpana i brudna karta. Kojarzyła ich trochę, bo Dwunożni rodzice nieraz nimi grali, przecież to z ich ukochanego pokera mieli pierwsze imiona. Dlatego, jeśli się nie myliła, to karta była trójką kier. Zresztą, nieważne jak ta karta oficjalnie się nazywała, ważna była widoczna gruba czerwona trójka i trzy czerwone serca. Taka mała pamiątka…
— Spoczywaj w pokoju, Skoczna Trójko — szepnęła, stojąc teraz nad miejscem, w którym go pochowano. Kiedy to było? Zdawało się, że wieki temu…
Dusza Potrójnej Łapy (Skocznej Trójki) zaznała spokoju...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz